RSS
 

Zamiast postanowień

10 sty

Od dawna dostaję do skrzynki propozycję zarobienia kasy bez wychodzenia z domu, na przemian z propozycją skorzystania z usług wróża Macieja, kimkolwiek on jest. I tak, między wersami, dociera do mnie boleśnie prosta prawda, że jednak jestem malkontentem. Kredyt niespłacony, ceny w górę, wciąż podnoszone opłaty, a ja nie chcę korzystać z gotowca i zostać milionerem bez wyskakiwania z  piżamy i zdeptanych laczków, więc może wypada jednak coś postanowić na nowy rok? A może malkontenctwem dać tylko uzasadnienie tonacji tego, co znajdzie się poniżej?

          Bo i cóż tu postanawiać, skoro wiadomo, że lepiej raczej nie będzie, a potwierdza to z jednej strony atak zimy, a z drugiej wojna polsko-polska, tyleż absurdalna, co groteskowa. W dodatku dostałem kolejną, jakże sympatyczną wiadomość, od uroczego automatu administratora bloga, że od dwóch miesięcy nie dałem nowego wpisu i automat uprzejmie przypomina, że automatycznie czeka i nawet mogę polecić nowy wpis redakcji. Pamiętać jednak muszę, że przydługi brak wpisów grozi usunięciem bloga. Zatem, Drodzy moi, zmuszony jestem pisać… tak na wszelki wypadek, bo żal minionych lat i Waszego tu cudownego towarzyszenia, które wiary w sens tego pisania dodaje.

          Gdy niemal dziesięć lat temu zaczynałem snuć refleksje, nie miałem żadnych wielkich ambicji, poza próbą ocalania szczątków rozumu i ducha w czasach pogodni za gadżetami. Pomysł był w zasadzie jeden, taki sam jak na pisanie prozy: być nieco krzywym lusterkiem, przechadzającym się po gościńcu naszego czasu. Nigdy nie miałem ambicji przemawiania w imieniu narodu, społeczeństwa czy grupy. Zawsze pisałem za sobie i z wiarą, że do sobie podobnych, z jakiegoś powodu wyrzuconych na taki czy inny margines, bo stamtąd człowiek więcej widzi i nie ulega presji wyścigu szczurów. Przeglądałem i opisywałem tu ciekawostki wyłowione ze społecznego pulsowania epoki, przepuszczone przez filtr ironii i sarkazmu, bo kiedyś usłyszałem, że to lepiej działa niż patetyczne kazania, za cel mające przerabianie ludzi w anioły.

Różne rzeczy mnie za to spotkały, wiadomo. Raz pochwała, to znów mocny hejt, jak to w sieci. Ale nie spodziewałem się, że doczekam czasu, gdy nie będę miał o czym napisać z sensem, tak, żeby nie było o polityce i nie straciło jutro znaczenia. Żyjemy w czasach silnie naznaczonych doraźnością i sekundowym czynem lub buntem, chwilowością podziałów, protestów, treści, które nie pozostawiają po sobie śladów następnego dnia w dziwnie płynnej nowoczesności.

          Polityki nienawidziłem szczerze od najmłodszych lat, odkąd pierwszy protest wobec jej prób zagarnięcia wolności zbiegał się z otwarciem sezonu połowu szczupaka. Zamiast na nakazany pochód pierwszomajowy, ruszałem z wędką nad rzekę. Oddawałem się świętowaniu na łonie natury, choć za cenę obniżonej oceny ze sprawowania. I tak mi zostało. Gdy w 1989r. z entuzjazmem orzełkowi przyklejano koronę, czekałem tylko, kiedy wbiją mu szpony w gumowe kalosze, wszak będzie musiał z całym państwem brnąć przez kolejne rzeki gówna po ekipach mianujących się wybranym rządem ludu, a ja będę oddawał głos w wyborach zawsze przeciw mniejszemu złu, nigdy z nadzieją dobra ogółu i sprawiedliwości społecznej. Często rezygnowałem z obywatelskiego prawa, bo ostatecznie było mi wszystko jedno, czy łajdactwo, arogancja, ustanawiany absurd prawa i okradanie obywatela przyjdzie z lewa czy z prawa, czy będzie to kolor czerwony, zielony, czarny czy sraczkowaty.

Odkąd pamiętam wierzyłem w człowieka, bezgranicznie nie ufając grupie, bez względu na jej liczebność i idee przewodnie. Stado nie ma rozumu, stado nie ma woli, dystansu, wolności wyboru, stado ma instynkt przetrwania albo partykularny interes i tratuje wszystko, co stanie mu na drodze. Tymczasem dziś mam coraz większy problem z wiarą w człowieka. Patrzę dookoła i niedowierzam nawet w sprawach zdałoby się banalnych, gdzie dobro, troska o otoczenie, ład i miłość bliźniego zupełnie nic nie kosztują. Klika prostych przykładów? Samochód zaparkowany maską do ulicznej latarni, kobieta usiłuje włączyć się do ruchu, ale za nią stoi inny samochód, w nim kierowca, który nie reaguje na żadną z próśb kobiety o zrobienie odrobiny miejsca i nie da się tego niczym uzasadnić. Ignoruje ją i widać jak sprawia mu radość jej bezradność. Inny samochód na światłach, uchyla się okienko, pani wyrzuca rozżarzonego peta na jezdnię, a na ironiczną uwagę innej kobiety – kierowcy: „coś pani wypadło”, odpowiada rozbrajająco z uśmiechem: „nie, ja to wyrzuciłam”. Wkładam złotówkę i wysuwam kosz w supermarkecie, ale żeby zrobić zakupy już po raz kolejny w miesiącu, muszę opróżnić kosz z pustych butelek, opakowań po chipsach, z papierków po batonikach, które zostawił mój poprzednik, żrąc przed zapłaceniem. Wychodzę na ulicę i czuję w powietrzu smród palonych tworzyw sztucznych i śmieci z kominów domków jednorodzinnych, których wszak nie zamieszkuje biedota. Ile takich przykładów braku szacunku do siebie i otoczenia każdy z nas codziennie może wyliczyć i zapytać: co się dzieje z człowiekiem? Jeśli nie wymaga przyzwoitości od siebie, czy będzie przyzwoity dla innych? Gdy zawodzi w rzeczach banalnych i małych, czego można od niego wymagać na pułapie postaw obywatelskich, w obszarze kultury, ładu i odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość kraju? Czy można uwierzyć, że spośród takich ludzi wyjdzie światła i mądra, sprawiedliwa elita władzy, opozycji, ruchu społecznego? Czy można uwierzyć, że w przyszłości tacy ludzie wybiorą lepszą zmianę, gdy dobra doprowadzi nas na skraj przepaści?

Jakiś czas temu zaprzyjaźniony pisarz obwieścił na FB, że pora uciekać, ruszyć na emigrację wewnętrzną, zamknąć się w wysokiej wieży, z klasyką literatury, muzyki, filmu i tam dotrwać do końca swojego lub Rzeczypospolitej. Nie przeczę, jest to metoda dla ludzi wysokiej kultury, dla wrażliwców żyjących duchem, ludzi z pasją, samodzielnie myślących i krytycznych, może też dla ostatnich humanistów z przekonaniem, a nie dyplomem. Sam czuję się do tej formy emigracji zmuszony. Obawiam się, że metoda przestaje być alternatywą, staje się koniecznością. Istniejemy coraz bardziej ściśnięci między dwiema ścianami nijakości: między polityką a komercją i kulturą masową. Z jednej strony prawo stanowione przez polityków rządzących coraz częściej zmusza do działania przeciw własnym przekonaniom, a z drugiej rankingi sprzedaży, reklamy, rozwój technologii, przymusza do zmiany stylu życia. Nawet, gdy nie mamy na to ochoty, pazerne korporacje wciągają nas w grę wtłaczania zbytecznych potrzeb, byle mogły więcej zarabiać na urobieniu mas. Czy w tej sytuacji mają sens jakieś postanowienia noworoczne? Jak najmniej dać sobą manipulować? Do tego nie wiedzie uczestnictwo w popkulturze oferowanej przez festiwale, telewizję i huczne koncerty. Tam urabia się ludzi głupich, małych, płaskich, rozrywkowych, a więc niewymagających przede wszystkim od siebie. Urabia się elektorat, by głośno krzyczał: „chleba i igrzysk”, a w stosownym momencie nadawał się do szczucia przeciw drugiemu, by bez oporu spijał hasła budzące najniższe instynkty, bo zjednoczonego narodu nie da się wodzić za nos. Dlatego nie mam życzeń, nie mam postanowień, bo coś mi mówi, że może musi to być ten kolejny rok, gdy jako społeczeństwo powinniśmy dobrze dostać w dupę od rządzących, od bliźniego, od sąsiada i od przypadkowego przechodnia strzelającego petem w plecy, żeby przebudzić się do życia, które zatęskni do sensu i rozumu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

04 lis

student- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie zastępstwa i klasówki układa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze i grube słomki do szklanek, córka prosiła, daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O słomki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Odkurzyłem chałupę, kuchenkę umyłem, kuwetę ogarnąłem, koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać tekstów, znasz to!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! Wymagające hobby, na potrzeby pozornego rozwoju z dowartościowaniem banału życia w tle! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości. Tylko nie wiem, czy doda motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmienia ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru, żeby dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą, a nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Ty wiesz, jakie jest zatrzęsienie blogów w sieci? A nie masz zadatków na celebrytę modowego, ani tego od pieczenia buraka i szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi rodowa mądrość.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te słomki i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli te babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to ego zbutwiałe. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na kwartał za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko jest ważne godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj, tylko wstyd w ludziach zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka, twój ulubiony profesor i pisarz, Chwin Stefan, zdaje się jakoś tak mówił w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, to żeby pamiętali u progu jasności w tunelu! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u Chwina Stefana: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie chciałeś napisać, że statystyki kłamią, a w Krakowie ludzie sobie gnaty łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają i napawać się, by nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistycznie wiatr w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie, po części. Część, żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne, choćby spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… i w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

 

Nużące stany napięć

10 sie

Przechodziłem przez peron kolejki, gdy wesoła dwudziestolatka opowiadała drugiej: … i ona powiedziała tej dziewczynce, że ma romans z jej ojcem, a matka dziewczynki dopiero co umarła i ta mała biegnie przez lód i trach. Słuchająca jęknęła przejęta, lecz zamiast dalszej relacji do moich uszu doleciało: ale film generalnie trudny do opowiedzenia, bo więcej tam milczą niż mówią i za długie te ujęcia. I tu jest pies pogrzebany. Bohaterowie nie tylko mało mówią, ale też nie mówią nic istotnego. Tymczasem roztrzęsiona kamera zbyt długo z nimi pozostaje, zastyga obok na jeszcze dłużej, by co jakiś czas wytrącić widza z opowiadanej historii i przyprawić o znużenie.

stany4Zjednoczone stany miłości Tomasza Wasilewskiego, to jeden z tych filmów, które trudno opisać bez bezpośredniego streszczenia fabuły. Jednak i tym razem recenzenci mają skłonność do widzenia rzeczy, które twórca niekoniecznie umieścił. Czytam, że to historia czterech zaprzyjaźnionych kobiet, ukazana na tle przemian ustrojowych. Tymczasem ani tu przemian, ani przyjaźni. Zderzają się jedynie niespełnienia kobiet, które w jednym domu zamieszkały, ale raczej po sąsiedzku niż w zażyłości. O przyjaźni mowy nie ma, one wręcz milczą o sobie albo do siebie. Agata (Julia Kijowska), posiadająca na miejscu rodzinę w komplecie, izoluje się przed bliskimi i światem, chowa w zmysłową skorupę niezdrowej namiętności na pograniczu szaleństwa i pozostałe bohaterki jej nie zajmują, ani się nią interesują. Obiekt jej fascynacji też niczym nie przekonuje, bo to ksiądz średnio porywający świętością i bardzo przeciętny jako mężczyzna. W dodatku nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Nauczycielka Renata (świetna Dorota Kolak) ekscentryczna, zagubiona i skryta w swoim świecie, ledwie obserwuje pozostałe kobiety i nie wchodzi z nimi w relacje, przynajmniej dopóki nie zdobędzie się na odwagę zbliżenia do powiatowej miss – Marzeny (Marta Nieradkiewicz), która od dawna Renatę fascynuje i pociąga. Iza (Magdalena Cielecka) ignoruje pozostałe panie, hipnotycznie pogrążona w niezdrowym romansie, w którym po trupach (dosłownie) usiłuje sięgnąć po miłość i stałą obecność ukochanego lekarza (Andrzej Chyra).

stany5Mamy tu zatem świetny kwartet, wygrywający polifonię egoizmu kobiet skupionych na sobie w stanach zjednoczonych napięć i pragnień, skrajnych, choć w różnym natężeniu i złożonych konfiguracjach. Egoizmu, bo każda jest zainteresowana wyłącznie karmieniem swojego szaleństwa. Dwie mężatki, choć jedna oddalona od męża zarabiającego w RFN, dwie kobiety samotne, a barwy niespełnienia i gorycz podobne. Zupełnie jakby dotyczyły jednej kobiety w czterech odsłonach niemocy, bo na różnych etapach życia. Egzystencjalne dramaty bohaterek i ich najskrytsze wizje gęstnieją w ciasnej przestrzeni peerelowskich mieszkań, wirują wokół przeżycia czegoś, co wyrwie je z marazmu, szarości, beznadziei i stagnacji, dla samego wyrwania, skoro nie ma ucieczki z matni powtarzalnych czynności. Ciągną jak ćmy do ognia, zajęte swoją kobiecością i owładnięte irracjonalną nadzieją wyzwolenia, którego pewnie nie potrafią zdefiniować. Tyle że wizja to ponętna, opętańcza, więc pożera je od środka, niemal do skowytu bezradności wobec tego, co zakazane, niemożliwe albo obwarowane tabu. Postępują krok po kroku ku autodestrukcji, poprzedzonej bolesnymi napięciami, z których niewiele wynika poza degradacją i wypaleniem. I to z pewnością jest najbardziej wartościowa warstwa filmu, tu reżyser przekonuje widza do pomysłu i zasługuje na uznanie wielu kobiet, bo to oryginalny film o ciemnej stronie ich tęsknot i pragnień, przeżywanych w obliczu niepewnego jutra. Ale też z pewnością znajdzie wiele przeciwniczek tej nerwowej i irracjonalnie dusznej apokalipsy uczuć skondensowanych w ciasnej przestrzeni.

stany2Gdy jednak czytam w recenzji, że „Zjednoczone stany miłości” wpisują się w nurt weryfikujący transformację ustrojową i uzupełniający białe plamy w obrazie polskich lat 90.  [A. Kruk, "Kino"], coś mi tu stuka. Albo krytyk niezbyt uważnie oglądał film, albo widział, co chciał zobaczyć, żeby dowartościować dzieło. Zwłaszcza, że uderza w porównania dosyć nieprzystające do tego obrazu: Nasze kino tamtej dekady, od Pasikowskiego po Koterskiego, zajmowało się głównie dylematami męskiego bohatera. Sojusznikiem Wasilewskiego z epoki jawi się więc głównie Kieślowski. Niby prawda, coś jest na rzeczy, tylko tych przemian ustrojowych w pomyśle Wasilewskiego jak kot napłakał. Poza pierwszymi scenami z imprezy, z rekwizytornią butelek wódki Baltic i oranżady sugerujących rok 1990, z galerią  marmurkowych dżinsów, sweterków, z tematem rozmów o z zmianie pracy, przemian ustrojowych nie widać. A wymienione rekwizyty mają się do tematyki filmu tak właśnie jak Pasikowski do Koterskiego. Zakładam, że krytyk Kruk, pisał swój tekst, zanim przeczytał wywiady z reżyserem, w których ten wprost wyznaje, że ciągnęło go do klimatu dzieciństwa, które przypadło właśnie na ten czas. Zatem przemiany ustrojowe, to tylko sceneria pozbawiona treści. Równie dobrze dziś reżyser mógłby umieścić akcję tego filmu na rubieży Polski B albo C. Zapewniam, że powodów do tak skrajnych emocji i tęsknot kobiet znalazłby znacznie więcej. Nawet szare, brudne i brzydkie osiedla z wielkiej płyty mają się tu i tam jednakowo dobrze jak wówczas, u progu przemian. Powoływanie się na nurt transformacji ustrojowej w tym obrazie jest zatem pogrywaniem z widzem w przysłowiowe bambuko.

Podobnie mało przekonuje u Wasilewskiego specyficzne epatowanie golizną, brzydkimi ciałami kobiet przekwitłych, ale i młodych. Zbyt długie przyglądanie się w zbliżeniu skórze w fałdach, kolorach zielonkawej szarości. Kobiece ciała są tu pozbawione seksapilu, a w scenach erotycznych raczej odrzucają niż kuszą. Jakby za cel miały jedynie odwrócić od czegoś uwagę i dodatkowo obrzydzić rzeczywistość przedstawioną. Podobnie jak aseksualne ciała mężczyzn, ze smutnymi fujarami, pogrywają na zniesmaczeniu widza, by ukryć niedoróbki filmu. Tu mam kłopot, nie przekonuje mnie w żaden sposób ta golizna, podobnie jak nie przekonuje przeciąganie kadrów w nieskończoność, bezruch w nadmiarze. Dlatego nie wierzę, gdy Wasilewski mówi w wywiadach, że o sile rażenia niedopowiedzianym, to mi wygląda raczej na maskowanie bezradności wobec świetnego scenariusza, który przerasta możliwości realizacji.

Oglądając Zjednoczone stany miłości, co jakiś czas czułem się wytrącony z dramatu bohaterek przez manipulację. Oto reżyser grał na moim przejęciu, żeby ukryć nieudolność, bo pomysł mu się urwał w pół drogi, gdy zorientował się, że nie wie, dokąd zmierza. Dodatkowo przykrył bezradność tanimi chwytami estetycznymi (latające kanarki w jadalni Renaty). Wymyślił swoje bohaterki, ale zabrakło inwencji na budowanie werbalnych relacji między nimi. Raz szokuje obrazem, to znów zachwyca, by ukryć prosty fakt, że jako mężczyzna, nie ma pojęcia, o czym mogłyby ze sobą rozmawiać na poziomie innym niż grzecznościowy sąsiedzki banał.

stany3Spośród wszystkich bohaterek uwierzyłem tylko konsekwentnie prowadzonej Izie, bo jej postawa przekonuje w każdym kadrze, każdą miną, gestem oziębłości wobec otoczenia, milczącej rozpaczy, która nie wymaga zdań komentarza (najlepsza rola Cieleckiej, jaką w kinie widziałem). Natomiast Agata jest po drugiej stronie wiarygodności jak postać wycięta z komiksu. Epatuje malowniczym, ale pustym szaleństwem wyobraźni chorej, dla której nie można znaleźć uzasadnienia i przyczyn w relacji z otoczeniem. Wasilewski rozpętał w niej burzę emocji, ale nie zdołał zakorzenić postaci w jej rzeczywistym dramacie. Pogubił się w nadmiarze kobiecych stanów tak dalece, że zabrakło mu inwencji na zakończenie filmu, czym zniweczył własny trud, tracąc na artystycznej wiarygodności. Aktorki robią wszystko, by uratować film, ale to ciut za mało i między dzieła obraz ten się nie wciśnie. Zrobił sporo szumu w mediach, ale to jedynie burza w szklance wody.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kultura

 

Na gorąco, bez entuzjazmu

02 sie

ŚDM3Odetchnąłem z ulgą. Już po… i wszystko wróci do normy. Pora zmienić azymut, odwrócić się od chrześcijańskiego podskakiwania w radości ku katolickiemu skakaniu do gardeł, opluwaniu i dzieleniu na patriotów i obywateli gorszego sortu. Wreszcie odleciał, dzieciaki wyjechały, przestanie się rozwadniać słusznie stężałe umysły. Za dzień, dwa kurz nowej walki pokryje pamięć Światowych Dni Młodzieży i zatrze w zbiorowym wspomnieniu obrazek Papieża jadącego przez Kraków tramwajem. Nim Jego samolot zniknął w powietrzu, wracamy na swoje miejsce. Z zaciśniętą w wargach złością, bezsilnością i pewnością swojej racji zakończymy festiwal młodości, entuzjazmu i ciekawości innego. Łapię ten polski kwaśny oddech z ulgą i jakby podwójnie. Z jednej strony minął czas udawania, że stać nas na więcej i nie czuję winy, że na starcie tego wydarzenia nie umiałem wzbudzić ani grama entuzjazmu i zainteresowania. Z drugiej: wolę jednak prawdę niezawoalowaną, nawet najsmutniejszą, ponurą, prawdę widoczną gołym okiem, pozbawioną złudzeń, że jako naród możemy być lepsi, bo chrześcijańscy.

Oczywiście, że nie mam nic przeciwko roześmianych młodym ludziom z całego świata. Chciałbym bardzo, żeby zachwyt moim krajem trwał w nich jak najdłużej, żeby zabrali w sercach dobroć, serdeczność, otwartość tych, których tu bezpośrednio spotkali, którzy otworzyli przed nimi serca i domy. Aż takim mizantropem nie jestem. Czyli o co chodzi? Skąd smutek? Może gorzknieję widząc pod przykrywką kilku dni bulgot lawy, w której czai się Mrożkowy Edek, gotowy do skoku i mnożony, mutowany w milionach przeobrażeń? A może po prostu starzeję się i nadmiernie irytuje mnie pusty jazgot mediów rywalizujących o to, kto lepiej odda gest i słowo Franciszka, by za tydzień poddać to zapomnieniu i z tym samym entuzjazmem jątrzyć nastroje i mieszać narodową kadź pod naporem kolejnych newsów nienawiści.

         SDM1Widać mam silną wadę genetyczną, alergię, która uruchamia wysypkę przygnębienia na widok tłumów. I nie ma większego znaczenia, czy to tłum pogrążony w złych emocjach, w proteście albo nienawiści, czy tłum w tańcu, radosny i świętości spragniony. Taka skaza, nie wierzę emocji zbiorowej. Nie dlatego, że kłamliwa, raczej dlatego, że tłum tak samo szybko zmienia błyskotki jak kierunek marszu i powód zachwytu. Bezrefleksyjnie i łatwo znajduje źródła nowych uniesień. Masa puszcza mnóstwo energii w skandowanie i zwykle nie wystarcza jej na wiarygodne indywidualne życie wyśpiewaną przed chwilą treścią, bo życie zostaje w domu, w pracy i w szkole. Tłum potrzebuje igrzysk, a nie pracy na sobą, bo nie ma osobowości. Zwłaszcza, że za rogiem zawsze znajdzie się nowa i powabna idea, która opęta rzeszę. Nie chcę nikogo oceniać, nie sposób z osobna wyliczać, na ile i kto potrafi żyć wartościami, które przeżywa w takie dni. Jak w każdej ogromnej zbiorowości, tak i tu pojawili się ludzie głęboko żyjący wiarą, idący obok odpustowych rytualistów, pobożnie rozmodlonych, ale niezdolnych do przełożenia wiary na codzienne uczynki, zarówno wobec sąsiada, pracodawcy, żony, teściowej, męża, psa i kota.

Gdy w minionych dniach kołatał się we mnie ten dziwny smutek, gdy nie potrafiłem dociec, skąd dystans zaprawiony goryczą, odkryłem na FB słowa zaprzyjaźnionego poety, publicysty i niezłomnego animatora kultury – Radka Wiśniewskiego. W jego poście padły słowa, które jakoś rozjaśniły ów brak entuzjazmu i sprawiły, że nie czułem się sam w tej kałuży wątpliwości pośród oceanów radości ŚDM. Radek ukierunkował mi nieco wątpliwości pisząc:

Pewnie w kontrze do klaskania, skakania, machania rękami, śpiewania „Barki”, której organicznie nie znoszę odkrywam z okazji Światowych Dni Młodzieży, że chyba staruch się ze mnie zrobił i jestem krańcowo mentalnie odległy od tej atmosfery. Wydaje mi się to wszystko szalenie zewnętrzne, odległe. Nie to, że moje lepsze, tamto gorsze. Po prostu nie umiem się tym ekscytować, przeżywać, zastanawiać jaki gest zrobi Papież, którego lubię, któremu życzę jak najlepiej i boję się, że narusza tyle strupieszałych struktur, że któraś z tych struktur go ukatrupi przed czasem.

SDM2Ukatrupi przed czasem! Może tu jest klucz do mojego dystansu. Dziś katrupi mentalnie: postawą, słowem, gestem, a może kiedyś także fizycznie i zupełnie mnie to nie zdziwi. Nie będę z pewnością odosobniony w stwierdzeniu, że od początku pontyfikatu Franciszek w swoim ubóstwie, skromności i wierności nauce Mistrza z Nazaretu jest z innej bajki. Nadmiernie gryzie w oczy wielu współbraci w kapłaństwie, otyłych fizycznie jak i umysłowo, siedzących zawsze wygodnie i centralnie przed głównym ołtarzem wielkich placów modlitwy, gdy lud stoi w tle. Jego postawa męczy zbyt wielu księży ograniczonych intelektualnie, biskupów leniwych duchem i skostniałych w pasterskich listach, których sztampy i patosu nikt nie słucha, odległych od zadeptanej rutyną Ewangelii. A teraz, w trakcie pielgrzymki do Polski, nietrudno było usłyszeć i przeczytać, że wiernością Chrystusowi drażni również szeregi twardogłowej prawicy, bo mówi o pokorze, łagodności, tolerancji i miłości. Słowem, gestem, czynem Franciszek głosi królestwo ubogich i naraża się tak samo mieszkańcom zakurzonych komnat wysokiej czarnej wieży, ciasno oblężonej obawą utraty rządu dusz, jak tym, co na bluzach noszą pozbawione logiki hasła w rodzaju: „cały nasz chuligański trud Tobie ukochana Ojczyzno”.

I to jest pierwszy powód, dla którego nie umiałem zdobyć się na entuzjazm jako katolik, który coraz częściej ma kłopot z odnalezieniem się we własnym Kościele. Nie podzieliłem zachwytu, bo widać jak grzeszny, tak pamiętliwy jestem. Za bardzo pamiętam skutki ŚDM, w których przez przypadek uczestniczyłem w Częstochowie w 1991r., gdy wtedy akurat kończyła się moja pielgrzymka na Jasną Górę. Zbyt dobrze pamiętam uniesienia zbiorowe, ekstazy religijne i ewangelizacyjne po śmierci JPII. Cała Polska jednała się, kochała i obiecywała wiele swojemu Papieżowi, wierząc, że coś w nas zostanie z Jego nauki, skoro nawet kibole zwaśnionych drużyn szli ramię w ramię jak kraj długi i szeroki. A dziś doskonale widać, ile z tego narodowego zasłuchania zostało w rodakach stoczonych mentalnym Alzheimerem i dzielonych apelem smoleńskim w miejsce jednoczącego apelu jasnogórskiego. O ile łatwiej oddaje się miejsce przynależne krasnalom ogrodowym, by wznosić karykaturalne i kiczowate pomniczki Ojca Świętego, gdy niepomiernie trudniej wciela w życie słowa o tolerancji, miłości i wzajemnym noszeniu brzemion, wielokrotnie przez JPII powtarzane.

Czy nie inaczej jest z zachwytem wobec słów i gestów Franciszka? Ile razy powtarzał, że najważniejsze jest bycie świadkiem, uczniem Chrystusa we własnej małości, powtarzalnej codzienności, pośród obowiązków, jakie każdemu z nas dano. Tu jest najtrudniej, bo najmniej medialnie, mniej malowniczo, spektakularnie, ale zawsze owocnie dla otoczenia. Jednak tam kończy się seans euforii, gdzie trzeba od nowa wstać i popracować nad sobą, choćby po siedemdziesiątym siódmym upadku. To zbyt trudne w kraju, gdzie nawet czytanie i myślenie boli, a człowiek boi się zostać sam ze sobą, w ciszy. Z tego nie ma materiału na słitfocię, nie da się błysnąć w sieci gifem ze spotkania Boga w ponurej komórce sumienia. Tu nie ma miejsca dla telewizji, tweetera i tablicy fejsboga. A mimo to wierzę, chcę wierzyć, że przynajmniej część tłumu rozśpiewanego wczoraj „Barką”, dziś rozczłonkuje się i ruszy na swoją pustynię, by spotkać Pana i nie wszyscy zwariują w nowej euforii, choćby przyszło szukać pokemonów.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

Tu reklamy nie wkładamy

02 lip

13566078_1076544449108510_1952843476_n

Przemija bezpowrotnie czas korespondencji drukowanej, gdy pisał do mnie Rossmann, producenci drzwi i Pizza Hut. Nie żebym to czytał czy korzystał konsumpcyjnie. Zawsze to jednak miło było, szczególnie po męczącym dniu, sięgnąć do skrzynki i na głodnego rzucić okiem między ślicznie skrojone warzywa, plastry salami i na ser ciągnący się z wyciętego trójkąta, odrywanego od gorącej i pulchnej krągłości placka. A jeszcze milej było zatęsknić do wody toaletowej wiodącej marki i do luksusu eleganckich drzwi antywłamaniowych, jakby miały czego strzec pośród peerelowskiej wielkiej płyty. Od razu człowiek zapominał o bezduszności kapitalizmu i docierał pod dach lżejszy. Nie dostrzegał, że zgrzytem budzi dawno przechodzony zamek Yeti, a pilśniowa płyta skrzydła barwą przypomina skutki nadużycia sałatki jarzynowej przed trzydziestu laty, w trakcie inicjacji z udziałem taniego wina owocowego.

Aktualnie oswajam niechęć do otwierania skrzynki wirtualnej. Tradycyjna poczta nie może już zagrozić, bo ustąpiła pola pobliskim dyskontom. Posłańcy z kraju promocji przybywają w tygodniu, by wynikami gonitw rabatowych pobudzić lokalny klub geriatryczny do wyścigu o golonkę, piżamkę krótką letnią, pampersy i podpaski (dla synowej?). I co ja mogę? Odpowiedzieć na taki list nie ma komu, co najwyżej da się zadziałać w miejscowej frakcji Komitetu Obywatelskiego Dowalenia. W ramach wolontariatu wsunę małe co nieco do skrzynki sąsiada od grubego napisu: „Tutaj ulotek nie wkładamy”, a i dwie mniejsze skromnej sąsiadce, co nieśmiało chciała naśladować tamtego i rozedrganą rączką, napisała na swojej, że tu też nie wkładamy. Ona wie, że jest coś niestosownego w uciekaniu od wysiłków działu promocji. Dlatego staję odważnie na straży demokracji i wspieram trud pracującego ludu ulotkowego, dzieląc papiery sprawiedliwie, podług stopnia manifestacji działań antyrynkowych, przy okazji tylko czyszcząc swoją skrzynkę w nadziei na prawdziwy list. Ostatecznie i tak dotrze, zwykle ze spółdzielni, z informacją o podwyższeniu czynszu.

W kraju dobrej zmiany każde dziecko wie, że presja reklamy jest zabójcza i prowadzi do manii prześladowczej. Już nie ma miejsca, gdzie reklamy nie tylko nie wkładamy, ale też pominąć jej nie możemy. Wciskają przez oczy, usta i uszy, nie pytając, czy i ile jeszcze wlezie. Tylko dlaczego jej natarczywość coraz intensywniej szuka towarzystwa odbytu, pochwy, prostaty, erekcji, wątroby, jelit i pęcherza? Od jakiegoś czasu, słuchając radia, włączając telewizję, otwierając pocztę elektroniczną, odnoszę wrażenie, że człowiek brzmi dumnie głównie w dolnych partiach ciała i kończy się gdzieś nieco powyżej wysokości, na której plecy tracą szlachetną nazwę. Dalej jest niedużo człowieka, a już z pewnością nie ma tam nic istotnego dla człowieczeństwa. Tymczasem dolne partie, ostatnio jakby strategiczne dla reklamy, nieustannie szwankują i straszą: a to napięciem przedmiesiączkowym, a to gazem puszczonym w szacowne grono, a to żylakiem w odbyt zajadą, kapiącym niekontrolowanie moczem z Basi wypłyną albo przez świąd i upławy żywot utrudnią. Gdy zaś już przestają straszyć, zneutralizowane milionem suplementów nie tylko diety, a nawet przechodzą w sferę rozkoszy, ostatecznie przypomną o niedogodnościach, które usunąć może tylko niebieska tabletka albo nawilżający płyn poziomkowy.

Do rzeczy jednak, czyli do poczty elektronicznej. Tu nie wysmaruję na tłusto, że „reklamy nie wkładamy”. Nie pytają o zdanie i gwałcą oczy nieustającym migotaniem dosyć brzydkich zdjęć celulitu nietkniętego cudownym środkiem, mruganiem obrazka zielonych jajek robali, galaretowatych mazi glonowatych i gilów bordowych, które kładą się cudem na płaski brzuch bez wysiłku, tudzież pulsowaniem wizji haluksów na pomarszczonych girach, w ramach promocji środka na równe stopy bez operacji. A wszystko to estetyczny haracz, pobierany za korzystanie z darmowej skrzynki. Jak nie chcesz oglądać gąbczastych brzuszysk i pomarszczonych ud i krzywych szponów, płać za pocztę, która i tak zaroi się spamem. Sęk w tym, że nie wszystko dotyczy estetyki. Jest bowiem wyższa cena, do której płacenia ciągle namolnie ktoś zmusza: budzenie lęków wieku męskiego, powtarzana do bólu zapowiedź smaku klęski, a to już podprogowe niepokoje, które odciskają trwały ślad na psychice.

Jakim prawem i za jaką cenę mam łykać, przy każdym otwarciu poczty, niecne sugestie, że coś nie tak z długością mojego penisa? Przeżyłem z nim w przyjaźni (chwilami burzliwej) czterdzieści lat z mocnym okładem, w dodatku przywiązany do rozmiaru, jakim zostałem obdarowany, więc jakim prawem ktoś mi sugeruje każdego dnia, że należy go przedłużyć? Właśnie teraz, gdy przebyłem pokrętne ścieżki erotyzmu bez słowa skargi ze strony płci pięknej, a nawet z nielicznymi acz symptomatycznymi pomrukami zachwytu pań mniej doświadczonych, mam się wahać, czy te nieustanne mejle w skrzynce, to tylko reklama, czy jednak skutek donosów?

A gdy mija pierwsze oburzenie, przychodzi zdrowa chłopska refleksja: a na ch… komu dłuższy? Jednak wyciąganie na siłę musi mieć wzięcie, inaczej nie było tego zatrzęsienia ofert. No i co to za radość z tej długości? Odwieczne pragnienie omdlenia w trakcie erekcji? Wszak im dłuższy, tym więcej krwi potrzebuje do jej podtrzymania, a to już się chyba gryzie z targetem niebieskiej tabletki. Cóż, jedni mają, jak widać, głód narracji, a innych prześladuje głód stawania w szranki z ogierem czystej krwi arabskiej. Czy to jednak próżność, czy fantazja i chęć wywołania zachwytu pracownic dyskontu w trakcie dorocznego balu królowej kas, gdy zrywać będą te lateksowe kalesony, by ostatecznie uwolnić tańczącego z kaszaną? Pokrętna to chyba motywacja. A może pragnieniem przedłużenia kieruje potrzeba umieszczenia magicznej różdżki w awatarze portalu randkowego? Niespełnione marzenia o życiowej roli w niekończącym się serialu „P jak pyton”, czy marzenia o rozpuszczeniu węża w saunie osiedlowej siłowni, że niby sterydy nie tylko karkiem wychodzą? Przepraszam za tę kreatywność na potrzeby tekstu, zwłaszcza, że czas kończyć. Okazuje się, że równie dobrze rozwiązanie karczemnego dylematu może leżeć tuż u progu. Wcale bowiem niewykluczone, że przedłużenie penisa służy targetowi dążącemu do pełni samowystarczalności, którą błyskotliwie wyraził pewien filmowy policjant u Marka Piwowskiego, gdy na oralną propozycję spłoszonej dziewczyny, odpowiedział nieskromnie, że „do buzi, to sam sobie sięgam”.

O tempora, o mores, jak wrzasnął Cyceron, być może zaglądając do skrzynki na listy, o czym ja tu w ogóle? Tymczasem męcząca reklama współczesna, z targetem lokowanym od pasa w dół, całkiem mnie przerasta i skuteczniej działa w charakterze inspiracji intelektualnej na miarę czasów niż jako dźwignia, nomen omen, handlu. Ilu może dostarczyć bodźców do rozważań nad mentalnością Nibylandii zatopionej w upale, a  jakiej proweniencji to refleksja, najlepiej sami oceńcie. Miłych wakacji Państwu życzę… odpocznijcie… choćby od reklamy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 
 

  • RSS