statystyka wangin.blog

Rzecz o końcach świata 2009-11-19 22:16:54

   Koniec świata na powrót zagościł w mediach. I nie mówię bynajmniej o reformie medialnej na żadnym etapie. To, jak zwykle, tylko chwilowy szum, ale z pewnością nie ostatni. Ludzie kochają mówić o kresie planety, przynajmniej od czasu, gdy mówić się nauczyli, gdy nauczyli się obserwować naturę i zaczęli świadomie przyglądać się żywiołom. To z pewnością pobudzało wyobraźnię i zawsze na moment człowiek zastygał w przerażeniu, bo zdawał sobie sprawę z nędznej kondycji. Właściwie może nawet dzięki mocy pożarów, powodzi, trzęsienia ziemi, dostrzegał paradoks własnych możliwości. Z jednej strony potęga intelektu, umysłu, rozwój cywilizacyjny, techniczny, a z drugiej bezradność wobec sił, które równały ludzkość z istotami żyjącymi bez użycia rozumu. Ten sam zwierzęcy strach w oczach i ten sam koniec organizmu żyjącego.
   Od jakiegoś czasu znowu głośno o końcu świata, tym razem za sprawą filmu „2012” i za sprawą Majów, którym kalendarz skończył się rzekomo na dacie 21.12.2012r. Ale nie ma się czym przejmować, zwłaszcza, że nie do końca wiemy, jakim przelicznikiem posługiwali się Majowie i czy ich rok 2012, to ten sam co nasz. Nic to, minie czas jakiś i podobno znowu poczekamy na koniec świata zapowiadany przez samego Newtona. Jeśli przedtem nie wyłoni się z bezczasu inny wieszcz, piewca jedynego prawdziwego końca. I co jest w tym najzabawniejsze? Że za każdym razem, ilekroć ludzie podniecają się rzekomym oczekiwaniem na dzień apokalipsy, tyle razy zwykle nie robią nic ze swoim dotychczasowym życiem. Krążą wewnątrz swoich codziennych małych światów, a te czują się niezagrożone i znieczulone na kres. Małe ludzkie światy rozpinają się pomiędzy zakupami, gotowaniem, odprowadzaniem dzieci do przedszkola, na kurs angielskiego i basen albo do sklepu po nowy sweterek. Tylko wieczorem, przed snem, czytając ten czy ów tygodnik, na moment ludzie poczują dreszczyk kolejnej apokaliptycznej wizji. Z rana, mniej lub bardziej wypoczęci, wrócą do pracy, do swoich miłości, nienawiści, pragnień, grzeszków, słabości, niepomni na wczorajszy dreszcz nieuniknionego końca świata, co przyjdzie jak nic za dwa lata. I jakże zdrowe to i pogodne i mądre. Czesław Miłosz zdał z rzeczy sprawę pisząc jakiś czas temu:
Dopóki słońce i księżyc są w górze, /Dopóki dzieci różowe się rodzą, /Nikt nie wierzy, że staje się już. /Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, /Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,/ Powiada przewiązując pomidory:/ Innego końca świata nie będzie, /Innego końca świata nie będzie.
   
Wiersz Miłosza, który tak prosto pokazuje, że nasz indywidualny świat kończy się w każdej chwili, że każdy dzień wyznacza nowe narodziny i nowy kres działania, ruchu, czynności, zawsze jakoś dodatkowo współgra mi z ewangeliczną prawdą: „Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny”(Mt25,13).
   Jeśli zatem wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że ludzkość ma potrzebę - co jakiś czas - wypatrywać z wypiekami na twarzy kolejnej daty kresu, to właśnie z tego konkretnego powodu: dlaczego ludzkość chce słuchać przepowiedni ludzi? Widzi pękającą ziemię, kończące się kalendarze, oczekuje deszczu meteorów, spalenia przez słońce lub wystudzenia planety, przegrzania skorupy, erupcji wulkanów, ale oczekuje daty końca od naukowców, szaleńców, szamanów, mędrców i mediów elektronicznych. Jednocześnie to popkulturowe wypatrywanie apokalipsy, podszyte sensacją jest zawsze aktem pozbawionym nadziei. Oto w południe dnia, wśród nieważnych spraw, przyjdzie wielkie bum, spektakularne, malownicze, porażające, a po nim? Nie ma żadnego „po nim”.
   I pomyśleć, że rzecz dzieje się w świecie, budowanym i wzmacnianym od wieków na fundamencie kultury judeo-chrześcijańskiej, wznoszącej wizje losu i przeznaczenia człowieka - także  apokaliptyczne wizje - na treściach płynących z Biblii. Tymczasem kultura popularna, która tworzy między innymi takie „dzieła” jak „2012”, nie ma potrzeby „mieszać” do tego Boga. Może z lęku przed metafizyką, niechby i podwórkową, płytką i odpustową. Może jedynie na potrzeby taniej sensacji? Może bezpieczniej jest laicyzować koniec? Kres świata bez dopuszczania do tego Boga jest wygodny. Gwarantuje nagły efekt bez konieczności rozliczania i podsumowania życia, bez konieczności zastanawiania się nad swoim postępowaniem, bez lęku przed konsekwencjami wybranego modelu egzystencji i bez ryzyka, że dokonywało się niewłaściwych wyborów. Popkultura lubi efekty natychmiastowe, dosadne, i pozbawione dwuznaczności i koniecznie nie poddawane refleksji.
   Pewnie nie przypadkiem usłyszałem wczoraj w radiu komunikat takiej mniej więcej treści: policja apeluje o rozsądek do ludzi którzy korzystają z esemesowych usług typu: „chcesz wiedzieć, czy masz świńską grypę?” i „czy chcesz poznać datę swojej śmierci?”. Apel był poważny i z prośbą, by ludzie czytali przynajmniej regulamin takich usług, bo gdy przyjdzie gigantyczny rachunek za telefon, policja nic już nie może zrobić. Można na początek zapytać, czy ktoś, kto płaci za esemesy z datą swojej śmierci, jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem jakikolwiek regulamin? A dalej warto zapytać, czy to nie jest jednak miara jakiegoś innego końca świata? Na przykład końca świata rozumu? Esemes z datą śmierci zastąpi z pewnością wróżkę, wiarę, mądrość, ale też zabezpieczy przed zbytecznym kredytem, pozwoli sporządzić testament i przekona, że czas zaszaleć, skoro już się wie, ile życia zostało. Ba, jest nawet nadzieja, że będzie to samospełniająca się przepowiednia, bo niejeden idiota tak ślepo zaufa dacie w komórce, że palnie sobie w łeb we wskazanym dniu. I tak, w osłonie myśli o końcach świata dotarłem do wagonu kolejki elektrycznej i otworzyłem książkę Rolanda Topora na słowach: Dziś, w dobie tworzenia się wspólnoty europejskiej, przyszedł czas, by sporządzić bilans dóbr narodowych. Wbrew powszechnym przesądom, kretyni też do nich należą. Tak jak nie ma prawdziwego oszusta bez naiwniaka, sadysty bez masochisty, tak handel i przemysł nie mogą obyć się bez kretynów. Kto jest odbiorcą reklam? Kretyni. Do kogo zwracają się księża? Do kretynów. Do kogo skierowane są hasła polityczne? Do kretynów. Wielkonakładowe gazety, kino, radio, telewizja, jednym słowem media? Do kretynów. Co nas czeka, jeśli pozbędziemy się kretynów? Kryzys!!! … i jeszcze jeden prorok czy co?

skomentuj (0)

Szczęście bez recepty 2009-11-02 21:00:49

   Na początku wcale nie chciałem tego czytać, choć w piątkowej „Wyborczej” od dawna nic innego mnie nie zajmuje. Redaktorzy „Męskiej muzyki” przyzwyczaili nas do wywiadów z pisarzami, aktorami, poetami, muzykami, ludźmi sztuki, którzy mieli coś do powiedzenia na temat miłości, związków męsko-damskich, ale też nie omijali innych aspektów życia. A teraz? Co nam tu zaserwowano? Rozmowę z damskim fryzjerem?
   I już wzruszyłbym ramionami nad tekstem, gdyby nie drobny fakt, który wyłowiłem muśnięciem oka – to dziewięćdziesięcioletni fryzjer, a taki może jednak mieć coś do powiedzenia o życiu. Pan Tolek, to nie jakiś tam zmanierowany filipek z konopii w portkach uciskających klejnoty, co to otworzył zakład u progu nowego wieku. Pan Tolek, to człowiek-historia powojennego Gdańska, wierny swojej fryzjerskiej profesji od ponad sześćdziesięciu lat. Uwaga i miejsce na łamach należą mu się choćby z tego tytułu, że nie zmogły go stada kobiet, które niełatwo było zadowolić (mowa o fryzurze). Ale też nie zmogły Pana Tolka próby wywłaszczenia za Stalina. Ba! Nie zmogła go nawet banda karków tęskniących do golenia pały za friko.
   Pan Tolek dziwnie zapadł mi w pamięci, a raczej opublikowana rozmowa, w której nie ma najmniejszego cienia narzekania na życie. Pod naszą szerokością geograficzną, to brzmi jak odkrycie kolejnego cudu świata. Oto Polak, który wyrwał się z ukraińskiego kawałka ziemi, przejechał samotnie na Pomorze, założył zakład, w którym przepracował kilka systemów politycznych, przeżył stado ideologów i uszczęśliwiaczy społeczeństwa, wykształcił niemal trzystu fryzjerów, a po upływie dziewięćdziesięciu lat życia nie narzeka na nic. No może tylko smuci go utrata możliwości pełnego widzenia. Po lekturze wywiadu szybko zrozumiałem, dlaczego Pan Tolek znalazł się na łamach stałego działu. Robił swoje niezmiennie i przez dziesięciolecia, do końca przekonany o słuszności dokonanego wyboru. Nie szukał uwielbienia, nie pchał się na afisz, nie czekał na oklaski, choć dawał radość i zadowolenie. Jego dzieło, skrzętnie i cierpliwie uprawiane, znikało szybko z pola widzenia, zwykle wraz z prostującą się trwałą, z nowymi odrostami na głowach klientek. Mimo tego mężczyzna zachował spokój i dobrą kondycję psychiczną. Czy to możliwe? To pytanie najmocniej nie daje mi spokoju, a przekora kwestionuje proste prawdy i chętnie optymizm zwaliłaby na wiek, na niepamięć złego i pewnie dlatego noszę w głowie myśl o Panu Tolku jeszcze dziś, trzy dni po lekturze rozmowy z nim. To, co najmocniej pozostaje w pamięci, to zbyt oczywista recepta na szczęście:
   Trzeba być szanowanym, to przede wszystkim. Ale na szacunek należy sobie zasłużyć: nie być pijakiem - bo to najgorsze - pijak maltretuje żonę i dzieci. Nie być rozbójnikiem czy złodziejem. Pracować. No i spełnić swoje marzenia. Jak byłem młody i mieszkałem na wsi, kładłem się czasem na łące, patrzyłem w chmury i myślałem: ale byłoby fajnie mieć samochód, podróżować, pojechać do Ameryki. I to się udało - wszystko co sobie pomyślałem, załatwiłem: od 1945 r. miałem samochód, byłem w Kanadzie, Jugosławii, kilka razy we Francji... Nie byłem też pijakiem, z nikim się nie biłem. Ludzie kłaniają mi się na ulicy.
   Czy to w ogóle jest recepta na szczęście? Na dzisiejsze czasy jakby malizną trąca. To nawet nie jest zbiór pobożnych życzeń! Kogo dziś obchodzi, czy ludzie będą mu się kłaniać na ulicy? Komu to jest potrzebne? Jak się kłaniają, to nawet robi się podejrzane. Na pewno czegoś chcą, może coś są nam dłużni, mają coś na sumieniu! Albo weźmy takie marzenie: mieć samochód? Czy to nie jest dziś podstawa życia, w dodatku leżąca w zasięgu? Samochód? Wiadomo! Należy się jak kotu łyskas. Nawet nie jeden samochód, tylko po jednym dla każdego członka rodziny. Ilu Polaków na stu powie, że samochód (bez rozróżniania marki jak widać) i podróżowanie może być marzeniem? Przecież dziś jest obowiązkiem rodaka stającego w bloki startowe z sąsiadem do biegu o wyższy poziom życia. Wskażcie w swoim gronie pięciu znajomych, którzy świadomie chcą zasłużyć na szacunek innych i podporządkowują temu codzienne działania, rzeczywiście o tym myślą i mówią, uczciwie robią wszystko tylko dla szacunku i bez usprawiedliwienia potknięć hasłem: „a bo inni to...”. Z całej recepty Pana Tolka tylko hasło „pracować” zdaje się trzymać dziś pion, choć definicje pracy bardzo się indywidualizują i dla jednych praca staje się koniecznością, dla innych pasją, innym zaś plecie się pasmem cierpienia i bólu niespełnienia, a jeszcze innym zmaganiem, frontem, na którym obowiązuje bardzo militarna terminologia i bynajmniej nie o szacunek bój się toczy.
   Tymczasem w całej rozmowie z Panem Tolkiem nie pojawia się mowa o pieniądzach, przynajmniej jako o celu prowadzenia działalności. Często zaś pojawia się mało modne dziś zadowolenie kobiety (mowa o fryzurach): Gdy kobieta ładnie wygląda, jest zadowolona, sąsiadki podziwiają nową fryzurę, mężowi też się podoba - pani po prostu kwitnie. Kobiety lubią się podobać, a my lubimy na nie patrzeć. Takie to proste, drogie panie, gdy „patrzeć”, nie zawsze oznacza ostrzyć zęby ze złości, że sąsiadka ma ładniej, nie znaczy też ślinić się, rozbierać wzrokiem i prężyć cokolwiek.
   Szacunek, radość, zadowolenie, a przy tym rytm życia, w którym wszystko ma swój czas i swoje miejsce, zdaje się dopełniać wyznania Pana Tolka: W niedzielę jeździliśmy na plażę na Stogi. Morze po raz pierwszy to tu właśnie zobaczyłem [...] Jeździliśmy też do Przywidza nad jezioro. O, to były całe wyprawy. Dwa samochody i ze dwanaście motocykli. W Przywidzu piknik był, dziewczyny rozkładały obrus, na to stawiały to, co przygotowały. I każdy się częstował. [...] Do kina też chodziliśmy. Nieraz dwa razy dziennie. To znaczy, jak zakład zamknąłem, to szliśmy na dwa filmy. Do "Leningradu" na Długiej, czasem do "Bajki" we Wrzeszczu. Nawet jak miejsc już nie było, wpuszczał nas znajomy.
   Prawda, że dziś może wzruszyć ten niespieszny rytm z rytuałem rozrywek, wypadów poza dom, wcale nie dlatego, że wypada bywać, ale z powodu prostej niezmienności i modelu życia, wybranego raz na zawsze. I to obecne stale nieoglądanie się na obowiązujące wzorce, jeśli nawet takowe były. Tego oczywiście nie nazywa damski fryzjer, przez którego przemawia prosta prawda życia spełnionego. I może dlatego w tej prawdzie nie ma miejsca na doły psychiczne, terapie, salony odnowy, nie ma potrzeby uprawiania jogi, medytacji, ani innych wynalazków sfrustrowanego człowieka.
   Czasem nachodzi mnie taka dziwna myśl, że prawda i dobro zamknięte są na zawsze w pozytywnej energii, którą pozostawiają zwykli ludzie, profesjonalnie i uczciwie wypełniający codzienne, zwykle mało spektakularne, prace. Dobro i piękno wcale nie mieszczą się w dziełach artystów, ideologów i filozofów, ale bywają zamknięte w oddaniu rzemieślników dobrze wykonujących swoją robotę, gotowych zawsze budować zadowolenie klienta na trwałym fundamencie najzwyklejszej przyzwoitości. I nie jest wówczas żadnym odkryciem, że najwięcej patriotyzmu, prawości i pożytku społecznego kryje dobrze zbudowany dom, uczciwie poprowadzona droga z nawierzchnią dobrej jakości czy mądrze zbudowana kładka przez rzekę, jak też dobrze skrojony garnitur i piękna fryzura zachwyconej kobiety.  Wówczas naprawdę nie trzeba dorabiać ideologii, ani troszczyć się o poklask.

skomentuj (2)

Kino dojazdowe 2009-10-21 18:52:31

   Niedzielne popołudnie i nagle żona rzuca nieśmiałą propozycję: a może byśmy poszli do kina? Uniesiony, z radością i w zachwycie, zbudowany niespodziewanym spontanicznym odruchem, a jeszcze bardziej niezmiennym pragnieniem uczestnictwa w kulturze, natychmiast kliknąłem link „kino” na stronie trojmiasto.pl. Córcia stała już za plecami i z nieskrywaną dumą i zachwytem w głosie wykrzyknęła: o! to aż osiem kin mamy w Gdańsku! Tak, potwierdziłem, mamy jeszcze dwa w Sopocie i jedno duże w Gdyni.
   Ale jej entuzjazm jakoś nie zdążył się udzielić, bo z całej listy tytułów, niespodzianie, rzucił mi się w oczy Drugstore Cowboy, który miał premierę w 1989 roku, o ile pamiętam. Szukałem innych tytułów, które poznałem choćby z recenzji tygodników i gazet. Zobaczyłem jeszcze inny znany już dawno tytuł: Czas apokalipsy. Powrót z 2003 roku. Zacząłem zachłannie szukać polskich filmów, wszak całkiem niedawno zakończył się najważniejszy festiwal w Gdyni, więc może coś, gdzieś, jakoś da się zobaczyć, choćby spośród nagradzanych i głośnych medialnie. Przegląd tytułów w repertuarze ośmiu kin szybko sprowadził mnie na ziemię. Jedyny, rdzennie polski i świeży film, to Galerianki. Według licznych świadków ściąga tłumnie młodzież, przekonaną, że idzie na zajefajną komedię. I podobno, wbrew wszelkiej logice, młodzież zaśmiewa się na seansie do końca, choć momentami nieco na siłę, a wówczas śmiechy mocno już przerywa chrzęst kukurydzy.
   Z braku nadziei na polski film, ruszyłem na poszukiwanie światowych nowości. Trzeba było tylko pokonać gąszcz filmów dla dzieci, przedrzeć się przez pajęczyny arcydzieł typu Piła VI i Dystrykt 9, by w poczuciu zwycięstwa wyłowić z brei Przerwane objęcia Almodovara. Zwycięstwo? Żadną miarą! Na osiem gdańskich kin wszędzie proponowano seans o godzinie 14.00 lub 22.00. Zważywszy na fakt, że głód kultury dał żonie znać w porze głodu fizycznego, a więc około 15.00, nie pozostał nam żaden wybór. Wszak nie zostawimy dziecka samego w domu, ani nie podrzucimy znajomym bez uprzedzenia, o 22.00 w niedzielę, na czas dwugodzinnego seansu. Tym bardziej, że w poniedziałek trzeba wstać do pracy, najpóźniej o 6.00. A swoją drogą, gdy się wie, że na taki film nie przyjdą tłumy, jaki sens ma jego wyświetlanie o takich godzinach? Czy to nie jest przypadkiem sranie w michę, z której się żre?
   Kino tej niedzieli zostało jedynie możliwością do spełnienia i położyło się cieniem refleksji, o tyle bolesnej, że ciążyła w niej bezradność, ale wobec czego? Do kogo mieć żal i pretensję? Do „Polityki”, „Gazety Wyborczej”, do „Tygodnika Powszechnego”, że publikują recenzje ciekawych filmów, których nie można obejrzeć w kinie? Nie sposób mieć pretensji do kin. Jakich tam kin? Do kołchozów kinowych mielących kasę i kukurydzę, lejących colę i szatkujących ruchome obrazki. Dostarczają produkt najsilniejszych dystrybutorów, których stać na kreowanie zapotrzebowania. Robią swoje, bo mają przemielić stosowną ilość popeliny, aby zrealizować plan sprzedaży. Nie mają obowiązku nadążać za trendami, za nagrodami z festiwali, za recenzjami i upodobaniem kinomanów. Więc o co halo?    Największe chyba o to, że powyższe fakty łyknąłbym łatwo jak tran z wieloryba, gdybym żył w jakimś Piździkowie Dolnym, gdzie nawet objazdowe kino nie dociera do remizy, bo ostatni operator zapił się na śmierć, nyska przerdzewiała, a wójt nie ma unijnej dopłaty do kultury. Tymczasem Wikipedia podpowiada mi, że mieszkam w mieście, które liczy sobie niemal pół miliona mieszkańców, dysponuje czterema wyższymi uczelniami publicznymi, kilkoma niepublicznymi, co dodaje dobre kilkadziesiąt tysięcy ludzi, przynajmniej od października do czerwca. I co? Mam uwierzyć, że w tym zagęszczeniu ludzkim nie znajdzie się kilkadziesiąt osób, dla których można pokazać w kinie produkcję, jakiej poświęca się wywiady, opinie, recenzje i relacje z różnych festiwali filmowych w kraju i Europie? A może zarządy kinowych kołchozów, DKF-ów i ostatnich kin studyjnych chcą mnie przekonać, że jednak żyję w blisko półmilionowej wiosce o mentalności fana wypierdalanek na lodzie i nie ma po co ściągać filmów innych niż Piła VI?
   Najbardziej zasmuca postawa twórców polskich filmów, którzy tak ochoczo narzekają na brak publiczności i opór dystrybutorów. Rzekomo poprawia się jakość rodzimej kinematografii, ale nie idzie za tym wzrost oglądalności polskiej produkcji ostatnich lat. A jak ma iść oglądalność, jeśli publiczność nie ma dokąd pójść? Co może zrobić średni statystyczny fan polskiego kina, żeby zobaczyć obrazy tworzone w ciągu minionych dwóch lat? Może porzucić pracę, obowiązki, rodzinę i jeździć jak kraj długi i szeroki od niszowego festiwalu po festiwale huczne, tylko nie wiem, kto utrzyma jego rodzinę i banki, którym zawsze coś wisi. Średnio wartościowy fan polskiego filmu może czujnie obserwować półki w Empiku i czekać na płytę dvd z nowością, tyle, że jej cena przekroczy przynajmniej trzykrotnie cenę kinowego biletu i zakup okaże się ryzykowny o tyle, że dzieło może być jednorazowego użytku, z racji swojej wartości estetycznej i artystycznej. Pomijam już fakt, że mówimy o produkcji kinowej, a nie telewizyjnej, której i tak nikt nie dołączy do Vivy ani Twojego Stylu. Jest jeszcze wariant dla cierpliwych fanów: odczekać dwa, może trzy lata i zobaczyć film w telewizji publicznej lub w „Kulturze”, jeśli ta jeszcze będzie istniała, ale to też nie zastąpi oglądania na wielkim ekranie. Ostatecznie pozostaje wariant złodziejski, czyli piracki, jak mówią w pewnych intelektualnych kręgach. Tyle, że nie wiem, czy jakiś pirat jest jeszcze wystarczająco zdeterminowany do kopiowania polskich dzieł przy tak kiepskiej ich dystrybucji.
   Jeszcze jedna błyskawiczna myśl śmignęła mi przez głowę z tej bezradności. Skoro tak ciężko o dobrych dystrybutorów, to może Polski Instytut Sztuki Filmowej weźmie pod rękę Stowarzyszenie Filmowców Polskich, zrezygnują z jednego projektu w roku, a ze ściepy, w ramach publicznej misji i promocji sztuki, wynajmą chociaż jedną salę, chociaż w jednym z kin dużego miasta, by raz w miesiącu dać szansę własnej produkcji? By dać szansę ostatnim takim, co szukają kontaktu z polskim filmem. A jak i na to ich nie stać? To może stać chociaż na busika z kinem dojazdowym do sali MOPS-u i etat dla pana Edka rozlepiającego plakaty z zaproszeniem na polski film.

skomentuj (0)

Wątpliwe wybawienie 2009-10-15 21:24:29

   Coraz częściej męczy mnie jazda samochodem, chętniej uciekam od niego do środków miejskiej komunikacji. Wygoda i niezależność poruszania się autem za mocno mnie uwiera. Coraz gorzej myślę o człowieku, a to nie przystoi humaniście z przekonania i z wyboru.
   Jakiś czas temu, zupełnie przypadkiem, usłyszałem o badaniach psychologicznych, które przyniosły alarmujący wynik. Blisko osiemdziesiąt procent prowadzących auta nie powinno otrzymać prawa jazdy, bo ich psychika i brak predyspozycji zagrażają bezpieczeństwu na jezdni. Natychmiast przypomniałem sobie złote myśli mojego instruktora nauki jazdy, który zwykł mawiać: „wsiadasz do samochodu, to jakbyś na wojnę jechał, nigdy nie wiesz czy wrócisz, zawsze żegnaj się z rodziną” albo: „jak wjeżdżasz na skrzyżowanie to patrz w kolejności, kto pierwszy może ci przypierdolić”.
   Niektórzy psychologowie, zajmujący się zachowaniami ludzi za kierownicą, twierdzą, że kierujący pojazdem traci wszelkie hamulce kulturowe. Co na to wpływa? Poczucie, że skoro panuje nad samochodem, to panuje nad całym światem? Zamknięcie w skorupie, które chroni przed bezpośrednią konfrontacją z twarzą innego, może silniejszego? Szyby, karoseria, odległość, pozwalają na izolację i można dać upust agresji bez ryzyka, że ktoś sugestywnie poinformuje szanownego kierowcę o poziomie jego debilizmu? A może to, że prowadzący bardzo namacalnie widzi szybszych od siebie, lepszych, bogatszych i realnie wyprzedzających go w biegu do następnych świateł? Zatem chodzi o lęk przed byciem ostatnim? Czy tylko o egoizm wolny od poszanowania drugiego?
   Wszystkiego przecież nie da się wyjaśnić pośpiechem. Niewiele da się wyjaśnić tylko brakiem wyobraźni. Żeby nie być gołosłownym, przykłady z ostatnich dni. Skrzyżowanie, czerwone światło, na sąsiednim pasie stoi jegomość w wielkim czarnym pikapie. Ruszamy na zielonym i nagle facet, będąc na wysokości moich lewych drzwi, wpycha się na mój pas, tak sobie, ale nie zwalniam. Co robi mocarz? Chwile się drażni, a potem wjeżdża mi przed maskę, niemal na styk, bez kierunkowskazu i zaczyna jechać czterdzieści na godzinę. O co mu chodzi? Inny przykład: poranek, czerwone światło, stoi około piętnastu samochodów, obok z lewej zaczyna się pas do skręcania w lewo. Nagle z tyłu wyjeżdża na ten pas zielony seat, grzeje ostro pasem do skręcania w lewo i gdy dostajemy zielone światło, ładuje się przed pierwszy samochód i ucieka mimo klaksonów... ale to nie koniec, na kolejnym skrzyżowaniu znowu czerwone światła. Tym razem debil w seacie stoi na lewym pasie, ale światła dla niego to mordęga, za długo musi stać i gdy włącza się żółte, debil nagle przecina bez ostrzeżenia środkowy pas, przed startującymi, wskakuje na prawy i jedzie w przeciwnym kierunku do założonego. Podobnie zapewne jak inni palę się z bezradnej złości wobec kretyna.
   Tego samego dnia wracam z pracy, popołudnie. Zatrzymuję się na parkingu, ciasno i ślepa uliczka wjazdowa na parking. Po chwili chcę z niego wyjechać, ale drogę zajeżdża mi blondzia jak z kawału, w czerwonym polo. Czekam moment, bo nie wiem, co kobieta zrobi, stoimy przecież maska w maskę w uliczce dojazdowej. I co babka robi? Gasi światła, wyjmuje błyszczek z torebki i wpatrzona w lusterko smaruje usta, gdy ja świecę jej w oczy światłami i czekam na wyjazd. Potem wyjmuje komórkę i sprawdza albo pisze esemesy. Zaczynam trąbić, więc macha oburzona łapami i dopiero się wycofuje. Mijają dwa dni, jadę krajową siódemką, jest noc. Słyszę w radiu, że ktoś wjechał pod rozpędzony pociąg, bo rozmawiał przez komórkę. Nawet przez chwilę nie jest mi go żal, wyłączam humanistę na takie komunikaty, w końcu jakaś sprawiedliwość. Na drodze ciemność, przede mną kilkanaście aut w kolumnie pomiędzy tirami. Czasem wychylam się zza tira jadącego przede mną, żeby sprawdzić widoczność. Jest na tyle ograniczona, że nie mam pojęcia, czy po kolejnych dwustu metrach jest zakręt, prosta, wzniesienie czy równo. Dopiero jadący z naprzeciwka oświetlają jezdnię i można się zorientować. Kolumna, w której jadę, porusza się około 90-100km/h, zatem trudno mówić, że się wlecze. A przecież co chwila z tyłu wyrywa się jakiś bezmózg, gna na oślep i zmusza auta do hamowania i wpuszczania gada, który chciał być twardzielem, bo męskość co prawda nie obrodziła, ale puszkę na rozum wypełnia testosteron. Chwilami mam pokusę, żeby chociaż jednego debila nie wpuścić, tak złośliwie, niech się rozwali! Ale humanista krzyczy, że może tam, z przeciwka, jedzie normalna rodzina z dziećmi?
   Wystarczy tych przykładów, bo przecież każdy z nas może nimi sypać bez ograniczeń, jak bez ograniczeń może wskazać kierowców, którzy nie opanowali ekwilibrystycznej zgoła sztuki włączania kierunkowskazów. Sytuacja na drogach coraz częściej rodzi we mnie heglowskie z ducha myśli, może nawet darwinowskie, czy wręcz faszystowskie. Skoro do wyobraźni tzw. kierowców nie przemawiają cotygodniowe statystyki wypadków śmiertelnych, okaleczeń, zatrzymań pijanych prowadzących, to czy jest coś, co może przemówić? Szczerze wątpię. Może zatem nieograniczona głupota ludzka, która tak przejrzyście uwypukla się na polskich dziurach w asfalcie, jest znakiem ewolucji? Przecież tylko w ubiegłym roku bezpowrotnie zmiotło z ziemi blisko pięć i pół tysiąca ludzi czyli małe miasteczko, a przynajmniej już nie wieś. Może to zatem mechanizm, sposób na eliminowanie nieodpowiedzialnych jednostek, żeby ich geny zanikały? Zwłaszcza, że od 60 lat nie ma wojen i konfliktów zbrojnych w tej części Europy. Takie myślenie, jest jednak zbyt proste, skoro zginęli w tej grupie także ludzie wartościowi, niewinni, normalni, kto wie czy nie w większości? Ale przecież na wojnach też ginie kwiat ludzkości.
   Bezradność podpowiada, że skoro na krnąbrnych i nieustannie spieszących bez wyobraźni, nie działają sankcje prawne, może powinno zadziałać zsyłanie ich … do Afganistanu albo chociaż gdzieś do kamieniołomów? Jest szansa, że głupota nie wróci na nasze drogi, a przynajmniej wróci mocno przerzedzona? Może trzeba zhumanizować i wspomóc ewolucję i zadbać o oczyszczenie naszych dróg wyłącznie z zakompleksionych idiotów? Policja wzmoże działania, wyłapie, sądy legalnie zapełnią bydlęce wagony notorycznymi pijakami za kierownicą, nałogowymi czubkami przekraczającymi prędkość, przejeżdżającymi na czerwonym świetle, czy olewającymi pieszych na przejściu. Wszyscy na tym skorzystamy, bo raz, że rozluźni się mocno sytuacja na drogach, dwa, że może jednak przemówi coś do wyobraźni, a trzy, że oczyści się społeczeństwo.
   W trudnych chwilach, oczywiście jako niezłomny humanista, pocieszam się, że w oczy rzucają się przecież tylko debile. Każdego dnia mijam dziesiątki i setki aut jadących zgodnie z przepisami, kierowanych przez normalnych ludzi, a zło jak to zło, najłatwiej rzuca się w oczy, razi. I dlatego z radością zacząłem na powrót wsiadać do kolejki miejskiej, żeby przestać źle myśleć o ludziach. W kolejce, szczególnie rano, ludzie wyglądają normalnie, łagodnie i grzecznie, nawet, gdy się nie uśmiechają do jesieni. Jednak mózg lubi chodzić na skróty i uogólniać pewne zjawiska, te widziane z wnętrza samochodu także. A podsumowanie przeraża, bo nadmiernie przypomina, że ewolucja pcha nas ponownie na drzewo, do dżungli, gdzie kto bardziej bezwzględny albo w większej puszce karoserii, gna bez zasad, bez wyobraźni i pewnie przetrwa, bo „twarde łokcie pomogą mu i giętki kark”.

skomentuj (73)

Zafoliować kulturę 2009-09-25 20:48:42

   Coraz częściej uciekam sprzed telewizora, a przecież płacę duże pieniądze za kablówkę. Czy to już jest skraj absurdu? Zamiast za oglądanie płacę za możliwość i szansę nieprzegapienia czegoś bardzo interesującego. Przygodę oglądającego kończę zwykle podczas lektury ramówki w „Gazecie Telewizyjnej”. Taka sobie łagodna lektura, deser z wisienką złudzenia, że może dziś jednak coś ciekawego... jakiś pomijany dotąd film? Ciekawy dokument? Reportaż? Wisienka złudzenia znika z tortu ramówki dużo szybciej niż tam się pojawia. Dlaczego? Wystarczy przez tydzień z rzędu pobawić się pilotem i wiadomo. Albo tasiemcowe seriale, albo powtórki powtórek, albo gadające głowy i bezowocnie kłapiące szczęki. Są jeszcze różnej maści panie Jaworowicz, którym sens antenowej obecności kończy się na biciu piany do omleta chwilowej silnej emocji. Nawet kanały uchodzące za filmowe tłuką te same produkcje, choć o różnych porach. Minionego lata dane mi było obejrzeć „Pułkownika Kwiatkowskiego”, świetny skądinąd film, dziesięć do dwunastu razy. Nie jestem bynajmniej zajadłym jego fanem, ale oglądałem, bo gdy tylko udawało się wygospodarować godzinę przed telewizorem, w różnych porach tygodnia, tylko tę propozycję dało się oglądać. Nic ciekawszego nie było na blisko 80. kanałach. No i trudno się dziwić, skoro znakomitą większość stanowią te z tematyką: sport, kreskówki, kuchnia, ślub, moda, zakupy, muzyka czarnoskórych, machających łapami w rytmie młocarni pracującej w tle, czy edukacyjne kablowe kanały informacyjne w duchu „jak skorzystać z naszej bogatej oferty programowej”.
   Wczoraj oddałem walkowerem, odpuściłem zabawy pilotem i uciekłem do kuchni. Znowu włączyłem radio, małe, zwykłe, w nim radiowa „Trójka”. Po chwili dowiedziałem się, że obcięto dotacje na wydawanie następnego zasłużonego pisma kulturalnego. Obcięto dotacje, gdyż środki wkładane w utrzymanie zespołu i redagowanie pisma są niewspółmierne do zysku, jaki daje się osiągnąć z jego sprzedaży. Z ekonomicznego punktu widzenia decyzja wydaje się jak najbardziej słuszna i uzasadniona. Po co dokładać do produktu, który sam na siebie nie zarobi? Jednak mowa o piśmie kulturalnym, a jak wiadomo na takim zarobić jest trudno. A już niemal się nie da w społeczeństwie, które kultury nie potrzebuje albo przynajmniej tłumaczy, że nie ma na nią czasu, co w skutkach równoważy oba stwierdzenia. „Notatnik Teatralny”, bo o tym piśmie była mowa, nie ma prawa przynosić zysków, bo tematycznie interesuje zbyt wąską część odbiorców. Ministerstwo nie ma potrzeby pamiętać o tym, że wszystko, co niesie rozwój ducha potrzebuje dopłaty. Być może ministerstwo nie ma jednak środków, ochoty, ani poczucia misji, aby zabiegać o powiększenie grona czytelników elitarnego pisma. To oznacza wybór alternatywy: redakcja znajdzie sposób dotarcia do większej ilości czytelników, inną drogą niż ukryty regalik w Empiku albo zwinie zabawki i pójdzie na śmietnik
historii, ścieżką udeptaną już przez wielu kulturalnych poprzedników. Stawiam na to drugie, z żalem i bez cynizmu.
   Nie jestem czytelnikiem tego pisma, bo ze wszystkich sztuk akurat teatr jest mi daleki. Nigdy nie udało mi się zapałać miłością do sceny, choć chętnie korzystałem z oferty teatru telewizji, dopóki była taka szansa. Nie mam zatem powodów, aby bronić sensu istnienia akurat tego tytułu i pewnie zapomniałbym o zdarzeniu, gdyby nie to, że z dzisiejszego wydania „Gazety Wyborczej” wypadł mi lakierowany katalog jednego z centrów handlowych. Ciężki zlep papieru, gruby na pół centymetra, wydany na ślicznym kredowym papierze, dodają to chyba dwa razy w roku i jestem zmuszony nieść go do domu z gazetą, bo jest foliowany właśnie z „Gazetą Telewizyjną”.
   Nic mnie tak nie irytuje jak ten typ namolności i marnotrawienia grubego, kredowego papieru, gdy państwo obcina pieniądze na szary papier czasopism tworzących kulturę. Zacząłem to kartkować, bo jakoś nie stać mnie na totalną ignorancję druku. Na stronach paski, torebki, flakoniki perfum, tu jakiś sztuczny szatyn w skórze, tam antykobieta w wersji Anoreksja 7.0. Kilka kartek dalej znowu cielesne wieszaki na krzywych nogach, fotografowane w ruchu buciorów, w których nie przeszłyby kilometra. Pałąki powykręcane pod ciężarem buciora trzasnęłyby w kolanie. Przerzucam ten wydruk zdjęć,  które ani do niczego nie zachęcają, ani na dobrą sprawę niczego nie reklamują poza logo fatałaszkowych firm i ostatecznie wyrzucam całość do kosza, bo czytać tam nie ma co. Ilu rodaków postąpi tak samo? W niektórych może pozostanie na moment żal straconych drzew, w innych żal samego papieru, ale co mamy zrobić z medium, o którego zakup nie zabiegaliśmy? Na gwoździu w toalecie nie powieszę, bo za grube to i kibel zapcham,
że o innym dyskomforcie nie wspomnę. Okładki do książki z tego nie zrobię, bo przez oszczędność czytam te z biblioteki, a one mają już nałożone okładki, śniadanie pakuję w torebki, nie mam więc wyjścia. Jeszcze raz godzę się na widok pięknego papieru sterczącego z kosza, którego sens bytu trwał w mojej świadomości nie dłużej niż kwadrans, wliczając drogę z kiosku do domu.
   Co łączy istnienie „Notatnika Teatralnego” z bogatym katalogiem modnego centrum handlowego? Na pozór wszystko różni. Jednak obie publikacje należą do świata medialnego, przynajmniej o tyle, że są papierowym nośnikiem treści, trafiającej do odbiorcy lub nie. Pierwsza publikacja żyje jednak w podziemiu, nieśmiało pojawia się na półkach bardzo nielicznych salonów prasowych, druga zaś pcha się bezczelnie w ręce, przy okazji innego zakupu. Galerię handlową stać na piękny papier i bogate wnętrze fotograficzne. Butiki i firmy z pasażu zrzucą się na wydanie i kolportaż. Galeria nie musi zabiegać o dotacje i odbiorców, bo zapłaci za perfidne foliowanie gadżetu z dodatkiem, ważnym dla większości czytelników gazety. Wydawcy „Notatnika Teatralnego” nie stać na taki manewr, choć może wówczas, gdyby w sprzedaży łączonej dostał go czytelnik wysokonakładowej gazety, sięgnąłby chętniej do treści kulturalnego pisma. A gdyby tak co miesiąc foliować z gazetą inny tytuł kulturalnego pisma? W końcu one wychodzą bardzo rzadko. Z czasem dałoby to szanse na zwiększenie grona ich odbiorców i tym samym mielibyśmy i społeczeństwo głodne kultury i życia duchem? Pytanie tylko: jak i gdzie przeprowadzić zrzutę na pierwsze foliowanie kultury? Może zróbmy coś na początek, żeby zrównoważyć brak dotacji na kulturę? Niechby i w duchu ekologii, postarajmy się chociaż o jakieś pojemniki z napisem: „tu wrzuć katalogi reklamowe, zrobimy z nich kulturalne pismo”.

skomentuj (2)

Przebudzenie 2009-09-14 21:21:11

   Po lecie, każdym lecie, jakoś dziwnie w głowie pustka się plecie, nawet jeśli nie miało być do rymu, a tylko do przebudzenia. Ale przebudzić się łatwo nie jest. Wyjść z lata, to jakby obudzić się z amnezji, nawet, gdy nie ma normalnego urlopu, nawet, gdy ciepłe miesiące zaprzątały inne sprawy niż wypoczynek i relaks, człowiek idzie w jesień stawiając pierwsze kroki niby w pustce. Wydobyty z wiecznych powtórek w telewizji, z nijakich audycji radiowych, prowadzonych w zastępstwie redaktorów na wakacjach, wyrwany z opustoszałych środków komunikacji miejskiej, musi znów przyzwyczajać się do tłoku i mrowia zwykłych spraw. Nagle dopada nas odczuwalna zmiana - dzień krótszy, spodnie ciemniejsze i koszula z długim rękawem. I nie bardzo wiadomo jak mózg przebudzić do działania innego niż trwoga o to, co jeść, z kim pić i jak nie obudzić się z cudzą żoną.
   Żeby łatwiej przejść do chleba naszego powszedniego, a nie spieczonego na grillu kempingowym, zapatrzyłem się w usta żony, która (pomiędzy innymi sprawunkami dnia) poleciła zakupić „płyn do demakijażu, ale nie mleczko”. Tradycyjnie nazwę producenta powtórzyła dwa razy. To zboczenie nauczycielskie; wiadomości, które uważa za ważne, powtarza dwa do trzech razy, niezależnie od tego, ile razy buntuję się przeciw ustawianiu mnie w drugim rzędzie mniej rozgarniętych uczniów.
   Tym razem doceniłem doświadczenie pedagogiczne koleżanki żony i schyliłem czoła przed kompetencją zawodową, dyplomowaną. Wystarczyło, że w jednym z kosmetycznych sklepów stanąłem przed murem cieczy przeróżnych, ustawionych na ośmiu długich półkach. Nadmienię, że wszystkie ciecze stanowiły silny oddział działu pod wezwaniem „pielęgnacja twarzy”. Były jeszcze inne działy, dzielące ciało kobiety na sektory, obszary, podgrupy, grupy i tylko członków zabrakło.
   Jeśli dziś zastanawiam się, czemu kobiece kosmetyki przebudziły mój męski mózg do działania po lecie, to bynajmniej nie jest to kwestia rodzącego się transwestyty. Przebudziła mnie ich wielość, nieogarnięta ilość pudełeczek, buteleczek, dozowników i nazw. Stanąłem oniemiały, bezradny i z całą ochotą zamieniłbym polecenie kupna płynu do demakijażu na polecenie przeczytania (ze zrozumieniem) instrukcji obsługi kuchenki gazowej krajowego producenta. Niestety, wybawienia znikąd i trzeba było czytać błyszczące nalepki na dozownikach i buteleczkach. Przy okazji zaś, w przebudzonej po lecie głowie, przelatywały luźne pytania. Kilka się zachowało.
   Pierwsze było natury praktycznej. Gdyby statystyczna kobieta, znająca typ swojej cery, ph skóry, wiek i inne dane, chciała przetestować każdy z produktów jej potrzebny, żeby tylko wybrać ten najlepszy, ile czasu by jej to zajęło i jakie kryterium byłoby decydujące? Zapach? Cena? Kolor opakowania? Kolejne pytanie przyszło w konsekwencji: ile musiałaby spędzić czasu w sklepie, żeby przeczytać poprawnie dodatki i składniki jakie wykorzystano (według treści z etykiety rzecz jasna) na stworzenie cudownego produktu? Bo przecież każdy jest lepszy od pozostałych, to się wie, no i każdy musi się zmyślnie nazywać, bo gwarantuje wieczną świeżość i poczucie młodości. Zbolała głowa, szukająca wybranego przez małżonkę płynu, podrzuciła inne pytanie: dlaczego jeszcze trzydzieści lat temu kobietom wystarczał np. tonik rumiankowy i nieśmiertelny krem Nivea, a i tak nie mieliśmy wątpliwości, że „najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”?
   Ostatecznie, dumny z własnej cierpliwości, odnalazłem stosowny płyn i otrzymałem od losu nowy dar czasu na kolejne refleksje. Przede mną stała atrakcyjna pani, zbliżająca się raczej do wieku średniego i dobierała pomadkę, konsultując decyzję z dziewczyną po drugiej stronie lady. Przymierze pań, dobierających jedynie słuszny produkt, gwarantowało swobodny przepływ myśli przez najbliższe dwadzieścia minut. Wszak klientka odrzuciła już około ośmiu wersji pomadek.
   Teraz zacząłem współczuć kobietom, z całego serca współczuć i to bardzo serio. Na moich oczach tonęły w rwącej rzece nadmiaru, przerostu formy nad treścią i nijak nie mogłem wyciągnąć pomocnej dłoni. Tym bardziej, że one nie oczekiwały pomocy, dobrze im się tonęło w wielości i dylematach. A mnie współczucie pchnęło krok dalej. Serce wypełniło ciepło tolerancji i pełni zrozumienia. W mgnieniu chwili pojąłem, że od współczesnej Polki nie można wiele wymagać. Z całą pewnością nie należy wymagać już nic w przestrzeni partnerstwa duchowego, emocjonalnego czy intelektualnego. Ta biedna Polka, jeśli przy okazji chciałaby choć trochę być Europejką, nie wyrabia przecież na zakręcie nowości i promocji kremów do powieki dolnej na noc i górnej na dzień, brodzi w powodzi produktów stworzonych ku jej szczęściu, płynącemu choćby z faktu posiadania nowego depilatora, toniku, pomadki, aż zderzy się z pożądaniem nowych cieni do oczu, pogrubiaczy rzęs albo pianki i lakieru do włosów.
   Nawet jeśli z tej potyczki wyjdzie z tarczą, to przecież musi stanąć w nowe szranki. Musi jeszcze wiedzieć w co wypada ubierać się do pracy, do pubu, na szkolenie i na ślub kuzynki, na zebranie rodziców i na imieniny przyjaciół. Zatem musi przewalić setki stron w czasopismach, obejrzeć tysiące zdjęć, na których przesuszone kobietony o plastikowych twarzach, rozchwiane na boleśnie krzywych nogach, prezentują najnowsze układy szmatek, przypominając przy okazji jak powinien prezentować się najpełniejszy obraz anoreksji w nadchodzącym sezonie.    Wiedziony współczuciem zapłaciłem wreszcie za butelkę płynu do demakijażu i całkiem przebudzony po lecie, wciągnąłem powietrze głęboko do płuc. Szedłem chodnikiem wdzięczny Bogu za męskość i żonie, że prostą prośbą otworzyła mi oczy na trud życia współczesnej kobiety. Wdzięczny za lekcję pokory obiecałem wam z serca, drogie panie, nie mieć już żalu o to, że oglądacie seriale, gwiazdy w tańcu i na lodzie i nie macie czasu na nic. Wszak po takim zmaganiu o piękno i nieustającą młodość, należy wam się chwila relaksu, który nie wymaga myślenia i dzielenia włosa na czworo. Musicie wieczorem nabierać sił, by z nowym dniem budzić szczerą zawiść innych pań i tylko nas, prostych i znieczulonych na wysoki połysk, nie mieszajcie do tego.

skomentuj (13)

Słowa 2009-08-12 23:35:11

   Poranna lektura, w tramwaju, „Lapidarium VI” Kapuścińskiego i w moje wczorajsze myśli pisarz wdziera się bardzo precyzyjnie: Dzisiaj słowa to biblijne „cymbały pusto brzmiące” – nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji, do niczego nie zobowiązują. Słowa już nie uskrzydlają, a także nie ranią i nie niszczą, są bezwolne, obojętne, nic nie ważą, nic nie znaczą.
   Mam prawo podejrzewać, że choć autor nieco niżej łączy dewaluację słów z kryzysem literatury, to jednak umieszcza uwagi także w innym kontekście. Wartość straciło słowo wypowiadane, ale także pisane każdego dnia w setkach gazet, witryn, blogów i książek. Jednakowo mocno dewaluuje się słowo wypowiadane przez polityka w obietnicy lepszego życia, słowo płynące ze złudnej reklamy jak słowo stolarza, gdy nie dotrzymuje terminu, przyjaciela, który przekłada kolejne spotkanie, słowo przełożonego wobec pracownika i obietnica kumpla, który obiecał oddać pożyczkę. Wszystkie te słowa zwodzą w bardzo podobny sposób, a moc pustosłowia dotkliwie odczuwamy we wszystkich sferach życia społecznego. Coraz rzadziej wystarcza „dać słowo”, teraz wymagamy by dawca złożył je na piśmie z czytelnym podpisem. Bez śladu zawstydzenia, bez nuty zażenowania, już na starcie zakładamy, że bliźni nas oszuka, więc musimy zasugerować mu sankcje prawne. Choćby miał najszczersze intencje, lepiej przykuć jego uczciwość łańcuchem podejrzeń.
   I jak to jest? Słowo zdewaluował czas? Kategoria użyteczności? Egotyzm? Moda na puste obietnice? A może to jednak życie w dobie relatywizmu jest winne? Ilu nadawców komunikatu, tyle wygodnych prawd w nim zawartych, a ilu odbiorców, tyle możliwości interpretacji? Skutkiem takiego podejścia mamy coraz więcej źródeł prawdy, a tym samym coraz więcej antagonistów, gotowych każdą prawdę zanegować. Areną zaś zmagań pozostaje przestrzeń słowa, tego pisanego i wypowiadanego na ulicy, w domu, przed kamerą i radiowym mikrofonem, czy wyświetlonego na komputerowym ekranie. Do tego dołączają przeróżnej maści strategie komunikacji, rozprzestrzeniane w gigantycznej przestrzeni manipulacji, precyzyjnie prowadzące do wcześniej określonego celu.
   Zmasowany atak słów osłabia naszą skłonność do żywego reagowania i zapamiętywania, więc mózg musi się jakoś bronić. Broni się jak najprościej: odrzuca coraz szerszy zakres odbieranych wypowiedzi bez znaczenia, wpadających w ucho z telefonów, kłujących oczy z mejli, z telewizji. Pamięć tymczasem, osłabiona nadmiarem komunikatów, segreguje powierzchownie, odrzuca coraz więcej i jednocześnie przestaje panować nad przechowywaną treścią. Zatracamy potrzebę przemyślenia, analizy i interpretacji gromadzonych informacji. Coraz szybciej tracimy zdolność abstrakcyjnego myślenia, ubożeje wyobraźnia, a ostatecznie zbyteczna bywa refleksja nad światem, nad losem człowieka żyjącego obok, czy choćby nad celem biegu powszedniego. Mam wrażenie, że im szybciej biegnie czas działania, im więcej krzątactwa w chaosie komunikatów, tym trudniej nam się ze sobą porozumieć. Nawet w codziennych sprawach najchętniej słyszymy to, co wygodne i nam przychylne, potrzebne i niezbędne w danym momencie.
   W takich chwilach ogarniam myślą wszystkich wyrobników słowa: poetów, autorów piosenek, pisarzy, eseistów i publicystów, autorów rozpraw naukowych, blogerów (których nie akceptuje nawet komputerowy słownik, zmieniając ich w „Glogerów”).  Każdy z wymienionych, z sobie tylko wiadomych powodów, pracuje w słowie, słowem rozpoznaje świat, oswaja rzeczywistość, osadza swoje człowieczeństwo i komentuje lub kreuje rzeczywistość, zamyka w metaforze co niewyrażalne, zostawia ślad potomnym, choć próbuje nawiązać kontakt ze współczesnymi. Szlifuje prawdy i mądrości, które mają coraz mniejszą siłę przebicia, bo zwyczajnie giną w przestrzeni nadmiaru jednoczesnych wypowiedzi. Zupełnie paradoksalnie – im bardziej rozległa i głęboka treść, tym mniejsze szanse na jej dotarcie do wielu, bo masa nie lubi trudności w przyswajaniu. Powstające utwory wymagają skupienia, uwagi, wyciszenia, intymności kontaktu, spokoju, a więc luksusu wolnego czasu lub przynajmniej czasu wolniej płynącego. A tu tydzień za tygodniem, rok za rokiem, coraz głośniej i szybciej upływają dni pośród czynności, po których nie zostaje ślad.
   I jeśli dziś zazdroszczę ludziom parającym się słowem, to czego najbardziej? Uporu, godnego lepszej sprawy? Przekonania o słuszności życiowego wyboru? Wiary w moc wypowiadanych treści? Pychy, że ich twórczość jest wystarczająco nośna, by stanąć ponad tłumem piszących? Determinacji w biegu po sławę, zaszczyty i pieniądze? Choć akurat ten powód wydaje się być co najmniej żałosny, w czasach, gdy celebrytami bywają ludzie, którzy nie mają nic do powiedzenia. Zatem chyba zazdroszczę im siły imperatywu. Przekonania o powołaniu, co nawet nie brzmi śmiesznie, raczej patetycznie. Zazdroszczę im, że nadal piszą, wbrew milionom tomów na księgarskich półkach, że piszą wbrew milionom tekstów na tysiącach płyt muzycznych i filmowych, że publikują wbrew wczoraj drukowanym gazetom, które dziś są już tylko makulaturą.

skomentuj (2)
Księga Gości