Nadciąga zmierzch. W szarości za oknem na dobre
zapanował porządek zimy. Nawet sroki przysiadają na śniegu tylko na moment i
zaraz odlatują w sobie wiadomym, może cieplejszym, kierunku. W bezruch panoramy
wkomponowuje się dym z odległej ciepłowni, jakby zatrzymał się na nadchodzącą
noc. Pozostał sztywno, w pewnej odległości od wylotu komina. Utkwił skostniały,
zupełnie nieruchomo jak reszta świata. Dobrze jest poczuć błogość zatrzymanego
kadru, gdy szyba bezpiecznie odcina od świata, gdy komfort paruje wraz z
herbatą parzoną w kubku i syci atmosferę ogrzanego pokoju. Gdy w pobliżu
oswojona nieruchomość kwiatów na parapecie, po ścianie pełga odbicie płomienia
świecy, a w tle głos z radia zapowiada jazzowy standard i po chwili muzyka już miło
głaszcze uszy. Ale nie ma sielanki, bo jest jeszcze nieproszony gość. Czai się
pod parapetem, ociera się jak kot o nogi stołu, znaczy pokój lękiem,
niepewnością i przypomina, że ten ład i odległość od mrozu, zimy i zmroku, mogą
być całkiem chwilowe i bardzo pozorne. Wyobraźnia rozprowadza poczucie ułudy i
wdziera się obawą w spokój i ciepło. Podpowiada, że w każdej chwili możesz
znaleźć się na zewnątrz, skazany na chłód i nieubłagany wyrok losu. Pożar,
pęknięcie konstrukcji budynku pod ciężarem śniegu, wybuch gazu, każdy żywioł,
niezależny od woli, chcenia i pragnień, wyrzuci na zewnątrz, na litość innych
ludzi lub jej brak.
Czy to coś, co ociera się niepokojem o przedmioty i ściany,
jest już myśleniem pesymisty, któremu za dobrze w ciepłym? Może jednak tylko
zbędnym rojeniem z wysokiej wieży? W końcu czasem lubimy straszyć się smutnymi
myślami, gdy tak naprawdę nie ma innych zmartwień do herbaty.
Nawet jeśli tak
jest, nikomu nie jest łatwo pielęgnować swój pozorny spokój. Zabieganie, ciężko
spłacane kredyty za kąt i dach nad głową, wysoka cena odrobiny bezpieczeństwa,
zwalnia nas z troski o cały świat. Dodatkowo zaprawione to wszystko
powinnościami rodzinnymi i obowiązkami małżeńskimi, oddaniem w pracy, to musi
wiele przesłaniać, doba ma swój konkretny wymiar. Nie można być wszędzie, bo
nie będziemy nigdzie. Dlatego pewnie nie szukamy specjalnie tych, którzy dziś
znaleźli się w sytuacji oczekiwania na bliźniego. Na co dzień nie krzywdzimy
ludzi, ale też nie pomagamy więcej niż to konieczne. Życzliwie kłaniamy się
sobie i uśmiechamy w tramwaju, w sklepie i na chodniku. Wniesiemy zakupy do
domu starszej pani, przepuścimy w drzwiach sąsiada idącego o kulach, nawet
podzielimy się bigosem i szarlotką, aby potem odetchnąć, wrócić do swojego
ładu. Ale czy dziś, tak otwarcie i bez oporu, wpuścilibyśmy potrzebującego
schronienia? Czy dalibyśmy uciec przed silnym mrozem, choćby na kilka dni?
Włączam
wiadomości. Patetyczny głos z telewizora mówi o nowych ofiarach chłodu.
Pokazują też opornych bezdomnych, których ciężko ocalić, bo tego nie oczekują,
przynajmniej na naszych warunkach. Mają swoje węzły ciepłownicze, działki,
bunkry i strychy. Wybierają wolność, często zakropioną alkoholem, a może
niewolę swoich nałogów, silniejszą niż ryzyko śmierci i ciepło noclegowni,
opłaconej reżimem zasad. Oni uciekają przed pomocą, bardziej niż przed zimą.
A
gdyby jednak przyszli, zapukali? Ilu z nas potrafiłoby stwierdzić: „gość w dom,
Bóg w dom”? Może jednak sięgnęlibyśmy szybciej po arsenał środków, w jakie
wyposażają nas medialne stereotypy, przestrzegające na każdym kroku, że każdy
„każdy pijak to złodziej”, że chce nam zamienić świat w melinę, zburzyć z
trudem budowany spokój, oszukać i wykpić? Z pewnością próbowalibyśmy
racjonalizować niechęć, że przecież wszyscy mają równe szanse, a ten tu sam
sobie winien, jak nie chce wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Pewnie
pracować mu się nie chce, pewnie woli odpowiedzialnością obarczać innych,
pewnie był pasożytem i pasożytem zostanie. Skoro woli taki tryb życia, to niech
ponosi konsekwencje z dala od naszego domu. Nie wątpię, że w wielu z nas
zwyciężyłoby człowieczeństwo. Wpuścilibyśmy niechcianego gościa za próg, nawet
dalibyśmy mu herbaty, zupy i drugie danie. Odważniejsi pozwoliliby może nawet
wykąpać się, rozgrzać, nawet zaopatrzyliby w czyste ubranie po dziadku, teściu,
ojcu, bracie i kuzynie. Czy mimo tego, nawet jako najdzielniejsi miłosierni,
nie szukalibyśmy po cichu w internecie adresów najbliższych przytulisk i
noclegowni? Żeby tylko obcy wyszedł z domu, żeby dało się powrócić do swojego
wypielęgnowanego ładu, bo wiadomo, dodatkowe nakrycie ma być puste jak każe
tradycja.
Nie ma w tym nic zdrożnego, nie ma w tym nic złego. Ktoś powie, że
każdy jest panem swojego losu. Jeszcze inny powie: skoro sobie nie radzi, niech
ginie, bo nasza rzeczywistość nie jest najpiękniejsza z możliwych i panuje w
niej prawo dżungli. Znajdą się i tacy, co powiedzą, że zwyczajnie nie byłoby
ich stać na dzielenie się swoim bezpieczeństwem i jedzeniem z kimś, komu nie
chce się pracować. I to też będzie dobry argument. A jeśli jednak zacznie w nas
popiskiwać sumienie? Zareagujemy esemesem dla potrzebujących, gdy wezwie do
tego telewizor. Odpiszemy swój 1% podatku, na potrzeby bliźnich, którzy dotarli
do naszej skrzynki przekonującą ulotką, bądź wpadli między nasze mejle w ramach
korespondencji seryjnej.
Ekran oddziela nas od niewygodnych faktów i myśli,
chroni przed smrodem bezdomności, upadku, alkoholizmu, biedy i niemocy.
Dystansuje do innego człowieczeństwa, które nie spieszy donikąd, nie prosi o
uwagę, a jednak zapada w myśli i pamięć. Odraża albo przeraża. Czasem szklana
obecność ponowi natrętne pytanie: co byśmy zrobili, gdyby któryś z nich
upatrzył sobie naszą rodzinę, dom, mieszkanie, nasze cieplutkie towarzystwo?
Gdyby stanął w drzwiach z prośbą: przetrzymaj mnie przez zimę, daj przeżyć. Co
wówczas? Gdyby to był tylko kolejny menel, pewnie nie byłoby kłopotu z
przegonieniem. Ale ten prawdziwy troll prawdopodobnie nie zdobyłby się na taki
gest, wybrałby metę, a nie mieszkanie w bloku. Gorzej, gdyby to był normalny
człowiek, któremu raz nie wyszło.
Może stąd dziś we mnie potrzeba, żeby
zresetować na chwilę dobre samopoczucie, dla zdrowia psychicznego. Przekonać
się, niechby w teorii, że nawet do najcieplejszego mieszkania, mogą dotrzeć
demony chłodu i przesłonią smutkiem wypracowany ład. I dobrze, niech na moment
powieje zimno przewrotności losu, który może z każdego zakpić w dowolnej
chwili. Może sprawić, że z osoby snującej czysto teoretyczne refleksje o
miłości bliźniego, staniemy po stronie osób tejże potrzebujących.
Z gazety wypadł
dodatek. Podniosłem go z podłogi, a z tytułu dowiedziałem się, że podejmuje
temat zawsze palący – zdradę. Temat jak temat, pomyślałem bez wzruszeń, każdemu
znany. Trudno liczyć na otwarcie drzwi do baśniowej krainy, gdy wszystkie dawno
wyważono, a za nimi tylko śmietnik i trzepak. Na wszelki wypadek rozejrzałem
się jeszcze po stoliku z prasą, ale szybko zrozumiałem, że nic ciekawszego nie
znajdę. Mój dentysta ma głównie pacjentki albo czyści domowy stolik, gdy żona
przeczyta zakupione tytuły, i przynosi to do gabinetu. Zgromadzone pisma
należały do kategorii „prasa kobieca”, a ja, w narastającym stresie wizyty, nie
mogłem dłużej kaprysić, rzuciłem się więc w lekturę dodatku o zdradzie i chyba nie
żałuję.
Przede wszystkim winny jestem
uściślenie. Po lekturze odniosłem wrażenie, że gdy używamy terminu „zdrada”
większość z nas będzie miała na myśli głównie seksualny aspekt sprawy.
Pozostańmy zatem, na potrzeby tekstu, w tym ograniczeniu do „skoku w bok”, żeby
rzucić światło na sprawę.
Z tekstów pomieszczonych w dodatku wynika, że
zdradzamy dosyć często, mocno i coraz śmielej, a jednocześnie rzadziej mieszamy
do tego uczucia. Seks, poza związkiem, staje się formą rekreacji, sposobem na
poprawę samopoczucia czy walki ze stresem, przemęczeniem, ale też, dla
wybranych, bywa metodą na poprawę relacji we własnym małżeństwie, choć brzmi to
nieco przewrotnie na pierwszy rzut myśli. Dlaczego tak się dzieje? Oto
zaniedbana żona albo zapomniany mąż, po takim wyskoku do kochanka/kochanki
odzyskuje wiarę w siebie. Na powrót czuje się ważnym, upragnionym, ciekawym człowiekiem
i tę pozytywną i uskrzydlającą energię wnosi do własnego domu. Rozświetla tym
samym szarość codzienną w relacjach z małżonką/małżonkiem i z dziećmi, na które
przestaje krzyczeć i nie czepia się boleśnie. Łatwiej, i z mniejszym znużeniem,
wykonuje także rutynowe czynności. Mówiąc krótko: leci przez spowszedniałe obowiązki
z prędkością pegaza w rui. Do czasu oczywiście, bo gdzieś przychodzi
przegięcie. Coraz chętniej zaczyna skakać w bok i tym samym pojawiają się
problemy. Z jednej strony, po pierwszym nasyceniu własną atrakcyjnością,
zaczyna przeszkadzać fakt, że w domu ciągle trzeba kłamać, żeby podtrzymać
relacje z obiektem pożądania albo powoli, ale dobitnie, przeszkadza, że
przychodzi głębsze uczucie i nowa osoba przestaje być już tylko ciałem. Z
drugiej zaś strony zaczynają się pojawiać prozaiczne kłopoty natury „gdzie się
kochać?”. Było już w pokoju hotelowym i na służbowym biurku, było w
przebieralni sklepowej i w samochodzie na przednim siedzeniu, potem na tylnej
kanapie i dramat. Już nie ma gdzie pójść, żeby nie popaść w banał. Tymczasem mniej
lub bardziej znajomi czuwają, pech się czai i już nerwówka, bo sąsiedzi, bo
koledzy i sprzątaczka w firmie, a w pokoju ksero pracodawca zamontował kamerę.
Powielanie zaś szkodzi atrakcyjności i odbiera moc namiętności. Zaczyna się
mozolny powrót syna marnotrawnego na łono, jeśli nie własnego mieszkania, to
własnej żony i kółko się zamyka. Wielu próbuje co prawda budować nowy związek,
ale nielicznym to się udaje, bo w gruncie rzeczy do starego nic nie mieli.
Dodatek
o zdradzie poinformował mnie także i o tym, że męczymy się w stałym związku
prawdopodobnie dlatego, że stałość jest kagańcem nałożonym przez kulturę,
mentalność, religię czy tradycję. Wszak powszechnie wiadomo, że mężczyźni, w
znakomitej większości, mają silne biologiczne parcie na rozsiewanie genów i
muszą bardzo się pilnować, nakładać wodze własnej naturze, jeśli chcą zachować
wierność partnerce. Ale i tak, mimo codziennej walki, być może kiedyś polegniemy
i splugawimy w końcu związek, okrutnie zwyciężeni przez durny atawizm albo chuć.
Może nie wszyscy, ale jakoś w dodatku o zdradzie nie mówi się o tych, co nie
mają pokus. Reszta? Wybaczcie panie, ale mieliśmy naprawdę dobre zamiary nim
natura nas zmogła, a jakaś sympatyczna wasza koleżanka dopadła. Jednak nie
łudźcie się panie, że wyżej stoicie, bo i kobiety z naturą sobie nie radzą. Te
zdradzające i te wierne mają silną potrzebę zapewnienia swoim dzieciom jak
najlepszej jakości silnych genów i szukają ciągle, nawet bezwiednie. Podobno
wszystkie, nieświadome podstępu natury, nawet te wymagające, najmądrzejsze i
najlepiej wykształcone, będąc w czasie owulacji chętniej zwracają uwagę na
mocnych, wielkich facetów z kwadratowymi szczękami i małym móżdżkiem. To by
przynajmniej jakoś tłumaczyło, dlaczego w społeczeństwie drastycznie upada etos
inteligenta i mamy do czynienia z powrotem troglodytów.
Z mądrości dodatku
dowiedziałem się jeszcze i tego, że nasi dalecy przodkowie, będąc związani z
naturą, mieli tę mądrość ewolucyjną, że nie wchodzili w stałe związki na całe
życie, a tylko na czas odchowania dzieci do 4-5 roku ich życia, by potem
przekazać geny innej partnerce i z nią spędzić kolejne kilka lat. Opiekę nad
dziećmi przejmowało bowiem plemię, w którym żyły. To by nam się z pewnością i
dziś podobało. Mniej byłoby zranionych, zdradzonych, zmaltretowanych w związku,
ale obawiam się, że nasze duże plemię woli afery hazardowe niż zajmowanie się
wychowaniem dzieci wspólnych, choć zawsze cudzych.
Co nam zatem pozostaje? Na
wszelki wypadek omijać łukiem okazję do zdrad? Jeśli się da, to na pewno
najlepszy pomysł. Innym rozwiązaniem jest też budowanie związków świadomych
mądrości zawartych w dodatkach o zdradzie. Jeśli już się jednak przydarzy
skoczek w boczek, musimy chyba ze łzami w oczach podążyć za Michałem, bohaterem
filmu „Porno” Marka Koterskiego, który pocieszał zdradzającą z nim koleżankę i
tłumaczył, że jak chłopak w wojsku nie zdrada, jak po alkoholu nie zdrada, jak
mąż w delegacji nie zdrada, jak po francusku nie zdrada, ale innych wariantów „nie
zdrady” przypomnieć nie mogę, bo to film z 1989 roku. Dziś dałoby się z
pewnością dorzucić, że jak wirtualnie nie zdrada, jak z poznaną na czacie nie
zdrada, jak na wyjeździe integracyjnym nie zdrada i podkreślić, że bez miłości
nie zdrada.
Wszystkich jednak, którzy z jakiegoś powodu już zaplanowali
pierwszą zdradę, a dodatku nie czytali, przestrzegę nim będzie za późno. Znalazłem
jeszcze jeden ciekawy paradoks, który wyszedł chyba przypadkiem i niezależnie od
intencji redaktorów i to z ust psychologów. Na pytanie dlaczego one zdradzają,
padła odpowiedź, że zdarza się, iż robią to kobiety zaniedbane i zapomniane
przez mężów, zapracowane w kuchni, przy dzieciach, żyjące w pośpiechu. Robią
to, gdy pojawi się ktoś, kto na nowo odkryje w nich kobietę atrakcyjną, która
może się podobać, być pociągająca i pełna powabu. Tymczasem drugi psycholog,
pytany o zdrady dokonywane przez mężczyzn, orzekł, że mężczyzna dla skoku w bok
chętnie obniży wymagania wobec kobiety. Na jeden raz może ona być brzydsza,
nudna, niezbyt mądra, mieć wady, które go drażnią w innych relacjach. Proszę brać
to pod rozwagę, drogie panie, że nie do końca zdradzając jesteście bóstwem dla
nowego partnera. I wam to ku przestrodze, drodzy panowie, że walenie głupa jednak
nie przynosi chluby waszej męskości. A potem? Wiadomo, po stosunku nawet pies
jest smutny, że o kocie nie wspomnę, a do domu i tak wrócić trzeba, bo tam dobra,
sprawdzona, żona i tak robi najlepsze naleśniki. Tylko czy one jeszcze równie
łatwo przejdą przez przełyk?
Zastanawiam się czy
to ma sens, czy tylko z braku pomysłu na lepszy temat, należy zabierać głos w
sprawie. Dopinguje mnie jednak szacunek i wdzięczność dla licznych czytelników,
którzy tu zaglądają, a przy okazji ten i ów pyta o nowy tekst. Jednakże
początek roku zawsze jakoś mnie przygniata i wyraźnie jałowi. Poczucie
upływającego czasu, umykające tygodnie, przemieszanie dni świątecznych i
powszednich, powoduje, że każda myśl, refleksja, każdy temat staje się tak samo
krótkotrwały, ulotny i do zapomnienia.
Od
czegoś ten rok trzeba zacząć, także tu, w refleksjach o naszej codzienności.
Ponieważ nie mam ciekawych bodźców ponoworocznych, wrócę do ubiegłego roku. Od dłuższego
czasu, właściwie od ogłoszenia wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w
sprawie zdjęcia krzyża we włoskich szkołach, drapię się po łysinie i
zastanawiam, czy to jest temat na felieton? Być może należy on do grupy ważnych
tematów, od których zacznie się dyskusja, być może to kolejna medialna bańka zastępcza,
która pryśnie pod naporem innych baniek. A może to tylko kolejna okazja pozostawiona
zapalczywym, co lubią prać się po pyskach dla samego różnienia się. Wielu przecież
bardzo tego potrzebuje dla lepszego samopoczucia.
Poruszanie tematu zawieszania
lub zdejmowania krzyża zawstydza. Mam wrażenie, że to trochę przypomina
jarmarczną burdę, trochę też darcie szat z Chrystusa, który umiera na tymże
krzyżu jednakowo dla przeciwników i zwolenników wieszania symbolu w miejscach
publicznych. Niechętnych wobec krzyża w szkołach i urzędach szanuję za ich
poglądy i odwagę wyrażania opinii w kraju uchodzącym za katolicki. Zastanawia
mnie tylko czasem, tak po ludzku, w jaki sposób ten krzyż im zagraża? W końcu
sam symbol nie narzuca nikomu wiary, nikomu nic do głowy i serc nie wtłacza,
nie narzuca konieczności zmiany poglądów, ani nie zakazuje mieć prawa wyboru. Poza
wymiarem religijnym, jest przecież symbolem tradycji i ciągłości kulturowej.
Przypomina, że (czy nam się to podoba czy nie) historycznie i mentalnie ukształtowała
nas kultura judeochrześcijańska. A skoro przeciwnicy i ten fakt chcą pomijać,
od niego się wyzwolić, zwyczajnie mogą nie patrzeć w jego stronę i nie
dostrzegać dwóch skrzyżowanych belek.
Szczerym obrońcom zawieszania krzyża w
urzędach i szkołach, też po ludzku, zwyczajnie się dziwię. Gdyby nie trwali
uparcie przy samym symbolu, a weszli nieco głębiej w refleksje o nim, może
odkryliby istotę samej śmierci Chrystusa jako ofiary zbawienia wszystkich
ludzi, niezależnie od przekonań, także jako ofiary pojednania i zrównania
wszystkich. Tym samym, gdy obrońcy podążają z krucjatą przeciw inaczej myślącym,
kwestionują w znacznej mierze sens dzieła Zbawiciela, umierającego także za
poszukujących inaczej. Odzierając z sensu symbol czynią z niego argument w
walce, czyli w gruncie rzeczy przeciw pojednaniu. Żeby nie przesadzać z
patosem, powiem krótko: gdyby Chrystus stanął tam, gdzie ludzie szarpią się o
zdjęcie krzyża, prawdopodobnie sam by go zdjął, żeby pokazać, że najważniejsza
pozostaje wzajemna miłość i szacunek, a potem dopiero w grę mogą wchodzić materialne
symbole.
Kilka dni temu, widząc w jednym z serwisów tytuł sugerujący, że w
Polsce może ruszyć wojna o krzyże, uznałem ostatecznie, że trzeba sięgnąć i po ten
temat zastępczy. Uściślijmy na starcie, że jako człowiek wierzący i
praktykujący nigdy nie byłem zwolennikiem wieszania krzyża w miejscach
publicznych. Całkiem nie z powodu przekory, raczej uznając, że to bardziej szkodzi
wierze niż ją wspomaga. Na moje szczęście, jestem dzieckiem PRL-u i na
katechezę musiałem chodzić do salki parafialnej, przy kościele. W niej był solidny
krzyż na ścianie, mapa ziem, po których wędrował Chrystus z uczniami, zwykle jeszcze
portret papieża, kardynała i może kilka różańców z żołędzi, kasztanów, pestek czy
innych akcesoriów, służących pomysłowym wykonawcom prac konkursowych. W takiej atmosferze
wszystko miało swoje miejsce, ład, wymiar i porządek. Mimo, iż katechezy
odbywały się przed lub po lekcjach, a salkę parafialną od budynku szkoły dzielił
zdrowy dystans piętnastu minut marszu, z frekwencją na lekcjach religii nie
było problemu. Ten, jeden z nielicznych, „luksusów” rzeczywistości PRL-u
pozwalał znajdować wierze swój właściwy wymiar religijny. W takich warunkach od
najmłodszych lat dostawaliśmy też ważny komunikat podziału sfery państwa i Kościoła.
Myślę, że skutkiem ubocznym takiego stanu rzeczy było i to, że dostawaliśmy ważną
lekcję oddzielania sfery sacrum i profanum, uzmysłowiono nam podział na to, co Boskie
i cesarskie. Religia, sprowadzona rygorem państwowym na margines życia
społecznego, paradoksalnie wymagała większego zaangażowania, autentyczności, a
przez to oczywiście wieszanie (bądź zdejmowanie) krzyża w miejscach publicznych
i podobne gesty, nie tylko nie wchodziły w grę, ale też nie mogły mieć
charakteru karty przetargowej w szarpaninie ideowej, przepychankach społecznych
i politycznych.
Niezależnie od potrzeb i życzeń redaktorów serwisów internetowych,
wierzę jednak, że temat zdejmowania krzyży, nie wywoła w Polsce wojny i
najlepszy tego dowód już mamy. Wyrok dotyczący włoskich szkół, póki co, u nas przyniósł
ledwie czkawkę po sprawie. Oto uczniowie jednego z ogólniaków złożyli swój protest
do dyrektora, gdzie indziej radny beknął do włodarzy miasta i po sprawie. W porywie
optymizmu jestem zbudowany postawą rodaków, którym nie chce się zwyczajnie bić
piany, bo mają lepsze zajęcie, pilniejsze sprawy, ważniejsze problemy. Zdrowy
rozsądek zwycięża, chcę w to wierzyć i to buduje pozytywny obraz naszego
społeczeństwa, które dość ma jątrzenia, podziałów, zmagania o gesty, symbole,
od których nie przybywa ni chleba ni wina, ni dobrego samopoczucia.
Ich dwoje. Z
jakiegoś powodu relacja, która rzuca się w oczy z większości blogowych postów,
z kobiecych pism, ze skarg płynących w rozmowach młodzieńców mijanych w
miejskich środkach komunikacji. Zastanawia, jaką część procentowo, stanowią
codzienne ciągi wypowiedzi-rozczarowań, które dotyczą prostej i od wieków
kontynuowanej relacji ona-on. Nigdy dość listów, artykułów, wywiadów, pojękiwań
zawodu, chwilowych uniesień, co rozbiją się o bruk. Wydawałoby się, że skoro
ludzkość od swoich początków skutecznie odkryła różnice płciowe nie tylko w szczegółach
anatomicznych, ale także w psychicznej nieprzystawalności, w płci mózgu i kilku
innych ciekawostkach, temat ten powinien umrzeć śmiercią naturalną, gdy
tymczasem związek mężczyzny i kobiety dla każdego kolejnego pokolenia niesie ze
sobą podobnie odkrywany ciąg nieporozumień.
Zawsze można powołać się na zmiany
klimatyczne, cywilizacyjne, techniczne, zmiany mentalności i charakterów oraz
postępującą ewolucję, ale czy za tym idzie nowa lista powodów, dla których „on
już jej nie kocha”, a „ona go zdradziła”? Czy jednak zawsze jest to ta sama
wybuchowa mieszanka cech płci, kulturowo skazanych na budowanie trwałości tam,
gdzie o trwałości nie może być pewnej mowy?
Ponieważ mężczyzna jest prostszym
mechanizmem, co to (jak mawiają złośliwe) ma tylko jedną dźwignię, zacznijmy od
niego. On w relacji damsko-męskiej skazany jest zwykle na klęskę z racji swej
konstrukcji uwarunkowanej biologicznie. Jako samiec jest bowiem głównie siewcą
genów i zdobywcą przestrzeni życiowej, w której nieustannie musi się sprawdzać,
potwierdzać swoją męskość, siłę i przydatność (również do prokreacji). Z tej
racji potrafi być oddanym partnerem, ale w partnerstwie się nie mieści, nudzi
się i rozsadza ramy. Dlatego też skazany jest na nieustanne poszukiwanie nowych
wyzwań. Mylą się jednak te panie i nieliczni panowie, którzy pomyśleli teraz,
że będę pisał o zdobywaniu nowych kobiet przez samca-macho. Daleki jestem od
tego. Co prawda, biologiczność mężczyzny najbardziej spektakularnie realizuje
się w przeskakiwaniu z jednego łóżka z uroczą zawartością do drugiego, jednak
nie jest to jedyna forma spełnienia marzenia o poszukiwaniu doznań, o nowości,
inności, nieprzewidywalności i pożądliwości nieugaszonej. Gdyby każdy z nas,
samców, nie spełniał się w stałym związku z kobietą, a jednocześnie szedł przez
życie kierowany wyłącznie instynktem siewcy genów, nie byłoby wśród nas
pantoflarzy, którzy dla ukochanej żony własną egzystencją sięgną dna kopciucha.
Nie byłoby wiecznie pierdołowatych mężów, którym żony muszą wskazać kierunek
życia, żeby wiedzieli, gdzie stoi lodówka i nie pili z muszli klozetowej. Nie
byłoby naukowców, dyrektorów, prezesów i bankierów, którzy bez kontroli żony
poszliby do pracy w lewym kaloszu i w prawym trampku. Nie byłoby przede wszystkim
zamężnych i spełnionych pań, gdybyśmy wszyscy byli tylko trutniami skaczącymi z
kwiatka blondynki na kwiatek brunetki. Mężczyzna niespełniony w związku może zatem
uciekać poza terytorium płciowości i będzie uciekać, na przykład w wędrówki
górskie z kolegą albo pomiędzy dwa pedały (z naciskiem na pedały jako część
składową roweru). Będzie uciekać na boisko, w filatelistykę i w przestworza
motolotnią, byle dalej od marudzącej kobiety, która zawsze czegoś chce, bo
zawsze czegoś jej brakuje, a która w gruncie rzeczy już nie podlega wymianie. Przestaliśmy
być do wzięcia i dobrze nam z tym, bo przecież ta nasza żona w gruncie rzeczy jest
nie gorsza niż inne, pewna i bezpieczna, w dodatku bywa już mało atrakcyjna po
kilku latach w związku, nie zbiesi się i nikt (w mniemaniu męża) na nią nie
poleci. A nawet jak ktoś poleci, będzie szczęśliwa z kochankiem w tle, bo do
twarzy jej z samozachwytem, a do domu zawita więcej świętego spokoju. Zwykle
raz zdobyta, w mniemaniu swojego faceta, ma zostać zapleczem lub przewodnikiem
w drodze ku jego wygodzie na nowych drogach spełnienia, jakbyśmy owej
samorealizacji nie definiowali. Proste, prawda? Szczególnie w stereotypie
myślowym. Jeśli panie tego nie mogą pojąć, to dlaczego?
Tak, to jest ten moment, teraz pora zastanowić się nad
nią. W wielkim błędzie jest ten, komu wydaje się, że jako istota bardziej
uwrażliwiona, emocjonalna i delikatna, nie umie upomnieć się o swoje. Jeśli
wygląda częściej na skrzywdzoną, zaniedbaną i przepojoną cichą pretensją do
świata całego, nie tylko męskiego, to z innego powodu: to kruche kobiece
biedactwo zwykle chce tego, czego akurat nie ma w danym momencie. Jeśli ma męża
pijaka, tęskni do jednego spaceru po osiedlu z trzeźwym. Jeśli ma w domu
abstynenta i posłuszną pierdołę, tęskni do drapieżnego macho, który wniesie w
monotonię życia szufelkę żaru namiętności. Jeśli jest żoną macho, za jakiś czas
będzie tęsknić za łysiejącym misiem, który ją przytuli, zrobi masaż stóp i
przyniesie herbatę z miodkiem i cytryną. Jeśli mąż będzie po pracy sprzątał,
prał i gotował, niespełniona pani zrobi mu pretensje, że nie mają domu z
basenem i nie jeżdżą na Kanary jak Jadźka. Jeśli będzie siedział bezczynnie
przed TV z butelką piwa i pilotem, będzie tęskniła, żeby chociaż raz obrał
ziemniaki. Jeśli będzie jej przynosił nową sukienkę w rocznice ślubu, poskarży
się koleżance, że w żadną rocznicę mąż kwiatka nie przyniósł.
Smak
niespełnienia podobny, pozostają tylko warianty niezaspokojenia i skarga na
męża pierdołę lub darmozjada, na związek z degeneratem, nudziarzem albo na los
opiekunki i służącej albo znudzonej i zaniedbanej księżniczki, steranej i pozostawionej
bez odrobiny miłości i współczucia. Zawsze odbijanie piłeczki winy i przekonanie,
że u innych w ogródku trawa wydaje się być bardziej zielona. Dlaczego tak się
dzieje? Bo obie płci chcą żyć kolorowo, a tu tyle powinności, szarych i
powtarzalnych obowiązków każdego dnia.
Ale są gdzieś związki radosne,
spełnione. Dlaczego zatem o nich się zwykle nie czyta i tak mało słyszy?
Dlaczego giną pod zwałami dramatów o przemocy w rodzinie, o agresji, o
pretensjach i wzajemnym obwinianiu? Dlaczego nie czytamy o pięknym
partnerstwie? Czy tylko dlatego, że piękno ginie w natłoku brzydoty, małości i
niechęci? Może piękno żyje same sobą i nie musi się z tym wychylać? Czasem
jednak wydaje się, że związki spełnione, szczęśliwe i bogate wzajemną miłością,
to te, w których ludzie potrafili kochać według recepty św. Pawła: Miłość
cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie
unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się
gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz
współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim
pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
Dziś,
gdy co chwila i z takim naciskiem, czytamy o niezrozumieniu w związkach, o
wzajemnych pretensjach, animozjach, żalach, o różnicach płci, jesteśmy w stanie
poruszyć niebo i ziemię, by udowodnić, że wszelka przyczyna naszego
rozczarowania, znieważenia, porzucenia, zdrady, leży w drugim człowieku. Ten
stan aż się prosi, żeby położyć nacisk na bardzo konkretną frazę z Pierwszego
Listu do Koryntian: miłość
[...] nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Jedną z wielu przyczyn
niespełnienia w związkach może być i ta, że mylimy pojęcia i z przyjemną
łatwością, ustawiamy miłość za plecami biorcy, któremu przecież „zawsze się
należy”, który powinien mieć nieustanne zapewnienie, że jest kimś wyjątkowym, podziwianym,
docenianym, który jednocześnie ma pełne prawo zapominać, że prawdą miłości - i to dla obu płci - jest
głównie dawać siebie drugiemu. I dopóki ta prawda nie dotrze do kobiet i mężczyzn, ich dwoje,
także w kolejnych pokoleniach, pozostaną już na starcie skazani na
nieustanne przepychanki z goryczą w tle.
- Pan kupi coś do jedzenia, bardzo proszę.
- Co? - zapytałem wyrwany raczej
z zamyślenia niż zaciekawiony.
Gość wzruszył ramionami i spod włóczkowej
czapki, sztywnej od brudu, wybąkał bezzębnymi wargami:
- Byle co, byle tanie.
Wszedłem
między regały natychmiast szukając byle czego do jedzenia, byle taniego, choć
nie miałem pojęcia, ani jak wygląda byle co, ani ile tego kupić, żeby bezdomny
mógł się najeść na miejscu, przed sklepem, bez mikrofalówki i otwieracza do
konserw. Popychałem przed sobą wózek, który bezzębny gość podarował mi bez
złotówki zwalniającej z łańcucha. Teraz to jakby mnie przypiął grubym łańcuchem
zobowiązania. Przecież nie byłem mu nic dłużny, mogłem wyrwać się z tego
pozornego uzależnienia, nie miałem żadnego obowiązku. Dlaczego więc szybko
zapomniałem o swoich zakupach? Dlaczego wzrok biegał panicznie wzdłuż cen
artykułów spożywczych i wyławiał coś, co bezdomny zje bez specjalnego
przygotowania?
Sklep należał do podłej sieci oferującej nędzne ilości produktów
do spożycia. W dodatku coś, co było tanie, zostało zamknięte w zbiorcze
opakowania. Za duże na jeden raz, a gość z pewnością lodówką nie dysponował. I z
powodu trudności, niezależnych od mojego chcenia, byłem gotów zbuntować się i
olać prośbę, zrobić swoje zakupy i wyjść jakby nigdy nic. Pewnie nie ja
pierwszy tego dnia opuszczę sklep doskonale obojętny na jego potrzeby. Wchodziłem
w czapce, wyjdę bez czapki i facet nawet nie zwróci uwagi, że to mnie ustrzelił
prośbą o coś do jedzenia. Już uśmiechnąłem się bystrości własnego umysłu i
przebiegłości starego wyjadacza, gdy jak grom spadła na mnie myśl-cytat: coście
uczynili najmniejszemu z braci moich... . A jednak! Wiedziałem! Tak, jasne!
To już było nade mną! Oko Opatrzności, super ego, anioł stróż, duch braterstwa,
miłujący bliźniego choćby na siłę albo każda inna moc, co już rosła do rozmiaru
obowiązku pochylenia się nad potrzebującym. I na powrót pchnąłem wózek w
kierunku lodówek z parówkami upchanymi ciasno i hermetycznie. Po drodze, przy
pieczywie, dorzuciłem do parówek cztery świeże kajzerki i niech mi sumienie
lżejszym będzie. Mogłem już spokojnie ugłaskać hipokrytę, który teraz chichotał
pod kurtką. Dobrze wiedział, że to był tylko samogwałt Obywatela Sytego, któremu
za nic w świecie nie przyszłoby do głowy troszczyć się o pusty brzuch menela
pod sklepem, gdyby ten nie przywołał do porządku chrześcijańskiego sumienia.
Ile
warte jest to sumienie? Więcej niż wydane trzy pięćdziesiąt? Szczerze wątpię. Obywatel
Syty przecież więcej płaci za jedno rozcieńczone piwo w pubie, więc z pewnością
nie o te trzy pięćdziesiąt chodzi. Obywatel Syty łatwiej zniósłby sytuację, gdy
menel mówi: dorzuć się synek do flaszki. Mógłby to spokojnie zrobić na
odczepnego i nie zapomniałby co miał kupić. Ale tym razem menel perfidnie prosił
o jedzenie. Obywatel Syty nie dowierza temu tak dalece, że nawet wręczając mu po
fakcie siatkę z jedzeniem obserwuje czujnie jego postać. Nie wierzy, że bezdomny
może tak zwyczajnie poprosić o jedzenie. Obywatel Syty już dobrze poznał się na
takich, co z żebrania uczynili zawód, na takich, co dobrze się mają przez gwałt
dokonany na przerażeniu rzeczonego obywatela. A tu co? Najpierw
niekonwencjonalna prośba, a teraz bezdomny jakby zdezorientowany podarunkiem? Robi
nieco większe szparki w opuchniętych powiekach i ze zdziwieniem w głosie
serdecznie dziękuje za dar. Ale to podziękowanie ma w sobie to coś! Jakby zdanie
rzucone Obywatelowi Sytemu prosto w twarz: naprawdę kupił, frajer! I
zaraz potem dodatkowo bezdomny niby w geście bezradności opuszcza siatkę wzdłuż
nogi i wcale nie zamierza jeść, wypiął się na dar, który zabrał Obywatelowi Sytemu
spokój codziennych zakupów.
I to jest już jest. Niestety, sezon polowań na
Obywateli Sytych rozpoczęty. Pojawiają się znaki ostrzegawcze w postaci
rozświeconych żaróweczek, choineczek, reniferków i saneczek. Tak, to ten czas,
gdy nie menele zaburczą pustym brzuszkiem i wyproszą kwaśnym oddechem byle co
do jedzenia. Teraz na Obywateli Sytych zapolują inni syci obywatele, co troszczą
się o tych, którym brakuje. Za chwilę będzie ich coraz więcej: z koszami do
wypełnienia darami dodatkowych zakupów w marketach, z anielskimi skrzydłami w
dżinsach i gęsim pierzu, wędrujących wzdłuż galerii handlowych ze świecą w
dłoni, która rozjaśni wolę dzielenia się z dziećmi specjalnej troski. Z
pudełkami świec Caritasu w kościołach, które wspomogą ubogie rodziny, a także z
czapeczkami mikołajkowymi na głowach gwiazd telewizyjnych seriali, które przypomną
numer sms, pod który należy przesłać darowiznę dla jeszcze innych dzieci. Aż
ostatecznie karnawał dzielenia się sercem zakończy kolejna eksplozja Wielkiej Orkiestry
Świątecznej Pomocy, która odtrąbi Obywatelom Sytym hymn dobrze spełnionych powinności.
I przynajmniej na pół roku zamilknie hojność. Choć optymiści powiedzą, że
lepiej raz w roku niż wcale.
Prawdziwie dobre uczynki wraz z prawdziwie dobrze
czyniącymi zejdą do podziemi codzienności. To powszednie dobro nie znosi
świateł, kamer, blasku sztucznych gwiazdek. Nie karmi się widokiem zgrabnej
hostessy, pokrzykiwaniem, przebraniem, rozgłosem i oklaskami. Żyje w powszednich
czynach rzeszy wolontariuszy i ludzi nieobojętnych na drugiego. Ale jest szansa,
że Obywatelom Sytym, przynajmniej niektórym, zakwitnie myśl, że może trzeba szukać
potrzebujących wokół siebie, niechby i za drzwiami własnego mieszkania, a to
już dobry kierunek.
Koniec świata na powrót zagościł w mediach. I nie mówię bynajmniej o
reformie medialnej na żadnym etapie. To, jak zwykle, tylko chwilowy szum, ale z
pewnością nie ostatni. Ludzie kochają mówić o kresie planety, przynajmniej od
czasu, gdy mówić się nauczyli, gdy nauczyli się obserwować naturę i zaczęli
świadomie przyglądać się żywiołom. To z pewnością pobudzało wyobraźnię i zawsze
na moment człowiek zastygał w przerażeniu, bo zdawał sobie sprawę z nędznej
kondycji. Właściwie może nawet dzięki mocy pożarów, powodzi, trzęsienia ziemi, dostrzegał
paradoks własnych możliwości. Z jednej strony potęga intelektu, umysłu, rozwój
cywilizacyjny, techniczny, a z drugiej bezradność wobec sił, które równały
ludzkość z istotami żyjącymi bez użycia rozumu. Ten sam zwierzęcy strach w
oczach i ten sam koniec organizmu żyjącego.
Od jakiegoś czasu znowu głośno o
końcu świata, tym razem za sprawą filmu „2012” i za sprawą Majów, którym
kalendarz skończył się rzekomo na dacie 21.12.2012r. Ale nie ma się czym
przejmować, zwłaszcza, że nie do końca wiemy, jakim przelicznikiem posługiwali
się Majowie i czy ich rok 2012, to ten sam co nasz. Nic to, minie czas jakiś i podobno
znowu poczekamy na koniec świata zapowiadany przez samego Newtona. Jeśli
przedtem nie wyłoni się z bezczasu inny wieszcz, piewca jedynego prawdziwego
końca. I co jest w tym najzabawniejsze? Że za każdym razem, ilekroć ludzie
podniecają się rzekomym oczekiwaniem na dzień apokalipsy, tyle razy zwykle nie
robią nic ze swoim dotychczasowym życiem. Krążą wewnątrz swoich codziennych
małych światów, a te czują się niezagrożone i znieczulone na kres. Małe ludzkie
światy rozpinają się pomiędzy zakupami, gotowaniem, odprowadzaniem dzieci do
przedszkola, na kurs angielskiego i basen albo do sklepu po nowy sweterek. Tylko
wieczorem, przed snem, czytając ten czy ów tygodnik, na moment ludzie poczują
dreszczyk kolejnej apokaliptycznej wizji. Z rana, mniej lub bardziej wypoczęci,
wrócą do pracy, do swoich miłości, nienawiści, pragnień, grzeszków, słabości,
niepomni na wczorajszy dreszcz nieuniknionego końca świata, co przyjdzie jak
nic za dwa lata. I jakże zdrowe to i pogodne i mądre. Czesław Miłosz zdał z
rzeczy sprawę pisząc jakiś czas temu: Dopóki
słońce i księżyc są w górze, /Dopóki
dzieci różowe się rodzą, /Nikt nie
wierzy, że staje się już. /Tylko siwy
staruszek, który byłby prorokiem, /Ale
nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,/ Powiada przewiązując pomidory:/ Innego
końca świata nie będzie, /Innego
końca świata nie będzie.
Wiersz Miłosza, który tak prosto pokazuje, że nasz
indywidualny świat kończy się w każdej chwili, że każdy dzień wyznacza nowe
narodziny i nowy kres działania, ruchu, czynności, zawsze jakoś dodatkowo
współgra mi z ewangeliczną prawdą: „Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny”(Mt25,13).
Jeśli zatem wciąż nie mogę się
przyzwyczaić, że ludzkość ma potrzebę - co jakiś czas - wypatrywać z wypiekami
na twarzy kolejnej daty kresu, to właśnie z tego konkretnego powodu: dlaczego ludzkość
chce słuchać przepowiedni ludzi? Widzi pękającą ziemię, kończące się
kalendarze, oczekuje deszczu meteorów, spalenia przez słońce lub wystudzenia
planety, przegrzania skorupy, erupcji wulkanów, ale oczekuje daty końca od
naukowców, szaleńców, szamanów, mędrców i mediów elektronicznych. Jednocześnie to
popkulturowe wypatrywanie apokalipsy, podszyte sensacją jest zawsze aktem
pozbawionym nadziei. Oto w południe dnia, wśród nieważnych spraw, przyjdzie wielkie
bum, spektakularne, malownicze, porażające, a po nim? Nie ma żadnego „po nim”.
I
pomyśleć, że rzecz dzieje się w świecie, budowanym i wzmacnianym od wieków na fundamencie
kultury judeo-chrześcijańskiej, wznoszącej wizje losu i przeznaczenia człowieka
- także apokaliptyczne wizje - na
treściach płynących z Biblii. Tymczasem kultura popularna, która tworzy między
innymi takie „dzieła” jak „2012”, nie ma potrzeby „mieszać” do tego Boga. Może
z lęku przed metafizyką, niechby i podwórkową, płytką i odpustową. Może jedynie
na potrzeby taniej sensacji? Może bezpieczniej jest laicyzować koniec? Kres
świata bez dopuszczania do tego Boga jest wygodny. Gwarantuje nagły efekt bez
konieczności rozliczania i podsumowania życia, bez konieczności zastanawiania
się nad swoim postępowaniem, bez lęku przed konsekwencjami wybranego modelu egzystencji
i bez ryzyka, że dokonywało się niewłaściwych wyborów. Popkultura lubi efekty
natychmiastowe, dosadne, i pozbawione dwuznaczności i koniecznie nie poddawane
refleksji.
Pewnie nie przypadkiem usłyszałem wczoraj w radiu komunikat takiej
mniej więcej treści: policja apeluje o rozsądek do ludzi którzy korzystają z esemesowych
usług typu: „chcesz wiedzieć, czy masz świńską grypę?” i „czy chcesz poznać
datę swojej śmierci?”. Apel był poważny i z prośbą, by ludzie czytali przynajmniej
regulamin takich usług, bo gdy przyjdzie gigantyczny rachunek za telefon,
policja nic już nie może zrobić. Można na początek zapytać, czy ktoś, kto płaci
za esemesy z datą swojej śmierci, jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem
jakikolwiek regulamin? A dalej warto zapytać, czy to nie jest jednak miara jakiegoś
innego końca świata? Na przykład końca świata rozumu? Esemes z datą śmierci
zastąpi z pewnością wróżkę, wiarę, mądrość, ale też zabezpieczy przed
zbytecznym kredytem, pozwoli sporządzić testament i przekona, że czas zaszaleć,
skoro już się wie, ile życia zostało. Ba, jest nawet nadzieja, że będzie to samospełniająca
się przepowiednia, bo niejeden idiota tak ślepo zaufa dacie w komórce, że palnie
sobie w łeb we wskazanym dniu. I tak, w osłonie myśli o końcach świata dotarłem
do wagonu kolejki elektrycznej i otworzyłem książkę Rolanda Topora na słowach: Dziś,
w dobie tworzenia się wspólnoty europejskiej, przyszedł czas, by sporządzić
bilans dóbr narodowych. Wbrew powszechnym przesądom, kretyni też do nich
należą. Tak jak nie ma prawdziwego oszusta bez naiwniaka, sadysty bez
masochisty, tak handel i przemysł nie mogą obyć się bez kretynów. Kto jest
odbiorcą reklam? Kretyni. Do kogo zwracają się księża? Do kretynów. Do kogo
skierowane są hasła polityczne? Do kretynów. Wielkonakładowe gazety, kino,
radio, telewizja, jednym słowem media? Do kretynów. Co nas czeka, jeśli
pozbędziemy się kretynów? Kryzys!!! … i jeszcze jeden prorok czy co?
Na początku wcale nie chciałem tego czytać, choć w piątkowej „Wyborczej”
od dawna nic innego mnie nie zajmuje. Redaktorzy „Męskiej muzyki” przyzwyczaili
nas do wywiadów z pisarzami, aktorami, poetami, muzykami, ludźmi sztuki, którzy
mieli coś do powiedzenia na temat miłości, związków męsko-damskich, ale też nie
omijali innych aspektów życia. A teraz? Co nam tu zaserwowano? Rozmowę z
damskim fryzjerem?
I już wzruszyłbym ramionami nad tekstem, gdyby nie drobny
fakt, który wyłowiłem muśnięciem oka – to dziewięćdziesięcioletni fryzjer, a
taki może jednak mieć coś do powiedzenia o życiu. Pan Tolek, to nie jakiś tam
zmanierowany filipek z konopii w portkach uciskających klejnoty, co to otworzył
zakład u progu nowego wieku. Pan Tolek, to człowiek-historia powojennego
Gdańska, wierny swojej fryzjerskiej profesji od ponad sześćdziesięciu lat.
Uwaga i miejsce na łamach należą mu się choćby z tego tytułu, że nie zmogły go
stada kobiet, które niełatwo było zadowolić (mowa o fryzurze). Ale też nie
zmogły Pana Tolka próby wywłaszczenia za Stalina. Ba! Nie zmogła go nawet banda
karków tęskniących do golenia pały za friko.
Pan Tolek dziwnie zapadł mi w
pamięci, a raczej opublikowana rozmowa, w której nie ma najmniejszego cienia
narzekania na życie. Pod naszą szerokością geograficzną, to brzmi jak odkrycie kolejnego
cudu świata. Oto Polak, który wyrwał się z ukraińskiego kawałka ziemi,
przejechał samotnie na Pomorze, założył zakład, w którym przepracował kilka
systemów politycznych, przeżył stado ideologów i uszczęśliwiaczy społeczeństwa,
wykształcił niemal trzystu fryzjerów, a po upływie dziewięćdziesięciu lat życia
nie narzeka na nic. No może tylko smuci go utrata możliwości pełnego widzenia.
Po lekturze wywiadu szybko zrozumiałem, dlaczego Pan Tolek znalazł się na
łamach stałego działu. Robił swoje niezmiennie i przez dziesięciolecia, do
końca przekonany o słuszności dokonanego wyboru. Nie szukał uwielbienia, nie
pchał się na afisz, nie czekał na oklaski, choć dawał radość i zadowolenie.
Jego dzieło, skrzętnie i cierpliwie uprawiane, znikało szybko z pola widzenia,
zwykle wraz z prostującą się trwałą, z nowymi odrostami na głowach klientek.
Mimo tego mężczyzna zachował spokój i dobrą kondycję psychiczną. Czy to
możliwe? To pytanie najmocniej nie daje mi spokoju, a przekora kwestionuje
proste prawdy i chętnie optymizm zwaliłaby na wiek, na niepamięć złego i pewnie
dlatego noszę w głowie myśl o Panu Tolku jeszcze dziś, trzy dni po lekturze
rozmowy z nim. To, co najmocniej pozostaje w pamięci, to zbyt oczywista recepta
na szczęście:
Trzeba być szanowanym, to przede wszystkim. Ale na szacunek
należy sobie zasłużyć: nie być pijakiem - bo to najgorsze - pijak maltretuje
żonę i dzieci. Nie być rozbójnikiem czy złodziejem. Pracować. No i spełnić
swoje marzenia. Jak byłem młody i mieszkałem na wsi, kładłem się czasem na
łące, patrzyłem w chmury i myślałem: ale byłoby fajnie mieć samochód,
podróżować, pojechać do Ameryki. I to się udało - wszystko co sobie pomyślałem,
załatwiłem: od 1945 r. miałem samochód, byłem w Kanadzie, Jugosławii, kilka
razy we Francji... Nie byłem też pijakiem, z nikim się nie biłem. Ludzie
kłaniają mi się na ulicy.
Czy to w ogóle jest recepta na szczęście? Na
dzisiejsze czasy jakby malizną trąca. To nawet nie jest zbiór pobożnych życzeń!
Kogo dziś obchodzi, czy ludzie będą mu się kłaniać na ulicy? Komu to jest
potrzebne? Jak się kłaniają, to nawet robi się podejrzane. Na pewno czegoś
chcą, może coś są nam dłużni, mają coś na sumieniu! Albo weźmy takie marzenie:
mieć samochód? Czy to nie jest dziś podstawa życia, w dodatku leżąca w zasięgu?
Samochód? Wiadomo! Należy się jak kotu łyskas. Nawet nie jeden samochód, tylko
po jednym dla każdego członka rodziny. Ilu Polaków na stu powie, że samochód
(bez rozróżniania marki jak widać) i podróżowanie może być marzeniem? Przecież
dziś jest obowiązkiem rodaka stającego w bloki startowe z sąsiadem do biegu o
wyższy poziom życia. Wskażcie w swoim gronie pięciu znajomych, którzy świadomie
chcą zasłużyć na szacunek innych i podporządkowują temu codzienne działania,
rzeczywiście o tym myślą i mówią, uczciwie robią wszystko tylko dla szacunku i
bez usprawiedliwienia potknięć hasłem: „a bo inni to...”. Z całej recepty Pana
Tolka tylko hasło „pracować” zdaje się trzymać dziś pion, choć definicje pracy
bardzo się indywidualizują i dla jednych praca staje się koniecznością, dla
innych pasją, innym zaś plecie się pasmem cierpienia i bólu niespełnienia, a
jeszcze innym zmaganiem, frontem, na którym obowiązuje bardzo militarna
terminologia i bynajmniej nie o szacunek bój się toczy.
Tymczasem w całej
rozmowie z Panem Tolkiem nie pojawia się mowa o pieniądzach, przynajmniej jako
o celu prowadzenia działalności. Często zaś pojawia się mało modne dziś
zadowolenie kobiety (mowa o fryzurach): Gdy kobieta ładnie wygląda, jest
zadowolona, sąsiadki podziwiają nową fryzurę, mężowi też się podoba - pani po
prostu kwitnie. Kobiety lubią się podobać, a my lubimy na nie patrzeć. Takie
to proste, drogie panie, gdy „patrzeć”, nie zawsze oznacza ostrzyć zęby ze
złości, że sąsiadka ma ładniej, nie znaczy też ślinić się, rozbierać wzrokiem i
prężyć cokolwiek.
Szacunek, radość, zadowolenie, a przy tym rytm życia, w
którym wszystko ma swój czas i swoje miejsce, zdaje się dopełniać wyznania Pana
Tolka: W niedzielę jeździliśmy na plażę na Stogi. Morze po raz pierwszy to
tu właśnie zobaczyłem [...] Jeździliśmy też do Przywidza nad jezioro. O, to
były całe wyprawy. Dwa samochody i ze dwanaście motocykli. W Przywidzu piknik
był, dziewczyny rozkładały obrus, na to stawiały to, co przygotowały. I każdy
się częstował. [...] Do kina też chodziliśmy. Nieraz dwa razy dziennie. To
znaczy, jak zakład zamknąłem, to szliśmy na dwa filmy. Do
"Leningradu" na Długiej, czasem do "Bajki" we Wrzeszczu.
Nawet jak miejsc już nie było, wpuszczał nas znajomy.
Prawda, że dziś może
wzruszyć ten niespieszny rytm z rytuałem rozrywek, wypadów poza dom, wcale nie
dlatego, że wypada bywać, ale z powodu prostej niezmienności i modelu życia,
wybranego raz na zawsze. I to obecne stale nieoglądanie się na obowiązujące
wzorce, jeśli nawet takowe były. Tego oczywiście nie nazywa damski fryzjer,
przez którego przemawia prosta prawda życia spełnionego. I może dlatego w tej
prawdzie nie ma miejsca na doły psychiczne, terapie, salony odnowy, nie ma
potrzeby uprawiania jogi, medytacji, ani innych wynalazków sfrustrowanego
człowieka.
Czasem nachodzi mnie taka dziwna myśl, że prawda i dobro zamknięte
są na zawsze w pozytywnej energii, którą pozostawiają zwykli ludzie,
profesjonalnie i uczciwie wypełniający codzienne, zwykle mało spektakularne,
prace. Dobro i piękno wcale nie mieszczą się w dziełach artystów, ideologów i
filozofów, ale bywają zamknięte w oddaniu rzemieślników dobrze wykonujących
swoją robotę, gotowych zawsze budować zadowolenie klienta na trwałym
fundamencie najzwyklejszej przyzwoitości. I nie jest wówczas żadnym odkryciem,
że najwięcej patriotyzmu, prawości i pożytku społecznego kryje dobrze zbudowany
dom, uczciwie poprowadzona droga z nawierzchnią dobrej jakości czy mądrze
zbudowana kładka przez rzekę, jak też dobrze skrojony garnitur i piękna fryzura
zachwyconej kobiety. Wówczas naprawdę
nie trzeba dorabiać ideologii, ani troszczyć się o poklask.