Koniec świata na powrót zagościł w mediach. I nie mówię bynajmniej o
reformie medialnej na żadnym etapie. To, jak zwykle, tylko chwilowy szum, ale z
pewnością nie ostatni. Ludzie kochają mówić o kresie planety, przynajmniej od
czasu, gdy mówić się nauczyli, gdy nauczyli się obserwować naturę i zaczęli
świadomie przyglądać się żywiołom. To z pewnością pobudzało wyobraźnię i zawsze
na moment człowiek zastygał w przerażeniu, bo zdawał sobie sprawę z nędznej
kondycji. Właściwie może nawet dzięki mocy pożarów, powodzi, trzęsienia ziemi, dostrzegał
paradoks własnych możliwości. Z jednej strony potęga intelektu, umysłu, rozwój
cywilizacyjny, techniczny, a z drugiej bezradność wobec sił, które równały
ludzkość z istotami żyjącymi bez użycia rozumu. Ten sam zwierzęcy strach w
oczach i ten sam koniec organizmu żyjącego.
Od jakiegoś czasu znowu głośno o
końcu świata, tym razem za sprawą filmu „2012” i za sprawą Majów, którym
kalendarz skończył się rzekomo na dacie 21.12.2012r. Ale nie ma się czym
przejmować, zwłaszcza, że nie do końca wiemy, jakim przelicznikiem posługiwali
się Majowie i czy ich rok 2012, to ten sam co nasz. Nic to, minie czas jakiś i podobno
znowu poczekamy na koniec świata zapowiadany przez samego Newtona. Jeśli
przedtem nie wyłoni się z bezczasu inny wieszcz, piewca jedynego prawdziwego
końca. I co jest w tym najzabawniejsze? Że za każdym razem, ilekroć ludzie
podniecają się rzekomym oczekiwaniem na dzień apokalipsy, tyle razy zwykle nie
robią nic ze swoim dotychczasowym życiem. Krążą wewnątrz swoich codziennych
małych światów, a te czują się niezagrożone i znieczulone na kres. Małe ludzkie
światy rozpinają się pomiędzy zakupami, gotowaniem, odprowadzaniem dzieci do
przedszkola, na kurs angielskiego i basen albo do sklepu po nowy sweterek. Tylko
wieczorem, przed snem, czytając ten czy ów tygodnik, na moment ludzie poczują
dreszczyk kolejnej apokaliptycznej wizji. Z rana, mniej lub bardziej wypoczęci,
wrócą do pracy, do swoich miłości, nienawiści, pragnień, grzeszków, słabości,
niepomni na wczorajszy dreszcz nieuniknionego końca świata, co przyjdzie jak
nic za dwa lata. I jakże zdrowe to i pogodne i mądre. Czesław Miłosz zdał z
rzeczy sprawę pisząc jakiś czas temu: Dopóki
słońce i księżyc są w górze, /Dopóki
dzieci różowe się rodzą, /Nikt nie
wierzy, że staje się już. /Tylko siwy
staruszek, który byłby prorokiem, /Ale
nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,/ Powiada przewiązując pomidory:/ Innego
końca świata nie będzie, /Innego
końca świata nie będzie.
Wiersz Miłosza, który tak prosto pokazuje, że nasz
indywidualny świat kończy się w każdej chwili, że każdy dzień wyznacza nowe
narodziny i nowy kres działania, ruchu, czynności, zawsze jakoś dodatkowo
współgra mi z ewangeliczną prawdą: „Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny”(Mt25,13).
Jeśli zatem wciąż nie mogę się
przyzwyczaić, że ludzkość ma potrzebę - co jakiś czas - wypatrywać z wypiekami
na twarzy kolejnej daty kresu, to właśnie z tego konkretnego powodu: dlaczego ludzkość
chce słuchać przepowiedni ludzi? Widzi pękającą ziemię, kończące się
kalendarze, oczekuje deszczu meteorów, spalenia przez słońce lub wystudzenia
planety, przegrzania skorupy, erupcji wulkanów, ale oczekuje daty końca od
naukowców, szaleńców, szamanów, mędrców i mediów elektronicznych. Jednocześnie to
popkulturowe wypatrywanie apokalipsy, podszyte sensacją jest zawsze aktem
pozbawionym nadziei. Oto w południe dnia, wśród nieważnych spraw, przyjdzie wielkie
bum, spektakularne, malownicze, porażające, a po nim? Nie ma żadnego „po nim”.
I
pomyśleć, że rzecz dzieje się w świecie, budowanym i wzmacnianym od wieków na fundamencie
kultury judeo-chrześcijańskiej, wznoszącej wizje losu i przeznaczenia człowieka
- także apokaliptyczne wizje - na
treściach płynących z Biblii. Tymczasem kultura popularna, która tworzy między
innymi takie „dzieła” jak „2012”, nie ma potrzeby „mieszać” do tego Boga. Może
z lęku przed metafizyką, niechby i podwórkową, płytką i odpustową. Może jedynie
na potrzeby taniej sensacji? Może bezpieczniej jest laicyzować koniec? Kres
świata bez dopuszczania do tego Boga jest wygodny. Gwarantuje nagły efekt bez
konieczności rozliczania i podsumowania życia, bez konieczności zastanawiania
się nad swoim postępowaniem, bez lęku przed konsekwencjami wybranego modelu egzystencji
i bez ryzyka, że dokonywało się niewłaściwych wyborów. Popkultura lubi efekty
natychmiastowe, dosadne, i pozbawione dwuznaczności i koniecznie nie poddawane
refleksji.
Pewnie nie przypadkiem usłyszałem wczoraj w radiu komunikat takiej
mniej więcej treści: policja apeluje o rozsądek do ludzi którzy korzystają z esemesowych
usług typu: „chcesz wiedzieć, czy masz świńską grypę?” i „czy chcesz poznać
datę swojej śmierci?”. Apel był poważny i z prośbą, by ludzie czytali przynajmniej
regulamin takich usług, bo gdy przyjdzie gigantyczny rachunek za telefon,
policja nic już nie może zrobić. Można na początek zapytać, czy ktoś, kto płaci
za esemesy z datą swojej śmierci, jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem
jakikolwiek regulamin? A dalej warto zapytać, czy to nie jest jednak miara jakiegoś
innego końca świata? Na przykład końca świata rozumu? Esemes z datą śmierci
zastąpi z pewnością wróżkę, wiarę, mądrość, ale też zabezpieczy przed
zbytecznym kredytem, pozwoli sporządzić testament i przekona, że czas zaszaleć,
skoro już się wie, ile życia zostało. Ba, jest nawet nadzieja, że będzie to samospełniająca
się przepowiednia, bo niejeden idiota tak ślepo zaufa dacie w komórce, że palnie
sobie w łeb we wskazanym dniu. I tak, w osłonie myśli o końcach świata dotarłem
do wagonu kolejki elektrycznej i otworzyłem książkę Rolanda Topora na słowach: Dziś,
w dobie tworzenia się wspólnoty europejskiej, przyszedł czas, by sporządzić
bilans dóbr narodowych. Wbrew powszechnym przesądom, kretyni też do nich
należą. Tak jak nie ma prawdziwego oszusta bez naiwniaka, sadysty bez
masochisty, tak handel i przemysł nie mogą obyć się bez kretynów. Kto jest
odbiorcą reklam? Kretyni. Do kogo zwracają się księża? Do kretynów. Do kogo
skierowane są hasła polityczne? Do kretynów. Wielkonakładowe gazety, kino,
radio, telewizja, jednym słowem media? Do kretynów. Co nas czeka, jeśli
pozbędziemy się kretynów? Kryzys!!! … i jeszcze jeden prorok czy co?
Na początku wcale nie chciałem tego czytać, choć w piątkowej „Wyborczej”
od dawna nic innego mnie nie zajmuje. Redaktorzy „Męskiej muzyki” przyzwyczaili
nas do wywiadów z pisarzami, aktorami, poetami, muzykami, ludźmi sztuki, którzy
mieli coś do powiedzenia na temat miłości, związków męsko-damskich, ale też nie
omijali innych aspektów życia. A teraz? Co nam tu zaserwowano? Rozmowę z
damskim fryzjerem?
I już wzruszyłbym ramionami nad tekstem, gdyby nie drobny
fakt, który wyłowiłem muśnięciem oka – to dziewięćdziesięcioletni fryzjer, a
taki może jednak mieć coś do powiedzenia o życiu. Pan Tolek, to nie jakiś tam
zmanierowany filipek z konopii w portkach uciskających klejnoty, co to otworzył
zakład u progu nowego wieku. Pan Tolek, to człowiek-historia powojennego
Gdańska, wierny swojej fryzjerskiej profesji od ponad sześćdziesięciu lat.
Uwaga i miejsce na łamach należą mu się choćby z tego tytułu, że nie zmogły go
stada kobiet, które niełatwo było zadowolić (mowa o fryzurze). Ale też nie
zmogły Pana Tolka próby wywłaszczenia za Stalina. Ba! Nie zmogła go nawet banda
karków tęskniących do golenia pały za friko.
Pan Tolek dziwnie zapadł mi w
pamięci, a raczej opublikowana rozmowa, w której nie ma najmniejszego cienia
narzekania na życie. Pod naszą szerokością geograficzną, to brzmi jak odkrycie kolejnego
cudu świata. Oto Polak, który wyrwał się z ukraińskiego kawałka ziemi,
przejechał samotnie na Pomorze, założył zakład, w którym przepracował kilka
systemów politycznych, przeżył stado ideologów i uszczęśliwiaczy społeczeństwa,
wykształcił niemal trzystu fryzjerów, a po upływie dziewięćdziesięciu lat życia
nie narzeka na nic. No może tylko smuci go utrata możliwości pełnego widzenia.
Po lekturze wywiadu szybko zrozumiałem, dlaczego Pan Tolek znalazł się na
łamach stałego działu. Robił swoje niezmiennie i przez dziesięciolecia, do
końca przekonany o słuszności dokonanego wyboru. Nie szukał uwielbienia, nie
pchał się na afisz, nie czekał na oklaski, choć dawał radość i zadowolenie.
Jego dzieło, skrzętnie i cierpliwie uprawiane, znikało szybko z pola widzenia,
zwykle wraz z prostującą się trwałą, z nowymi odrostami na głowach klientek.
Mimo tego mężczyzna zachował spokój i dobrą kondycję psychiczną. Czy to
możliwe? To pytanie najmocniej nie daje mi spokoju, a przekora kwestionuje
proste prawdy i chętnie optymizm zwaliłaby na wiek, na niepamięć złego i pewnie
dlatego noszę w głowie myśl o Panu Tolku jeszcze dziś, trzy dni po lekturze
rozmowy z nim. To, co najmocniej pozostaje w pamięci, to zbyt oczywista recepta
na szczęście:
Trzeba być szanowanym, to przede wszystkim. Ale na szacunek
należy sobie zasłużyć: nie być pijakiem - bo to najgorsze - pijak maltretuje
żonę i dzieci. Nie być rozbójnikiem czy złodziejem. Pracować. No i spełnić
swoje marzenia. Jak byłem młody i mieszkałem na wsi, kładłem się czasem na
łące, patrzyłem w chmury i myślałem: ale byłoby fajnie mieć samochód,
podróżować, pojechać do Ameryki. I to się udało - wszystko co sobie pomyślałem,
załatwiłem: od 1945 r. miałem samochód, byłem w Kanadzie, Jugosławii, kilka
razy we Francji... Nie byłem też pijakiem, z nikim się nie biłem. Ludzie
kłaniają mi się na ulicy.
Czy to w ogóle jest recepta na szczęście? Na
dzisiejsze czasy jakby malizną trąca. To nawet nie jest zbiór pobożnych życzeń!
Kogo dziś obchodzi, czy ludzie będą mu się kłaniać na ulicy? Komu to jest
potrzebne? Jak się kłaniają, to nawet robi się podejrzane. Na pewno czegoś
chcą, może coś są nam dłużni, mają coś na sumieniu! Albo weźmy takie marzenie:
mieć samochód? Czy to nie jest dziś podstawa życia, w dodatku leżąca w zasięgu?
Samochód? Wiadomo! Należy się jak kotu łyskas. Nawet nie jeden samochód, tylko
po jednym dla każdego członka rodziny. Ilu Polaków na stu powie, że samochód
(bez rozróżniania marki jak widać) i podróżowanie może być marzeniem? Przecież
dziś jest obowiązkiem rodaka stającego w bloki startowe z sąsiadem do biegu o
wyższy poziom życia. Wskażcie w swoim gronie pięciu znajomych, którzy świadomie
chcą zasłużyć na szacunek innych i podporządkowują temu codzienne działania,
rzeczywiście o tym myślą i mówią, uczciwie robią wszystko tylko dla szacunku i
bez usprawiedliwienia potknięć hasłem: „a bo inni to...”. Z całej recepty Pana
Tolka tylko hasło „pracować” zdaje się trzymać dziś pion, choć definicje pracy
bardzo się indywidualizują i dla jednych praca staje się koniecznością, dla
innych pasją, innym zaś plecie się pasmem cierpienia i bólu niespełnienia, a
jeszcze innym zmaganiem, frontem, na którym obowiązuje bardzo militarna
terminologia i bynajmniej nie o szacunek bój się toczy.
Tymczasem w całej
rozmowie z Panem Tolkiem nie pojawia się mowa o pieniądzach, przynajmniej jako
o celu prowadzenia działalności. Często zaś pojawia się mało modne dziś
zadowolenie kobiety (mowa o fryzurach): Gdy kobieta ładnie wygląda, jest
zadowolona, sąsiadki podziwiają nową fryzurę, mężowi też się podoba - pani po
prostu kwitnie. Kobiety lubią się podobać, a my lubimy na nie patrzeć. Takie
to proste, drogie panie, gdy „patrzeć”, nie zawsze oznacza ostrzyć zęby ze
złości, że sąsiadka ma ładniej, nie znaczy też ślinić się, rozbierać wzrokiem i
prężyć cokolwiek.
Szacunek, radość, zadowolenie, a przy tym rytm życia, w
którym wszystko ma swój czas i swoje miejsce, zdaje się dopełniać wyznania Pana
Tolka: W niedzielę jeździliśmy na plażę na Stogi. Morze po raz pierwszy to
tu właśnie zobaczyłem [...] Jeździliśmy też do Przywidza nad jezioro. O, to
były całe wyprawy. Dwa samochody i ze dwanaście motocykli. W Przywidzu piknik
był, dziewczyny rozkładały obrus, na to stawiały to, co przygotowały. I każdy
się częstował. [...] Do kina też chodziliśmy. Nieraz dwa razy dziennie. To
znaczy, jak zakład zamknąłem, to szliśmy na dwa filmy. Do
"Leningradu" na Długiej, czasem do "Bajki" we Wrzeszczu.
Nawet jak miejsc już nie było, wpuszczał nas znajomy.
Prawda, że dziś może
wzruszyć ten niespieszny rytm z rytuałem rozrywek, wypadów poza dom, wcale nie
dlatego, że wypada bywać, ale z powodu prostej niezmienności i modelu życia,
wybranego raz na zawsze. I to obecne stale nieoglądanie się na obowiązujące
wzorce, jeśli nawet takowe były. Tego oczywiście nie nazywa damski fryzjer,
przez którego przemawia prosta prawda życia spełnionego. I może dlatego w tej
prawdzie nie ma miejsca na doły psychiczne, terapie, salony odnowy, nie ma
potrzeby uprawiania jogi, medytacji, ani innych wynalazków sfrustrowanego
człowieka.
Czasem nachodzi mnie taka dziwna myśl, że prawda i dobro zamknięte
są na zawsze w pozytywnej energii, którą pozostawiają zwykli ludzie,
profesjonalnie i uczciwie wypełniający codzienne, zwykle mało spektakularne,
prace. Dobro i piękno wcale nie mieszczą się w dziełach artystów, ideologów i
filozofów, ale bywają zamknięte w oddaniu rzemieślników dobrze wykonujących
swoją robotę, gotowych zawsze budować zadowolenie klienta na trwałym
fundamencie najzwyklejszej przyzwoitości. I nie jest wówczas żadnym odkryciem,
że najwięcej patriotyzmu, prawości i pożytku społecznego kryje dobrze zbudowany
dom, uczciwie poprowadzona droga z nawierzchnią dobrej jakości czy mądrze
zbudowana kładka przez rzekę, jak też dobrze skrojony garnitur i piękna fryzura
zachwyconej kobiety. Wówczas naprawdę
nie trzeba dorabiać ideologii, ani troszczyć się o poklask.
Niedzielne popołudnie i nagle żona rzuca nieśmiałą propozycję: a może
byśmy poszli do kina? Uniesiony, z radością i w zachwycie, zbudowany
niespodziewanym spontanicznym odruchem, a jeszcze bardziej niezmiennym
pragnieniem uczestnictwa w kulturze, natychmiast kliknąłem link „kino” na
stronie trojmiasto.pl. Córcia stała już za plecami i z nieskrywaną dumą i
zachwytem w głosie wykrzyknęła: o! to aż osiem kin mamy w Gdańsku! Tak,
potwierdziłem, mamy jeszcze dwa w Sopocie i jedno duże w Gdyni.
Ale jej
entuzjazm jakoś nie zdążył się udzielić, bo z całej listy tytułów, niespodzianie,
rzucił mi się w oczy Drugstore Cowboy,
który miał premierę w 1989 roku, o ile pamiętam. Szukałem innych tytułów, które
poznałem choćby z recenzji tygodników i gazet. Zobaczyłem jeszcze inny znany
już dawno tytuł: Czas apokalipsy. Powrót z
2003 roku. Zacząłem zachłannie szukać polskich filmów, wszak całkiem niedawno
zakończył się najważniejszy festiwal w Gdyni, więc może coś, gdzieś, jakoś da
się zobaczyć, choćby spośród nagradzanych i głośnych medialnie. Przegląd
tytułów w repertuarze ośmiu kin szybko sprowadził mnie na ziemię. Jedyny,
rdzennie polski i świeży film, to Galerianki.
Według licznych świadków ściąga tłumnie młodzież, przekonaną, że idzie na
zajefajną komedię. I podobno, wbrew wszelkiej logice, młodzież zaśmiewa się na
seansie do końca, choć momentami nieco na siłę, a wówczas śmiechy mocno już przerywa
chrzęst kukurydzy.
Z braku nadziei na polski film, ruszyłem na poszukiwanie światowych
nowości. Trzeba było tylko pokonać gąszcz filmów dla dzieci, przedrzeć się
przez pajęczyny arcydzieł typu Piła VI i Dystrykt
9, by w poczuciu zwycięstwa wyłowić z brei Przerwane objęcia Almodovara. Zwycięstwo? Żadną miarą! Na osiem
gdańskich kin wszędzie proponowano seans o godzinie 14.00 lub 22.00. Zważywszy
na fakt, że głód kultury dał żonie znać w porze głodu fizycznego, a więc około
15.00, nie pozostał nam żaden wybór. Wszak nie zostawimy dziecka samego w domu,
ani nie podrzucimy znajomym bez uprzedzenia, o 22.00 w niedzielę, na czas
dwugodzinnego seansu. Tym bardziej, że w poniedziałek trzeba wstać do pracy,
najpóźniej o 6.00. A swoją drogą, gdy się wie, że na taki film nie przyjdą
tłumy, jaki sens ma jego wyświetlanie o takich godzinach? Czy to nie jest
przypadkiem sranie w michę, z której się żre?
Kino tej niedzieli zostało jedynie
możliwością do spełnienia i położyło się cieniem refleksji, o tyle bolesnej, że
ciążyła w niej bezradność, ale wobec czego? Do kogo mieć żal i pretensję? Do „Polityki”,
„Gazety Wyborczej”, do „Tygodnika Powszechnego”, że publikują recenzje
ciekawych filmów, których nie można obejrzeć w kinie? Nie sposób mieć pretensji
do kin. Jakich tam kin? Do kołchozów kinowych mielących kasę i kukurydzę,
lejących colę i szatkujących ruchome obrazki. Dostarczają produkt
najsilniejszych dystrybutorów, których stać na kreowanie zapotrzebowania. Robią
swoje, bo mają przemielić stosowną ilość popeliny, aby zrealizować plan
sprzedaży. Nie mają obowiązku nadążać za trendami, za nagrodami z festiwali, za
recenzjami i upodobaniem kinomanów. Więc o co halo? Największe chyba o to, że powyższe
fakty łyknąłbym łatwo jak tran z wieloryba, gdybym żył w jakimś Piździkowie Dolnym,
gdzie nawet objazdowe kino nie dociera do remizy, bo ostatni operator zapił się
na śmierć, nyska przerdzewiała, a wójt nie ma unijnej dopłaty do kultury.
Tymczasem Wikipedia podpowiada mi, że mieszkam w mieście, które liczy sobie niemal
pół miliona mieszkańców, dysponuje czterema wyższymi uczelniami publicznymi,
kilkoma niepublicznymi, co dodaje dobre kilkadziesiąt tysięcy ludzi,
przynajmniej od października do czerwca. I co? Mam uwierzyć, że w tym
zagęszczeniu ludzkim nie znajdzie się kilkadziesiąt osób, dla których można
pokazać w kinie produkcję, jakiej poświęca się wywiady, opinie, recenzje i
relacje z różnych festiwali filmowych w kraju i Europie? A może zarządy
kinowych kołchozów, DKF-ów i ostatnich kin studyjnych chcą mnie przekonać, że
jednak żyję w blisko półmilionowej wiosce o mentalności fana wypierdalanek na
lodzie i nie ma po co ściągać filmów innych niż Piła VI?
Najbardziej zasmuca postawa twórców polskich filmów, którzy
tak ochoczo narzekają na brak publiczności i opór dystrybutorów. Rzekomo
poprawia się jakość rodzimej kinematografii, ale nie idzie za tym wzrost
oglądalności polskiej produkcji ostatnich lat. A jak ma iść oglądalność, jeśli publiczność
nie ma dokąd pójść? Co może zrobić średni statystyczny fan polskiego kina, żeby
zobaczyć obrazy tworzone w ciągu minionych dwóch lat? Może porzucić pracę,
obowiązki, rodzinę i jeździć jak kraj długi i szeroki od niszowego festiwalu po
festiwale huczne, tylko nie wiem, kto utrzyma jego rodzinę i banki, którym zawsze
coś wisi. Średnio wartościowy fan polskiego filmu może czujnie obserwować półki
w Empiku i czekać na płytę dvd z nowością, tyle, że jej cena przekroczy
przynajmniej trzykrotnie cenę kinowego biletu i zakup okaże się ryzykowny o
tyle, że dzieło może być jednorazowego użytku, z racji swojej wartości
estetycznej i artystycznej. Pomijam już fakt, że mówimy o produkcji kinowej, a
nie telewizyjnej, której i tak nikt nie dołączy do Vivy ani Twojego Stylu. Jest
jeszcze wariant dla cierpliwych fanów: odczekać dwa, może trzy lata i zobaczyć
film w telewizji publicznej lub w „Kulturze”, jeśli ta jeszcze będzie istniała,
ale to też nie zastąpi oglądania na wielkim ekranie. Ostatecznie pozostaje
wariant złodziejski, czyli piracki, jak mówią w pewnych intelektualnych
kręgach. Tyle, że nie wiem, czy jakiś pirat jest jeszcze wystarczająco
zdeterminowany do kopiowania polskich dzieł przy tak kiepskiej ich dystrybucji.
Jeszcze jedna błyskawiczna myśl śmignęła mi przez głowę z tej bezradności. Skoro
tak ciężko o dobrych dystrybutorów, to może Polski Instytut Sztuki Filmowej
weźmie pod rękę Stowarzyszenie Filmowców Polskich, zrezygnują z jednego
projektu w roku, a ze ściepy, w ramach publicznej misji i promocji sztuki,
wynajmą chociaż jedną salę, chociaż w jednym z kin dużego miasta, by raz w
miesiącu dać szansę własnej produkcji? By dać szansę ostatnim takim, co szukają
kontaktu z polskim filmem. A jak i na to ich nie stać? To może stać chociaż na busika
z kinem dojazdowym do sali MOPS-u i etat dla pana Edka rozlepiającego plakaty z
zaproszeniem na polski film.
Coraz częściej męczy mnie jazda samochodem,
chętniej uciekam od niego do środków miejskiej komunikacji. Wygoda i
niezależność poruszania się autem za mocno mnie uwiera. Coraz gorzej myślę o
człowieku, a to nie przystoi humaniście z przekonania i z wyboru.
Jakiś czas
temu, zupełnie przypadkiem, usłyszałem o badaniach psychologicznych, które
przyniosły alarmujący wynik. Blisko osiemdziesiąt procent prowadzących auta nie
powinno otrzymać prawa jazdy, bo ich psychika i brak predyspozycji zagrażają
bezpieczeństwu na jezdni. Natychmiast przypomniałem sobie złote myśli mojego
instruktora nauki jazdy, który zwykł mawiać: „wsiadasz do samochodu, to jakbyś
na wojnę jechał, nigdy nie wiesz czy wrócisz, zawsze żegnaj się z rodziną”
albo: „jak wjeżdżasz na skrzyżowanie to patrz w kolejności, kto pierwszy może
ci przypierdolić”.
Niektórzy psychologowie, zajmujący się zachowaniami ludzi za
kierownicą, twierdzą, że kierujący pojazdem traci wszelkie hamulce kulturowe.
Co na to wpływa? Poczucie, że skoro panuje nad samochodem, to panuje nad całym
światem? Zamknięcie w skorupie, które chroni przed bezpośrednią konfrontacją z
twarzą innego, może silniejszego? Szyby, karoseria, odległość, pozwalają na
izolację i można dać upust agresji bez ryzyka, że ktoś sugestywnie poinformuje
szanownego kierowcę o poziomie jego debilizmu? A może to, że prowadzący bardzo
namacalnie widzi szybszych od siebie, lepszych, bogatszych i realnie
wyprzedzających go w biegu do następnych świateł? Zatem chodzi o lęk przed
byciem ostatnim? Czy tylko o egoizm wolny od poszanowania drugiego?
Wszystkiego
przecież nie da się wyjaśnić pośpiechem. Niewiele da się wyjaśnić tylko brakiem
wyobraźni. Żeby nie być gołosłownym, przykłady z ostatnich dni. Skrzyżowanie,
czerwone światło, na sąsiednim pasie stoi jegomość w wielkim czarnym pikapie.
Ruszamy na zielonym i nagle facet, będąc na wysokości moich lewych drzwi,
wpycha się na mój pas, tak sobie, ale nie zwalniam. Co robi mocarz? Chwile się
drażni, a potem wjeżdża mi przed maskę, niemal na styk, bez kierunkowskazu i
zaczyna jechać czterdzieści na godzinę. O co mu chodzi? Inny przykład: poranek,
czerwone światło, stoi około piętnastu samochodów, obok z lewej zaczyna się pas
do skręcania w lewo. Nagle z tyłu wyjeżdża na ten pas zielony seat, grzeje
ostro pasem do skręcania w lewo i gdy dostajemy zielone światło, ładuje się
przed pierwszy samochód i ucieka mimo klaksonów... ale to nie koniec, na
kolejnym skrzyżowaniu znowu czerwone światła. Tym razem debil w seacie stoi na
lewym pasie, ale światła dla niego to mordęga, za długo musi stać i gdy włącza
się żółte, debil nagle przecina bez ostrzeżenia środkowy pas, przed
startującymi, wskakuje na prawy i jedzie w przeciwnym kierunku do założonego.
Podobnie zapewne jak inni palę się z bezradnej złości wobec kretyna.
Tego
samego dnia wracam z pracy, popołudnie. Zatrzymuję się na parkingu, ciasno i ślepa
uliczka wjazdowa na parking. Po chwili chcę z niego wyjechać, ale drogę
zajeżdża mi blondzia jak z kawału, w czerwonym polo. Czekam moment, bo nie
wiem, co kobieta zrobi, stoimy przecież maska w maskę w uliczce dojazdowej. I
co babka robi? Gasi światła, wyjmuje błyszczek z torebki i wpatrzona w lusterko
smaruje usta, gdy ja świecę jej w oczy światłami i czekam na wyjazd. Potem
wyjmuje komórkę i sprawdza albo pisze esemesy. Zaczynam trąbić, więc macha
oburzona łapami i dopiero się wycofuje. Mijają dwa dni, jadę krajową siódemką,
jest noc. Słyszę w radiu, że ktoś wjechał pod rozpędzony pociąg, bo rozmawiał
przez komórkę. Nawet przez chwilę nie jest mi go żal, wyłączam humanistę na
takie komunikaty, w końcu jakaś sprawiedliwość. Na drodze ciemność, przede mną
kilkanaście aut w kolumnie pomiędzy tirami. Czasem wychylam się zza tira
jadącego przede mną, żeby sprawdzić widoczność. Jest na tyle ograniczona, że
nie mam pojęcia, czy po kolejnych dwustu metrach jest zakręt, prosta,
wzniesienie czy równo. Dopiero jadący z naprzeciwka oświetlają jezdnię i można
się zorientować. Kolumna, w której jadę, porusza się około 90-100km/h, zatem
trudno mówić, że się wlecze. A przecież co chwila z tyłu wyrywa się jakiś
bezmózg, gna na oślep i zmusza auta do hamowania i wpuszczania gada, który
chciał być twardzielem, bo męskość co prawda nie obrodziła, ale puszkę na rozum
wypełnia testosteron. Chwilami mam pokusę, żeby chociaż jednego debila nie
wpuścić, tak złośliwie, niech się rozwali! Ale humanista krzyczy, że może tam,
z przeciwka, jedzie normalna rodzina z dziećmi?
Wystarczy tych przykładów, bo
przecież każdy z nas może nimi sypać bez ograniczeń, jak bez ograniczeń może
wskazać kierowców, którzy nie opanowali ekwilibrystycznej zgoła sztuki
włączania kierunkowskazów. Sytuacja na drogach coraz częściej rodzi we mnie heglowskie
z ducha myśli, może nawet darwinowskie, czy wręcz faszystowskie. Skoro do
wyobraźni tzw. kierowców nie przemawiają cotygodniowe statystyki wypadków
śmiertelnych, okaleczeń, zatrzymań pijanych prowadzących, to czy jest coś, co
może przemówić? Szczerze wątpię. Może zatem nieograniczona głupota ludzka,
która tak przejrzyście uwypukla się na polskich dziurach w asfalcie, jest
znakiem ewolucji? Przecież tylko w ubiegłym roku bezpowrotnie zmiotło z ziemi blisko
pięć i pół tysiąca ludzi czyli małe miasteczko, a przynajmniej już nie wieś.
Może to zatem mechanizm, sposób na eliminowanie nieodpowiedzialnych jednostek, żeby ich geny zanikały?
Zwłaszcza, że od 60 lat nie ma wojen i konfliktów zbrojnych w tej części
Europy. Takie myślenie, jest jednak zbyt proste, skoro zginęli w tej grupie
także ludzie wartościowi, niewinni, normalni, kto wie czy nie w większości? Ale przecież na wojnach też ginie kwiat ludzkości.
Bezradność podpowiada, że skoro
na krnąbrnych i nieustannie spieszących bez wyobraźni, nie działają sankcje
prawne, może powinno zadziałać zsyłanie ich … do Afganistanu albo chociaż
gdzieś do kamieniołomów? Jest szansa, że głupota nie wróci na nasze drogi, a
przynajmniej wróci mocno przerzedzona? Może trzeba zhumanizować i wspomóc ewolucję
i zadbać o oczyszczenie naszych dróg wyłącznie z zakompleksionych idiotów?
Policja wzmoże działania, wyłapie, sądy legalnie zapełnią bydlęce wagony notorycznymi
pijakami za kierownicą, nałogowymi czubkami przekraczającymi prędkość,
przejeżdżającymi na czerwonym świetle, czy olewającymi pieszych na przejściu.
Wszyscy na tym skorzystamy, bo raz, że rozluźni się mocno sytuacja na drogach,
dwa, że może jednak przemówi coś do wyobraźni, a trzy, że oczyści się
społeczeństwo.
W trudnych chwilach, oczywiście jako niezłomny humanista,
pocieszam się, że w oczy rzucają się przecież tylko debile. Każdego dnia mijam
dziesiątki i setki aut jadących zgodnie z przepisami, kierowanych przez
normalnych ludzi, a zło jak to zło, najłatwiej rzuca się w oczy, razi. I
dlatego z radością zacząłem na powrót wsiadać do kolejki miejskiej, żeby
przestać źle myśleć o ludziach. W kolejce, szczególnie rano, ludzie wyglądają
normalnie, łagodnie i grzecznie, nawet, gdy się nie uśmiechają do jesieni. Jednak
mózg lubi chodzić na skróty i uogólniać pewne zjawiska, te widziane z wnętrza
samochodu także. A podsumowanie przeraża, bo nadmiernie przypomina, że ewolucja
pcha nas ponownie na drzewo, do dżungli, gdzie kto bardziej bezwzględny albo w
większej puszce karoserii, gna bez zasad, bez wyobraźni i pewnie przetrwa, bo
„twarde łokcie pomogą mu i giętki kark”.
Coraz częściej uciekam sprzed telewizora, a przecież płacę duże
pieniądze za kablówkę. Czy to już jest skraj absurdu? Zamiast za oglądanie płacę
za możliwość i szansę nieprzegapienia czegoś bardzo interesującego. Przygodę oglądającego
kończę zwykle podczas lektury ramówki w „Gazecie Telewizyjnej”. Taka sobie łagodna
lektura, deser z wisienką złudzenia, że może dziś jednak coś ciekawego... jakiś
pomijany dotąd film? Ciekawy dokument? Reportaż? Wisienka złudzenia znika z
tortu ramówki dużo szybciej niż tam się pojawia. Dlaczego? Wystarczy przez
tydzień z rzędu pobawić się pilotem i wiadomo. Albo tasiemcowe seriale, albo
powtórki powtórek, albo gadające głowy i bezowocnie kłapiące szczęki. Są
jeszcze różnej maści panie Jaworowicz, którym sens antenowej obecności kończy
się na biciu piany do omleta chwilowej silnej emocji. Nawet kanały uchodzące za
filmowe tłuką te same produkcje, choć o różnych porach. Minionego lata dane mi
było obejrzeć „Pułkownika Kwiatkowskiego”, świetny skądinąd film, dziesięć do
dwunastu razy. Nie jestem bynajmniej zajadłym jego fanem, ale oglądałem, bo gdy
tylko udawało się wygospodarować godzinę przed telewizorem, w różnych porach tygodnia,
tylko tę propozycję dało się oglądać. Nic ciekawszego nie było na blisko 80.
kanałach. No i trudno się dziwić, skoro znakomitą większość stanowią te z
tematyką: sport, kreskówki, kuchnia, ślub, moda, zakupy, muzyka czarnoskórych,
machających łapami w rytmie młocarni pracującej w tle, czy edukacyjne kablowe kanały
informacyjne w duchu „jak skorzystać z naszej bogatej oferty programowej”.
Wczoraj
oddałem walkowerem, odpuściłem zabawy pilotem i uciekłem do kuchni. Znowu włączyłem
radio, małe, zwykłe, w nim radiowa „Trójka”. Po chwili dowiedziałem się, że obcięto
dotacje na wydawanie następnego zasłużonego pisma kulturalnego. Obcięto
dotacje, gdyż środki wkładane w utrzymanie zespołu i redagowanie pisma są
niewspółmierne do zysku, jaki daje się osiągnąć z jego sprzedaży. Z
ekonomicznego punktu widzenia decyzja wydaje się jak najbardziej słuszna i
uzasadniona. Po co dokładać do produktu, który sam na siebie nie zarobi? Jednak
mowa o piśmie kulturalnym, a jak wiadomo na takim zarobić jest trudno. A już
niemal się nie da w społeczeństwie, które kultury nie potrzebuje albo
przynajmniej tłumaczy, że nie ma na nią czasu, co w skutkach równoważy oba
stwierdzenia. „Notatnik Teatralny”, bo o tym piśmie była mowa, nie ma prawa
przynosić zysków, bo tematycznie interesuje zbyt wąską część odbiorców.
Ministerstwo nie ma potrzeby pamiętać o tym, że wszystko, co niesie rozwój
ducha potrzebuje dopłaty. Być może ministerstwo nie ma jednak środków, ochoty,
ani poczucia misji, aby zabiegać o powiększenie grona czytelników elitarnego
pisma. To oznacza wybór alternatywy: redakcja znajdzie sposób dotarcia do większej
ilości czytelników, inną drogą niż ukryty regalik w Empiku albo zwinie zabawki
i pójdzie na śmietnik historii, ścieżką udeptaną już przez wielu
kulturalnych poprzedników. Stawiam na to drugie, z żalem i bez cynizmu.
Nie
jestem czytelnikiem tego pisma, bo ze wszystkich sztuk akurat teatr jest mi
daleki. Nigdy nie udało mi się zapałać miłością do sceny, choć chętnie
korzystałem z oferty teatru telewizji, dopóki była taka szansa. Nie mam zatem
powodów, aby bronić sensu istnienia akurat tego tytułu i pewnie zapomniałbym o
zdarzeniu, gdyby nie to, że z dzisiejszego wydania „Gazety Wyborczej” wypadł mi
lakierowany katalog jednego z centrów handlowych. Ciężki
zlep papieru, gruby na pół centymetra, wydany na ślicznym kredowym papierze, dodają
to chyba dwa razy w roku i jestem zmuszony nieść go do domu z gazetą, bo jest
foliowany właśnie z „Gazetą Telewizyjną”.
Nic mnie tak nie irytuje jak ten typ namolności
i marnotrawienia grubego, kredowego papieru, gdy państwo obcina pieniądze na szary
papier czasopism tworzących kulturę. Zacząłem to kartkować, bo jakoś nie stać
mnie na totalną ignorancję druku. Na stronach paski, torebki, flakoniki perfum,
tu jakiś sztuczny szatyn w skórze, tam antykobieta w wersji Anoreksja 7.0.
Kilka kartek dalej znowu cielesne wieszaki na krzywych nogach, fotografowane w
ruchu buciorów, w których nie przeszłyby kilometra. Pałąki powykręcane pod
ciężarem buciora trzasnęłyby w kolanie. Przerzucam ten wydruk zdjęć, które ani do niczego nie zachęcają, ani na
dobrą sprawę niczego nie reklamują poza logo fatałaszkowych firm i ostatecznie wyrzucam
całość do kosza, bo czytać tam nie ma co. Ilu rodaków postąpi tak samo? W
niektórych może pozostanie na moment żal straconych drzew, w innych żal samego papieru,
ale co mamy zrobić z medium, o którego zakup nie zabiegaliśmy? Na gwoździu w
toalecie nie powieszę, bo za grube to i kibel zapcham, że o innym
dyskomforcie nie wspomnę. Okładki do książki z tego nie zrobię, bo przez
oszczędność czytam te z biblioteki, a one mają już nałożone okładki, śniadanie
pakuję w torebki, nie mam więc wyjścia. Jeszcze raz godzę się na widok pięknego
papieru sterczącego z kosza, którego sens bytu trwał w mojej świadomości nie
dłużej niż kwadrans, wliczając drogę z kiosku do domu.
Co łączy istnienie
„Notatnika Teatralnego” z bogatym katalogiem modnego centrum handlowego? Na
pozór wszystko różni. Jednak obie publikacje należą do świata medialnego,
przynajmniej o tyle, że są papierowym nośnikiem treści, trafiającej do odbiorcy
lub nie. Pierwsza publikacja żyje jednak w podziemiu, nieśmiało pojawia się na
półkach bardzo nielicznych salonów prasowych, druga zaś pcha się bezczelnie w
ręce, przy okazji innego zakupu. Galerię handlową stać na piękny papier i
bogate wnętrze fotograficzne. Butiki i firmy z pasażu zrzucą się na wydanie i kolportaż.
Galeria nie musi zabiegać o dotacje i odbiorców, bo zapłaci za perfidne foliowanie
gadżetu z dodatkiem, ważnym dla większości czytelników gazety. Wydawcy
„Notatnika Teatralnego” nie stać na taki manewr, choć może wówczas, gdyby w
sprzedaży łączonej dostał go czytelnik wysokonakładowej gazety, sięgnąłby
chętniej do treści kulturalnego pisma. A gdyby tak co miesiąc foliować z gazetą
inny tytuł kulturalnego pisma? W końcu one wychodzą bardzo rzadko. Z czasem
dałoby to szanse na zwiększenie grona ich odbiorców i tym samym mielibyśmy i
społeczeństwo głodne kultury i życia duchem? Pytanie tylko: jak i gdzie
przeprowadzić zrzutę na pierwsze foliowanie kultury? Może zróbmy coś na
początek, żeby zrównoważyć brak dotacji na kulturę? Niechby i w duchu ekologii,
postarajmy się chociaż o jakieś pojemniki z napisem: „tu wrzuć katalogi reklamowe,
zrobimy z nich kulturalne pismo”.
Po lecie, każdym
lecie, jakoś dziwnie w głowie pustka się plecie, nawet jeśli nie miało być do
rymu, a tylko do przebudzenia. Ale przebudzić się łatwo nie jest. Wyjść z lata,
to jakby obudzić się z amnezji, nawet, gdy nie ma normalnego urlopu, nawet, gdy
ciepłe miesiące zaprzątały inne sprawy niż wypoczynek i relaks, człowiek idzie
w jesień stawiając pierwsze kroki niby w pustce. Wydobyty z wiecznych powtórek
w telewizji, z nijakich audycji radiowych, prowadzonych w zastępstwie redaktorów
na wakacjach, wyrwany z opustoszałych środków komunikacji miejskiej, musi znów
przyzwyczajać się do tłoku i mrowia zwykłych spraw. Nagle dopada nas odczuwalna
zmiana - dzień krótszy, spodnie ciemniejsze i koszula z długim rękawem. I nie
bardzo wiadomo jak mózg przebudzić do działania innego niż trwoga o to, co
jeść, z kim pić i jak nie obudzić się z cudzą żoną.
Żeby łatwiej przejść do chleba naszego powszedniego, a nie
spieczonego na grillu kempingowym, zapatrzyłem się w usta żony, która (pomiędzy
innymi sprawunkami dnia) poleciła zakupić „płyn do demakijażu, ale nie
mleczko”. Tradycyjnie nazwę producenta powtórzyła dwa razy. To zboczenie
nauczycielskie; wiadomości, które uważa za ważne, powtarza dwa do trzech razy,
niezależnie od tego, ile razy buntuję się przeciw ustawianiu mnie w drugim rzędzie
mniej rozgarniętych uczniów.
Tym razem doceniłem doświadczenie pedagogiczne
koleżanki żony i schyliłem czoła przed kompetencją zawodową, dyplomowaną. Wystarczyło,
że w jednym z kosmetycznych sklepów stanąłem przed murem cieczy przeróżnych,
ustawionych na ośmiu długich półkach. Nadmienię, że wszystkie ciecze stanowiły
silny oddział działu pod wezwaniem „pielęgnacja twarzy”. Były jeszcze inne
działy, dzielące ciało kobiety na sektory, obszary, podgrupy, grupy i tylko
członków zabrakło.
Jeśli dziś zastanawiam się, czemu kobiece kosmetyki
przebudziły mój męski mózg do działania po lecie, to bynajmniej nie jest to
kwestia rodzącego się transwestyty. Przebudziła mnie ich wielość, nieogarnięta
ilość pudełeczek, buteleczek, dozowników i nazw. Stanąłem oniemiały, bezradny i
z całą ochotą zamieniłbym polecenie kupna płynu do demakijażu na polecenie
przeczytania (ze zrozumieniem) instrukcji obsługi kuchenki gazowej krajowego
producenta. Niestety, wybawienia znikąd i trzeba było czytać błyszczące nalepki
na dozownikach i buteleczkach. Przy okazji zaś, w przebudzonej po lecie głowie,
przelatywały luźne pytania. Kilka się zachowało.
Pierwsze było natury
praktycznej. Gdyby statystyczna kobieta, znająca typ swojej cery, ph skóry,
wiek i inne dane, chciała przetestować każdy z produktów jej potrzebny, żeby
tylko wybrać ten najlepszy, ile czasu by jej to zajęło i jakie kryterium byłoby
decydujące? Zapach? Cena? Kolor opakowania? Kolejne pytanie przyszło w
konsekwencji: ile musiałaby spędzić czasu w sklepie, żeby przeczytać poprawnie
dodatki i składniki jakie wykorzystano (według treści z etykiety rzecz jasna)
na stworzenie cudownego produktu? Bo przecież każdy jest lepszy od pozostałych,
to się wie, no i każdy musi się zmyślnie nazywać, bo gwarantuje wieczną
świeżość i poczucie młodości. Zbolała głowa, szukająca wybranego przez małżonkę
płynu, podrzuciła inne pytanie: dlaczego jeszcze trzydzieści lat temu kobietom
wystarczał np. tonik rumiankowy i nieśmiertelny krem Nivea, a i tak nie
mieliśmy wątpliwości, że „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”?
Ostatecznie,
dumny z własnej cierpliwości, odnalazłem stosowny płyn i otrzymałem od losu
nowy dar czasu na kolejne refleksje. Przede mną stała atrakcyjna pani,
zbliżająca się raczej do wieku średniego i dobierała pomadkę, konsultując
decyzję z dziewczyną po drugiej stronie lady. Przymierze pań, dobierających
jedynie słuszny produkt, gwarantowało swobodny przepływ myśli przez najbliższe
dwadzieścia minut. Wszak klientka odrzuciła już około ośmiu wersji pomadek.
Teraz
zacząłem współczuć kobietom, z całego serca współczuć i to bardzo serio. Na
moich oczach tonęły w rwącej rzece nadmiaru, przerostu formy nad treścią i
nijak nie mogłem wyciągnąć pomocnej dłoni. Tym bardziej, że one nie oczekiwały
pomocy, dobrze im się tonęło w wielości i dylematach. A mnie współczucie pchnęło
krok dalej. Serce wypełniło ciepło tolerancji i pełni zrozumienia. W mgnieniu
chwili pojąłem, że od współczesnej Polki nie można wiele wymagać. Z całą
pewnością nie należy wymagać już nic w przestrzeni partnerstwa duchowego,
emocjonalnego czy intelektualnego. Ta biedna Polka, jeśli przy okazji chciałaby
choć trochę być Europejką, nie wyrabia przecież na zakręcie nowości i promocji
kremów do powieki dolnej na noc i górnej na dzień, brodzi w powodzi produktów
stworzonych ku jej szczęściu, płynącemu choćby z faktu posiadania nowego
depilatora, toniku, pomadki, aż zderzy się z pożądaniem nowych cieni do oczu,
pogrubiaczy rzęs albo pianki i lakieru do włosów.
Nawet jeśli z tej potyczki
wyjdzie z tarczą, to przecież musi stanąć w nowe szranki. Musi jeszcze wiedzieć
w co wypada ubierać się do pracy, do pubu, na szkolenie i na ślub kuzynki, na zebranie
rodziców i na imieniny przyjaciół. Zatem musi przewalić setki stron w
czasopismach, obejrzeć tysiące zdjęć, na których przesuszone kobietony o
plastikowych twarzach, rozchwiane na boleśnie krzywych nogach, prezentują
najnowsze układy szmatek, przypominając przy okazji jak powinien prezentować
się najpełniejszy obraz anoreksji w nadchodzącym sezonie. Wiedziony
współczuciem zapłaciłem wreszcie za butelkę płynu do demakijażu i całkiem
przebudzony po lecie, wciągnąłem powietrze głęboko do płuc. Szedłem chodnikiem wdzięczny
Bogu za męskość i żonie, że prostą prośbą otworzyła mi oczy na trud życia współczesnej
kobiety. Wdzięczny za lekcję pokory obiecałem wam z serca, drogie panie, nie
mieć już żalu o to, że oglądacie seriale, gwiazdy w tańcu i na lodzie i nie
macie czasu na nic. Wszak po takim zmaganiu o piękno i nieustającą młodość, należy
wam się chwila relaksu, który nie wymaga myślenia i dzielenia włosa na czworo.
Musicie wieczorem nabierać sił, by z nowym dniem budzić szczerą zawiść innych
pań i tylko nas, prostych i znieczulonych na wysoki połysk, nie mieszajcie do
tego.
Poranna lektura, w tramwaju, „Lapidarium VI”
Kapuścińskiego i w moje wczorajsze myśli pisarz wdziera się bardzo precyzyjnie: Dzisiaj słowa to biblijne „cymbały pusto
brzmiące” – nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji, do niczego nie
zobowiązują. Słowa już nie uskrzydlają, a także nie ranią i nie niszczą, są
bezwolne, obojętne, nic nie ważą, nic nie znaczą.
Mam
prawo podejrzewać, że choć autor nieco niżej łączy dewaluację słów z kryzysem
literatury, to jednak umieszcza uwagi także w innym kontekście. Wartość
straciło słowo wypowiadane, ale także pisane każdego dnia w setkach gazet, witryn,
blogów i książek. Jednakowo mocno dewaluuje się słowo wypowiadane przez
polityka w obietnicy lepszego życia, słowo płynące ze złudnej reklamy jak słowo
stolarza, gdy nie dotrzymuje terminu, przyjaciela, który przekłada kolejne
spotkanie, słowo przełożonego wobec pracownika i obietnica kumpla, który
obiecał oddać pożyczkę. Wszystkie te słowa zwodzą w bardzo podobny sposób, a moc
pustosłowia dotkliwie odczuwamy we wszystkich sferach życia społecznego. Coraz rzadziej
wystarcza „dać słowo”, teraz wymagamy by dawca złożył je na piśmie z czytelnym
podpisem. Bez śladu zawstydzenia, bez nuty zażenowania, już na starcie zakładamy,
że bliźni nas oszuka, więc musimy zasugerować mu sankcje prawne. Choćby miał
najszczersze intencje, lepiej przykuć jego uczciwość łańcuchem podejrzeń.
I jak
to jest? Słowo zdewaluował czas? Kategoria użyteczności? Egotyzm? Moda na puste
obietnice? A może to jednak życie w dobie relatywizmu jest winne? Ilu nadawców
komunikatu, tyle wygodnych prawd w nim zawartych, a ilu odbiorców, tyle
możliwości interpretacji? Skutkiem takiego podejścia mamy coraz więcej źródeł
prawdy, a tym samym coraz więcej antagonistów, gotowych każdą prawdę zanegować.
Areną zaś zmagań pozostaje przestrzeń słowa, tego pisanego i wypowiadanego na
ulicy, w domu, przed kamerą i radiowym mikrofonem, czy wyświetlonego na
komputerowym ekranie. Do tego dołączają przeróżnej maści strategie komunikacji,
rozprzestrzeniane w gigantycznej przestrzeni manipulacji, precyzyjnie prowadzące
do wcześniej określonego celu.
Zmasowany atak słów osłabia naszą skłonność do
żywego reagowania i zapamiętywania, więc mózg musi się jakoś bronić. Broni się
jak najprościej: odrzuca coraz szerszy zakres odbieranych wypowiedzi bez
znaczenia, wpadających w ucho z telefonów, kłujących oczy z mejli, z telewizji.
Pamięć tymczasem, osłabiona nadmiarem komunikatów, segreguje powierzchownie,
odrzuca coraz więcej i jednocześnie przestaje panować nad przechowywaną treścią.
Zatracamy potrzebę przemyślenia, analizy i interpretacji gromadzonych
informacji. Coraz szybciej tracimy zdolność abstrakcyjnego myślenia, ubożeje
wyobraźnia, a ostatecznie zbyteczna bywa refleksja nad światem, nad losem
człowieka żyjącego obok, czy choćby nad celem biegu powszedniego. Mam wrażenie,
że im szybciej biegnie czas działania, im więcej krzątactwa w chaosie
komunikatów, tym trudniej nam się ze sobą porozumieć. Nawet w codziennych
sprawach najchętniej słyszymy to, co wygodne i nam przychylne, potrzebne i niezbędne
w danym momencie.
W takich chwilach ogarniam myślą wszystkich wyrobników słowa:
poetów, autorów piosenek, pisarzy, eseistów i publicystów, autorów rozpraw
naukowych, blogerów (których nie akceptuje nawet komputerowy słownik,
zmieniając ich w „Glogerów”). Każdy z
wymienionych, z sobie tylko wiadomych powodów, pracuje w słowie, słowem
rozpoznaje świat, oswaja rzeczywistość, osadza swoje człowieczeństwo i komentuje
lub kreuje rzeczywistość, zamyka w metaforze co niewyrażalne, zostawia ślad
potomnym, choć próbuje nawiązać kontakt ze współczesnymi. Szlifuje prawdy i
mądrości, które mają coraz mniejszą siłę przebicia, bo zwyczajnie giną w przestrzeni
nadmiaru jednoczesnych wypowiedzi. Zupełnie paradoksalnie – im bardziej
rozległa i głęboka treść, tym mniejsze szanse na jej dotarcie do wielu, bo masa
nie lubi trudności w przyswajaniu. Powstające utwory wymagają skupienia, uwagi,
wyciszenia, intymności kontaktu, spokoju, a więc luksusu wolnego czasu lub
przynajmniej czasu wolniej płynącego. A tu tydzień za tygodniem, rok za rokiem,
coraz głośniej i szybciej upływają dni pośród czynności, po których nie zostaje
ślad.
I jeśli dziś zazdroszczę ludziom parającym się słowem, to czego
najbardziej? Uporu, godnego lepszej sprawy? Przekonania o słuszności życiowego
wyboru? Wiary w moc wypowiadanych treści? Pychy, że ich twórczość jest
wystarczająco nośna, by stanąć ponad tłumem piszących? Determinacji w biegu po sławę,
zaszczyty i pieniądze? Choć akurat ten powód wydaje się być co najmniej
żałosny, w czasach, gdy celebrytami bywają ludzie, którzy nie mają nic do
powiedzenia. Zatem chyba zazdroszczę im siły imperatywu. Przekonania o powołaniu,
co nawet nie brzmi śmiesznie, raczej patetycznie. Zazdroszczę im, że nadal piszą,
wbrew milionom tomów na księgarskich półkach, że piszą wbrew milionom tekstów na
tysiącach płyt muzycznych i filmowych, że publikują wbrew wczoraj drukowanym
gazetom, które dziś są już tylko makulaturą.