RSS
 

Niedziele spisuję na straty

19 mar

IMG_9842Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną… Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

 

Przezroczystość elity

01 mar


sad3Jakiś czas temu obejrzałem Wiśniowy sad Czechowa, klasyka, ale na nowo, w reżyserii Anny Augustynowicz i w wykonaniu aktorów Teatru Wybrzeże. Wędruje za mną ten spektakl i męczy. Reżyserka postawiła na minimalizm w formie, w
 scenografii niewiele elementów, uderzają tonacje czerni i drewniane krzesła, ustawione w różnych kierunkach, jest duży stół i kilka pomniejszych rekwizytów sugerujących zmianę miejsca akcji. Aktorzy raczej recytują kwestie niż grają role, bardziej do publiczności niż w relacji między postaciami dramatu, co wyraźnie utrudnia wejście w świat przedstawiony. Sztucznie, demonstracyjnie i płasko, chciałoby się powiedzieć, nawet nudno, ale pozostaje niepokojem.

Dzięki tym zabiegom dostrzegamy, że każda z postaci żyje w świecie własnych dramatów, fobii, dylematów lub wybiera skuteczną metodę izolacji, ucieczki od rzeczywistych problemów. Pozostaje nieprzystosowana do zmieniającego się świata, ale też niezdolna, by komunikować się z najbliższym otoczeniem, nawet z ludźmi swojego pokroju. Głos bohaterów niejako odbija się od pustki i wraca do nich samych. Jedyną osobą, która na tym korzysta jest Łopachin, syn niepiśmiennego chłopa, który ma pomysł na uratowanie dawnych mocodawców przed krachem, proponuje parcelację tytułowego sadu pod domki letniskowe. Właściciele majątku nie słuchają go, grzęzną w marazmie i sentymentach rodowych, które Łopachinowi są obce. Jest praktyczny, więc nie mnoży dylematów intelektualnych i duchowych. Ostatecznie kupi sad, zagra na nosie warstwie wycofanych i bezradnych, choć wykształconych, ale zupełnie pogubionych w świecie chama.


sad4 Gdy po zakończeniu sztuki przyglądałem się wychodzącym, szukałem pierwszych reakcji, ale nic z tego. Burzy braw nie było, raczej grzecznościowe oklaski za trud i aktorski wysiłek. Tymczasem na twarzach widzów swoboda soboty, uśmiechy i powroty do tematów przerwanych spektaklem lub do pomysłów na dobrze rozpoczęty wieczór. Skonsumowało się spektakl, więc czas na pizzę i piwo?

Lubię zerkać na twarze, gesty, miny ludzi, z którymi spędzam czas w jednej z kaplic sztuki. Próbuję szukać reakcji na dzieło, ale tu jej wypatrzeć nie mogłem. Obecni, których rozpiętość wieku wskazywała na przynajmniej trzy pokolenia, kim byli? Przyszli dla rozrywki? Kierowani głodem sztuki? Snobizmem? Potrzebą przeżycia czegoś głębszego w ramach ucieczki od świata polityki i konsumpcji? Chciałoby się w to wierzyć, ale łatwo nie jest. Czy to będzie nadużycie, jeśli uznam, że widzowie w teatrze, to jakaś próbka inteligencji naszych czasów? Elity? Nauczyciele, lekarze, urzędnicy, prawnicy, byli lub aktualni przedstawiciele świata nauki i sztuki? Niejeden freelancer, poeta, plastyk i copywriter? Czy, wyrwani na chwilę z matni swoich spraw i planów działania, poczuli się adresatami niezbyt optymistycznego przesłania?

Może należałoby przedtem zapytać, czy kiedyś poczuli się elitą? Zakładam, że znakomita większość, to ludzie wykształceni, oczytani, ciekawi świata…, ale o czym ja tu? To tylko teatr, instytucja dziś tak powszechna i demokratyczna, że być może obok profesora zasiada pani z osiedlowego sklepu, choć ona też po zarządzaniu. A tam pomiędzy dziennikarzem lokalnej gazety a grafikiem siedziała może pani ze stoiska z rajstopami w galerii handlowej, choć i ona zdaje się skończyła kiedyś socjologię.

Wieża Babel inteligencji rozmytej, przezroczystej i zbytecznej, która nie stworzy przekonującej elity, bo mówi językami odmiennych wartości, gustów, odrębnych profesji, na dziś użytecznych albo nie. Pesymizm wizji Wiśniowego sadu według Augustynowicz powrócił do mnie niepokojem pytania: czy istnieje jakaś odpowiedzialna warstwa elity naszych czasów? Nie mówię rzecz jasna o tej finansowej, która buduje rankingi najbogatszych i lobbuje w różnych dziedzinach, ale niewiele ma wspólnego z odpowiedzialnością społeczną czy jakością narodowej kultury. Gdzie szukać głosu warstwy, która poczuje odpowiedzialność za wyciąganie mas z dołka ignorancji, unaoczni i skutecznie napiętnuje powszechne ogłupienie? Czy ten głos jest potrzebny w tłumie, który lubi wymagać od innych, byle nie od siebie?

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że elity, którym dawniej przypisywano moc kształtowania wzorców życia społecznego i kulturalnego, wyginęły niczym mamuty na skutek naturalnego etapu ewolucji. Zmienił się klimat i przestały się wyróżniać, stopiły się z tłem, jako jeszcze jedna warstwa wyrobników kapitalizmu. Przestały być potrzebne, nie są już nośnikiem treści niezbędnych do dźwignięcia egzystencji na wyższy poziom. Ale może to złudzenie? Może są, tyle że niewidoczne, rozproszone, zamieszkujące z wyboru getta ludzi sobie podobnych, elitarni po godzinach, ale też wszystkożerni bez żenady. Dziś inteligent z taką samą przyjemnością idzie w sobotę do teatru na „trudną sztukę”, jak we wtorek cieszy oczy tasiemcem Barw szczęścia. Elita przestała dzielić kulturę na wysoką i niską, na tę, której warto się trzymać, bo podnosi poprzeczkę naszej wyobraźni albo zmusza do konfrontacji ze stereotypem i na tę, którą konsumuje się łatwo, gdy służy odmóżdżającej rozrywce. W tym miejscu ciśnie mi się fragment książki 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana. Zmarły niedawno profesor pisał w jednym z nich: Elita żyje i ma się dobrze, jest nawet bardziej ruchliwa i zalatana niż dawniej, choć równocześnie zbyt zaabsorbowana gorączkowym pochłanianiem wszelkich przejawów kultury, by zajmować się misją oświecania i nawracania maluczkich. Elita kulturalna w swoim najnowszym wcieleniu ma do przekazania masom znajdującym się niżej w kulturalnej hierarchii tylko dwie rady: „odpuście sobie, przestańcie wybrzydzać” i „zwiększcie konsumpcję”. W praktyce wyparła się swego powołania do nawracania, oświecania, uszlachetniania i „uwznioślania” zwykłych ludzi (przemianowanych dzisiaj na „masy”, a ściślej na „konsumentów kultury”).

Na skutek wyparcia powołania konsumenci już na dobre sobie odpuszczą wybrzydzanie, a tym bardziej podnoszenie sobie poprzeczki świadomości. Uwagę zaś bardzo chętnie kierują (jak to widać na polskim podwórku) na tych, którzy jasno im powiedzą kogo kochać, kogo nienawidzić. Gdy otumanione masy wynoszą do władzy kolejnego karła demagogii, elity zaczynają pękać z oburzenia i szukają grupy wsparcia. Skrzykują się i nucą jednym głosem, który ostatecznie przerodzi się w polifonię bezsilności. Tymczasem rodzimy karzeł Titelitury zaczyna po swojemu układać naszą dotąd bajkę. Zademonstruje arogancję, jaka elicie nie przyśni się nawet po zwiedzaniu Lichenia. I co wówczas może elita? Pomaszerować może ulicą? Wstawić komentarz oburzenia na fejsie? Może nie puścić dziecka do szkoły na znak protestu przeciw deformie oświaty albo zakleić sobie usteczka na scenie teatru, bo nie godzi się na dyrektora z nadania. Tyle może tym działaniem na własną miarę zrobić, że Titelitury silniej będzie trząść pańskim brzuszkiem samozadowolenia. Trząść ze śmiechu w rytm pohukiwań sfaszyzowanej gawiedzi, ślepo posłusznej i gotowej spalić do końca naszą bajkę w podzięce za bezkarność. A to raczej go wzmocni niż zabije, a wesołe memy elity zwisać mu będą kalafiorem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Społeczeństwo i Kultura

 

Zamiast postanowień

10 sty

Od dawna dostaję do skrzynki propozycję zarobienia kasy bez wychodzenia z domu, na przemian z propozycją skorzystania z usług wróża Macieja, kimkolwiek on jest. I tak, między wersami, dociera do mnie boleśnie prosta prawda, że jednak jestem malkontentem. Kredyt niespłacony, ceny w górę, wciąż podnoszone opłaty, a ja nie chcę korzystać z gotowca i zostać milionerem bez wyskakiwania z  piżamy i zdeptanych laczków, więc może wypada jednak coś postanowić na nowy rok? A może malkontenctwem dać tylko uzasadnienie tonacji tego, co znajdzie się poniżej?

          Bo i cóż tu postanawiać, skoro wiadomo, że lepiej raczej nie będzie, a potwierdza to z jednej strony atak zimy, a z drugiej wojna polsko-polska, tyleż absurdalna, co groteskowa. W dodatku dostałem kolejną, jakże sympatyczną wiadomość, od uroczego automatu administratora bloga, że od dwóch miesięcy nie dałem nowego wpisu i automat uprzejmie przypomina, że automatycznie czeka i nawet mogę polecić nowy wpis redakcji. Pamiętać jednak muszę, że przydługi brak wpisów grozi usunięciem bloga. Zatem, Drodzy moi, zmuszony jestem pisać… tak na wszelki wypadek, bo żal minionych lat i Waszego tu cudownego towarzyszenia, które wiary w sens tego pisania dodaje.

          Gdy niemal dziesięć lat temu zaczynałem snuć refleksje, nie miałem żadnych wielkich ambicji, poza próbą ocalania szczątków rozumu i ducha w czasach pogodni za gadżetami. Pomysł był w zasadzie jeden, taki sam jak na pisanie prozy: być nieco krzywym lusterkiem, przechadzającym się po gościńcu naszego czasu. Nigdy nie miałem ambicji przemawiania w imieniu narodu, społeczeństwa czy grupy. Zawsze pisałem za sobie i z wiarą, że do sobie podobnych, z jakiegoś powodu wyrzuconych na taki czy inny margines, bo stamtąd człowiek więcej widzi i nie ulega presji wyścigu szczurów. Przeglądałem i opisywałem tu ciekawostki wyłowione ze społecznego pulsowania epoki, przepuszczone przez filtr ironii i sarkazmu, bo kiedyś usłyszałem, że to lepiej działa niż patetyczne kazania, za cel mające przerabianie ludzi w anioły.

Różne rzeczy mnie za to spotkały, wiadomo. Raz pochwała, to znów mocny hejt, jak to w sieci. Ale nie spodziewałem się, że doczekam czasu, gdy nie będę miał o czym napisać z sensem, tak, żeby nie było o polityce i nie straciło jutro znaczenia. Żyjemy w czasach silnie naznaczonych doraźnością i sekundowym czynem lub buntem, chwilowością podziałów, protestów, treści, które nie pozostawiają po sobie śladów następnego dnia w dziwnie płynnej nowoczesności.

          Polityki nienawidziłem szczerze od najmłodszych lat, odkąd pierwszy protest wobec jej prób zagarnięcia wolności zbiegał się z otwarciem sezonu połowu szczupaka. Zamiast na nakazany pochód pierwszomajowy, ruszałem z wędką nad rzekę. Oddawałem się świętowaniu na łonie natury, choć za cenę obniżonej oceny ze sprawowania. I tak mi zostało. Gdy w 1989r. z entuzjazmem orzełkowi przyklejano koronę, czekałem tylko, kiedy wbiją mu szpony w gumowe kalosze, wszak będzie musiał z całym państwem brnąć przez kolejne rzeki gówna po ekipach mianujących się wybranym rządem ludu, a ja będę oddawał głos w wyborach zawsze przeciw mniejszemu złu, nigdy z nadzieją dobra ogółu i sprawiedliwości społecznej. Często rezygnowałem z obywatelskiego prawa, bo ostatecznie było mi wszystko jedno, czy łajdactwo, arogancja, ustanawiany absurd prawa i okradanie obywatela przyjdzie z lewa czy z prawa, czy będzie to kolor czerwony, zielony, czarny czy sraczkowaty.

Odkąd pamiętam wierzyłem w człowieka, bezgranicznie nie ufając grupie, bez względu na jej liczebność i idee przewodnie. Stado nie ma rozumu, stado nie ma woli, dystansu, wolności wyboru, stado ma instynkt przetrwania albo partykularny interes i tratuje wszystko, co stanie mu na drodze. Tymczasem dziś mam coraz większy problem z wiarą w człowieka. Patrzę dookoła i niedowierzam nawet w sprawach zdałoby się banalnych, gdzie dobro, troska o otoczenie, ład i miłość bliźniego zupełnie nic nie kosztują. Klika prostych przykładów? Samochód zaparkowany maską do ulicznej latarni, kobieta usiłuje włączyć się do ruchu, ale za nią stoi inny samochód, w nim kierowca, który nie reaguje na żadną z próśb kobiety o zrobienie odrobiny miejsca i nie da się tego niczym uzasadnić. Ignoruje ją i widać jak sprawia mu radość jej bezradność. Inny samochód na światłach, uchyla się okienko, pani wyrzuca rozżarzonego peta na jezdnię, a na ironiczną uwagę innej kobiety – kierowcy: „coś pani wypadło”, odpowiada rozbrajająco z uśmiechem: „nie, ja to wyrzuciłam”. Wkładam złotówkę i wysuwam kosz w supermarkecie, ale żeby zrobić zakupy już po raz kolejny w miesiącu, muszę opróżnić kosz z pustych butelek, opakowań po chipsach, z papierków po batonikach, które zostawił mój poprzednik, żrąc przed zapłaceniem. Wychodzę na ulicę i czuję w powietrzu smród palonych tworzyw sztucznych i śmieci z kominów domków jednorodzinnych, których wszak nie zamieszkuje biedota. Ile takich przykładów braku szacunku do siebie i otoczenia każdy z nas codziennie może wyliczyć i zapytać: co się dzieje z człowiekiem? Jeśli nie wymaga przyzwoitości od siebie, czy będzie przyzwoity dla innych? Gdy zawodzi w rzeczach banalnych i małych, czego można od niego wymagać na pułapie postaw obywatelskich, w obszarze kultury, ładu i odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość kraju? Czy można uwierzyć, że spośród takich ludzi wyjdzie światła i mądra, sprawiedliwa elita władzy, opozycji, ruchu społecznego? Czy można uwierzyć, że w przyszłości tacy ludzie wybiorą lepszą zmianę, gdy dobra doprowadzi nas na skraj przepaści?

Jakiś czas temu zaprzyjaźniony pisarz obwieścił na FB, że pora uciekać, ruszyć na emigrację wewnętrzną, zamknąć się w wysokiej wieży, z klasyką literatury, muzyki, filmu i tam dotrwać do końca swojego lub Rzeczypospolitej. Nie przeczę, jest to metoda dla ludzi wysokiej kultury, dla wrażliwców żyjących duchem, ludzi z pasją, samodzielnie myślących i krytycznych, może też dla ostatnich humanistów z przekonaniem, a nie dyplomem. Sam czuję się do tej formy emigracji zmuszony. Obawiam się, że metoda przestaje być alternatywą, staje się koniecznością. Istniejemy coraz bardziej ściśnięci między dwiema ścianami nijakości: między polityką a komercją i kulturą masową. Z jednej strony prawo stanowione przez polityków rządzących coraz częściej zmusza do działania przeciw własnym przekonaniom, a z drugiej rankingi sprzedaży, reklamy, rozwój technologii, przymusza do zmiany stylu życia. Nawet, gdy nie mamy na to ochoty, pazerne korporacje wciągają nas w grę wtłaczania zbytecznych potrzeb, byle mogły więcej zarabiać na urobieniu mas. Czy w tej sytuacji mają sens jakieś postanowienia noworoczne? Jak najmniej dać sobą manipulować? Do tego nie wiedzie uczestnictwo w popkulturze oferowanej przez festiwale, telewizję i huczne koncerty. Tam urabia się ludzi głupich, małych, płaskich, rozrywkowych, a więc niewymagających przede wszystkim od siebie. Urabia się elektorat, by głośno krzyczał: „chleba i igrzysk”, a w stosownym momencie nadawał się do szczucia przeciw drugiemu, by bez oporu spijał hasła budzące najniższe instynkty, bo zjednoczonego narodu nie da się wodzić za nos. Dlatego nie mam życzeń, nie mam postanowień, bo coś mi mówi, że może musi to być ten kolejny rok, gdy jako społeczeństwo powinniśmy dobrze dostać w dupę od rządzących, od bliźniego, od sąsiada i od przypadkowego przechodnia strzelającego petem w plecy, żeby przebudzić się do życia, które zatęskni do sensu i rozumu.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

04 lis

student- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie zastępstwa i klasówki układa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze i grube słomki do szklanek, córka prosiła, daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O słomki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Odkurzyłem chałupę, kuchenkę umyłem, kuwetę ogarnąłem, koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać tekstów, znasz to!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! Wymagające hobby, na potrzeby pozornego rozwoju z dowartościowaniem banału życia w tle! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości. Tylko nie wiem, czy doda motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmienia ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru, żeby dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą, a nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Ty wiesz, jakie jest zatrzęsienie blogów w sieci? A nie masz zadatków na celebrytę modowego, ani tego od pieczenia buraka i szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi rodowa mądrość.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te słomki i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli te babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to ego zbutwiałe. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na kwartał za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko jest ważne godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj, tylko wstyd w ludziach zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka, twój ulubiony profesor i pisarz, Chwin Stefan, zdaje się jakoś tak mówił w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, to żeby pamiętali u progu jasności w tunelu! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u Chwina Stefana: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie chciałeś napisać, że statystyki kłamią, a w Krakowie ludzie sobie gnaty łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają i napawać się, by nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistycznie wiatr w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie, po części. Część, żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne, choćby spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… i w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

 

Nużące stany napięć

10 sie

Przechodziłem przez peron kolejki, gdy wesoła dwudziestolatka opowiadała drugiej: … i ona powiedziała tej dziewczynce, że ma romans z jej ojcem, a matka dziewczynki dopiero co umarła i ta mała biegnie przez lód i trach. Słuchająca jęknęła przejęta, lecz zamiast dalszej relacji do moich uszu doleciało: ale film generalnie trudny do opowiedzenia, bo więcej tam milczą niż mówią i za długie te ujęcia. I tu jest pies pogrzebany. Bohaterowie nie tylko mało mówią, ale też nie mówią nic istotnego. Tymczasem roztrzęsiona kamera zbyt długo z nimi pozostaje, zastyga obok na jeszcze dłużej, by co jakiś czas wytrącić widza z opowiadanej historii i przyprawić o znużenie.

stany4Zjednoczone stany miłości Tomasza Wasilewskiego, to jeden z tych filmów, które trudno opisać bez bezpośredniego streszczenia fabuły. Jednak i tym razem recenzenci mają skłonność do widzenia rzeczy, które twórca niekoniecznie umieścił. Czytam, że to historia czterech zaprzyjaźnionych kobiet, ukazana na tle przemian ustrojowych. Tymczasem ani tu przemian, ani przyjaźni. Zderzają się jedynie niespełnienia kobiet, które w jednym domu zamieszkały, ale raczej po sąsiedzku niż w zażyłości. O przyjaźni mowy nie ma, one wręcz milczą o sobie albo do siebie. Agata (Julia Kijowska), posiadająca na miejscu rodzinę w komplecie, izoluje się przed bliskimi i światem, chowa w zmysłową skorupę niezdrowej namiętności na pograniczu szaleństwa i pozostałe bohaterki jej nie zajmują, ani się nią interesują. Obiekt jej fascynacji też niczym nie przekonuje, bo to ksiądz średnio porywający świętością i bardzo przeciętny jako mężczyzna. W dodatku nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Nauczycielka Renata (świetna Dorota Kolak) ekscentryczna, zagubiona i skryta w swoim świecie, ledwie obserwuje pozostałe kobiety i nie wchodzi z nimi w relacje, przynajmniej dopóki nie zdobędzie się na odwagę zbliżenia do powiatowej miss – Marzeny (Marta Nieradkiewicz), która od dawna Renatę fascynuje i pociąga. Iza (Magdalena Cielecka) ignoruje pozostałe panie, hipnotycznie pogrążona w niezdrowym romansie, w którym po trupach (dosłownie) usiłuje sięgnąć po miłość i stałą obecność ukochanego lekarza (Andrzej Chyra).

stany5Mamy tu zatem świetny kwartet, wygrywający polifonię egoizmu kobiet skupionych na sobie w stanach zjednoczonych napięć i pragnień, skrajnych, choć w różnym natężeniu i złożonych konfiguracjach. Egoizmu, bo każda jest zainteresowana wyłącznie karmieniem swojego szaleństwa. Dwie mężatki, choć jedna oddalona od męża zarabiającego w RFN, dwie kobiety samotne, a barwy niespełnienia i gorycz podobne. Zupełnie jakby dotyczyły jednej kobiety w czterech odsłonach niemocy, bo na różnych etapach życia. Egzystencjalne dramaty bohaterek i ich najskrytsze wizje gęstnieją w ciasnej przestrzeni peerelowskich mieszkań, wirują wokół przeżycia czegoś, co wyrwie je z marazmu, szarości, beznadziei i stagnacji, dla samego wyrwania, skoro nie ma ucieczki z matni powtarzalnych czynności. Ciągną jak ćmy do ognia, zajęte swoją kobiecością i owładnięte irracjonalną nadzieją wyzwolenia, którego pewnie nie potrafią zdefiniować. Tyle że wizja to ponętna, opętańcza, więc pożera je od środka, niemal do skowytu bezradności wobec tego, co zakazane, niemożliwe albo obwarowane tabu. Postępują krok po kroku ku autodestrukcji, poprzedzonej bolesnymi napięciami, z których niewiele wynika poza degradacją i wypaleniem. I to z pewnością jest najbardziej wartościowa warstwa filmu, tu reżyser przekonuje widza do pomysłu i zasługuje na uznanie wielu kobiet, bo to oryginalny film o ciemnej stronie ich tęsknot i pragnień, przeżywanych w obliczu niepewnego jutra. Ale też z pewnością znajdzie wiele przeciwniczek tej nerwowej i irracjonalnie dusznej apokalipsy uczuć skondensowanych w ciasnej przestrzeni.

stany2Gdy jednak czytam w recenzji, że „Zjednoczone stany miłości” wpisują się w nurt weryfikujący transformację ustrojową i uzupełniający białe plamy w obrazie polskich lat 90.  [A. Kruk, "Kino"], coś mi tu stuka. Albo krytyk niezbyt uważnie oglądał film, albo widział, co chciał zobaczyć, żeby dowartościować dzieło. Zwłaszcza, że uderza w porównania dosyć nieprzystające do tego obrazu: Nasze kino tamtej dekady, od Pasikowskiego po Koterskiego, zajmowało się głównie dylematami męskiego bohatera. Sojusznikiem Wasilewskiego z epoki jawi się więc głównie Kieślowski. Niby prawda, coś jest na rzeczy, tylko tych przemian ustrojowych w pomyśle Wasilewskiego jak kot napłakał. Poza pierwszymi scenami z imprezy, z rekwizytornią butelek wódki Baltic i oranżady sugerujących rok 1990, z galerią  marmurkowych dżinsów, sweterków, z tematem rozmów o z zmianie pracy, przemian ustrojowych nie widać. A wymienione rekwizyty mają się do tematyki filmu tak właśnie jak Pasikowski do Koterskiego. Zakładam, że krytyk Kruk, pisał swój tekst, zanim przeczytał wywiady z reżyserem, w których ten wprost wyznaje, że ciągnęło go do klimatu dzieciństwa, które przypadło właśnie na ten czas. Zatem przemiany ustrojowe, to tylko sceneria pozbawiona treści. Równie dobrze dziś reżyser mógłby umieścić akcję tego filmu na rubieży Polski B albo C. Zapewniam, że powodów do tak skrajnych emocji i tęsknot kobiet znalazłby znacznie więcej. Nawet szare, brudne i brzydkie osiedla z wielkiej płyty mają się tu i tam jednakowo dobrze jak wówczas, u progu przemian. Powoływanie się na nurt transformacji ustrojowej w tym obrazie jest zatem pogrywaniem z widzem w przysłowiowe bambuko.

Podobnie mało przekonuje u Wasilewskiego specyficzne epatowanie golizną, brzydkimi ciałami kobiet przekwitłych, ale i młodych. Zbyt długie przyglądanie się w zbliżeniu skórze w fałdach, kolorach zielonkawej szarości. Kobiece ciała są tu pozbawione seksapilu, a w scenach erotycznych raczej odrzucają niż kuszą. Jakby za cel miały jedynie odwrócić od czegoś uwagę i dodatkowo obrzydzić rzeczywistość przedstawioną. Podobnie jak aseksualne ciała mężczyzn, ze smutnymi fujarami, pogrywają na zniesmaczeniu widza, by ukryć niedoróbki filmu. Tu mam kłopot, nie przekonuje mnie w żaden sposób ta golizna, podobnie jak nie przekonuje przeciąganie kadrów w nieskończoność, bezruch w nadmiarze. Dlatego nie wierzę, gdy Wasilewski mówi w wywiadach, że o sile rażenia niedopowiedzianym, to mi wygląda raczej na maskowanie bezradności wobec świetnego scenariusza, który przerasta możliwości realizacji.

Oglądając Zjednoczone stany miłości, co jakiś czas czułem się wytrącony z dramatu bohaterek przez manipulację. Oto reżyser grał na moim przejęciu, żeby ukryć nieudolność, bo pomysł mu się urwał w pół drogi, gdy zorientował się, że nie wie, dokąd zmierza. Dodatkowo przykrył bezradność tanimi chwytami estetycznymi (latające kanarki w jadalni Renaty). Wymyślił swoje bohaterki, ale zabrakło inwencji na budowanie werbalnych relacji między nimi. Raz szokuje obrazem, to znów zachwyca, by ukryć prosty fakt, że jako mężczyzna, nie ma pojęcia, o czym mogłyby ze sobą rozmawiać na poziomie innym niż grzecznościowy sąsiedzki banał.

stany3Spośród wszystkich bohaterek uwierzyłem tylko konsekwentnie prowadzonej Izie, bo jej postawa przekonuje w każdym kadrze, każdą miną, gestem oziębłości wobec otoczenia, milczącej rozpaczy, która nie wymaga zdań komentarza (najlepsza rola Cieleckiej, jaką w kinie widziałem). Natomiast Agata jest po drugiej stronie wiarygodności jak postać wycięta z komiksu. Epatuje malowniczym, ale pustym szaleństwem wyobraźni chorej, dla której nie można znaleźć uzasadnienia i przyczyn w relacji z otoczeniem. Wasilewski rozpętał w niej burzę emocji, ale nie zdołał zakorzenić postaci w jej rzeczywistym dramacie. Pogubił się w nadmiarze kobiecych stanów tak dalece, że zabrakło mu inwencji na zakończenie filmu, czym zniweczył własny trud, tracąc na artystycznej wiarygodności. Aktorki robią wszystko, by uratować film, ale to ciut za mało i między dzieła obraz ten się nie wciśnie. Zrobił sporo szumu w mediach, ale to jedynie burza w szklance wody.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kultura

 
 

  • RSS