RSS
 

Zawiedziony

22 maj

A czy ja im zabiorę tych chłopów? Pedał jakiś jestem, no sam zobacz, stary! Czy tak wygląda ciota, łaps babskich mężów? Ty, podnieś ten łeb nad pizzę, nikt ci jej nie wyrwie! Popatrz w oczy człowiekowi, nic nie wynajdziesz między pieczarką i szynką. Tu patrz, tak wygląda facet, co nie ma kumpli, bo uwierzył męskiej przyjaźni, widzisz?

Wszędzie razem, rozumiesz? Od drugiego roku studiów. Razem truskawki w Hiszpanii, tulipany w Holandii, razem lodowa w Norwegii albo odwrotnie i teraz sam przychodzę na piwo. Dogorywająca studentka z tacą trzy razy podchodziła, pytała czy coś do jedzenia, stawiała browar i znikała, a ja czekam jak ten kutas na weselu i za co? Za wiarę w męską przyjaźń, stary. Za obietnice, że przynajmniej raz w kwartale się napijemy, powspominamy, pośmiejemy się. Nic zobowiązującego, a ich nie ma.

Zlewasz mnie, wiem, twoje prawo! Nie prosiłeś do stolika, ale przynajmniej spierdalać nie każesz. Sam się lepiłem, mam za swoje. Jak wysłuchasz nie zbiedniejesz. Masz żonę? Masz, okej, dzieci masz? Szczęśliwy gość jesteś, choć pewnie w delegacji, że tak podle jesz. Też mam żonę. Cudowną żonę, najdroższą na świecie, a wiesz czemu? Bo ona mi telefonu nie przegląda, esemesów nie czyta, mejli nie sprawdza, a jak mówię, że idę z kumplami na piwo, ceni mnie za lojalność wobec tych śmierdzieli. Choć ich zna i wie, że każde pierdnięcie swojej baby wciągają jak maryśkę. Mojej nie przyjdzie do głowy posądzać o zdradę, a wiesz czemu? Bo ona zna swoją wartość i wie, że nie skalam tej miłości kiszeniem ogóra w byle beczce. Miłość, stary, to nie jest kwestia zaufania, to poczucie własnej wartości, pamiętaj. Jak ktoś się szanuje, trzyma pion, nie musi ufać,  bo wie ile znaczy dla drugiego.

Że oni nie znają miłości? Pewnie tak, poznali srakę ze strachu, że jakiś obszczymur w garniaku żonkę zwinie, bo lepszą furką zajedzie. Jak inaczej to tłumaczyć? Co dzisiaj mają? Co im przeszkodziło, że zostawili mnie samopas, choć obiecali? Odgrzewają kluski żonie? Podkładają książkę pod rozjechany stół? Ciągną wózek w Biedronce? Malują przedpokój? Zapylają z potomstwem na angielski, czy szyją córci falbanki na balet? Raz na kwartał nie mogą wyjść z domu? Sam w to nie wierzysz. Bo co? Feministyczne wypłosze patriarchat wyszyją im na śliniaku, co? Ten jeden nawet dzieci nie ma, to co on może robić? Rajstopy jej pierze? Kąpiel szykuje od piętnastej?

Ty, a wiesz, ten co ma dzieciaka i uwaga na dwoje mu się dzieli, bo co ci po imionach, to nawet w tamtym kwartale zaskoczył. Przyszedł, mówię ci, serio! I wiesz co? Przepraszał co dziesięć minut, bo musiał do niej zadzwonić. I po kolei, że teraz pije piwo, a teraz ma pół, ale już drugie zamówił, a frytków mu siedem zostało, a w kiblu lał dwa razy, a czy ona przełączyła na dwójkę, czy oglądała jeden z dziesięciu? A czytała ten artykuł o zdradzie w Wysokich Obcasach? Żeby pamiętała o filmie w Kulturze, a jeszcze może przeczyta ten wywiad z magazynu weekendowego. No jazda po całości, stary! Nie wiem do czego byłem mu potrzebny, pojęcia nie mam, inteligencji mi nie starcza, kumasz?. Wyszedł z domu na spotkanie, ale chyba do drugiego pokoju i mnie tam nie było. A ja, głupi, zastanawiałem się kto tu kogo pilnuje? Ona o nic nie pytała, sam z siebie meldował jak ten Jarząbek do szafy. Może jestem debil i on jednak ją kontrolował? Wiesz, odciągał do telefonu, bo nie miał pewności, czy nie korzysta z sieci, nie wali w gumę na sympatii albo nie ciągnie wirtualnie, cholera wie! Dlaczego moja nie dzwoni? Bo to jest przyjaźń w małżeństwie, stary, wymaga higieny. Nie można wdychać smrodu drugiego na okrągło, bo alergizuje, nie?

Powiedz, jak to jest? W przyrodzie wszystko ma swoją przyczynę i skutek, tak? To sobie, myślę, tak złośliwie, bo mnie wpieniają. Moich kumpli tak posrało, bo oni zwyczajnie nie testowali innych kobiet w życiu, wiesz? To może mieć sens. Na wszelki wypadek ożenić się z pierwszą kobietą w życiu i świata za jej plecami nie widać. A może one z premedytacją dopadają takich przyczłapów, co? Wykorzystują fakt nieśmiałości, wstawiają ich w grafik wyższej konieczności, choćby z lęku przed staropanieństwem i są ustawione. Bo te baby moich kolesiów, to koczkodany są jakieś. W życiu normalny by na takie nie poleciał. Harpie upatrują sobie takiego kolesia, chodzą, podglądają jak się zachowuje, a potem cap go na męża i po wypłacie chodzi na lince ściąganej. Jak chce krok w bok, żoncia kciukiem smyk guziczek i smycz ściąga delikwenta do nogi. Zaraz potem przekonuje, że dotąd tracił życie, że w zasadzie snuł się jak nastolatka po galerii i nic dobrego go nie spotkało, a teraz złapał kurs na szczęście. W dodatku uporządkowane od budzika po wieczorne siusiu, a że ciągle na oku? Zawsze podciągną pod miłość, troskę i zapotrzebowanie na czułość. A jakby co, ostatecznie wypiszą kwit na poczucie winy i gość ugotowany.

 Ty, a piwa się ze mną napijesz? Z serca stawiam, bo wpieprzasz na sucho, aż żal patrzeć. Spieszysz się? Czy tak młócisz, żeby sobie pójść i nie słuchać? Nie? Dobra, pani da dwa piwa. No. Widzisz, załapałeś się na gadki zawiedzionego, to przynajmniej piwem odpłacę. Musiałem, naprawdę, bo myślałem, że pęknę ze złości jak guma z wyprzedaży. Ale głupie one nie są, wiesz, te ich baby. Taki pasztet już wie, że nawet pantofla może stracić, kumasz? Przecież zdają sobie sprawę, że dokoła stada takich samotnych kaszalotów i każda wisi nad ich łosiem jak debet nad bankomatem. Tylko czekają aż smycz się zluzuje. Faceci jednak lepiej znoszą życie na trutnia. Baby zawsze mają te swoje ciotki, babcie, wszystkie inne wypłosze, które im wypomną babskie wady i chodzenie samopas. Jak taka dopadnie swojego smerfa, nie odpuści na krok! Bo znowu będzie tłumaczyć się z ułomnej kobiecości.

O, widzisz, jest, trzy godziny po czasie dzwoni, kutas roztrzęsiony! Jak sam napiłem się piwa za następny kwartał, to i kumpel się znalazł. Poczekaj, odbiorę… a nie, to żona. Tak? Jak dzwonił? Na stacjonarny?! Kiedy? Dwie godziny temu? Jak to byłaś ciekawa ile będę się szlajał? A gdzie mam łazić? Siedzę w tej knajpie, gdzie miałem się spotkać, ale nie  przyszedł. Jakie baby? No coś ty? Kochanie! To chyba ze stolika obok, jakieś kwoki blond siedzą i gdaczą. No jak w pół godziny? W domu? Kpisz sobie? Czym ja śmignę tak szybko? Wiesz, że nie mam klucza, nie wygłupiaj się! Już jadę, czekaj… spokojnie…

Ty, ale weź moje też dopij, co? Szkoda wylewać, zapłacone, a żonka mi się wściekła, czy jak?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Obrazki

 

Psuje

05 maj

„Psuje nam się ludzkość, oj psuje”, tak ze smutkiem westchnął skacowany Dionizos w latach osiemdziesiątych. To było tylko telewizyjne „Spotkanie z balladą”, ale coś o mocy proroctwa wyłazi po trzydziestu latach. Sporo psujów wylęgło się wokół nas. Moralność klapnęła, jakby skończył się jej termin przydatności do spożycia, panoszy się relatywizm wszelkich wartości, gdy wszystko da się uzasadnić sondażem i statystyką. Pęd życia zachwiał drogowskazem religijnym, a egoizm rozsiadł się na relacjach międzyludzkich, aż chciałoby się powiedzieć, że radość ogarnia, skoro niewiele życia zostało, a po nas może rzeczywiście choćby potop? Ale co z młodymi córkami Polski i jej synami? Dokąd pójdą? Z jakiego urwiska pociągną za sobą umęczoną krainę? Zapyta niejeden prawdziwy patriota i nie dostanie odpowiedzi, a kabaretowo prorocza sugestia przyniesie zadymione wizje. Za lat dwadzieścia, może trzydzieści, co będzie z krajem, gdzie łan dojrzewać przestanie, bo zboże kupi się z Chin, a łąki umajone przekopie pod światłowody niosące sałatkę i groch z kapustą zbytecznych informacji.

Zagrożenie musi być całkiem realne, jeśli nauczyciele akademiccy stają dziś w chórze z biznesmenami, by zgodnie emitować pieśń troski o przyszłość pokoleń. Akademicy, przerażeni wszechogarniającą biurokracją, wołają o ratunek dla nauczania, bo zaliczanie na piękne oczy im się przejadło, choć daje wikt i opierunek w zamian za każdą głowę przepchaną przez sesję i byt niezagrożony bezrobociem. Ci, którym blisko do emerytury niewiele ryzykują, więc nagle chcą przewodzenia intelektualnego towarzyszenia studentom, bo z nich siła wiodąca naród ku świetlanej przyszłości. Pimkowie nasi kochani wznoszą apel: precz z kolekcjonowaniem pustych papierków pod CV. Szkoda tylko, że przez dwadzieścia lat brali głęboki wdech do okrzyku. Wtórują im biznesmeni, widząc rozliczne dyplomy absolwentów we wszystkich kierunkach niepraktycznego nauczania. Biją na alarm, od kiedy każdej prostej pracy muszą uczyć od podstaw i na swój koszt. Tym chętniej przyłączają się do refrenu profesorów.

Czy to zmieni podejście absolwentów i studiujących, jeśli przez lata wykuwało się w nich brak szacunku dla inteligencji, wiedzy i mądrości współuczestniczącej w budowaniu światłego społeczeństwa na każdym maleńkim podwórku? Gdy pielęgnowało się niechęć wielu do solidnej pracy nad sobą, wciskało kit nauki pod zaliczenie i test. Gdy hamowano rozwój wyobraźni, wrażliwości i empatii, trudno nagle oczekiwać przejścia z wygody plagiatu w trud samodzielności. Tyle lat mówiono, że młodzież chodzi na szkolne skróty i to w różnych dziedzinach życia. Niewiele wymaga od siebie, ale w dwójnasób od otoczenia, większość spraw sprowadzając do wymiernych korzyści i krótkoterminowych celów. A wszystko to działo się za naszym, dorosłych, przyzwoleniem i nierzadko zachętą. Dziś zaliczasz test – jutro idziesz do liceum. Dziś przerabiasz trzy matury z ubiegłych lat i kupujesz prezentację, jutro masz maturę bez czytania lektur. Idziesz na studia humanistyczne, bo łatwiej zaliczyć niezbędne minimum. Odbierasz dyplom – jutro idziesz do pracy i za sam fakt przyjścia do niej należy się pięć tysięcy brutto. Nie ma pracy? Jako to? Zmyłka? No dobra, w łaskawości swojej na początek młody zejdzie na dwa i pół tysiąca, ale tylko na trzy miesiące. Pod drodze obrazi się na umowę śmieciową. Staż? Doświadczenie? Ile wypracuje dla firmy? Ale o czym pan/pani do mnie mówi? Ja mam skończone trzy fakultety, tu mam na to kwit. Jak to? Mam zacząć od tysiąc pięćset? Zobaczycie, przyłączymy się do oburzonych, zniesmaczonych i innych niezadowolonych, co im też się należy. A ciężka praca, to była dobra w poprzedniej epoce.

Nie wszystko co psuje życie młodych przychodzi z góry, może na szczęście? Jest przynajmniej jedna dziedzina, w której sami sobie coś skutecznie pierniczą. Tu nie ma wyręczania błędami mamusi i zabieganiem tatusia. Nie ma usprawiedliwienia błędami rządu i pana od matematyki. Nie można w tej dziedzinie zwalić na reformę oświaty ani na kryzys. Rzecz dotyczy budowania relacji damsko-męskich, tych podstawowych, które tak dalece rzutują na jakość społecznego bytowania. Internetowe czaty, fora i blogi roją się od młodych i nieco starszych Polaków, a przede wszystkim Polek przerażonych własnym osamotnieniem. I samotność w tłumie chętnych do zbliżenia boleśnie czyni życie niewygodnym.

Czytając kobiece blogi można odnieść wrażenie, że kraj zaroił się wrażliwymi istotami, którym nie brak niczego prócz bliskości. Panie tkwią przed laptopem, spragnione głębszych uczuć, ale odejść od klawiatury nie ma gdzie i po co. Młodzi mężczyźni, w znakomitej większości, okazują się niezdolni do budowania trwałych relacji. Pewnie zawsze mieli z tym kłopot, musieli walczyć ze swoim egoizmem, biologizmem, ale jeszcze dwie dekady temu przynajmniej otoczenie wywierało na nich presję. Zmuszało do odpowiedzialności rodzinnej po darowanym czasie „wyszumienia młodości”.

Dziś mamy coraz więcej chłopców pozostawionych na placu pełnym zabawek i zaliczonych dziewczyn. Cieszy ich zapewne społeczna zgoda na niedojrzałość, kwitowana machnięciem ręki: „facet, wiadomo, do niczego w związku się nie nadaje”. Ambicja rzadko się burzy na taką etykietkę, a właściwie łatka dodaje męskości, seksi maczyzmu. I tylko żal tych wrażliwych, ciepłych i serdecznych dziewczyn, tęskniących do własnej rodziny, męża i domu jako spełnienia marzeń o pewności i bezpieczeństwie. Pozostanie im czekać w otoczeniu wiecznych chłopców, strzelających równie radośnie nasieniem jak super dżojstikiem z konsoli. Pod ich wpływem coraz więcej zdeterminowanych kobiet godzi się na krótkotrwałe znajomości, zakończone albo rozpoczęte w łóżku, na ławce albo w klubowo-dyskotekowym kibelku, gdy innych opcji nie ma w zasięgu. W ten sposób same strzelają sobie w zgrabne udko, a przy okazji innym, które chcą wywalczyć szacunek do marzeń o głębszej relacji. Część idzie na łatwe zbliżenia dla sportu, ale wiele po prostu wierzy, że coś poważnego i długotrwałego może zacząć się od seksu. Pewnie czasem może, ale według większości statystyk znajomości rozpoczęte w ten sposób nie mają dalszego ciągu. I to jest naturalne, skoro znakomitą większość samczyków kręci gonienie króliczka, a radość pozostania z nim po fakcie smakuje kacem i śmierdzi dołem stabilizacji.

Jak to się ma do psucia społeczeństwa? Pewnie nie widać tego ani perspektywy młodych singli zdobywców, ani z perspektywy kobiet oddających ciało w nadziei miłości. Spojrzenie pijanych młodością oczu rozpina się zwykle między szalonymi weekendami. Po jakimś czasie ta perspektywa się zmienia. Poszerza ją łysiejąca głowa faceta i wiszący brzuch, który skutecznie skrywa czystość obuwia. Kobiecą perspektywę rozświetlają zwykle siwiejące loki ondulacji, pojawiający się cellulit i rozpoczęta wędrówka biustu w kierunku pępka. Z lowerboja wyłazi szybko tatusiek, a z super laski do wzięcia – wyciszona mamuśka, która już nie ma dla kogo śledzić katalogu mód. Ale oprócz tego przychodzi gorycz rozczarowania i pustki, a ta już mocno rzutuje na jakość życia społecznego. Sfrustrowany, ale wygodny singiel w końcu poczuje, że nikogo nie interesuje jego urok i odmienianie „ja” przez wszystkie dni tygodnia. Raczej nie pogodzi się z tym i zaprawi goryczą porażki pole zawodowe, obywatelskie, sąsiedzkie, towarzyskie. Rodakom spełnionym w domu i rodzinie przyjdzie żyć w bardzo licznym stadzie ludzi emocjonalnie okaleczonych na własne życzenie. Odstawionych na bok, ale z zawiścią trącających, kopiących, kąsających i przegranych. Na szczęście nas już nie będzie w kraju zepsutym u podstaw.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Wykluczony

19 kwi

- I co? Nikt pana nie kocha? – rzuciła okiem na komórkę, którą właśnie wydobył z kieszeni i ciszy. Wyłączył profil „bez dźwięku” i spojrzał w błękit jej roześmianych oczu. Rzeczywiście zabrakło połączeń nieodebranych, ale w jej pogodnej twarzy kryło się tyle ciepłej życzliwości, że z pewnością nie miałby nic przeciwko, żeby akurat ona go kochała. Jednak musiała tu zostać, na straży recepcji i etatu. Nie było takiej siły i pewności spełnienia, żeby zabrać ją w życie. Bo i po co? Niewiele miałby do zaoferowania. I to „nie kocha” zeszło z nim na hotelowy parking. Obszedł starego służbowego forda dookoła, obejrzał, bo skoro nikt nie kocha, należało się upewnić, czy nie było na karoserii śladów bezinteresownej nienawiści. Uspokojony wsiadł i wyjechał przed budynek. Stanął przed pierwszym tego dnia żółtym światłem i usłyszał jazgot klaksonu za sobą. Zerknął w lusterko. Spod wymachującej łapy, pukającej już w czoło, czerwieniała gęba w błyszczących okularach i coś wykrzykiwała do trzymanego telefonu albo karcąco, do Jasia, który trzymał się nieżyciowych przepisów w tym miejscu świata. Właściciel gęby odreagował tuż przed zielonym. Dodał gazu i zniknął na zawsze, wcześniej wymuszając hamowanie z piskiem na kierowcy z sąsiedniego pasa.

Znowu był frajerem w jakichś oczach. Powrócił wieczorny wstyd. Nie całkiem bez przyczyny. Gosia, tak chyba miała na imię, pierwszy raz widział ją na firmowej imprezie, była z innego krańca Polski, a może zbyt krótko pracowała? W jej oczach zobaczył przerażenie, później zdziwienie, na koniec chyba coś na podobieństwo obrzydzenia. Była miła, mogło być ciekawie, ale coś spalił, nie było pod ręką laptopa. Gdzie miał sprawdzić, kto to Hanka Mostowiak i jaki związek ma jej życie z kartonami? O żadnym Ryśku, którego na szczęście uśmiercili niedawno w klanie, też nie słyszał. A całkiem poległ, gdy nie miał pojęcia jak wygląda Sonia Bohosiewicz i czy jest obleśna aż tak, że rzuca złe światło w bitwie albo głosach. Chyba chodziło o celebrytów, ale nawet czterech nie potrafił wymienić z nazwiska, tym bardziej przed sobą samym, więc ostatecznie nie miało znaczenia, że dr House wcale nie jest weterynarzem. Widocznie dwie serialowe reklamy albo zapowiedzi nałożyły się, bo dałby sobie ucho uciąć, że zapamiętał psa, jakiegoś wilczura, a potem nieogoloną gębę tego faceta, co grał kiedyś w filmie o myszy w trampkach. Na co miał zwalić? Na zapracowanie czy na jogę, której oddawał się w porze największej oglądalności? Na słuchanie Milesa Davisa podczas lektury Stasiuka? Czemu zaraz zwalać na cokolwiek? Jakby był winny! W końcu z premedytacją i świadomie wyciszał się w domu i chronił mózg przed zaśmiecaniem nadmiarem szumów informacyjnych.

Przecież ciocia Lusia od dziecka wmawiała mu, że jest taki poukładany, samodzielny i nad wyraz rozwinięty. Ciocia na pewno przewraca się w grobie, bo teraz odstawał od normy i na nic nie zdały się dwa fakultety i doskonała znajomość angielskiego, komunikatywna niemieckiego i włoskiego, skoro we własnym języku nie potrafił przekonać do siebie uroczej dziewczyny.

Do tych dwóch typów przy barze nawet nie próbował się zbliżyć. Prawie czytali z blatu, wystarczająco wlani i głośni. Bomba tykała w ich poważnym temacie. Któryś raz z kolei eksplodowała, zanim skrzydło zaczepiło o brzozę. Nawet nieważne czy skrzydło, samolot z zawartością, to ofiara spisku i zdrady, zamachu, a wybuch na pokładzie, to już dwa lata i dalej zakamuflowany zdrajca chodzi i wdycha nasze polskie powietrze, siedzi w kieszeni innego zdrajcy, co się obwołał prezydentem. Próbował odejść dalej od prawdziwych Polaków, ale do myśli lepili się mocą kropelki. Jaś chciał dotąd wierzyć stereotypom, że to wykluczeni kochają się w spiskowych teoriach dziejów i lubią, gdy ktoś pewnie i jasno definiuje wrogów i swoich. Wszędzie wietrzą sprawców nieszczęścia i ufają swoim przewodnikom, choćby pletli największe bzdety i zachęcali do nienawiści z krzyżem w garści. Tymczasem, tuż obok, wykształceni faceci wkręcali spiskowe absurdy. Choć pijani, to jednak ustawieni, przy kasie i zdawałoby się myślący. Jaś zabrał piwo i usiadł dalej, bezmyślnie gapił się w stół bilardowy. I tak już pozostał, do końca, do nocy wietrznej, po której znowu wstało słońce.

Z ulgą zatrzymał się na kolejnym skrzyżowaniu, a uśmiech dziewczyny z recepcji wciąż był obok. Gdyby umiał skorzystać z portalu randkowego? Czy udałoby się taką spotkać? Może nie za pierwszym, może za dziesiątym, piętnastym razem trafiłby na normalną kobietę? Wyciszoną, inteligentną, odwróconą od zgiełku i lubiącą rozmowy przy delikatnych dźwiękach z głośnika. Taką, co czuje przyjemność wzajemnego przerzucania się cytatami z bieżących lektur, którym oddadzą się nie rezygnując z bliskości. I wreszcie Jaś ustawi w kuchni dwa kieliszki wina na tacy i dołoży koreczki z sera i … uśmiechnął się do własnej myśli, nazbyt tęsknej, więc włączył ulubioną stację. Ktoś w radiu mówił o filmie, cytował reżysera:

Dzisiaj kobieta stawia na samodzielność, a mężczyzna skazuje się na infantylność. Nie ma sprawy, jeśli kobieta sama chce wychowywać dziecko bez mężczyzny. Co więcej, dzisiaj chętnie podaje się w wątpliwość konieczność przedłużania gatunku. Górą jest indywidualizm. Miasto, konkurencja, egoizm, chciwość, pokusy i ich dostępność – to żyzny grunt dla podobnych idei. Świat przestaje być agrarny, staje się metropolis. Rodzina jako zamknięta twierdza już nie istnieje. Człowiek chce być wolnym indywidualistą.

Mądrość obserwatora była fragmentem wywiadu z Andriejem Zwiagincewem, rosyjskim twórcą filmu „Elena”. Jaś widział go przed wyjazdem, siedział na sali pośród kilkunastu emerytów i też jakby nie przystawał. Historia kobiety, samotnej w związku z samotnym mężczyzną, uśmiercającej ostatecznie bogatego męża, by do jego domu wprowadzić synka nieroba i prymitywa, który płodzi kolejne dzieci i pije następne piwo przed telewizorem, nawet nie poruszyła Jasia. Została w nim chłodem nowoczesnej relacji międzyludzkiej, z którą bardzo wymownie współgrał cytat. Tylko czy indywidualizm jest marzeniem czy koniecznością? Słusznym wyborem czy wyrokiem wykluczenia? Skutkiem determinacji w walce o ocalenie  tożsamości czy egzystencjalną konsekwencją mądrości i umiejętności wyciągania wniosków z obserwacji społecznych?

Tak pękł bąbelek, pstryknęła mydlana bańka z uśmiechem dziewczyny z recepcji, która mogła być realna, ale została w tle. I dobrze, bardzo dobrze, bo z czasem mogłoby w Jasiowej głowie powstać pragnienie dziecka, ale jakim prawem miałby je skazywać na życie w zdehumanizowanym świecie? Czemu kolejna istota miałaby się zmagać ze ślepym stadnym pędem? Po co ma płacić nadzieją, wiarą i marzeniami o lepszym życiu w kraju wtórnego analfabetyzmu, absurdu i agonii ducha?

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Świąteczny czas w dziwny czas

04 kwi

Im bliżej Wielkiej Nocy, tym częściej pada pytanie o współczesne sposoby świętowania. Problem to w zasadzie o tyle istotny, że przy postępującej laicyzacji coraz bardziej nie wiadomo, co począć z obchodzeniem świąt o charakterze czysto religijnym. Obywatele naszego kraju, statystycznie odpytywani, mają różne pomysły, czasem egzotyczne. Niektórzy wybiorą się nawet do ciepłych krajów, byle uciec od chłodu, który nie ustępuje miejsca wiośnie. Inni zamkną się w domu, by w spokoju przeżyć jeszcze jeden długi weekend przed telewizorem, poczytać, pojeść i pospać. Niektórzy znajdą sobie odległy hotel ze SPA, by wymoczyć ciałko, wymasować i totalnie wymiksować się z marketowych pielgrzymek po twaróg do sernika i ziarenka do makowca. Są i tacy, którzy raz w roku odwiedzą najbliższy kościół, by poświęcić jajeczka i czekoladę (co widziałem na własne oczy rok temu). Przy okazji jarmarcznym rozgardiaszem zakrzyczą czuwających przy grobie Pańskim, rozerwą kościelną ciszę i dopychaniem koszyczka do ołtarza rozbiją skupienie, bo już nie bardzo wiedzą, czemu ten „opłatek” w monstrancji stoi nie na stole tylko gdzieś dalej, wśród kwiatów, a tak w ogóle, to co to ta monstrancja? Kopną, potrącą, szarpną modlącego, bo w niedzielę trzeba się podzielić święconką z rodziną, taka to tradycja polska arcypolska, różniąca tym długi weekend od pozostałych, że malowane jajko odmienia się przez przypadki i podaje na uroczyste rodzinne śniadanie, a potem wielu dla zabawy stuka jednym o drugie.

Z każdym rokiem coraz mniej mnie dziwi w tym wachlarzu możliwości, w pomieszaniu tradycji, konsumpcji, rekreacji i pustki bezrefleksyjnego dogadzania zmysłom. Widać z wiekiem pokornieję chyba, bo nie umiem się oburzać na bylejakość tych wszystkich kurczaczków, baranków, króliczków i zajączków dołączanych do wszystkiego, co nie zeszło dotąd z półek, choć terminem przydatności do spożycia niektórych produktów bieży w okolice poprzednich świąt. Coraz częściej chce się już tylko wzruszyć ramionami i przeżyć te święta po swojemu, nie słuchając sondaży, opinii, komentarzy i badań statystycznych na temat świętującego Polaka, który – mniej lub bardziej świadomie – nie tylko przyjmuje stadną modę na apostazję, ale dodatkowo przyprawia jej gombrowiczowską gębę w duchu „wypiszę się z kościoła, bo ja niewierzący, ale jajka poświęcę, bo tradycja taka”.

Na szczęście ciągle jest spora grupa ludzi, może rzeczywiście topniejąca, ale prawdziwie wierna nie tylko malowaniu jaj. Ludzi, dla których już w Wielki Czwartek zacznie się wstęp do największego święta wiary. To oni wypełnią kościoły do granic i zmuszą licznych do stania w nawach, pod chórem, pod ścianami, a przez brak wygody w przeżywaniu tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, zapewnią sobie jeszcze raz przypomnienie wagi zdarzeń istotnych dla sensu naszego ziemskiego pielgrzymowania. Tajemnice historii zbawienia od Księgi Rodzaju, przez zdarzenia ze Starego Testamentu, aż po śmierć Chrystusa na krzyżu od nowa wskażą drogę do wieczności. Świece drogi krzyżowej rozjaśnią jeszcze raz głębię i moc ofiary pojednania, a potem wypełni nas narastająca radość nadziei, że kres wpisany w śmierć jest pozorny, że prawdziwie została pokonana i nie ma władzy nad życiem ostatecznym, trwającym poza czasem, w pełni miłości i dobra. Dzięki temu jajko niedzielne, jedzone ponad tradycją mazurków i makowców, przypomni o świętości odradzającego się życia.

Za każdym razem tak samo, co roku, w trakcie oczekiwania na wielkopiątkową drogę krzyżową łapię się na wyimaginowanym obrazie Chrystusa idącego tu i teraz, po placu najzwyklejszego parafialnego kościoła naszego miasta. Gdyby dane mu było przyjść dziś, raz jeszcze, tak dla przypomnienia własnej misji, jak zostałby przyjęty? Jaką postać musiałby przybrać dla wypełnienia życiem Ewangelii głoszonej w tych realiach? Przez los bezdomnego, wykrzykując Dobrą Nowinę na ulicach miast? Jako pracownik hipermarketu, który zaczyna nauczać na zapleczu i rozprzestrzenia naukę? Dyrektor, który buduje raj na ziemi, przewracając do góry nogami wypracowany ład korporacyjny? Czy raczej zmuszony byłby iść na skróty, od cudów poczynając, żeby przekonać do swojej osoby, a dopiero potem słuchaliby, co ma do powiedzenia? Tak, zdaje się, że bez cudów nie mogłoby się obejść, bo w tej polifonii wszelkich głosów, mód, ideologii, mieszania porządków chrześcijańskich, świeckich, buddyjskich, niuejdżowych, astrologicznych i wróżbiarskich, w tumulcie wojny polityczno-religijno-patriotycznej, w dzieleniu włosa na czworo, a Polaków na mniej lub bardziej polskich, nie miałby nawet szans na usłyszenie głosu własnego. W czasach, gdy każdy najchętniej słucha siebie, gdy sensacja goni sensację, ale tylko przez pięć minut, bo wszystkie podlegają samounieważnieniu, nie miałby szans na pociągnięcie za sobą dwunastu uczniów, nie przemówiłby do tłumów, dopóki nie nabyłby laptopa z internetem i nie stworzył profilu na FB i NK. Choć to też nie gwarantowałoby sukcesu. Mało to na świecie samozwańczych wcieleń gotowych do zbawiania ludzkości? 

Nawet jeśli zacząłby pisać bloga, jego Słowo zarzygałyby bluzgami stada sieciowych trolli. Opluliby jak innych, zanim doszedłby do Piłata, którym bez specjalnego wysiłku i makijażu mógłby być jeden ze współczesnych duszpasterzy, wysoko osadzonych w hierarchii. Choćby ten, który uznał, że z niewierzącymi nie warto rozmawiać, bo nie należy zbyt dosłownie brać Ewangelii, gdy mówi o poszukiwaniu zagubionych owiec.

Może jednak przychodzącego dziś Jezusa odkryłaby jakaś telewizja i zrobiłaby tokszoł z jego udziałem? Tylko po co? Nie powiedziałby tam niczego, czego nie znamy już od dwóch tysięcy lat. Skoro przez tyle stuleci nie zadziałało, dziś prawdopodobnie mogłoby zadziałać co najwyżej na prawie ciekawostki budzącej śmiech z nawiedzonego półwariata, który bredzi o kochaniu bliźniego jak siebie samego. Wszystko to jest wysoce prawdopodobne, nawet cuda mogłyby nie przemówić, bo nie wiem, czy w sytuacji relatywizmu wszelkich wartości, w czasie, gdy postrzegane czarne zdaje się być białym, w zależności z której strony się patrzy, nawet cuda mogłyby dziś nie wyjść na dobre. Wcale niewykluczone, że dzisiejszy Łazarz wywoływany przez Jezusa z grobu, powiedziałby raczej: dziękuję, zostaję. Tu jest lepiej niż w świecie z substytutem żyćka nastawionego na przyjemną prawdulkę nowinek niesionych przez szczupłą sylwetkę z plastikowym uśmiechem manekina.

Im mocniej dociera świadomość życia w demokratycznej i wielobarwnej wieży Babel, choć stojącej pośród ludu porozumiewającego się jednym językiem, ale o różnych bezznaczeniach, tym łatwiej człowiek rozumie, dlaczego powtórne przyjście Pana zapowiedziano na kres świata, z hukiem rozpadu i końca wszystkiego. Inaczej nikt nie uwierzy, że to słyszalny On, a nie jego matrixowa podróba z efektami 5D.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

Nasz klient… srał go pies

21 mar

Panie, jak ja do pana leciałem, sam pan rozumie, późno już, a te gnoje bankowe mają do siedemnastej otwarte. Leciałem jak oparzony. Żonkę po drodze zgarnąłem, z przystanku znaczy, i grzejemy do banku, bo według nich, to my chyba za Gierka żyjemy, do trzeciej robimy i wolność. Kwota niby nieduża, co to za kwota jest na te czasy? Panie! Średnia krajowa będzie, a może i to nie. Ale za duża, żeby zwyczajnie, z bankomatu, bo kazali mi zabezpieczyć mniejszą dzienną wypłatę, na wypadek kradzieży karty niby. Podjeżdżamy, panie, pod ten oddział znaczy, ale jak to na osiedlu, między peerelem a kapitalizmem samochodu nie postawisz. Jak nie falowiec, to inny blok mieszkalny albo meblowy sklep, dyskont, fryzjer i bez szans na wciśnięcie. Mówię połowie, żeby szła do kasy, zanim zamkną, a ja tu najwyżej kogoś przyblokuję na moment, bo ile te drobne będzie wypłacać?

Nie zdążyłem jeszcze pozycji zająć, a mnie żona za klamkę chwyta, autem szarpie, a blada przy tym, jakby zmarłą teściową zobaczyła, a ta jeszcze jej dostępu do konta pozbawiła, w ramach rekompensaty za utratę syna. Przeraziłem się nie na żarty, bo widzę łzy kobieta ma w oczach. Jak nic nygus jakiś rąbnął jej te krwawicę ciężko zarobioną, wyrwał z torebką, pomyślałem. Ale rozum mnie zaraz wraca, bo nie zdążył wyjść na dobre. Torebkę kobieta gniecie w dłoniach, więc co jest? Przecież nie mogła wypłacić takiej gotówki w trzydzieści sekund! Banku z taką kasjerką, bez kolejki, to u nas nie ma, jak Jana Pawła kocham, panie Mareczku. Nie ma takiej opcji. To się pytam: co jest, kochanie? A kobieta mi na to: „a gówno jest, Jasiu, wiesz?! Te menty, reniferskim cycem karmione, nie mają kasy w banku, rozumiesz? Takie teraz banki, że kasy w nich nie ma. Dosłownie i przenośnie”. Troszkę mnie przymuliło złe słowo w ustach żonki, zawsze ułożonej i grzecznej jak anioł proboszcza, więc się pytam, gdzie ją przenieśli, te kase znaczy? Irenka oddechu złapać nie może z bezradności, bo jej panienka bez okienka powiedziała, że najbliższa kasa w oddziale sześć kilometrów dalej. Ale to jej nic nie da, bo już zamknięta, do wpół do piątej czynna! Jeszcze inna kasa jest w oddziale o dwanaście kilometrów dalej, ale też pewnie do piątej. Panie! To ja już do łba mam za daleko, żeby to pokumać, jak Boga kocham! Gdzie my żyjemy? W dupie Eskimosa? Inteligencji nie starcza, żeby ogarnąć! Zganialiby mnie renifery bankowe jak psa, a swoich pieniędzy nie wydobędę?

Chce pan pytać, czemu się z nimi zadaję? Bo mnie przymusili do rachunku jak kredyt brałem. Nie mam potrzeby płacić za prowadzenie rachunku kilku krwiopijcom naraz. Już się przyzwyczaiłem, że mnie szmacą na różne sposoby. O, dajmy na to korespondencja. Wiesz pan jak mnie załatwiają? Żeby mnie poinformować, ile zerżną z konta, w ramach odsetek od kredytu, mają taką agencją pocztową, co jest zawsze zdziwiona, że do pracy chodzę. Doręczyciel informuje mnie co kwartał, że nikogo nie było w domu między 10.00 a 11.30 we wtorek albo w środę i wrzuca awizo. Tyle że z tym awizo, to nie mogę iść do żadnej poczty, zapylam do kwiaciarni. Tak, panie, nie odwaliło mnie jeszcze, na awizo zawsze jest adres kwiaciarni, ale osiem kilometrów od mojego bloku stojącej. Tam uprzejma pani trzyma szafkę na kluczyk między tulipanami, różami i wiankami pogrzebowymi, a w niej pisma polecone i przesyłki. Rejestr odbioru w zeszycie, jak w spożywczaku na krechę. Z takim światowym bankiem przyzwyczaiłem się pracować, panie! Niech Bareja żałuje, że za szybko odszedł, bo „Miś” to przedszkole jak zestawić z tym, co można kręcić w Polsce z Unii Europejskiej.

Pan myśli, że takie korporacyjne mendy, w innym banku, lepiej mnie potraktują? Klient im ważny póki nie zwerbują, a potem wiadomo: klient nasz, to srał go pies, niech lata jak durny za swoim i tak nie wyrwie szmalu jak już wpłacił. Prosty przykład jest. Jak te reniferskie żłoby tak mnie potraktowały, capy z roga pojone, ucałowałem Irenkę, uspokoiłem, i mówię: lecimy do drugiego banku, z oszczędnościowego konta uszczknąć, bo kasę mus oddać w gotówce szanownemu panu, ja tam długów mieć nie lubię, a dobroci panu nie zapomnę. Wchodzimy, a że dawno nie byliśmy w tym miejscu, bo po co, widzimy nowe blaty, światła, a przed oczyma świeci piękna tablica z kursami walut. Przy cenach flagi krajów elektronicznie falują, bajery skutery, prognoza pogody wyświetlona. Nic to panie, bo jeszcze milej: tylko jeden klient do kasy. Tak, panie! Prawdę mówię, pozytywny szok, w tym banku nie dość, że do osiemnastej pracują, to jeszcze kasę mają, jakiś starej daty bank, choć świeci nowością!

I tu koniec bajki. Przed kasą sympatyczny gość, na oko lat trzydzieści z haczykiem, może do czwartego krzyżyka biegnie, właśnie zwraca grzecznie uwagę panience w stroju pomarańczowo korporacyjnym: przecież na tablicy jest inny kurs, co mi pani liczy? Panienka: na tablicy jest zły. Klient: jak zły? Przecież wasza tablica, wasz bank, wasz kurs. Panienka: może pan złożyć reklamację na piśmie. Klient: ale po co mi reklamacja? Pani reprezentuje bank, więc pytam panią, po co okłamujecie złym kursem na własnej tablicy? Panienka: nie mam na to wpływu, to informacja z centrali, może pan złożyć reklamację. Klient: ale ja ją pani właśnie składam, a pani przekaże dalej. Panienka: mnie nikt nie posłucha, to klient musi się wypowiedzieć, może pan złożyć reklamację. Klient: więc dlaczego okłamujecie klienta innym kursem Euro na tablicy niż mi pani tu liczy? Panienka: na tablicy to kurs poranny, potem nie zmienili, ale może pan złożyć reklamację.

Panie, no mówię, święty klient, ja bym jej chyba już wygarnął w ten rudy korporacyjny baniak i to w ramach tego, że mogę złożyć reklamację. Ale z drugiej strony, co ona winna, że jej na szkoleniach wtłoczyli w łeb zdartą płytę z tą reklamacją, nie? Siedzi bezradna jak klient. A gość rozwalony widać totalnie absurdem, wyjmuje portfel, płaci więcej niż miał zapłacić i grzecznie wychodzi z uśmiechem. Ja zaraz za nim i tu do pana. I tak sobie myślę, że jednak dobrze, że mamy te przelewy elektroniczne, opłaty, piny, bankomaty, bo nie trzeba chodzić do tych wysrajmózgów zastodolnych. Idzie człowiek wzdłuż takiego Wrzeszcza, panie, i co ma? Gdzie był obuwniczy – bank, gdzie był z koszulami – bank, gdzie był spożywczy – bank, gdzie był z parasolkami – bank, tu był z płaszczami – bank, tam był mięsny – bank, tam z czapkami – bank. I w każdym morze absurdu i odmóżdżone proceduralnie towarzystwo, w każdym bandycka lichwa w biały dzień. Jakby nie te internetowe przelewy, panie, ze skarpety w skarpetę bym przekładał, żeby nie zwariować.

 
Komentarze (38)

Napisane w kategorii Społeczeństwo