Jednak jestem patriotą. Przynajmniej na poziomie nieświadomości. Gdy po raz pierwszy usłyszałem w radiu niemiecki, czeski i francuski głos zdziwienia w sprawie polskiego numeru jeden w Europie, byłem święcie przekonany, że chodzi o zauroczenie końcem naszej prezydencji w Unii. Czyż trzeba większego znaku patriotyzmu podświadomego, gdy ten świadomy rysuje wyłącznie niezmienny obraz prezesa, wieszczącego nieuchronną zagładę polskości?
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tym razem numer jeden, to jednak nie kwestia truskawek ani oscypka na europejskim stole, a rzecz dotyczy tylko niepłacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Zdziwienie nie oznacza wszakże rozczarowania. W końcu jest tu powód do radości. Istnieje chociaż jedna dziedzina, w której nie ciągniemy się w kontynentalnym ogonie. Tyle że Europa prawdopodobnie ma to w nosie i słusznie, bo o rywalizacji na tym polu nie może być mowy.
Nawet jeśli jesteśmy rzeczywiście tym numerem jeden w niepłaceniu abonamentu, to co nam po tym? Całkiem niedawno byłem naiwnie przekonany, że płacąc go robimy narodową zrzutkę na produkcję programów radiowych i telewizyjnych, choć oczywiście nie byłem aż tak naiwny, żeby wierzyć w misyjną moc tych produkcji. Wszak każdego dnia widać jej poziom, nawet przy najbardziej przypadkowym kliknięciu pilota. Jednak coś mnie pokusiło, żeby przeczytać komunikat o aktualnych cenach abonamentu i nagle doznałem oświecenia. Oto przypomniałem sobie, że płacąc abonament nie tylko nie wspieram misji mediów publicznych, nie tylko nie będę wiedział na co krwawica ma pójdzie i jakim błockiem debat politycznych oczy widza umorusa, jakim serialem rozum społeczny zamuli, ale pojąłem wręcz od nowa, że zapłacę po raz któryś tam z rzędu li tylko za posiadanie wciąż tego samego od dekady odbiornika radiowego i niewiele młodszego telewizora.
Łatwo pojąć dlaczego Niemiec, Francuz i Czech rzeczywiście mogą być zdziwieni naszym pierwszeństwem, jeśli tkwią w naiwnym przekonaniu, jakoby abonament wzniośle wspierał produkcję programów służących rozwojowi ducha i umysłu przeciętnego mieszkańca nadwiślańskiego kraju. Gdyby jednak wiedzieli, że to tylko haracz państwowy, narzucony co roku na obywatela, za posiadanie sprzętu, prawdopodobnie podtrzymywaliby jeszcze w Polakach wolę pozostania w unijnym pierwszeństwie. W końcu nawet najdłuższy kredyt komercyjny, w najbardziej lichwiarskim banku i przy najmniej przyjaznym sklepie AGD, spłaca się szybciej i taniej, a przede wszystkim z nadzieją realnego końca, którego przy tej formie pobierania abonamentu nie uświadczysz, przynajmniej dopóki odbiornik zakupiony nawet w poprzednich realiach polityczno-gospodarczych ciągle jest sprawny.
Ciekawi mnie jednak na co liczyli twórcy tego spotu? Jaki w ogóle to rodzaj? Przecież nie reklama tego, że jesteśmy numer jeden w niepłaceniu. Społeczna kampania na rzecz poprawy ściągalności abonamentu? Średnio w to wierzę, skoro lubimy odruchy stadne, tym bardziej nikt nie wysunie się przed szereg, żeby nie wyjść na zawstydzonego frajera. Wszak Polak potrafi! To zaradny cwaniak, z pewnością bardziej rozgarnięty niż przedstawiciel innej nacji, przekorny i zawsze ma swoje zdanie. Zatem kolejne gigantyczne pieniądze podatnika wywalone po nic? Może trzeba było je przerzucić na konto do wpłaty abonamentu, zamiast tracić czas i siły na coś, co w niejednym podtrzyma opór płatniczy?
A gdyby tak zacząć z drugiej strony? Dlaczego w PRL-u i pierwszych latach wolności ludzie płacili abonament i nagle przestali? Wzrósł poziom skąpstwa? Przestali bać się sankcji systemowych? Pogorszyła się oferta programowa? Byli bardziej zdyscyplinowani i poczuwali się do odpowiedzialności za misję mediów publicznych? Wszystkiego pewnie po trosze, choć zawsze tak samo nie było skutecznego systemu kontroli rzetelności opłat. Poza tym na dzisiejsze zaprzestanie wpłynęła przede wszystkim różnorodność propozycji innych mediów. Dziś widz doskonale obejdzie się bez państwowych, bo jest przekonany, że komercyjne wypełnią każdą lukę jego oczekiwań. Nawet jeśli publiczne radio zniknie, a z nim telewizja, nie odczuje tego nie tylko z powodu mnogiej ilości stacji internetowych, kablówek i telewizji satelitarnych, ale też z powodu zabiegania i zwykłego braku czasu na siedzenie przed telewizorem. Komputer z siecią skutecznie zaś wypełni ostatnie wolne chwile zbyt krótkiej doby.
Widzimy już teraz, że pogoń za wskaźnikami oglądalności, czyli ukierunkowanie na pozyskanie reklamodawców, skazała - przede wszystkim telewizję - na totalną rezygnację z misji społeczno-kulturalnej, z kreowania dobrego smaku i poziomu widza, a przez to w ramówce mamy dźwięczący jarmark i barwną hucpę pustych obrazków. Tym bardziej wskazuje to na usilną potrzebę kreowania upodobań bardziej wysublimowanych, jeśli jako naród nie chcemy wracać do jaskini. Skoro dziś bez abonamentu, utrzymując najczęściej oglądane kanały z reklam, da się zarabiać niemal wyłącznie na odmóżdżeniu społeczeństwa, nie najlepszą przyszłość wróży to temu krajowi.
Może zatem zamiast wywalać kaskę na kampanię zawstydzania, warto zbadać za co chciałby jeszcze zapłacić widz czy radiosłuchacz? Niewykluczone, że wolałby właśnie za to, do czego konkretnie i najczęściej sięga. Z jednej strony wybrana stacja radiowa, której od lat z przekonaniem słucha, a z drugiej wybrany kanał tematyczny w telewizorze, jeden lub dwa, może trzy, w którym znajdzie coś dla siebie, ilekroć zaznaczy coś pisakiem w programie z gazety i przysiądzie na moment przed ekranem. Wówczas naturalna selekcja zadecydowałaby, które programy mają rację bytu, a które muszą zmienić charakter lub zwyczajnie odejść do krainy wiecznego archiwum. Chyba to byłby lepszy pomysł na rzecz przekonania rodaków do płacenia na konkret. Dosyć głupawa kampania na rzecz zawstydzania Polaka wobec obywateli Europy wzbudza jedynie uśmiech politowania. Gdyby bowiem jej mieszkańcy wiedzieli, że nad Wisłą nie płaci się za jakość propozycji programowej, a jedynie wybulić trzeba haracz za posiadanie odbiornika, który przeważnie faszeruje nas popeliną i gotowaniem na ekranie, zrozumieliby, że długo jeszcze nie będziemy płacić abonamentu i to bynajmniej nie z powodu megalomanii i pragnienia bycia numer jeden na liście czarnego PR-u.
Tagi: telewizja, polacy, radio, refleksje, społeczeństwo, abonament, numer jeden, płacenie abonamentu, misja publiczna
Ostrze pozostawiło pierwszy jasny pasek skóry bez zarostu. Oczy błysnęły radośnie, gdy Roman uśmiechnął się do myśli, że w tym roku ogoli się o jeden raz więcej niż w ubiegłym. A może nawet nie? Przecież w weekendy zdarza mu się wyłamać z rytmu szarpania twarzy co drugi dzień. „Nawet ze stałej gładkości nie mogę zrobić noworocznego postanowienia”, pomyślał, bo żaden inny pomysł nie przychodził do głowy. Nie pierwszy raz zaczynał golenie od dorocznej myśli: co z nim nie tak, że niczego nie może postanowić na kolejny rok życia?
Samochód ma, małe mieszkanie też, pracę, nawet jeśli nie najlepszą, dziękuje za nią Bogu, skoro tylu ludzi wokół nie ma jej wcale, pracują na czarno albo na śmieciowe umowy. Nie ma też żony, która gderałaby nad głową i wiecznie rościła pretensje, że za mało daje z siebie, że ją zaniedbuje. Właśnie. A może postanowieniem na nowy rok da się uczynić próbę znalezienia dziewczyny? Może niegłupiej, porządnej, cichej, czystej, żyjącej duchem i … roześmiał się, bo z pola postanowień wkroczył nieopatrznie na pole działania złotej rybki. Skoro nie udało mu się do trzydziestego ósmego roku życia, to i w trzydziestym dziewiątym cud się nie zdarzy i nie znajdzie kobiety życia. Tym bardziej, że każda złowiona rybka jest dla niego od lat złota. Każdą złowioną tak samo wypuszcza do wody, zanim ta przemówi do Romanowego miłosierdzia ludzkim głosem. Znają go, więc nie fatygują się i też dobrze.
Przeniósł ostrze maszynki na brodę. Ale o co chodzi? Dlaczego ludzie z nowym rokiem muszą koniecznie coś postanowić? Skąd w nich ta potrzeba zaczynania od nowa? Z niezadowolenia. Na pewno. Z poczucia, że coś dotąd przeoczyli? Że pobiegli nie za tym zajączkiem? Czy rzeczywiście tak skupiają się na celach końcowych, że nie zdążą zaczerpnąć radości z drogi do jakiegokolwiek celu? A może zwyczajnie boją się śmierci? Ciągle im się wydaje, że postanawiając coś na nowym starcie, zatrzymają nieuchronność końca? Absurd.
Śmierć oswojona, śmierć - wierna towarzyszka przemijania, idąca obok jak cień, śmierć – drzwi zamykające wypełnienie czasu, z jakiego pozostanie tylko to, co dobre, to przecież nie straszy. Ale tylko wówczas, gdy ma się poczucie, że czemuś to rzeczywiście służyło, dodało pozytywnej energii. A jeśli nie? Jeśli życie było gonitwą kolekcjonera błyskotek? Czym da się zagłuszyć stratę czasu? Tym, że kupię lepszy samochód niż kolega? Że przelecę czternaście kochanek? Że położę nową glazurę w łazience? Że pojadę na Seszele? Że zjem czekoladę tylko w poniedziałek i środę, a w pozostałe dni wyląduję w fitnessie? Że kupię działkę budowlaną, bo ma ją Zosia, Andrzej i Mietek? Że pojadę w góry cztery razy? Czy to wszystko zmieni ich w szczęśliwych? Przecież już w zamierzeniu jest spełnienie i brak dalszej perspektywy. Nawet najdłuższa lista zrealizowanych postanowień jest zamknięta już na starcie. Daje namacalny kres i przyniesie nowe głody, których nasycenie też będzie chwilowe. W następnym roku znowu będą snuć plany i pomyślą, że realizując postanowienia będą szczęśliwi. I tak ciągle, niczym rozbawiony piesek, będą gonić ogonek do zawrotu głowy. Ani lepsi, ani mądrzejsi, ani szczęśliwsi. Absurd.
Roman golił już drugi policzek i poczuł ukłucie. Na skórze pojawiła się kropla krwi. „Tyle lat się golę i ciągle to samo”, pomyślał w tym samym momencie, gdy przez głowę mknęła inna myśl, że może jednak zbyt dobre samopoczucie powoduje, że nie umie niczego postanowić na nowy rok. Może nie ma dystansu do siebie? Może nie potrafi znaleźć słabych punków osobowości? Może to skutek nieczytania mądrych amerykańskich poradników i przewodników, niezawodnych drogowskazów do spełnionego życia? Bez nich trudno przypominać sobie codziennie: jestem dobry, ale muszę postawić sobie nowy cel, muszę popracować nad nowym wizerunkiem, panuję nad swoim życiem, ale poprawię sylwetkę, jestem asertywny, ale nie wobec wszystkich, więc powinienem... Nic nie muszę, dużo mogę, przekroczę siebie, pod warunkiem, że… Tyle że i bez tego Roman jest panem swojego życia, bo niczego nie oczekuje ponad normalność. Ale czym ona jest? Słuchaniem własnego wnętrza? Odwagą pójścia za swoim głosem?
Przypomniał sobie ulubioną mądrość, dawno zasłyszaną: „prawdziwe powołanie człowieka jest proste: budować świat przeciw światu”. Jak dziś to robić? Może wystarczy nie biec za stadem? Zwolnić na własnej drodze i nie dostrzegać wyprzedzających? W końcu każdy z nas jest inny z jakiegoś powodu. Roman dawno nie biegnie, nie szuka okazji, nie ulega modom na te wszystkie aj (pody, pady, srady), nie wie nawet czym się różnią, ale wie, że nie zaśmieca głowy nadmiarem zbytecznych informacji. Nie korzysta z nowych ofert cyfry plus czy minus, czy zero, nie biega z obłędem w oczach za promocjami, nie jeździ na narty do Włoch, ani do Szwajcarii, nawet na Słowację, nie ma konta na fejsie i naszej klasie, nie zapisał się na portal randkowy i nie zamierza. Roman nie ma nawet telewizora, więc co jeszcze mógłby zbudować przeciw światu?
Czy działanie przez opór wobec przymusu czasów i ludzi, wobec presji marketingu, jest jeszcze budowaniem przeciw światu? Może to tylko uciekanie w ciszę, daleko od szumów i nacisków? Ale przecież Roman ma coś jeszcze. Uwielbia włóczyć się po lesie i robić zdjęcia, których nawet nie publikuje i nie drukuje, bo nie aplauz jest ich celem. Zbiera dzwonki z całego świata, choć nikt nie ogląda kolekcji, bo nie potrzebuje cmokania zachwytów. Od dwóch lat ciągnie forum dla samotnych, skopanych przez los i zagubionych, na którym aktywnie udziela się, choć żaden z niego terapeuta, ale człowiek, który towarzyszy, jest i wspiera, więc nie musi robić postanowień noworocznych.
Uśmiechnął się do odbicia w lustrze, bo dziś nawet woda po goleniu nie paliła skóry, nic go nie paliło, a rozpoczęty dzień wystarczał za zaczynanie całego roku. W końcu jest tak samo nieodgadniony i tak samo nie wywiera presji jak pozostałe trzysta dni z dużym hakiem. Z każdym przyjdzie się spotkać, od nowa każdego ranka, jakby nowy rok przychodził po każdej nocy, bez kartek i cyferek z kalendarza. A z każdym z nich wcale nie trzeba się mierzyć, wystarczy przeżyć tak, by z uśmiechem dało się zerknąć w lustro przy kolejnym goleniu.
Tagi: codzienność, nowy rok, myśli, człowiek, refleksje, postanowienia, jednostka, przeciw światu, wewnętrzny ład
Są ochrzczeni, ale nie czują się częścią wspólnoty katolickiej. Biorą udział w tych rytuałach religijnych, które sami wybiorą […] Na mszy świętej pojawiają się rzadko. Mówią, że nie mają problemu z wiarą w Boga, oni mają problem z Kościołem. Tak o swoich bohaterach pisze Sylwia Szwed, autorka reportażu „Jezu, to nie fair” („Duży Format”, 01.12.2011). Autorka zastrzega, że nie tworzą oni żadnej wspólnoty i nie wiedzą nawzajem o swoim istnieniu. I to jest prawda. Każdy z nas może wskazać podobne osoby w swoim bliższym i dalszym otoczeniu; w rodzinie, wśród krewnych czy wśród sąsiadów i kolegów z pracy. Zdaje się, że pojęcie „wierzący niepraktykujący” jest dziś równie powszechne jak „Polak katolik” i może, dzięki Bogu, z czasem wywoła podobną obojętność, bo im więcej epatuje się podobnymi określeniami, tym mniej emocji one wywołują, pospolicieją i powszednieją, aż całkowicie przestaniemy przypisywać im jakąkolwiek moc.
Zastanawiać może jednak fakt, dlaczego polski Kościół w powszechnej opinii i w medialnym ujęciu jest dziś tak skrajnie podzielony na zatwardziałych obrońców jedynie słusznej formy wiary i na tych letnich rytualistów, jakby zniknęli ludzie głębokiej religijności. Pierwsi występują jako zgorzkniali pieniacze, nieugięci obrońcy oblężonej twierdzy, wylęknieni i niezdolni do zdrowego dystansu wobec inności, agresywni wobec każdego, kto myśli inaczej. Drudzy chodzą na łatwiznę i pogubieni w gestach nie potrafią się odnaleźć. Nie stać ich na wysiłek poznania głębi tego, co krytykują lub negują nieco a priori, bez potrzeby poznania szczegółu. Ale też patrzą z jakąś tęsknotą i żalem, że nie mogą być ani prawdziwie wierzący, ani konsekwentnie niepraktykujący, więc lewitują pomiędzy jednym a drugim.
W omawianym tekście pojawia się charakterystyczna postać Marii, 27 letniej dziennikarki, w której postawie, niczym w soczewce, skupia się podejście do wiary bardzo charakterystyczne dla znacznej części rodaków. Z premedytacją zacytuję kilka zdań tej wypowiedzi, nie po to bynajmniej, żeby czepiać się mniej lub bardziej konkretnej kobiety, ale żeby przyjrzeć się zachowaniom osób, które koniecznie chcą obwinić Kościół – rozumiany jako połączenie wspólnoty, tradycji, wiary i Boga – a siebie usiłują zwolnić z wszelkiej odpowiedzialności za jakość tejże wspólnoty i wiary lub niewiary w ich własnym wydaniu.
Maria mówi: to był dla mnie pusty rytuał. Teraz śpiewamy, potem klęczymy, następnie siadamy. Boże, żeby była wolna ławka! Kazanie przesypiamy, myślimy o własnych sprawach. Aż chce się zapytać: czy wszelkie katechezy bohaterka też przesypiała? Zdaje się, że do matury dosyć czynnie „uprawiała rytuały”, a więc gdzieś miała szansę usłyszeć, co się dzieje i po co w czasie każdej Mszy. Podejrzewam, że na wielu rekolekcjach parafialnych mogła pobrać nauki, z których wynikało, z czego składa się Eucharystia i która część co oznacza i co daje. Miała dostęp do lektur objaśniających drogę do zbawienia, sens przeżywania pamiątki ofiary Jezusa, miała dostęp do czasopism katolickich na różnym poziomie, a jednak nie korzystała. Jeśli dziś, jako dorosła osoba z wyższym wykształceniem, mówi o pustym rytuale, to prawdopodobnie zabrakło inteligencji albo wiary właśnie, albo woli poznania i wejścia w tajemnicę Eucharystii. Nie było chęci przełamania własnych ograniczeń i zbliżenia się do Chrystusa na tyle uczciwie i szczerze, żeby poczuć mistyczną rzeczywistość skrytą w gestach i wypowiadanych słowach. Jeśli utkwiła na poziomie pantomimy, spektaklu gestów, na poziomie możliwym co najwyżej dla nastolatka i nie dała sobie szansy przejścia na wyższy poziom poznania, trudno dziś mieć żal do Kościoła, że statystyczna Maria podaje się za wierzącą ignorantkę i można Bogu dziękować, że przynajmniej uczciwie nie praktykuje dalej. Po co ma tracić życie na puste gesty?
Dlatego też Maria nigdy nie odczuwała, że liturgia to wielkie przeżycie, a raczej ciężki obowiązek (Cholera, trzeba wstać, pójść i wystać swoje). Chodziła regularnie na msze z nadzieją, że uwierzy. Że zobaczy w tym sens. Ale tak się nie stało.
Ciekawe jaką metodą miało się to stać bez wkładu własnego? Zdaje się, że wszelkim Mariom i Marianom tego pokroju, przeszkodą na drodze wiary są oni sami. Przynajmniej dopóki chodzą na siłę do kościoła, ale nie odważą się pójść na spotkanie z żywym Bogiem, który objawia się tylko ludziom gotowym podjąć trud poznania. Bóg nikomu nie pcha się z butami w życie, oczekuje uczciwego zaproszenia ze strony człowieka. Dopóki zwolennicy ciężkiego rytuału nie idą na spotkanie z osobowym Bogiem, którego obecności pragną we własnym życiu, a zamierzają jedynie ograniczać Jego obecność do murów kościoła, nie pomoże im ani zmiana duszpasterza czy wyznania, ani tym bardziej wybieranie jak w hipermarkecie tych rytuałów, które są łatwo dostępne i wygodne w użyciu.
Maria jednak ma głębokie wrażenie, że Bóg jest obecny w jej życiu i pomaga, kiedy na czymś jej zależy. Od czasu do czasu z nim rozmawia, nie potrzebuje pośredników. W tym wyznaniu można się pogubić, przyznaję. Kto tu jest dla kogo bogiem? Maria bogiem dla Boga, czy jednak Bóg ma szanse dotrzeć czasem do Marii jako Pan jej życia i śmierci, Stwórca i kochający Ojciec? Oczywiście pod warunkiem, że ona na to pozwoli od czasu do czasu. A może wrażenie wiary, to jednak wrażenie obecności dżina na zawołanie? Coś w stylu: jak będę potrzebowała Twojej pomocy, to potrę lampkę łapką i wtedy drzyj zelówki, żeby spełniać moje życzenia. A jak spełnisz, zmykaj do swojej lampki do następnego roszczenia i niczego nie oczekuj. Gdy zaś pewnego dnia nie spełnisz moich zachcianek, to żaden z ciebie bóg, i nie licz, że będę pamiętać o tym, co dostałam pięć i piętnaście lat temu, żadnej wdzięczności, w końcu po co cię mam?
Maria w pogubieniu swoim ma jednak pragnienie łączności z Chrystusem eucharystycznym, gdy mówi: teoretycznie wiem, co oznacza Komunia Święta. Chcę w to wierzyć, ale nie czuję, że biorąc opłatek, spożywam ciało Chrystusa. A co miałaby czuć, przepraszam? Smak krwi i mięsa? Zobaczyć oślepiający blask łaski? Usłyszeć anielskie chóry? Jeśli zaraz potem wyznaje, że ostatni raz u spowiedzi była osiem lat temu? Może zatem zapomniała, że prawdziwa wiara, to nie fast food. Tu nie ma w pięć minut smacznie i ciepło. Żeby czuć, że spożywam ciało Chrystusa, trzeba trochę popracować nad sobą, postarać się wspomóc łaskę daną od Boga, daną tym, którzy uczciwie o to proszą, trudzą się ze swoim życiem, potykają się o własne słabości, podnoszą się, znowu upadają, ale za każdym razem uczciwie i z nową wiarą jednają się z Bogiem przez sakrament pokuty, walczą o lepsze „ja” i powoli dorastają do głębi wiary. Nie dzieje się to bynajmniej bez wysiłku, przy pomocy magicznych gestów, ale przede wszystkim przy wzrastaniu w codziennej łączności z Bogiem, przez pogłębianą modlitwę, lekturę Pisma Świętego, codzienne szukanie Boga także w drugim człowieku, w przełamywaniu siebie wbrew sobie i w najbanalniejszych, bezinteresownych gestach dobrej woli, ot choćby w parkowaniu samochodu z myślą o pozostawieniu miejsca drugiemu, choć o to nie prosi. Dopóki człowiek nie uczyni pierwszego kroku w stronę poznania rzeczywistości dobra i miłości, Kościół w każdym czasie i w każdej formie będzie tylko teatrem gestów, który da się obwinić o wszystko, tylko po co? Doskonale wiemy, że w Kościele przeważają ludzie słabi i ubodzy duchem, bo nie potrzebują lekarza ci, co dobrze się mają. Mocni zaś i święci żyją w ukryciu, zwyczajnie nie są medialni.
Tagi: religia, wiara, bóg, kościół, refleksje, katolicyzm, katolik, rytuał, wierzący niepraktykujący
Wymyk Grega Zglińskiego dystrybutorzy reklamują jako najmocniejszy film tego roku. Trudno się dziwić, bo prawem producenta i dystrybutora jest przyciągać do kina jak największą publiczność, a zarobić na kinie niekomercyjnym z pewnością nie jest łatwo, szczególnie pod tą szerokością geograficzną. Tymczasem obraz Zglińskiego należałoby reklamować raczej jako najmądrzejszy film roku 2011r. Obawiam się jednak, że w przypadku tej części publiczności, która nie widzi nic niestosownego w zakłócaniu odbioru filmu szelestem, siorbaniem i chrupaniem kukurydzy, mądrość może kojarzyć się z czymś niestrawnym, uciążliwym i trudnym. Zapowiadanie zaś filmu jako najmądrzejszego byłoby kasowaniem nadziei na zysk.
Kto jednak w tym przypadku spodziewa się drastycznych scen, mocnej akcji, rozlewu krwi, przejawów agresji, wyjdzie z kina nieco rozczarowany. Właściwie poza omówioną już we wszystkich mediach sceną samochodowego przejazdu braci przed pędzącym pociągiem i oprócz scen szarpaniny i wyrzucenia bohatera z jadącego pociągu, nie ma tu nic mocnego, przynajmniej w rozumieniu kina akcji. Na szczęście nic więcej nie ma.
Co zaś jest? Wielopłaszczyznowy dramat i to jest najcenniejszy walor tego dzieła. Główne jego postaci, to Alfred i Jerzy, bracia prowadzący rodzinną firmę. Pomiędzy nimi zarysowano wyraźną linię podziału. Jerzy, młodszy, to pupil rodziców od zawsze. Wykształcony, zaradny, patrzący śmiało w przyszłość. Ma sporo pomysłów po powrocie z Ameryki, gdzie zdobywał nie tylko środki, ale też poznawał technologię telewizji kablowych i satelitarnych. Spokojny, choć zdecydowany, stateczny, ułożony, odpowiedzialny, samodzielnie wychowujący dwoje dzieci po śmierci żony. Alfred to ten zły brat, a przynajmniej z pozoru nienajlepszy. Zainteresowany zabawkami dla dużych chłopców; kolekcjoner broni palnej, fan szybkich samochodów, niechętny zmianom w firmie, odstawiony przez rodziców między innymi za niewłaściwe relacje z bratem, za brak potomstwa i nienajlepszy wybór kandydatki na żonę, ale też szef wyraźnie nielubiany przez pracowników.
Twórcy Wymyku właśnie Alfreda wybierają na centralną postać filmu. I tu świetnie sprawdza się Robert Więckiewicz, jako wyjątkowy specjalista od odtwarzania postaci nierównych, budzących tyle samo sympatii, co niechęci. Twarz Więckiewicza, daleka od gładkości z reklam maszynek do golenia, jego głos, gesty, mimika, spojrzenie nie pozwalają przejść obojętnie. Może budzić agresję, współczucie, może irytować i wywoływać wszelkie odruchy politowania, bo to jednocześnie twarz cwaniaka, twardziela i twarz dużego chłopca, schowanego wrażliwca, okaleczonego emocjonalnie przez los, otoczenie lub zbieg okoliczności. Z pewnością nieprzypadkowo sam Więckiewicz wybiera takie role, gdzie da się mocno wyeksponować niejednoznaczność emocjonalną. Tak odtwarzał choćby rolę uwikłanego ubeka w Różyczce Kidawy-Błońskiego, czy nieco chropawego, ale szlachetnego alkoholika, zmagającego się z własną niemocą i trudnym nauczycielstwem we Wszystko będzie dobrze Wiszniewskiego.
Jaki zatem jest Fred w wydaniu Więckiewicza? Zgliński w ujmujący sposób charakteryzuje go na początku filmu. Właściwie przy pomocy dwóch scen. W warsztacie kolegi, gdzie odbiera używany szybki samochód i pistolet do kolekcji, a potem w domu, gdy przynosi żonie bukiet róż, kryjąc zakup chłopięcej zabaweczki na kółkach pod pretekstem prezentu z okazji rocznicy ślubu, choć żona nie ma nawet prawa jazdy. Przypomnijmy, że widz ma świeżo w pamięci jego nieodpowiedzialną przejażdżkę z bratem, z wstrzymującym dech w piersi przejazdem przed pędzącym pociągiem. I mamy pełną charakterystykę niedojrzałości bohatera. Do tego wizerunku, w kilku następnych ujęciach, dołączy obraz okaleczenia emocjonalnego, poczucie, że traci kontrolę nad firmą bo niczym bohater filmu Nic śmiesznego Koterskiego, Fred może powiedzieć: „drugi, całe życie byłem drugi”. Stąd arogancja wobec przedstawicieli telewizji kablowej, która według Jerzego gwarantuje dalszy rozwój rodzinnego interesu, ordynarne zachowania Freda wobec własnych pracowników, nieskrywana niechęć do zachowań i postaw brata i złośliwe komentarze w stosunku do jego wszelkich poczynań oraz pobytu w Stanach, gdy Alfred kierował firmą i opiekował się chorym ojcem i już wiemy, że wszystko zmierza do ostrej konfrontacji. Choć Jerzy w wydaniu Łukasza Simlata też nie budzi entuzjastycznej akceptacji, bo w swojej uszczypliwości i pewnej arogancji nie wygląda na miłosiernego Samarytanina i brata Łatę, z pewnością widz nie stanie po stronie Freda.
Na tym głównie polega wspomniana mądrość tego filmu, że nic dalej nie jest jasne i jednoznaczne do końca. Przypadek losowy sprawia, że bracia staną wobec sytuacji granicznej. Konieczność obrony dziewczyny zaczepianej w pociągu przez bandę troglodytów, każe zająć stanowisko i Fred ponownie okaże się tym drugim, który nie rwie się do pomocy szlachetnemu bratu, a ten ostatecznie zapłaci życiem za obywatelską postawę. Pech chce, że świadectwo tchórzostwa Alfreda znajdzie finał w sieciowym obiegu i mężczyzna straci wszystko. Po śmierci brata wcale nie będzie pierwszy, będzie ostatni, bo wszyscy się odwrócą. Rodzice zostawią go samemu sobie, żona odejdzie i zostanie mu jedynie naga prawda o własnej małości, z której zawsze może powstać lepszy człowiek. Może, ale czy musi? Mądrość tego obrazu i na tym polega, że Zgliński nie zamierza epatować widza tanim moralizatorstwem. Kończy film sceną otwartą, w której Fred bierze się za rozładunek wielkiej przyczepy z akcesoriami telewizji kablowej, sprowadzonymi przez zmarłego brata.
W wielu opiniach na temat Wymyku pojawia się próba odczytania obrazu przez odniesienie do archetypu biblijnego Kaina i Abla. Rzeczywiście, przeciwstawienie Alfreda i Jerzego może nieść takie skojarzenia, ale nie wiem, czy do końca da się je obronić? Taka interpretacja też wymyka się jednoznaczności. Fred nie popełnia bratobójstwa z premedytacją, a jedynie wskutek niezdolności do pomocy bratu. Nie ma tu zimnego wyrachowania w zbrodni, żadnej kalkulacji, jest dojrzewająca świadomość własnej małości i bolesnego stawania w prawdzie. I tylko jedno w nim pozostaje na pewno: kainowe piętno, świadectwo tchórzostwa wrzucone w internet, które Fred, pozostający w społeczności małego miasteczka, będzie nosił do końca życia. Ale właściwie za co? Że „całe życie był drugi”? Że żył w cieniu własnego brata, że był tym, który nawet dzieci nie umie zrobić? W zasadzie bliżej mu chyba do tragedii greckiej, do ofiary fatum, niż do zbrodni Kaina. Także i dlatego ten film jest cenny i godny polecenia, że w czasach medialnego bombardowania receptami na sukces i łatwymi przepisami na życie podług naszych pragnień, aspiracji i planów, pokazuje, że nie wszystko zależy od nas samych, a los ma na składzie także jaja z niemiłą niespodzianką.
Tagi: rodzina, recenzja, bracia, film polski, tchórzostwo, kino polskie, wymyk_opinie, greg zgliński, robert więckiewicz, kain i abel
Ciekawe z czym kojarzy się związek partnerski w miarę liberalnemu Polakowi, który tkwi w mniej lub bardziej spełnionym małżeństwie? Z modą na małpowanie Zachodu? Z wygodnictwem? Ze zdrowym rozsądkiem, szczególnie w dobie szalejącej statystyki rozwodów? Czy jednak z życiową mądrością, która nie zachęca do uprawiania ugorów monotonnej i powtarzalnej codzienności, z wizją wspólnego starzenia się w tle? Wszak żyjemy w kulturze hołubiącej młodość, dobrą zabawę i wszechogarniające spełnienie.
Jakie zaś skojarzenia niesie parcie na legalizowanie związku partnerskiego? Troskę o wspólny majątek? O pełny dostęp do wiedzy o stanie zdrowia partnera? Lęk o dziedziczenie? Zabiegi o uzyskanie wspólnej zdolności kredytowej i rozliczanie z fiskusem? Powiedzmy sobie jasno: w wolnym społeczeństwie i w demokratycznym kraju, to dobre pomysły. Związek partnerski wydaje się słusznym rozwiązaniem dla osób, które z powodu ateizmu, niechęci do instytucji kościelnych, do urzędów czy z powodu innych przekonań i zapatrywań nie mogą i nie chcą zawierać ani małżeństwa kościelnego, ani wstępować w cywilny związek i tak byłoby im po prostu łatwiej żyć i rozwiązać problemy natury socjalnej i społecznej.
Jeśli dziś wiele par hetero czy homoseksualnych ciągle czeka na ustawę umożliwiającą im zawieranie takich związków, z pewnością jedną z wielu przyczyn jest bariera mentalna. Pod tą szerokością geograficzną niełatwo da się wyłamać sztachetkę w ogrodzeniu postawionym z jednej strony przez Kościół, coraz chętniej otaczający się wysokim płotem przed złym światem i zamykający się w wysokiej wieży lęku przed utratą rządu dusz, a z drugiej strony mamy ospałe państwowe organy, którym nie na rękę miano zbyt liberalnych. Bo od liberalizmu już blisko do oskarżenia o antypolskość, o działanie przeciw tradycji i jedynie słusznej prawdzie.
Obawiam się jednak, że niektórzy promotorzy zawierania związków partnerskich, nie pomagają w budowaniu nowoczesnej wizji relacji międzyludzkich. Jeśli będą używać takich argumentów, jak te, które pojawiły się w reportażu „Chcemy związku partnerskiego”, opublikowanym w ostatnim dodatku Wyborczej (Duży Format, 10.11.2011), długo będziemy czekać na przyrost tolerancji. Przyjrzyjmy się wybranym aspektom ideologii budowanej przez zwolenników wolnego związku.
Agata: Małżeństwo kojarzy mi się z układem patriarchalnym, z tym, że kobieta obiecuje posłuszeństwo mężowi, mąż siedzi na kanapie i czyta gazetę, a ona krząta się po kuchni. […] W związek partnerski weszłabym na zasadzie sprzeciwu dla instytucji małżeństwa. […] Nasz związek opiera się na tym, że się bardzo lubimy, przyjaźnimy, co nie oznacza, że nie uprawiamy seksu. Paweł jest dobrym człowiekiem, z sercem na dłoni.
Myślę, że można wybaczyć Agacie ignorancję wobec treści przysięgi małżeńskiej (w końcu nigdy jej nie składała), ale i tak przypadkowego męża i niejedną żonę (bez względu na długość stażu małżeńskiego) zadziwić może przenikliwość umysłowa bohaterki, która prześwietliła na wskroś magiczną moc małżeństwa. Z powyższej wypowiedzi wynika bowiem, że upiorna instytucja może w przeciągu doby „dobrego człowieka z sercem na dłoni” zamienić w fuhrera patriarchatu, a z oddanego przyjaciela wyczaruje luja z gazetą, wypasionego na kanapie, oczekującego kufla piwa z rąk żony, przywołanej warknięciem od garów. I pomyśleć, że wszystko to przez krótką chwilę instytucjonalnej inicjacji! Drżyjcie spełnieni małżonkowie, oto nadchodzi światło prawdy, nawet nie macie pojęcia, że instytucja ta wpuszcza jad i zabija przyjaźń, miłości nie szczędzi, ni dobroci. Nawet jeśli jeszcze uprawiacie seks, jest on tylko patriarchalną przykrywką dla pozostawania żony w kuchni.
Joanna: Moi rodzice się rozwiedli jak byłam już pełnoletnia. Nie pamiętam ich szczęśliwych, tylko kłótnie i brak ciepła. Rozwiodła się też siostra mojego taty i brat mojej mamy oraz jej rodzice. Mam też wielu znajomych przed trzydziestką, którzy już są rozwiedzeni. […] Mnie się podoba, że mam poczucie wolności, mogę robić dużo rzeczy, które są moje.
Ten rodzaj wystąpienia przeciw małżeństwu można obrazowo porównać do negowania leczenia u dentysty, bo przecież nie ma po co tam chodzić, skoro wujek Stasiek raz poszedł, a popsuła mu się siódemka, cioci Zosi wypadła czwórka, kuzynka Marysia wypluła dwójkę, więc po co tracić czas i środki na wizyty i tak z góry wiadomo, że próchnica stoczy kły, jak niektórym przed czasem zżarła zdolność pogłębionej refleksji. Możemy żałować, że bohaterka nie dopowiada, jak to jest, że w wolnym związku można „robić dużo rzeczy, które są moje”, a małżeństwo już ich zabrania? Byłby to ciekawy aspekt poznawczy, którego nam zaoszczędzono.
Agnieszka: Myślę, że zmieniają się role społeczne i potrzeby związane z małżeństwem. Kiedyś miało zapewniać bezpieczeństwo, ciągłość, a teraz ludzie są ze sobą ze względu na miłość, dlatego, że jest im dobrze. Kiedy przestają się kochać, rozstają się. Chcą się realizować, rozwijać i druga osoba ma ich w tym nie ograniczać.
Powyższa wypowiedź rzuca bardzo istotne światło na instytucję związku partnerskiego, można je nieco wyjaskrawić. Gdy zmodyfikujemy końcówkę wypowiedzi uzyskamy takie mniej więcej brzmienie: a teraz ludzie są ze sobą ze względu na krótkotrwałą fascynację i w nowości poznawania jest im dobrze. Kiedy zaczną się sobą nudzić, kiedy przyjdzie proza powtarzalnych czynności życia i wzajemne pretensje o pierdoły, rozstają się. Chcą poznawać innych ludzi, skakać dalej z kwiatka na kwiatek i nie chcą oglądać tych, których zostawią. Nie chcą widzieć ich smutku, rozczarowania, nie chcą słyszeć o wyrządzonej krzywdzie, bo muszą się rozwijać w łapaniu nowych przyjemności życia, w końcu po co ono jest? Żeby było przyjemnie, więc po co słyszeć płacz dzieci na widok rozstających się rodziców? Po co wnikać w sedno małżeństwa, które według przekazywanej prawdy, obyczaju i tradycji miało scalać i utwierdzać ludzi w miłości trudnej i powszedniej, gdy rozpłyną się opary oczarowania i zachwytu sobą, przynależne narzeczeństwu. Małżeństwo, choćby i mocą sumienia, przypomina o złożonej przysiędze, ale też ma podtrzymywać w chwilach zwątpienia i zmęczenia sobą, pomagać znosić kryzysy, które wszystkich dopadają w jednakowym stopniu, bo ani ślub cywilny, ani kościelny nigdy i nikogo nie uwolniły od własnych słabości i egoizmu, ale cywilna przysięga albo świadomość Bożego błogosławieństwa, niejednemu pomagała budować poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka i jego przyszłość w chwili zwątpienia. Dawała siły do podniesienia z każdej własnej słabości i niemocy.
Może zatem uczciwiej byłoby, gdyby przynajmniej niektórzy zwolennicy związków partnerskich, zamiast wytaczać działa przeciw instytucji małżeństwa, powiedzieli sobie i nam wprost: to jest dobry czas promowania łatwizny, więc dajcie nam prawo do zarejestrowania wolnego związku, bo nie chcemy całe życie ponosić odpowiedzialności za to, że dziś nie umiemy kochać miłością, która troszczy się o innych, bo nie szuka swego. Bardziej pociąga nas szukanie tego, co daje chwilową przyjemność. Możemy dorobić sobie ideologie do partnerskich związków, ale nie oczekujcie od nas długoterminowej odpowiedzialności za dokonane wybory, skoro żyjemy w czasie przerostu formy nad treścią i płytkiego tłumaczenia rzeczy, do których nie dorastamy. Dajcie nam prawo do usankcjonowanej niedojrzałości, bo za skutki społeczne naszych działań i tak nie ręczymy, nawet w usankcjonowanym związku.
Tagi: partnerstwo, życie, małżeństwo, refleksje, społeczeństwo, mentalność, związek, związki partnerskie, pary i związki