statystyka wangin.blog

Demon chłodnych myśli 2010-02-07 21:17:20

   Nadciąga zmierzch. W szarości za oknem na dobre zapanował porządek zimy. Nawet sroki przysiadają na śniegu tylko na moment i zaraz odlatują w sobie wiadomym, może cieplejszym, kierunku. W bezruch panoramy wkomponowuje się dym z odległej ciepłowni, jakby zatrzymał się na nadchodzącą noc. Pozostał sztywno, w pewnej odległości od wylotu komina. Utkwił skostniały, zupełnie nieruchomo jak reszta świata. Dobrze jest poczuć błogość zatrzymanego kadru, gdy szyba bezpiecznie odcina od świata, gdy komfort paruje wraz z herbatą parzoną w kubku i syci atmosferę ogrzanego pokoju. Gdy w pobliżu oswojona nieruchomość kwiatów na parapecie, po ścianie pełga odbicie płomienia świecy, a w tle głos z radia zapowiada jazzowy standard i po chwili muzyka już miło głaszcze uszy. Ale nie ma sielanki, bo jest jeszcze nieproszony gość. Czai się pod parapetem, ociera się jak kot o nogi stołu, znaczy pokój lękiem, niepewnością i przypomina, że ten ład i odległość od mrozu, zimy i zmroku, mogą być całkiem chwilowe i bardzo pozorne. Wyobraźnia rozprowadza poczucie ułudy i wdziera się obawą w spokój i ciepło. Podpowiada, że w każdej chwili możesz znaleźć się na zewnątrz, skazany na chłód i nieubłagany wyrok losu. Pożar, pęknięcie konstrukcji budynku pod ciężarem śniegu, wybuch gazu, każdy żywioł, niezależny od woli, chcenia i pragnień, wyrzuci na zewnątrz, na litość innych ludzi lub jej brak.
   Czy to coś, co ociera się niepokojem o przedmioty i ściany, jest już myśleniem pesymisty, któremu za dobrze w ciepłym? Może jednak tylko zbędnym rojeniem z wysokiej wieży? W końcu czasem lubimy straszyć się smutnymi myślami, gdy tak naprawdę nie ma innych zmartwień do herbaty.
   Nawet jeśli tak jest, nikomu nie jest łatwo pielęgnować swój pozorny spokój. Zabieganie, ciężko spłacane kredyty za kąt i dach nad głową, wysoka cena odrobiny bezpieczeństwa, zwalnia nas z troski o cały świat. Dodatkowo zaprawione to wszystko powinnościami rodzinnymi i obowiązkami małżeńskimi, oddaniem w pracy, to musi wiele przesłaniać, doba ma swój konkretny wymiar. Nie można być wszędzie, bo nie będziemy nigdzie. Dlatego pewnie nie szukamy specjalnie tych, którzy dziś znaleźli się w sytuacji oczekiwania na bliźniego. Na co dzień nie krzywdzimy ludzi, ale też nie pomagamy więcej niż to konieczne. Życzliwie kłaniamy się sobie i uśmiechamy w tramwaju, w sklepie i na chodniku. Wniesiemy zakupy do domu starszej pani, przepuścimy w drzwiach sąsiada idącego o kulach, nawet podzielimy się bigosem i szarlotką, aby potem odetchnąć, wrócić do swojego ładu. Ale czy dziś, tak otwarcie i bez oporu, wpuścilibyśmy potrzebującego schronienia? Czy dalibyśmy uciec przed silnym mrozem, choćby na kilka dni?
   Włączam wiadomości. Patetyczny głos z telewizora mówi o nowych ofiarach chłodu. Pokazują też opornych bezdomnych, których ciężko ocalić, bo tego nie oczekują, przynajmniej na naszych warunkach. Mają swoje węzły ciepłownicze, działki, bunkry i strychy. Wybierają wolność, często zakropioną alkoholem, a może niewolę swoich nałogów, silniejszą niż ryzyko śmierci i ciepło noclegowni, opłaconej reżimem zasad. Oni uciekają przed pomocą, bardziej niż przed zimą.
   A gdyby jednak przyszli, zapukali? Ilu z nas potrafiłoby stwierdzić: „gość w dom, Bóg w dom”? Może jednak sięgnęlibyśmy szybciej po arsenał środków, w jakie wyposażają nas medialne stereotypy, przestrzegające na każdym kroku, że każdy „każdy pijak to złodziej”, że chce nam zamienić świat w melinę, zburzyć z trudem budowany spokój, oszukać i wykpić? Z pewnością próbowalibyśmy racjonalizować niechęć, że przecież wszyscy mają równe szanse, a ten tu sam sobie winien, jak nie chce wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Pewnie pracować mu się nie chce, pewnie woli odpowiedzialnością obarczać innych, pewnie był pasożytem i pasożytem zostanie. Skoro woli taki tryb życia, to niech ponosi konsekwencje z dala od naszego domu. Nie wątpię, że w wielu z nas zwyciężyłoby człowieczeństwo. Wpuścilibyśmy niechcianego gościa za próg, nawet dalibyśmy mu herbaty, zupy i drugie danie. Odważniejsi pozwoliliby może nawet wykąpać się, rozgrzać, nawet zaopatrzyliby w czyste ubranie po dziadku, teściu, ojcu, bracie i kuzynie. Czy mimo tego, nawet jako najdzielniejsi miłosierni, nie szukalibyśmy po cichu w internecie adresów najbliższych przytulisk i noclegowni? Żeby tylko obcy wyszedł z domu, żeby dało się powrócić do swojego wypielęgnowanego ładu, bo wiadomo, dodatkowe nakrycie ma być puste jak każe tradycja.
   Nie ma w tym nic zdrożnego, nie ma w tym nic złego. Ktoś powie, że każdy jest panem swojego losu. Jeszcze inny powie: skoro sobie nie radzi, niech ginie, bo nasza rzeczywistość nie jest najpiękniejsza z możliwych i panuje w niej prawo dżungli. Znajdą się i tacy, co powiedzą, że zwyczajnie nie byłoby ich stać na dzielenie się swoim bezpieczeństwem i jedzeniem z kimś, komu nie chce się pracować. I to też będzie dobry argument. A jeśli jednak zacznie w nas popiskiwać sumienie? Zareagujemy esemesem dla potrzebujących, gdy wezwie do tego telewizor. Odpiszemy swój 1% podatku, na potrzeby bliźnich, którzy dotarli do naszej skrzynki przekonującą ulotką, bądź wpadli między nasze mejle w ramach korespondencji seryjnej.
   Ekran oddziela nas od niewygodnych faktów i myśli, chroni przed smrodem bezdomności, upadku, alkoholizmu, biedy i niemocy. Dystansuje do innego człowieczeństwa, które nie spieszy donikąd, nie prosi o uwagę, a jednak zapada w myśli i pamięć. Odraża albo przeraża. Czasem szklana obecność ponowi natrętne pytanie: co byśmy zrobili, gdyby któryś z nich upatrzył sobie naszą rodzinę, dom, mieszkanie, nasze cieplutkie towarzystwo? Gdyby stanął w drzwiach z prośbą: przetrzymaj mnie przez zimę, daj przeżyć. Co wówczas? Gdyby to był tylko kolejny menel, pewnie nie byłoby kłopotu z przegonieniem. Ale ten prawdziwy troll prawdopodobnie nie zdobyłby się na taki gest, wybrałby metę, a nie mieszkanie w bloku. Gorzej, gdyby to był normalny człowiek, któremu raz nie wyszło.
   Może stąd dziś we mnie potrzeba, żeby zresetować na chwilę dobre samopoczucie, dla zdrowia psychicznego. Przekonać się, niechby w teorii, że nawet do najcieplejszego mieszkania, mogą dotrzeć demony chłodu i przesłonią smutkiem wypracowany ład. I dobrze, niech na moment powieje zimno przewrotności losu, który może z każdego zakpić w dowolnej chwili. Może sprawić, że z osoby snującej czysto teoretyczne refleksje o miłości bliźniego, staniemy po stronie osób tejże potrzebujących.

skomentuj (0)

Dodatek o zdradzie 2010-01-21 20:56:29

   Z gazety wypadł dodatek. Podniosłem go z podłogi, a z tytułu dowiedziałem się, że podejmuje temat zawsze palący – zdradę. Temat jak temat, pomyślałem bez wzruszeń, każdemu znany. Trudno liczyć na otwarcie drzwi do baśniowej krainy, gdy wszystkie dawno wyważono, a za nimi tylko śmietnik i trzepak. Na wszelki wypadek rozejrzałem się jeszcze po stoliku z prasą, ale szybko zrozumiałem, że nic ciekawszego nie znajdę. Mój dentysta ma głównie pacjentki albo czyści domowy stolik, gdy żona przeczyta zakupione tytuły, i przynosi to do gabinetu. Zgromadzone pisma należały do kategorii „prasa kobieca”, a ja, w narastającym stresie wizyty, nie mogłem dłużej kaprysić, rzuciłem się więc w lekturę dodatku o zdradzie i chyba nie żałuję.
   Przede wszystkim winny jestem uściślenie. Po lekturze odniosłem wrażenie, że gdy używamy terminu „zdrada” większość z nas będzie miała na myśli głównie seksualny aspekt sprawy. Pozostańmy zatem, na potrzeby tekstu, w tym ograniczeniu do „skoku w bok”, żeby rzucić światło na sprawę.
   Z tekstów pomieszczonych w dodatku wynika, że zdradzamy dosyć często, mocno i coraz śmielej, a jednocześnie rzadziej mieszamy do tego uczucia. Seks, poza związkiem, staje się formą rekreacji, sposobem na poprawę samopoczucia czy walki ze stresem, przemęczeniem, ale też, dla wybranych, bywa metodą na poprawę relacji we własnym małżeństwie, choć brzmi to nieco przewrotnie na pierwszy rzut myśli. Dlaczego tak się dzieje? Oto zaniedbana żona albo zapomniany mąż, po takim wyskoku do kochanka/kochanki odzyskuje wiarę w siebie. Na powrót czuje się ważnym, upragnionym, ciekawym człowiekiem i tę pozytywną i uskrzydlającą energię wnosi do własnego domu. Rozświetla tym samym szarość codzienną w relacjach z małżonką/małżonkiem i z dziećmi, na które przestaje krzyczeć i nie czepia się boleśnie. Łatwiej, i z mniejszym znużeniem, wykonuje także rutynowe czynności. Mówiąc krótko: leci przez spowszedniałe obowiązki z prędkością pegaza w rui. Do czasu oczywiście, bo gdzieś przychodzi przegięcie. Coraz chętniej zaczyna skakać w bok i tym samym pojawiają się problemy. Z jednej strony, po pierwszym nasyceniu własną atrakcyjnością, zaczyna przeszkadzać fakt, że w domu ciągle trzeba kłamać, żeby podtrzymać relacje z obiektem pożądania albo powoli, ale dobitnie, przeszkadza, że przychodzi głębsze uczucie i nowa osoba przestaje być już tylko ciałem. Z drugiej zaś strony zaczynają się pojawiać prozaiczne kłopoty natury „gdzie się kochać?”. Było już w pokoju hotelowym i na służbowym biurku, było w przebieralni sklepowej i w samochodzie na przednim siedzeniu, potem na tylnej kanapie i dramat. Już nie ma gdzie pójść, żeby nie popaść w banał. Tymczasem mniej lub bardziej znajomi czuwają, pech się czai i już nerwówka, bo sąsiedzi, bo koledzy i sprzątaczka w firmie, a w pokoju ksero pracodawca zamontował kamerę. Powielanie zaś szkodzi atrakcyjności i odbiera moc namiętności. Zaczyna się mozolny powrót syna marnotrawnego na łono, jeśli nie własnego mieszkania, to własnej żony i kółko się zamyka. Wielu próbuje co prawda budować nowy związek, ale nielicznym to się udaje, bo w gruncie rzeczy do starego nic nie mieli.
   Dodatek o zdradzie poinformował mnie także i o tym, że męczymy się w stałym związku prawdopodobnie dlatego, że stałość jest kagańcem nałożonym przez kulturę, mentalność, religię czy tradycję. Wszak powszechnie wiadomo, że mężczyźni, w znakomitej większości, mają silne biologiczne parcie na rozsiewanie genów i muszą bardzo się pilnować, nakładać wodze własnej naturze, jeśli chcą zachować wierność partnerce. Ale i tak, mimo codziennej walki, być może kiedyś polegniemy i splugawimy w końcu związek, okrutnie zwyciężeni przez durny atawizm albo chuć. Może nie wszyscy, ale jakoś w dodatku o zdradzie nie mówi się o tych, co nie mają pokus. Reszta? Wybaczcie panie, ale mieliśmy naprawdę dobre zamiary nim natura nas zmogła, a jakaś sympatyczna wasza koleżanka dopadła. Jednak nie łudźcie się panie, że wyżej stoicie, bo i kobiety z naturą sobie nie radzą. Te zdradzające i te wierne mają silną potrzebę zapewnienia swoim dzieciom jak najlepszej jakości silnych genów i szukają ciągle, nawet bezwiednie. Podobno wszystkie, nieświadome podstępu natury, nawet te wymagające, najmądrzejsze i najlepiej wykształcone, będąc w czasie owulacji chętniej zwracają uwagę na mocnych, wielkich facetów z kwadratowymi szczękami i małym móżdżkiem. To by przynajmniej jakoś tłumaczyło, dlaczego w społeczeństwie drastycznie upada etos inteligenta i mamy do czynienia z powrotem troglodytów.
   Z mądrości dodatku dowiedziałem się jeszcze i tego, że nasi dalecy przodkowie, będąc związani z naturą, mieli tę mądrość ewolucyjną, że nie wchodzili w stałe związki na całe życie, a tylko na czas odchowania dzieci do 4-5 roku ich życia, by potem przekazać geny innej partnerce i z nią spędzić kolejne kilka lat. Opiekę nad dziećmi przejmowało bowiem plemię, w którym żyły. To by nam się z pewnością i dziś podobało. Mniej byłoby zranionych, zdradzonych, zmaltretowanych w związku, ale obawiam się, że nasze duże plemię woli afery hazardowe niż zajmowanie się wychowaniem dzieci wspólnych, choć zawsze cudzych.
   Co nam zatem pozostaje? Na wszelki wypadek omijać łukiem okazję do zdrad? Jeśli się da, to na pewno najlepszy pomysł. Innym rozwiązaniem jest też budowanie związków świadomych mądrości zawartych w dodatkach o zdradzie. Jeśli już się jednak przydarzy skoczek w boczek, musimy chyba ze łzami w oczach podążyć za Michałem, bohaterem filmu „Porno” Marka Koterskiego, który pocieszał zdradzającą z nim koleżankę i tłumaczył, że jak chłopak w wojsku nie zdrada, jak po alkoholu nie zdrada, jak mąż w delegacji nie zdrada, jak po francusku nie zdrada, ale innych wariantów „nie zdrady” przypomnieć nie mogę, bo to film z 1989 roku. Dziś dałoby się z pewnością dorzucić, że jak wirtualnie nie zdrada, jak z poznaną na czacie nie zdrada, jak na wyjeździe integracyjnym nie zdrada i podkreślić, że bez miłości nie zdrada.
   Wszystkich jednak, którzy z jakiegoś powodu już zaplanowali pierwszą zdradę, a dodatku nie czytali, przestrzegę nim będzie za późno. Znalazłem jeszcze jeden ciekawy paradoks, który wyszedł chyba przypadkiem i niezależnie od intencji redaktorów i to z ust psychologów. Na pytanie dlaczego one zdradzają, padła odpowiedź, że zdarza się, iż robią to kobiety zaniedbane i zapomniane przez mężów, zapracowane w kuchni, przy dzieciach, żyjące w pośpiechu. Robią to, gdy pojawi się ktoś, kto na nowo odkryje w nich kobietę atrakcyjną, która może się podobać, być pociągająca i pełna powabu. Tymczasem drugi psycholog, pytany o zdrady dokonywane przez mężczyzn, orzekł, że mężczyzna dla skoku w bok chętnie obniży wymagania wobec kobiety. Na jeden raz może ona być brzydsza, nudna, niezbyt mądra, mieć wady, które go drażnią w innych relacjach. Proszę brać to pod rozwagę, drogie panie, że nie do końca zdradzając jesteście bóstwem dla nowego partnera. I wam to ku przestrodze, drodzy panowie, że walenie głupa jednak nie przynosi chluby waszej męskości. A potem? Wiadomo, po stosunku nawet pies jest smutny, że o kocie nie wspomnę, a do domu i tak wrócić trzeba, bo tam dobra, sprawdzona, żona i tak robi najlepsze naleśniki. Tylko czy one jeszcze równie łatwo przejdą przez przełyk?

skomentuj (274)

Temat zastępczy 2010-01-11 22:48:39

   Zastanawiam się czy to ma sens, czy tylko z braku pomysłu na lepszy temat, należy zabierać głos w sprawie. Dopinguje mnie jednak szacunek i wdzięczność dla licznych czytelników, którzy tu zaglądają, a przy okazji ten i ów pyta o nowy tekst. Jednakże początek roku zawsze jakoś mnie przygniata i wyraźnie jałowi. Poczucie upływającego czasu, umykające tygodnie, przemieszanie dni świątecznych i powszednich, powoduje, że każda myśl, refleksja, każdy temat staje się tak samo krótkotrwały, ulotny i do zapomnienia.
   Od czegoś ten rok trzeba zacząć, także tu, w refleksjach o naszej codzienności. Ponieważ nie mam ciekawych bodźców ponoworocznych, wrócę do ubiegłego roku. Od dłuższego czasu, właściwie od ogłoszenia wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zdjęcia krzyża we włoskich szkołach, drapię się po łysinie i zastanawiam, czy to jest temat na felieton? Być może należy on do grupy ważnych tematów, od których zacznie się dyskusja, być może to kolejna medialna bańka zastępcza, która pryśnie pod naporem innych baniek. A może to tylko kolejna okazja pozostawiona zapalczywym, co lubią prać się po pyskach dla samego różnienia się. Wielu przecież bardzo tego potrzebuje dla lepszego samopoczucia.
   Poruszanie tematu zawieszania lub zdejmowania krzyża zawstydza. Mam wrażenie, że to trochę przypomina jarmarczną burdę, trochę też darcie szat z Chrystusa, który umiera na tymże krzyżu jednakowo dla przeciwników i zwolenników wieszania symbolu w miejscach publicznych. Niechętnych wobec krzyża w szkołach i urzędach szanuję za ich poglądy i odwagę wyrażania opinii w kraju uchodzącym za katolicki. Zastanawia mnie tylko czasem, tak po ludzku, w jaki sposób ten krzyż im zagraża? W końcu sam symbol nie narzuca nikomu wiary, nikomu nic do głowy i serc nie wtłacza, nie narzuca konieczności zmiany poglądów, ani nie zakazuje mieć prawa wyboru. Poza wymiarem religijnym, jest przecież symbolem tradycji i ciągłości kulturowej. Przypomina, że (czy nam się to podoba czy nie) historycznie i mentalnie ukształtowała nas kultura judeochrześcijańska. A skoro przeciwnicy i ten fakt chcą pomijać, od niego się wyzwolić, zwyczajnie mogą nie patrzeć w jego stronę i nie dostrzegać dwóch skrzyżowanych belek.
   Szczerym obrońcom zawieszania krzyża w urzędach i szkołach, też po ludzku, zwyczajnie się dziwię. Gdyby nie trwali uparcie przy samym symbolu, a weszli nieco głębiej w refleksje o nim, może odkryliby istotę samej śmierci Chrystusa jako ofiary zbawienia wszystkich ludzi, niezależnie od przekonań, także jako ofiary pojednania i zrównania wszystkich. Tym samym, gdy obrońcy podążają z krucjatą przeciw inaczej myślącym, kwestionują w znacznej mierze sens dzieła Zbawiciela, umierającego także za poszukujących inaczej. Odzierając z sensu symbol czynią z niego argument w walce, czyli w gruncie rzeczy przeciw pojednaniu. Żeby nie przesadzać z patosem, powiem krótko: gdyby Chrystus stanął tam, gdzie ludzie szarpią się o zdjęcie krzyża, prawdopodobnie sam by go zdjął, żeby pokazać, że najważniejsza pozostaje wzajemna miłość i szacunek, a potem dopiero w grę mogą wchodzić materialne symbole.
   Kilka dni temu, widząc w jednym z serwisów tytuł sugerujący, że w Polsce może ruszyć wojna o krzyże, uznałem ostatecznie, że trzeba sięgnąć i po ten temat zastępczy. Uściślijmy na starcie, że jako człowiek wierzący i praktykujący nigdy nie byłem zwolennikiem wieszania krzyża w miejscach publicznych. Całkiem nie z powodu przekory, raczej uznając, że to bardziej szkodzi wierze niż ją wspomaga. Na moje szczęście, jestem dzieckiem PRL-u i na katechezę musiałem chodzić do salki parafialnej, przy kościele. W niej był solidny krzyż na ścianie, mapa ziem, po których wędrował Chrystus z uczniami, zwykle jeszcze portret papieża, kardynała i może kilka różańców z żołędzi, kasztanów, pestek czy innych akcesoriów, służących pomysłowym wykonawcom prac konkursowych. W takiej atmosferze wszystko miało swoje miejsce, ład, wymiar i porządek. Mimo, iż katechezy odbywały się przed lub po lekcjach, a salkę parafialną od budynku szkoły dzielił zdrowy dystans piętnastu minut marszu, z frekwencją na lekcjach religii nie było problemu. Ten, jeden z nielicznych, „luksusów” rzeczywistości PRL-u pozwalał znajdować wierze swój właściwy wymiar religijny. W takich warunkach od najmłodszych lat dostawaliśmy też ważny komunikat podziału sfery państwa i Kościoła. Myślę, że skutkiem ubocznym takiego stanu rzeczy było i to, że dostawaliśmy ważną lekcję oddzielania sfery sacrum i profanum, uzmysłowiono nam podział na to, co Boskie i cesarskie. Religia, sprowadzona rygorem państwowym na margines życia społecznego, paradoksalnie wymagała większego zaangażowania, autentyczności, a przez to oczywiście wieszanie (bądź zdejmowanie) krzyża w miejscach publicznych i podobne gesty, nie tylko nie wchodziły w grę, ale też nie mogły mieć charakteru karty przetargowej w szarpaninie ideowej, przepychankach społecznych i politycznych.
   Niezależnie od potrzeb i życzeń redaktorów serwisów internetowych, wierzę jednak, że temat zdejmowania krzyży, nie wywoła w Polsce wojny i najlepszy tego dowód już mamy. Wyrok dotyczący włoskich szkół, póki co, u nas przyniósł ledwie czkawkę po sprawie. Oto uczniowie jednego z ogólniaków złożyli swój protest do dyrektora, gdzie indziej radny beknął do włodarzy miasta i po sprawie. W porywie optymizmu jestem zbudowany postawą rodaków, którym nie chce się zwyczajnie bić piany, bo mają lepsze zajęcie, pilniejsze sprawy, ważniejsze problemy. Zdrowy rozsądek zwycięża, chcę w to wierzyć i to buduje pozytywny obraz naszego społeczeństwa, które dość ma jątrzenia, podziałów, zmagania o gesty, symbole, od których nie przybywa ni chleba ni wina, ni dobrego samopoczucia.

skomentuj (2)

Ich dwoje 2009-12-13 21:06:43

   Ich dwoje. Z jakiegoś powodu relacja, która rzuca się w oczy z większości blogowych postów, z kobiecych pism, ze skarg płynących w rozmowach młodzieńców mijanych w miejskich środkach komunikacji. Zastanawia, jaką część procentowo, stanowią codzienne ciągi wypowiedzi-rozczarowań, które dotyczą prostej i od wieków kontynuowanej relacji ona-on. Nigdy dość listów, artykułów, wywiadów, pojękiwań zawodu, chwilowych uniesień, co rozbiją się o bruk. Wydawałoby się, że skoro ludzkość od swoich początków skutecznie odkryła różnice płciowe nie tylko w szczegółach anatomicznych, ale także w psychicznej nieprzystawalności, w płci mózgu i kilku innych ciekawostkach, temat ten powinien umrzeć śmiercią naturalną, gdy tymczasem związek mężczyzny i kobiety dla każdego kolejnego pokolenia niesie ze sobą podobnie odkrywany ciąg nieporozumień.
   Zawsze można powołać się na zmiany klimatyczne, cywilizacyjne, techniczne, zmiany mentalności i charakterów oraz postępującą ewolucję, ale czy za tym idzie nowa lista powodów, dla których „on już jej nie kocha”, a „ona go zdradziła”? Czy jednak zawsze jest to ta sama wybuchowa mieszanka cech płci, kulturowo skazanych na budowanie trwałości tam, gdzie o trwałości nie może być pewnej mowy?
   Ponieważ mężczyzna jest prostszym mechanizmem, co to (jak mawiają złośliwe) ma tylko jedną dźwignię, zacznijmy od niego. On w relacji damsko-męskiej skazany jest zwykle na klęskę z racji swej konstrukcji uwarunkowanej biologicznie. Jako samiec jest bowiem głównie siewcą genów i zdobywcą przestrzeni życiowej, w której nieustannie musi się sprawdzać, potwierdzać swoją męskość, siłę i przydatność (również do prokreacji). Z tej racji potrafi być oddanym partnerem, ale w partnerstwie się nie mieści, nudzi się i rozsadza ramy. Dlatego też skazany jest na nieustanne poszukiwanie nowych wyzwań. Mylą się jednak te panie i nieliczni panowie, którzy pomyśleli teraz, że będę pisał o zdobywaniu nowych kobiet przez samca-macho. Daleki jestem od tego. Co prawda, biologiczność mężczyzny najbardziej spektakularnie realizuje się w przeskakiwaniu z jednego łóżka z uroczą zawartością do drugiego, jednak nie jest to jedyna forma spełnienia marzenia o poszukiwaniu doznań, o nowości, inności, nieprzewidywalności i pożądliwości nieugaszonej. Gdyby każdy z nas, samców, nie spełniał się w stałym związku z kobietą, a jednocześnie szedł przez życie kierowany wyłącznie instynktem siewcy genów, nie byłoby wśród nas pantoflarzy, którzy dla ukochanej żony własną egzystencją sięgną dna kopciucha. Nie byłoby wiecznie pierdołowatych mężów, którym żony muszą wskazać kierunek życia, żeby wiedzieli, gdzie stoi lodówka i nie pili z muszli klozetowej. Nie byłoby naukowców, dyrektorów, prezesów i bankierów, którzy bez kontroli żony poszliby do pracy w lewym kaloszu i w prawym trampku. Nie byłoby przede wszystkim zamężnych i spełnionych pań, gdybyśmy wszyscy byli tylko trutniami skaczącymi z kwiatka blondynki na kwiatek brunetki. Mężczyzna niespełniony w związku może zatem uciekać poza terytorium płciowości i będzie uciekać, na przykład w wędrówki górskie z kolegą albo pomiędzy dwa pedały (z naciskiem na pedały jako część składową roweru). Będzie uciekać na boisko, w filatelistykę i w przestworza motolotnią, byle dalej od marudzącej kobiety, która zawsze czegoś chce, bo zawsze czegoś jej brakuje, a która w gruncie rzeczy już nie podlega wymianie. Przestaliśmy być do wzięcia i dobrze nam z tym, bo przecież ta nasza żona w gruncie rzeczy jest nie gorsza niż inne, pewna i bezpieczna, w dodatku bywa już mało atrakcyjna po kilku latach w związku, nie zbiesi się i nikt (w mniemaniu męża) na nią nie poleci. A nawet jak ktoś poleci, będzie szczęśliwa z kochankiem w tle, bo do twarzy jej z samozachwytem, a do domu zawita więcej świętego spokoju. Zwykle raz zdobyta, w mniemaniu swojego faceta, ma zostać zapleczem lub przewodnikiem w drodze ku jego wygodzie na nowych drogach spełnienia, jakbyśmy owej samorealizacji nie definiowali. Proste, prawda? Szczególnie w stereotypie myślowym. Jeśli panie tego nie mogą pojąć, to dlaczego?
   Tak, to jest ten moment, teraz pora zastanowić się nad nią. W wielkim błędzie jest ten, komu wydaje się, że jako istota bardziej uwrażliwiona, emocjonalna i delikatna, nie umie upomnieć się o swoje. Jeśli wygląda częściej na skrzywdzoną, zaniedbaną i przepojoną cichą pretensją do świata całego, nie tylko męskiego, to z innego powodu: to kruche kobiece biedactwo zwykle chce tego, czego akurat nie ma w danym momencie. Jeśli ma męża pijaka, tęskni do jednego spaceru po osiedlu z trzeźwym. Jeśli ma w domu abstynenta i posłuszną pierdołę, tęskni do drapieżnego macho, który wniesie w monotonię życia szufelkę żaru namiętności. Jeśli jest żoną macho, za jakiś czas będzie tęsknić za łysiejącym misiem, który ją przytuli, zrobi masaż stóp i przyniesie herbatę z miodkiem i cytryną. Jeśli mąż będzie po pracy sprzątał, prał i gotował, niespełniona pani zrobi mu pretensje, że nie mają domu z basenem i nie jeżdżą na Kanary jak Jadźka. Jeśli będzie siedział bezczynnie przed TV z butelką piwa i pilotem, będzie tęskniła, żeby chociaż raz obrał ziemniaki. Jeśli będzie jej przynosił nową sukienkę w rocznice ślubu, poskarży się koleżance, że w żadną rocznicę mąż kwiatka nie przyniósł.
   Smak niespełnienia podobny, pozostają tylko warianty niezaspokojenia i skarga na męża pierdołę lub darmozjada, na związek z degeneratem, nudziarzem albo na los opiekunki i służącej albo znudzonej i zaniedbanej księżniczki, steranej i pozostawionej bez odrobiny miłości i współczucia. Zawsze odbijanie piłeczki winy i przekonanie, że u innych w ogródku trawa wydaje się być bardziej zielona. Dlaczego tak się dzieje? Bo obie płci chcą żyć kolorowo, a tu tyle powinności, szarych i powtarzalnych obowiązków każdego dnia.
   Ale są gdzieś związki radosne, spełnione. Dlaczego zatem o nich się zwykle nie czyta i tak mało słyszy? Dlaczego giną pod zwałami dramatów o przemocy w rodzinie, o agresji, o pretensjach i wzajemnym obwinianiu? Dlaczego nie czytamy o pięknym partnerstwie? Czy tylko dlatego, że piękno ginie w natłoku brzydoty, małości i niechęci? Może piękno żyje same sobą i nie musi się z tym wychylać? Czasem jednak wydaje się, że związki spełnione, szczęśliwe i bogate wzajemną miłością, to te, w których ludzie potrafili kochać według recepty św. Pawła:
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
   
Dziś, gdy co chwila i z takim naciskiem, czytamy o niezrozumieniu w związkach, o wzajemnych pretensjach, animozjach, żalach, o różnicach płci, jesteśmy w stanie poruszyć niebo i ziemię, by udowodnić, że wszelka przyczyna naszego rozczarowania, znieważenia, porzucenia, zdrady, leży w drugim człowieku. Ten stan aż się prosi, żeby położyć nacisk na bardzo konkretną frazę z Pierwszego Listu do Koryntian: miłość [...] nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Jedną z wielu przyczyn niespełnienia w związkach może być i ta, że mylimy pojęcia i z przyjemną łatwością, ustawiamy miłość za plecami biorcy, któremu przecież „zawsze się należy”, który powinien mieć nieustanne zapewnienie, że jest kimś wyjątkowym, podziwianym, docenianym, który jednocześnie ma pełne prawo zapominać, że prawdą miłości - i to dla obu płci - jest głównie dawać siebie drugiemu. I dopóki ta prawda nie dotrze do kobiet i mężczyzn, ich dwoje, także w kolejnych pokoleniach, pozostaną już na starcie skazani na nieustanne przepychanki z goryczą w tle.

skomentuj (24)

Obywatel Syty w potrzasku 2009-12-02 22:41:18

- Pan kupi coś do jedzenia, bardzo proszę.
- Co? - zapytałem wyrwany raczej z zamyślenia niż zaciekawiony.
Gość wzruszył ramionami i spod włóczkowej czapki, sztywnej od brudu, wybąkał bezzębnymi wargami:
- Byle co, byle tanie.
   Wszedłem między regały natychmiast szukając byle czego do jedzenia, byle taniego, choć nie miałem pojęcia, ani jak wygląda byle co, ani ile tego kupić, żeby bezdomny mógł się najeść na miejscu, przed sklepem, bez mikrofalówki i otwieracza do konserw. Popychałem przed sobą wózek, który bezzębny gość podarował mi bez złotówki zwalniającej z łańcucha. Teraz to jakby mnie przypiął grubym łańcuchem zobowiązania. Przecież nie byłem mu nic dłużny, mogłem wyrwać się z tego pozornego uzależnienia, nie miałem żadnego obowiązku. Dlaczego więc szybko zapomniałem o swoich zakupach? Dlaczego wzrok biegał panicznie wzdłuż cen artykułów spożywczych i wyławiał coś, co bezdomny zje bez specjalnego przygotowania?
   Sklep należał do podłej sieci oferującej nędzne ilości produktów do spożycia. W dodatku coś, co było tanie, zostało zamknięte w zbiorcze opakowania. Za duże na jeden raz, a gość z pewnością lodówką nie dysponował. I z powodu trudności, niezależnych od mojego chcenia, byłem gotów zbuntować się i olać prośbę, zrobić swoje zakupy i wyjść jakby nigdy nic. Pewnie nie ja pierwszy tego dnia opuszczę sklep doskonale obojętny na jego potrzeby. Wchodziłem w czapce, wyjdę bez czapki i facet nawet nie zwróci uwagi, że to mnie ustrzelił prośbą o coś do jedzenia. Już uśmiechnąłem się bystrości własnego umysłu i przebiegłości starego wyjadacza, gdy jak grom spadła na mnie myśl-cytat: coście uczynili najmniejszemu z braci moich... . A jednak! Wiedziałem! Tak, jasne! To już było nade mną! Oko Opatrzności, super ego, anioł stróż, duch braterstwa, miłujący bliźniego choćby na siłę albo każda inna moc, co już rosła do rozmiaru obowiązku pochylenia się nad potrzebującym. I na powrót pchnąłem wózek w kierunku lodówek z parówkami upchanymi ciasno i hermetycznie. Po drodze, przy pieczywie, dorzuciłem do parówek cztery świeże kajzerki i niech mi sumienie lżejszym będzie. Mogłem już spokojnie ugłaskać hipokrytę, który teraz chichotał pod kurtką. Dobrze wiedział, że to był tylko samogwałt Obywatela Sytego, któremu za nic w świecie nie przyszłoby do głowy troszczyć się o pusty brzuch menela pod sklepem, gdyby ten nie przywołał do porządku chrześcijańskiego sumienia.
   Ile warte jest to sumienie? Więcej niż wydane trzy pięćdziesiąt? Szczerze wątpię. Obywatel Syty przecież więcej płaci za jedno rozcieńczone piwo w pubie, więc z pewnością nie o te trzy pięćdziesiąt chodzi. Obywatel Syty łatwiej zniósłby sytuację, gdy menel mówi: dorzuć się synek do flaszki. Mógłby to spokojnie zrobić na odczepnego i nie zapomniałby co miał kupić. Ale tym razem menel perfidnie prosił o jedzenie. Obywatel Syty nie dowierza temu tak dalece, że nawet wręczając mu po fakcie siatkę z jedzeniem obserwuje czujnie jego postać. Nie wierzy, że bezdomny może tak zwyczajnie poprosić o jedzenie. Obywatel Syty już dobrze poznał się na takich, co z żebrania uczynili zawód, na takich, co dobrze się mają przez gwałt dokonany na przerażeniu rzeczonego obywatela. A tu co? Najpierw niekonwencjonalna prośba, a teraz bezdomny jakby zdezorientowany podarunkiem? Robi nieco większe szparki w opuchniętych powiekach i ze zdziwieniem w głosie serdecznie dziękuje za dar. Ale to podziękowanie ma w sobie to coś! Jakby zdanie rzucone Obywatelowi Sytemu prosto w twarz: naprawdę kupił, frajer! I zaraz potem dodatkowo bezdomny niby w geście bezradności opuszcza siatkę wzdłuż nogi i wcale nie zamierza jeść, wypiął się na dar, który zabrał Obywatelowi Sytemu spokój codziennych zakupów.
   I to jest już jest. Niestety, sezon polowań na Obywateli Sytych rozpoczęty. Pojawiają się znaki ostrzegawcze w postaci rozświeconych żaróweczek, choineczek, reniferków i saneczek. Tak, to ten czas, gdy nie menele zaburczą pustym brzuszkiem i wyproszą kwaśnym oddechem byle co do jedzenia. Teraz na Obywateli Sytych zapolują inni syci obywatele, co troszczą się o tych, którym brakuje. Za chwilę będzie ich coraz więcej: z koszami do wypełnienia darami dodatkowych zakupów w marketach, z anielskimi skrzydłami w dżinsach i gęsim pierzu, wędrujących wzdłuż galerii handlowych ze świecą w dłoni, która rozjaśni wolę dzielenia się z dziećmi specjalnej troski. Z pudełkami świec Caritasu w kościołach, które wspomogą ubogie rodziny, a także z czapeczkami mikołajkowymi na głowach gwiazd telewizyjnych seriali, które przypomną numer sms, pod który należy przesłać darowiznę dla jeszcze innych dzieci. Aż ostatecznie karnawał dzielenia się sercem zakończy kolejna eksplozja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która odtrąbi Obywatelom Sytym hymn dobrze spełnionych powinności. I przynajmniej na pół roku zamilknie hojność. Choć optymiści powiedzą, że lepiej raz w roku niż wcale.
   Prawdziwie dobre uczynki wraz z prawdziwie dobrze czyniącymi zejdą do podziemi codzienności. To powszednie dobro nie znosi świateł, kamer, blasku sztucznych gwiazdek. Nie karmi się widokiem zgrabnej hostessy, pokrzykiwaniem, przebraniem, rozgłosem i oklaskami. Żyje w powszednich czynach rzeszy wolontariuszy i ludzi nieobojętnych na drugiego. Ale jest szansa, że Obywatelom Sytym, przynajmniej niektórym, zakwitnie myśl, że może trzeba szukać potrzebujących wokół siebie, niechby i za drzwiami własnego mieszkania, a to już dobry kierunek.

skomentuj (13)

Rzecz o końcach świata 2009-11-19 22:16:54

   Koniec świata na powrót zagościł w mediach. I nie mówię bynajmniej o reformie medialnej na żadnym etapie. To, jak zwykle, tylko chwilowy szum, ale z pewnością nie ostatni. Ludzie kochają mówić o kresie planety, przynajmniej od czasu, gdy mówić się nauczyli, gdy nauczyli się obserwować naturę i zaczęli świadomie przyglądać się żywiołom. To z pewnością pobudzało wyobraźnię i zawsze na moment człowiek zastygał w przerażeniu, bo zdawał sobie sprawę z nędznej kondycji. Właściwie może nawet dzięki mocy pożarów, powodzi, trzęsienia ziemi, dostrzegał paradoks własnych możliwości. Z jednej strony potęga intelektu, umysłu, rozwój cywilizacyjny, techniczny, a z drugiej bezradność wobec sił, które równały ludzkość z istotami żyjącymi bez użycia rozumu. Ten sam zwierzęcy strach w oczach i ten sam koniec organizmu żyjącego.
   Od jakiegoś czasu znowu głośno o końcu świata, tym razem za sprawą filmu „2012” i za sprawą Majów, którym kalendarz skończył się rzekomo na dacie 21.12.2012r. Ale nie ma się czym przejmować, zwłaszcza, że nie do końca wiemy, jakim przelicznikiem posługiwali się Majowie i czy ich rok 2012, to ten sam co nasz. Nic to, minie czas jakiś i podobno znowu poczekamy na koniec świata zapowiadany przez samego Newtona. Jeśli przedtem nie wyłoni się z bezczasu inny wieszcz, piewca jedynego prawdziwego końca. I co jest w tym najzabawniejsze? Że za każdym razem, ilekroć ludzie podniecają się rzekomym oczekiwaniem na dzień apokalipsy, tyle razy zwykle nie robią nic ze swoim dotychczasowym życiem. Krążą wewnątrz swoich codziennych małych światów, a te czują się niezagrożone i znieczulone na kres. Małe ludzkie światy rozpinają się pomiędzy zakupami, gotowaniem, odprowadzaniem dzieci do przedszkola, na kurs angielskiego i basen albo do sklepu po nowy sweterek. Tylko wieczorem, przed snem, czytając ten czy ów tygodnik, na moment ludzie poczują dreszczyk kolejnej apokaliptycznej wizji. Z rana, mniej lub bardziej wypoczęci, wrócą do pracy, do swoich miłości, nienawiści, pragnień, grzeszków, słabości, niepomni na wczorajszy dreszcz nieuniknionego końca świata, co przyjdzie jak nic za dwa lata. I jakże zdrowe to i pogodne i mądre. Czesław Miłosz zdał z rzeczy sprawę pisząc jakiś czas temu:
Dopóki słońce i księżyc są w górze, /Dopóki dzieci różowe się rodzą, /Nikt nie wierzy, że staje się już. /Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, /Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,/ Powiada przewiązując pomidory:/ Innego końca świata nie będzie, /Innego końca świata nie będzie.
   
Wiersz Miłosza, który tak prosto pokazuje, że nasz indywidualny świat kończy się w każdej chwili, że każdy dzień wyznacza nowe narodziny i nowy kres działania, ruchu, czynności, zawsze jakoś dodatkowo współgra mi z ewangeliczną prawdą: „Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny”(Mt25,13).
   Jeśli zatem wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że ludzkość ma potrzebę - co jakiś czas - wypatrywać z wypiekami na twarzy kolejnej daty kresu, to właśnie z tego konkretnego powodu: dlaczego ludzkość chce słuchać przepowiedni ludzi? Widzi pękającą ziemię, kończące się kalendarze, oczekuje deszczu meteorów, spalenia przez słońce lub wystudzenia planety, przegrzania skorupy, erupcji wulkanów, ale oczekuje daty końca od naukowców, szaleńców, szamanów, mędrców i mediów elektronicznych. Jednocześnie to popkulturowe wypatrywanie apokalipsy, podszyte sensacją jest zawsze aktem pozbawionym nadziei. Oto w południe dnia, wśród nieważnych spraw, przyjdzie wielkie bum, spektakularne, malownicze, porażające, a po nim? Nie ma żadnego „po nim”.
   I pomyśleć, że rzecz dzieje się w świecie, budowanym i wzmacnianym od wieków na fundamencie kultury judeo-chrześcijańskiej, wznoszącej wizje losu i przeznaczenia człowieka - także  apokaliptyczne wizje - na treściach płynących z Biblii. Tymczasem kultura popularna, która tworzy między innymi takie „dzieła” jak „2012”, nie ma potrzeby „mieszać” do tego Boga. Może z lęku przed metafizyką, niechby i podwórkową, płytką i odpustową. Może jedynie na potrzeby taniej sensacji? Może bezpieczniej jest laicyzować koniec? Kres świata bez dopuszczania do tego Boga jest wygodny. Gwarantuje nagły efekt bez konieczności rozliczania i podsumowania życia, bez konieczności zastanawiania się nad swoim postępowaniem, bez lęku przed konsekwencjami wybranego modelu egzystencji i bez ryzyka, że dokonywało się niewłaściwych wyborów. Popkultura lubi efekty natychmiastowe, dosadne, i pozbawione dwuznaczności i koniecznie nie poddawane refleksji.
   Pewnie nie przypadkiem usłyszałem wczoraj w radiu komunikat takiej mniej więcej treści: policja apeluje o rozsądek do ludzi którzy korzystają z esemesowych usług typu: „chcesz wiedzieć, czy masz świńską grypę?” i „czy chcesz poznać datę swojej śmierci?”. Apel był poważny i z prośbą, by ludzie czytali przynajmniej regulamin takich usług, bo gdy przyjdzie gigantyczny rachunek za telefon, policja nic już nie może zrobić. Można na początek zapytać, czy ktoś, kto płaci za esemesy z datą swojej śmierci, jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem jakikolwiek regulamin? A dalej warto zapytać, czy to nie jest jednak miara jakiegoś innego końca świata? Na przykład końca świata rozumu? Esemes z datą śmierci zastąpi z pewnością wróżkę, wiarę, mądrość, ale też zabezpieczy przed zbytecznym kredytem, pozwoli sporządzić testament i przekona, że czas zaszaleć, skoro już się wie, ile życia zostało. Ba, jest nawet nadzieja, że będzie to samospełniająca się przepowiednia, bo niejeden idiota tak ślepo zaufa dacie w komórce, że palnie sobie w łeb we wskazanym dniu. I tak, w osłonie myśli o końcach świata dotarłem do wagonu kolejki elektrycznej i otworzyłem książkę Rolanda Topora na słowach: Dziś, w dobie tworzenia się wspólnoty europejskiej, przyszedł czas, by sporządzić bilans dóbr narodowych. Wbrew powszechnym przesądom, kretyni też do nich należą. Tak jak nie ma prawdziwego oszusta bez naiwniaka, sadysty bez masochisty, tak handel i przemysł nie mogą obyć się bez kretynów. Kto jest odbiorcą reklam? Kretyni. Do kogo zwracają się księża? Do kretynów. Do kogo skierowane są hasła polityczne? Do kretynów. Wielkonakładowe gazety, kino, radio, telewizja, jednym słowem media? Do kretynów. Co nas czeka, jeśli pozbędziemy się kretynów? Kryzys!!! … i jeszcze jeden prorok czy co?

skomentuj (2)

Szczęście bez recepty 2009-11-02 21:00:49

   Na początku wcale nie chciałem tego czytać, choć w piątkowej „Wyborczej” od dawna nic innego mnie nie zajmuje. Redaktorzy „Męskiej muzyki” przyzwyczaili nas do wywiadów z pisarzami, aktorami, poetami, muzykami, ludźmi sztuki, którzy mieli coś do powiedzenia na temat miłości, związków męsko-damskich, ale też nie omijali innych aspektów życia. A teraz? Co nam tu zaserwowano? Rozmowę z damskim fryzjerem?
   I już wzruszyłbym ramionami nad tekstem, gdyby nie drobny fakt, który wyłowiłem muśnięciem oka – to dziewięćdziesięcioletni fryzjer, a taki może jednak mieć coś do powiedzenia o życiu. Pan Tolek, to nie jakiś tam zmanierowany filipek z konopii w portkach uciskających klejnoty, co to otworzył zakład u progu nowego wieku. Pan Tolek, to człowiek-historia powojennego Gdańska, wierny swojej fryzjerskiej profesji od ponad sześćdziesięciu lat. Uwaga i miejsce na łamach należą mu się choćby z tego tytułu, że nie zmogły go stada kobiet, które niełatwo było zadowolić (mowa o fryzurze). Ale też nie zmogły Pana Tolka próby wywłaszczenia za Stalina. Ba! Nie zmogła go nawet banda karków tęskniących do golenia pały za friko.
   Pan Tolek dziwnie zapadł mi w pamięci, a raczej opublikowana rozmowa, w której nie ma najmniejszego cienia narzekania na życie. Pod naszą szerokością geograficzną, to brzmi jak odkrycie kolejnego cudu świata. Oto Polak, który wyrwał się z ukraińskiego kawałka ziemi, przejechał samotnie na Pomorze, założył zakład, w którym przepracował kilka systemów politycznych, przeżył stado ideologów i uszczęśliwiaczy społeczeństwa, wykształcił niemal trzystu fryzjerów, a po upływie dziewięćdziesięciu lat życia nie narzeka na nic. No może tylko smuci go utrata możliwości pełnego widzenia. Po lekturze wywiadu szybko zrozumiałem, dlaczego Pan Tolek znalazł się na łamach stałego działu. Robił swoje niezmiennie i przez dziesięciolecia, do końca przekonany o słuszności dokonanego wyboru. Nie szukał uwielbienia, nie pchał się na afisz, nie czekał na oklaski, choć dawał radość i zadowolenie. Jego dzieło, skrzętnie i cierpliwie uprawiane, znikało szybko z pola widzenia, zwykle wraz z prostującą się trwałą, z nowymi odrostami na głowach klientek. Mimo tego mężczyzna zachował spokój i dobrą kondycję psychiczną. Czy to możliwe? To pytanie najmocniej nie daje mi spokoju, a przekora kwestionuje proste prawdy i chętnie optymizm zwaliłaby na wiek, na niepamięć złego i pewnie dlatego noszę w głowie myśl o Panu Tolku jeszcze dziś, trzy dni po lekturze rozmowy z nim. To, co najmocniej pozostaje w pamięci, to zbyt oczywista recepta na szczęście:
   Trzeba być szanowanym, to przede wszystkim. Ale na szacunek należy sobie zasłużyć: nie być pijakiem - bo to najgorsze - pijak maltretuje żonę i dzieci. Nie być rozbójnikiem czy złodziejem. Pracować. No i spełnić swoje marzenia. Jak byłem młody i mieszkałem na wsi, kładłem się czasem na łące, patrzyłem w chmury i myślałem: ale byłoby fajnie mieć samochód, podróżować, pojechać do Ameryki. I to się udało - wszystko co sobie pomyślałem, załatwiłem: od 1945 r. miałem samochód, byłem w Kanadzie, Jugosławii, kilka razy we Francji... Nie byłem też pijakiem, z nikim się nie biłem. Ludzie kłaniają mi się na ulicy.
   Czy to w ogóle jest recepta na szczęście? Na dzisiejsze czasy jakby malizną trąca. To nawet nie jest zbiór pobożnych życzeń! Kogo dziś obchodzi, czy ludzie będą mu się kłaniać na ulicy? Komu to jest potrzebne? Jak się kłaniają, to nawet robi się podejrzane. Na pewno czegoś chcą, może coś są nam dłużni, mają coś na sumieniu! Albo weźmy takie marzenie: mieć samochód? Czy to nie jest dziś podstawa życia, w dodatku leżąca w zasięgu? Samochód? Wiadomo! Należy się jak kotu łyskas. Nawet nie jeden samochód, tylko po jednym dla każdego członka rodziny. Ilu Polaków na stu powie, że samochód (bez rozróżniania marki jak widać) i podróżowanie może być marzeniem? Przecież dziś jest obowiązkiem rodaka stającego w bloki startowe z sąsiadem do biegu o wyższy poziom życia. Wskażcie w swoim gronie pięciu znajomych, którzy świadomie chcą zasłużyć na szacunek innych i podporządkowują temu codzienne działania, rzeczywiście o tym myślą i mówią, uczciwie robią wszystko tylko dla szacunku i bez usprawiedliwienia potknięć hasłem: „a bo inni to...”. Z całej recepty Pana Tolka tylko hasło „pracować” zdaje się trzymać dziś pion, choć definicje pracy bardzo się indywidualizują i dla jednych praca staje się koniecznością, dla innych pasją, innym zaś plecie się pasmem cierpienia i bólu niespełnienia, a jeszcze innym zmaganiem, frontem, na którym obowiązuje bardzo militarna terminologia i bynajmniej nie o szacunek bój się toczy.
   Tymczasem w całej rozmowie z Panem Tolkiem nie pojawia się mowa o pieniądzach, przynajmniej jako o celu prowadzenia działalności. Często zaś pojawia się mało modne dziś zadowolenie kobiety (mowa o fryzurach): Gdy kobieta ładnie wygląda, jest zadowolona, sąsiadki podziwiają nową fryzurę, mężowi też się podoba - pani po prostu kwitnie. Kobiety lubią się podobać, a my lubimy na nie patrzeć. Takie to proste, drogie panie, gdy „patrzeć”, nie zawsze oznacza ostrzyć zęby ze złości, że sąsiadka ma ładniej, nie znaczy też ślinić się, rozbierać wzrokiem i prężyć cokolwiek.
   Szacunek, radość, zadowolenie, a przy tym rytm życia, w którym wszystko ma swój czas i swoje miejsce, zdaje się dopełniać wyznania Pana Tolka: W niedzielę jeździliśmy na plażę na Stogi. Morze po raz pierwszy to tu właśnie zobaczyłem [...] Jeździliśmy też do Przywidza nad jezioro. O, to były całe wyprawy. Dwa samochody i ze dwanaście motocykli. W Przywidzu piknik był, dziewczyny rozkładały obrus, na to stawiały to, co przygotowały. I każdy się częstował. [...] Do kina też chodziliśmy. Nieraz dwa razy dziennie. To znaczy, jak zakład zamknąłem, to szliśmy na dwa filmy. Do "Leningradu" na Długiej, czasem do "Bajki" we Wrzeszczu. Nawet jak miejsc już nie było, wpuszczał nas znajomy.
   Prawda, że dziś może wzruszyć ten niespieszny rytm z rytuałem rozrywek, wypadów poza dom, wcale nie dlatego, że wypada bywać, ale z powodu prostej niezmienności i modelu życia, wybranego raz na zawsze. I to obecne stale nieoglądanie się na obowiązujące wzorce, jeśli nawet takowe były. Tego oczywiście nie nazywa damski fryzjer, przez którego przemawia prosta prawda życia spełnionego. I może dlatego w tej prawdzie nie ma miejsca na doły psychiczne, terapie, salony odnowy, nie ma potrzeby uprawiania jogi, medytacji, ani innych wynalazków sfrustrowanego człowieka.
   Czasem nachodzi mnie taka dziwna myśl, że prawda i dobro zamknięte są na zawsze w pozytywnej energii, którą pozostawiają zwykli ludzie, profesjonalnie i uczciwie wypełniający codzienne, zwykle mało spektakularne, prace. Dobro i piękno wcale nie mieszczą się w dziełach artystów, ideologów i filozofów, ale bywają zamknięte w oddaniu rzemieślników dobrze wykonujących swoją robotę, gotowych zawsze budować zadowolenie klienta na trwałym fundamencie najzwyklejszej przyzwoitości. I nie jest wówczas żadnym odkryciem, że najwięcej patriotyzmu, prawości i pożytku społecznego kryje dobrze zbudowany dom, uczciwie poprowadzona droga z nawierzchnią dobrej jakości czy mądrze zbudowana kładka przez rzekę, jak też dobrze skrojony garnitur i piękna fryzura zachwyconej kobiety.  Wówczas naprawdę nie trzeba dorabiać ideologii, ani troszczyć się o poklask.

skomentuj (2)
Księga Gości