RSS
 

Błotna noc

07 gru

cicha_2Bohater Cichej nocy, Adam (Dawid Ogrodnik), wraca z zagranicy autobusem. Jest sam pośród podobnych mu robotników, których mentalność reżyser oddaje moczem lejących tyralierą na pole przy stacji benzynowej, nie będą płacić za toaletę. Adam wkrótce odetnie się od nich i przesiądzie z autobusu do wypożyczonego lexusa. Musi wpasować się w status zwycięzcy, plan tego wymaga. To nie jest pusty gest, bo wierzy w siebie, w swoją moc i przedsiębiorczość. Wierzy, że może jeszcze nie dziś, ale uda mu się pomóc sobie i najbliższym, których musi teraz przekonać. Potrzebuje wyswobodzić ich z ojcowizny, żeby zbudować coś własnego, na czym wszyscy skorzystają.

Gdy rozedrgana kamera towarzyszyła Adamowi w drodze do domu, on sam filmował pocztówki z kraju na potrzeby klienta i nienarodzonego dziecka, nieustannie miałem poczucie, że pomylił kierunki, a jego optymizm uniósł się zbyt wysoko ponad sunące chmury. Coś podpowiadało, że pod żadnym pozorem nie powinien wracać  do kraju listopadowej szarości i pijaków wpadających pod koła, do ponurych domostw, smutnych kościołów fałszywej wiary, do rozbitych na poboczu aut, do medialnie pomijanej Polski B lub C. Widz odczuwa determinację bohatera i jednocześnie jakąś nerwową niechęć do podążania za nim w grząski świat, dobrze znany choćby z filmów Wojciecha Smarzowskiego.

cicha_4Mimo słów kolędy w tytule, można spodziewać się, że nie będzie tu świętej nocy, a i cicha będzie raczej wspak. I jakby na potwierdzenie obaw, Adama nie spotyka wylewność powitań w ponurych wnętrzach nieremontowanego domu. Wszyscy zajęci są przygotowaniami do kolacji, uroczystej na miarę zadupia zapomnianego przez Boga i wilki, zatopionego w realnym i symbolicznym błocie. Fizycznie pokrywa ono obejście, otacza budynki gospodarcze, a półmrok zagęszcza ekran i potęguje narastanie grozy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że relacje w rodzinie też jakby lepi i pokrywa błoto niedomówień, nieporozumień i żalu. Matka (bardzo przekonująca Agnieszka Suchora) zdaje się raczej być przerażona niezapowiedzianą wizytą syna i ma na twarzy pretensje, że ten nie umie dogadać się z bratem. Ojciec (świetny Arkadiusz Jakubik, jakże inny niż u Smarzowskiego) nie wykazuje radości z odwiedzin syna, bo wygląda na dawno zgaszonego i skupia się na samochodzie, bo zepsuł się i nie ma czym zawieźć rodziny na pasterkę. Dziadek, kopiący psa, bardziej niż wizytą wnuka zajęty jest złością na czworonoga, bo gołębie zadusił. I jeśli nestor jest czymś zatroskany, to raczej czy wódki nie zabraknie do zniesienia świąt. Jedynie najmłodsza siostra próbuje z radością wciągnąć go w swój plastikowy świat lalek.

Adam musi powiedzieć, że chce zacząć inne życie i potrzebuje sprzedać dom dziadka, ale zderza się z twarzami ludzi zamkniętych w swoich lękach, zakluczonych w niemocy i rozgoryczeniu tak dalece, że nie jest w stanie znaleźć dobrej chwili, by przemówić głosem nadziei. Jednego zdania trzeba, by uciec z tego marazmu i zacząć życie bez obciążeń, ale nic z tego. Rozbraja go niezdrowa relacja z bratem, który zawiódł i nie chce rozmawiać, z ojcem, którego nigdy nie było, bo życie spędzał na budowach Europy, żeby utrzymać liczną rodzinę. Z siostrą, której w małżeństwie średnio i z matką, która próbowała scalać dzieci i wychowywać bez ojca, ale wyszło jak przez okno.

Jakże to polskie i nasze, swojskie, realne, ale nie dołujące. Jeden silny, może naiwny, a może przedsiębiorczy, chce się oderwać, zacząć, ale nie pozwolą mu inni, choć najbliżsi. Całkiem jak w tej anegdocie, podług której w piekielnym kociołku diabeł nie musi pilnować Polaków, bo ilekroć jakiś się wynurzy, reszta pociągnie go na dno. I o tym też jest debiut Domalewskiego, który bez wątpienia zasłużył na nagrody otrzymane w Gdyni.

cicha_1Ojciec emigrant podczas walki o godność i byt rodziny popadł w alkoholizm, bo na Zachodzie zawsze był tylko Polakiem, kimś gorszym, choć tam właśnie chciał poczuć się człowiekiem. Rodzeństwo bez perspektyw tu i po każdej stronie granicy, wujek, marzący o jakimś biznesie, ale tylko gada, bo oczekując darów losu. Matka, która dba o pozory świętowania, bo jest barszczyk, pierogi, pasterka i zapalczywe wylewanie wódki za okno, żeby było trzeźwo przy opłatku. Trudno się dziwić, że pośród takich wzorców syn emigrant balansuje na granicy budowania i zatraty siebie. Porusza się po omacku, niewyposażony w żadną męską siłę, zdecydowanie i konsekwencję. Majątek na sprzedaż to nadzieja i ryzyko postawienia na jednego, który być może ucieknie i zapomni o reszcie. Jednak, gdy spadek pozostanie w rodzinie, pójdzie na zatracenie, bo nikt nie ma pomysłu, jak go zagospodarować.

Nad tym wszystkim unosi się nieustająca jesień niemocy, przechodząca w noc bez pierwszej gwiazdki. Bohaterowie nie mają nic na swoją obronę, nic poza sobą przy stole. Nie mieli wpływu na wybór szerokości geograficznej, pod którą żyją i gdzie kotłują się rodzinne animozje jak kraj długi i kwitnący cebulą, ale sił nie było też, by przesadzić się w inną glebę. Ich miłość jest kulejąca i jazgocze fałszywie jak kolęda wygrana na skrzypcach przez najmłodszą siostrę Adama, jednak innej mieć nie będą. Kleją atmosferę świąt jak nieszczęsne uszka, i wpisują się w tradycję przy pomocy choinki, kradzionej z cudzego lasu.

cicha_3Adam przyjechał do siostry i brata z planami na lepsze życie własne, wybranki serca i nienarodzonego dziecka, ale ostatecznie przyszło mu stwierdzić, że rodzeństwa się nie kocha, rodzeństwo się posiada. Przyjechał z nadzieją in blanco, a wdepnął w swojskie świętowanie. Musi uciekać jak stoi, bo ujawniona tajemnica nie daje alternatywy ani spadku. Ucieka, zanim bliscy pociągną go za sobą i pogrążą w wiecznym listopadzie.

Cicha noc Piotra Domalewskiego pojawia się na ekranach kin w samą porę. W czasie, gdy w galeriach handlowych i sklepach pobrzmiewają świąteczne brzdęki, migają fałszywe światełka, nakręcające apetyt na prezenty i świąteczny wypas, a dziewczęce aniołki, uzbrojone w koszyki i druciane skrzydła, wyłudzają dobroczynność. I nigdy nie wiadomo, co się stanie z tymi darami, gdy zmieni się wystrój świątyni konsumpcji. W galerii dzieci cierpliwie czekają na fotkę z Mikołajem na zlecenie, znudzonym i umęczonym nadprodukcją dobrych min. Tymczasem film Domalewskiego przychodzi, by przybić widza do scenek rodzinnych z głębokiej prowincji, którym daleko do rynkowej wersji Bożego Narodzenia. Reżyser świetnie równoważy to coś pomiędzy kiczem świąt wymuskanych reklamą a polską zwykłością, niedorastającą do telewizyjnej ułudy wigilii i za to mu chwała.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kultura

 

Melancholijnie, listopadowo, patriotycznie?

14 lis

K_Sledziowy_25_11_12 013 Tym razem święto niepodległości wypadło w sobotę i wywołało zamieszanie głównie w sklepach. Dało się odczuć coś jak zapowiedź hekatomby polsko-polskiej, która w ciągu doby wymknie się racom głównego miasta. W osiedlowej Biedronce trudno było choćby o dziesięć jaj, nawet jeśli nikt nie groził jej zamknięciem w niedzielę. Ale i to nie spowodowałoby konieczności zabierania głosu w takich okolicznościach patriotyzmu.

Przypadek sprawił, że wieczorem grzebałem w starych plikach i trafiłem na wiersz, własny. Bo kiedyś byłem poetą, wiersze sobie pisałem, a zaraz potem poszedłem po rozum do głowy. Nie mówiłbym o tym, gdyby ten odnaleziony nie zbiegł się datą z dniem święta narodowego. Pamiętam, że jego powstaniu towarzyszyła irracjonalna – jak się wówczas wydawało – gorycz. Nie za przyczyną odzyskanej niepodległości bynajmniej. Wówczas nie miałem pojęcia, co mnie trapi, ale dół pogłębiał się z godziny na godzinę. Siedziałem w pustym pokoju akademika, koledzy wyjechali na długi weekend, ukochana też, a ja poczułem bolesny imperatyw, by wykrzyczeć coś z wiarą, że ulży i tak powstał ten dziwny wiersz:

- nadzieja –

 jestem słońcem i łąką

twoim snem

w pokoju bez światła

i wody

nad ranem

zdzieram zasłony

rozchylam uda i czekam

byś z wiarą w miłość

smakował sumienie

94-11-11

A gdy już wypisałem cały smutek nadziei, wieczorem, bardzo okrężną drogą (na telefony komórkowe długo trzeba było czekać), dotarła do mnie wiadomość, że umarł ojciec, nagle. Od tej daty ojciec i ojczyzna idą pod rękę przez wieczność jak przez moje listopady, których świętowanie specjalnie mnie nie porywa i obchody łączę raczej z odchodzeniem osoby i zamykaniem pewnego etapu życia.

 K_Sledziowy_25_11_12 023Pomyślałem o tym w uroczyste południe narodowego święta, stojąc w korku pośród ulic starego Gdańska. Wokół uśmiechnięci ludzie przygotowywali się do parady i wbrew listopadowi robiło się kolorowo, pogodnie, bo zbierali siły, by demonstrować. Ale co w zasadzie? Przywiązanie do wolności? Patriotyczne uniesienie? Chcieli masowo oddzielić się od masowo myślących inaczej? Poczuć wspólnotę pośród wspólnot podzielonych? Pójść bardziej przeciw niż za, gdy ojczyzna jedna, krwawiąca rozdzieranym sztandarem jak w Dniu Świra. Tu narodowcy, tam zieloni, tu sportowcy tam aktorzy, tu lewacy, tam prawica, tu obrońcy życia, tam feministki, tu zwolennicy komuny, tam pokazujący palcem, gdzie stało ZOMO, a Polska? Aby jedna jeszcze? Ciągle mówimy o tej ziemi, którą Duch jakby omija? Mówimy o tej od morza do Tatr, czy pozostały raczej czterdzieści i cztery wyspy mentalnego archipelagu Janusza, którego mieszkańcy czyszczą Biedronkę z jaj kur chowu klatkowego? I ten właśnie naród, to pokolenie synów Grażyny, to może główna siła patriotyzmu na miarę wielkiej dupy, która pomieści sztandar, odpowiedzialność za kraj, postawy obywatelskie i miłość bliźniego. Bo tyle dla nich znaczą, co okazja do skutecznego zrobienia w chuja każdego, kto nawinie się na placu zawiści, na parkingu złości, w bloku obcości, na chodniku rywalizacji albo pod Lidlem pazerności.

          Uśmiechnąłem się do kolorowych demonstrantów, zaczadzonych ideą parady i nie pomnych na fakty, bo bardzo zajętych swoją rolą. Ale i do własnych myśli uśmiechnąłem się smutno, wdzięczny jakoś losowi, Opatrzności, Bogu samemu, że dla mnie kolejna rocznica wolności mija się z nastrojem świętowania. Dobrze, że cień osobistej tragedii kładzie się na kalendarzu imprezy, bo inaczej może musiałbym rozważyć potrzebę stawania w szeregi uniesionych. Choć za cholerę nie wiem, po jakiej stronie. Od dziecka mam awersję do zbiorowych imprez, pochodów, akademii ku czci, przemarszów na cześć i apeli przeciw. W podstawówce zmuszano mnie do deklamowania rewolucyjnej poezji, śpiewania powstańczych nut i wyzwoleńczych zwrotek, aż od protestów przeciw imperialistom i wojnie nuklearnej gardło chrypło wbrew woli i zadumie. Potem zmuszano mnie do noszenia szturmówki na pochodach pierwszomajowych i wycierania smarków bezsilności w barwy narodowe, zaanektowane chwilowo przez PRL. Takie awersje okresu pryszczy nie pozostają bez wpływu na dorosłe wybory społeczne. W dorosłości pora iść własną drogą, slalomem omijając idee, z których tylko błoto. Zwłaszcza, gdy rządy się zmieniają, a rozbieżność między głoszonym a realizowanym wciąż taka sama. Bez względu na barwy partyjnego zakłamania, manifestacje nienawiści i miesięcznice podziału, programy polityczne wciąż mają się do ich realizacji jak nie przymierzając prawica do prawości.

               Ilekroć media pokazują demonstracje i kolejne migawki podziału w ramach listopadowych rozchodów obywatelskich, przychodzi mi wspomnienie przeciwwagi: ciche, jednostkowe, odejście ojca jak protest wobec święta narodu. Może tak zostawił mi sedno prostego patriotyzmu. Jego robotniczy etos nigdy nie szukał pola demonstracji, nie malował afiszy i transparentów na potrzeby świadectwa. Powtarzał często: rób jak chcesz, ale tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał i zawsze najlepiej jak umiesz albo w ogóle nie zawracaj dupy sobie i innym. Prosta filozofia szła z nim przez dziesięciolecia pracy zawodowej, towarzyszyła trosce o równe chodniki w mieście, dobre oznakowanie ulic, asfalt bez dziur, żeby innym żyło się lepiej. Nie widziałem, żeby komuś prywatnie odmówił pomocy, ale nie szukał pola do zaistnienia. Nigdy nie poszedł na skróty tylko dlatego, że nikt nie patrzy. Nie wystąpił przeciw prawu, choćby niosło najgłupsze wyroki i nie lubił użalać się nad sobą, bo w ogóle nie emanował czułością. Często mawiał: Zanim zrobisz, pomyśl, czym to się skończy dla innych. Doświadczył wystarczająco dużo nędzy, niedostatku i poniżenia w ustroju nie najlepszym z możliwych, dlatego trzymał się z daleka o propagandy tak samo partyjnej jak kościelnej, zawsze gotowy dostrzec każdego, kto wyciąga rękę, potrzebuje, a nie żąda przez wzgląd na barwy i układy. Czasem myślę jak bardzo by się nie odnalazł w świecie ustawionym na zagarnianie pod siebie i miewam żal, że wychował mnie do życia pod górę. Ale po chwili mija pretensja i wraca spokój porannego golenia bez wstrętu bijącego z lustra.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Galerniczka retro

30 paź

niedzielaNiedziela, a w galerii tumult. Może jedna z ostatnich niedziel handlowych, a może nie, ale ludzi pełno, jakby mieli wykorzystać na zapas, do następnej kadencji. Wpadłem na siku, po drodze było, ale zasada wzajemności zobowiązuje. Oni mnie sikalnię, ja im przegląd okazji. Jesień w końcu, zima zaraz, a mnie buty ciekną i w tej samej kurtce szósty rok. Zobaczyłem logo sieciówki, której dawniej tu nie było. Mam od nich dżinsy i koszulę, może i kurtka nie zawiedzie? Prostej potrzebuję, dwa warunki: czarna i ze stójką. Żadnych pikowanek i kapturków dla żelowanych transików w rurkach.

          Zerknąłem na rozmiar pierwszego wdzianka i kątem oka dostrzegłem ruch kotary przy kasie. Wyłoniła się stamtąd głowa uzbrojona w wielkie okulary i odwieczne loki niezniszczalne. Kobieta zza kotary była w wieku mocno poprodukcyjnym, z pewnością jakiś czas po średnim. Sprytnie wychynęła cała jej postać, której zmęczona szczęka coś jeszcze przeżuwała. W przeciwieństwie do firmowych trendów sprzedawczyń odziana była w sweterek dawno temu ściągany z drutów domowych, w porteczki a la „pepita dresik pani domu” i papućki koloru brudny róż niewymuszony. Lekko cofnąłem się przed sklep, zerknąłem na logo, ale dalej tkwiło nad głową to samo, całkiem współczesne, znanej dosyć marki. Pomyślałem, że królowa lady PRL-u sprząta tu, a tylko chwilowo zastępuje właściwą galerniczkę, która korzysta akurat z toalety, żeby podreperować służbowy uśmiech z nadrukiem: w czym pomóc? Ale w tym momencie potencjalna sprzątająca przemówiła:

prl_moda- Ta kurteczka jak dla pana, taki Norweg był, ale nie wziął, bo gotówką chciałam, a on do bankomatu przecież nie pójdzie. Takie to cywilizowane, a jak co do czego, nie wie, gdzie kartę wsadzić proszę pana, takie czasy.

- Nie jestem pewien, czy to mój styl. Taka trochę przykrótka ta kurtka i szeleści, dosyć chamski ten ortalion. Może jeszcze poszukam. – Odruchowo spojrzałem za siebie ku wyjściu. Przeczucie podpowiadało, że ewakuacja z wnęki nachalnej Tekli nie będzie łatwa. Ta pajęczyca szczękoczułki na handlu tępiła.

- Tu mam dłuższą trochę, nie? Gdzie pan będzie chodził i szukał? Tam mają powyżej tysiaka, szmaty takie chińskie! A tu: prawdziwy dederon! Kiedyś się tak mówiło, pan chyba pamięta?

- Dederon? – Zaraz stanęły mi przed oczyma fartuchy obsługi wszystkich barów mlecznych zgniłego ustroju – A przypadkiem nie zwykły ortalion z wierzchu? – Prowokowałem sam nie wiem po co.

- Jak ortalion? Ta obok to ortalion, tu dederon, co pan będzie chodził po innych sklepach jak zaczadzony? Jak tylko ten tu wyjdzie upust jakiś dam. Teraz to muszę mieć oko… panie, jak oni kradną! Sumienia naród nie ma! Czego pan szuka, podać coś?

          Mrugnęła do mnie czarnym okiem, powiększonym przez szkło grube jak upust, którego spodziewałem się sprawdzając już ochoczo pracę suwaków wszytych w zachwalony dederon. Teraz zza pleców dotarł niemal życzliwy głos carycy handlu, ale mocno przepojony podejrzliwością wobec nowego klienta:

- Ooo pan chyba z Ukrainy, pasek chce? Niech będzie pasek… grzeczny chłopiec, taki to nie ukradnie, to niech mierzy pasek w pasie. – Caryca zrobiła zwrot na pięcie i znowu zwróciła się do mnie:

- Pan nie ukradnie, ten pan, co dżinsy ogląda nie ukradnie – dodała tak głośno, żeby nacisnąć sumienie gościa, który przerzucał pary spodni na półce. – Różni przychodzą, niejedna łachudra tu zajrzy… pan sobie zmierzy kurtkę, przed lustrem stanie, upust dam. Nie ma mowy, żeby pan z niczym wyszedł, bo ona na pana szyta. Ja się znam, spojrzę i widzę… a tobie jak chłopiec, też pewno pasek dobry! To drugi też bierz, za pięćdziesiąt dam dwa, dobry uczynek zrobię. A co! Wy macie tam biedę, wojna na tej Ukrainie, bieda, a chłopak uśmiechnięty! Wszyscy oni tacy weseli, dam za pięćdziesiąt pasek, jak drugi weźmiesz. Na co dwa? To jedne spodnie masz, biedniutki? Pewno masz więcej spodni, a nie masz, dorobisz się tu u nas. Naród nieciekawy nasz, bywa podły, ponury bywa i zawistny, ale tobie na drugie spodnie da zarobić, nie bój. I na trzecie da, to paski dwa się przydadzą. Dwa paski na zmianę dobra rzecz, z inną klamerką weźmiesz. Przymierzaj paski, chłopiec z Ukrainy, nie bój się, ciebie ja nie skrzywdzę.

- To jaki dostanę upust za tę uczciwość? – Przerwałem tyradę zażenowany.

- Pięć złotych dam, dobrze będzie?

- Żart taki?

- No dobra, dziesięć dam… ale teraz cicho – pokazała na mężczyznę obok – pan tam te dżinsy weźmie do przymierzalni, nawet cztery pary… pan sobie pomierzy, ja tu pana skasuję…

Leciwa sprzedawczyni puszcza do mnie oko i mówi szeptem teatralnym:

moda2- … jak zniknie w przymierzalni, to spokój, nic mnie nie wyniesie zanim z panem zahandluję. Dziesięć złotych opuszczę na kurteczce, co? Płaci kartą, gotówką? Kartą? Nie ma pan gotówki? Na pewno? Ten z Danii, to kurtki nie kupił, nie chciał do bankomatu.

- Norweg, mówiła pani.

- Jeden grom panie, ale połasił się i ma pan dowód jakości tej kurteczki, bo te renifery stadami tu się kręcą, byle czego nie kupią, panie, od dobrobytu w dupie im się przewraca, a kurtkę chciał! To może znajdzie pan te cztery stówki, bo jak w niedziele pan zakupy robi, jak nic pan ma własny biznesik.

- Co też pani, ja etatowy jestem, z budżetówki, to może więcej tego upustu?

- Co znaczy etatowy? Etatowy, to był ten bidulek z Ukrainy i jeszcze pewnie na czarno robi, a pan dwa razy taki jak on, a paseczka panu nie trzeba? Będzie upust, dla pana za osiemdziesiąt pasek dam?

- To nie za pięćdziesiąt, skoro już kurtkę kupuję?

- Nie, no panu to ja bym takiego dziadostwa nie sprzedała, pan ma klasę, to taki jeden za stówkę trzeba, chce pan przymierzyć?

               Byłem twardy dziękując za pasek, za kurtkę zapłaciłem kartą. Serce zapałało sentymentem do szkoły handlu, przy której bladziutko wypadają zmęczone i kamerą ugrzecznione dziewczyny, sprzedające za szybami znanych marek. Tkwią tam jak za karę, a i tak pozostają ledwie cieniem carycy handlu w przydeptanych papuciach. Kurtka może się sprawdzi, choć okazała się granatowa, a co tam! Sentymentem ociepli serce w tygodniach zimy i mrozu… wszak dederonowa, swojska, na resentymencie nabyta .

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Obrazki, Społeczeństwo

 

Wilgotny Waldek

05 paź

Wakacje_2012 008Zmierzch zapadał zbyt wcześnie i z trudem dostrzegałem ruchy spławika. Gładka tafla jeziora marszczyła się delikatnie, choć nie dało się odczuć najmniejszego powiewu. Narastający chłód przypominał, że to ostatnie dni lata. Tymczasem pod wodą życie jakby ustało. Kot nie był głodny, nie czekał na kolejną płotkę. Leżał znudzony bezruchem i rzucał spojrzenia z wyrzutem, że nie wracamy.

           Głośny plusk w pasie trzcin z lewej sprawił, że obaj nerwowo spojrzeliśmy w tamto miejsce. To mógł być szczupak, a może wydra? Ożywiony kot nerwowo kręcił ogonem, zapatrzony w kierunku rozchodzących się kręgów wody. Teraz z prawej usłyszałem wyraźne mokre pacnięcie o deski pomostu. Odwróciłem się i ze zdumieniem zobaczyłem spłaszczone palce, długie dłonie i chude nadgarstki w odcieniu zieleni. Cofnąłem się znacznie, niemal do próchniejącego zejścia z pomostu. Z ciekawością i narastającym lękiem patrzyłem, co wyłoni się z przedłużenia obrzydliwych badyli w kolorze gnijącej kapusty. Zza desek wysuwała się wielka głowa, jajowata, z zielonymi, ulizanymi galaretowato włosami, z oczami bez źrenic, w kolorze oliwek z Biedronki. Kot prychnął głośno, odskoczył i pognał do brzegu. Nie wiedziałem, który z moich towarzyszy przygotował stwora, ale byłem pewny, że gdzieś tu w trzcinach cała łódka trzęsie się od śmiechu. Ktoś czeka na moją ucieczkę, ale honor nakazywał pozostanie na miejscu, choć suchość w gardle narastała.

- Jest sprawa, Marcin – zielona głowa przemówiła skrzekliwie, rozglądając się wolno dookoła, jakby z obawy, że głos budzi większą sensację niż widok.

- Znamy się? – Nie poznałem swojego przerażonego głosu – Coś za glonojad?

- Wodnik Szuwarek, kurwa, nie widzisz?! Coś się rozdziawił jak klapa sedesu, to ja, Waldek.

- Waldek?

- Na uszy też padło?! Waldek Łomotny. Sąsiad z góry, tak mnie nazywałeś.

- Widzi mi się raczej Waldek Wilgotny. W zimnej wodzie nawet kaczorowi nie staje, co? Skąd to durne przebranie?

- Tylko nie przebranie! Głupio zabrzmi, ale to kara.

- Kara? Mówili, że utopiłeś się na wczasach, a ty tu glona kleisz?! W utopca bawisz się trzysta kilometrów od cmentarza?! A może ścigają cię mężowie zaliczonych kobiet z czata? Przyznaj, że to ściema z utopieniem na Mazurach!

- To dlaczego na tych Mazurach mnie znajdujesz? Brzmi dziwnie, ale wyszło takie wash and go bez piany. Z jednej strony żony przedmuchane, z drugiej śmiertelna przygoda w kajaku po pijaku, z trzeciej twoje szkody w mieszkaniu przez moje zalewanie. Zebrało się na wyrok i dupa: skazany na coś między kijanką a komiksem o wiedźminie, na wieki.

- Amen.

- No bez takich! Tu jest właśnie sprawa do ciebie.

- Jako utopiec kogoś tu załatwiłeś i alibi szukasz? Ech, ty demonie seksu i mułu!

- Zwariowałeś?! Napalony trochę byłem, nie przeczę, nieraz chałupę ci zalałem w seksualnym uniesieniu, zgoda, ale żeby zaraz mokra robota? Najwyżej pajacom żyłki poplątałem, trochę ich podtopiłem. Nie lubię ćwoków, co mierzą dno, ważą wędki, ciężarki, sonary przywożą, szum, przerost formy nad treścią, wpienia mnie to. No dobra, raz zamieniłem się w karpia hodowlanego. Dzierżawca hoduje w stawie przy domu takie po piętnaście kilo i co jakiś czas wpuszcza tutaj, żeby ściągnąć palantów z wędkami, którzy słono płacą za słitfocie. Jeden przyjechał tu z taką śniadą żonką. Co ona za cyc miała! Jako karp wciągnąłem go do wody. Bidulka na ten widok zemdlała na pomoście i miałem okazję pocieszyć się z bliska boskim darem, gdy ten jej moczykij wypełzał na brzeg po drugiej stronie. Wygłupy, ale bez topienia!

          Wyszczerzył zielone zęby, nierówne i dosyć mocno nadgniłe i wtedy zacząłem obawiać się sprawy, z jaką wynurzył się kwadrans temu. Wilgotny Waldek zdaje się też sobie przypomniał z czym przypłynął, bo krzywy uśmiech nagle zgasł.

- W tobie nadzieja, Marcin. Tę oślizłość zrzucić może ze mnie, no wiesz, że darujesz mi wszystkie zalania chałupy i ….

- Już dawno zapomniałem, nie ma sprawy. Wracaj do wieczności w ludzkiej koszuli!

- Potrzebuję jeszcze małej przysługi. Tyle że od twojej żony.

- Nie przeginaj, chuju rybi! Anety w to nie mieszaj!

 Wakacje_2012 118Zerwałem się z pomostu wściekły nie na żarty, a może bardziej przerażony. Wyobraziłem sobie szok żony na widok gluta z roztopionej plasteliny, którego będzie musiała dotknąć albo pocałować! Nie! Zacząłem składać wędkę, żeby przypominała kij, którym wybiję chore pomysły z zielonego jaja, sterczącego z szyi na patyku. W tym momencie dostrzegłem luźną deskę w pomoście, schyliłem się gwałtownie, żeby ją wyrwać i prać. Nie przejął się chyba, bo zobaczyłem ironię w krzywym uśmiechu:

- Tłukłeś kiedyś górę glonów dechą? Poza mokrym plaskaniem efektu nie będzie. Uspokój się, odczarować może mnie tylko odmowa kobiety. Musi być obojętna na każdy bajer, nawet po kielichu. Kumasz? A sam wiesz, że chłodniejszych nóżek niż twojej Anety nie ma. To święta kobieta, wierna, kochająca i odporna na seks. Nie podejmie wyzwania, bo jest niezłomna jak batalion wyklętych.

- Waldi, w co ze mną pogrywasz? Przecież przy oślizłej powierzchowności nie zaliczysz nawet nimfomanki na głodzie! Jaka to sztuka bronić cnoty wobec zleżałego skrzeku, śmierdzącego mułem?

- I tu się mylisz. Widzisz co wieczór przy ognisku szpakowate ciacho z gitarą? Słyszysz ten głęboki męski śpiew wabiący? Błysk czekoladowych oczu, gdy z imbryczka bimberek polewa?

- To ty, błotniaku?! Stąd te szanty w repertuarze!

- Z woli pana ciemności mogę zmieniać się każdej nocy, wtedy ma uciechę.

- Ale po co je tak bajerujesz, skoro powinieneś zniechęcać?

- Słabość taka. Na tym polega diabelska sztuczka. Muszą bardzo chcieć i oprzeć się pokusie. Inaczej klątwa trwa.

- Tyle kobiet na turnusie, niejedna niezłomna pewnie?

- A co wczoraj wybudziło cię ze snu, aż usiadłeś z wytrzeszczem?

- Jęki sąsiadki! Wyła jak zarzynana! Myślałem, że pomocy potrzebuje.

- Nie potrzebowała i prosiła o więcej… najbardziej niezłomna z turnusu była… kwadrans.

- Co się dziwisz, letnia noc, gitara, jezioro, alkohol, to musi działać.

- To jak będzie z nami?

- Zwariowałeś?! Będziesz mi żonę głuszył, a ja niby co mam ze sobą zrobić?

Wakacje_2012 115- Zaprzyjaźnione rusałki, zajmą się tobą.

- Ale one mogą załaskotać na śmierć, czytałem gdzieś.

- Dorosły chłop, a w bajki wierzy? Marcin, zrobią ci takie meksykańskie sombrero, że zapomnisz jak się nazywasz, a błogość opuści cię w wigilię z teściową.

- Wiesz co, Waldi, powiem tak: spływaj gilu po badylu, a żony nie dam.

- Marcinku, grzecznie prosiłem, bo jestem ci to winny, ale miej litość, nie zmuszaj.

          Zaskrzeczał i jeszcze raz odsłonił w uśmiechu zgniliznę ostrych zębów. Oczy zalśniły mu szafirem i poczułem wibrację smartfona w kieszeni bojówek. Sięgnąłem po aparat, ale nie było widocznego połączenia. Ekran zamigotał i nagle zobaczyłem Martę, asystentkę z działu sprzedaży. Siedziała lubieżnie na blacie hotelowej łazienki i oblizując górną wargę, przywoływała kogoś ruchem palca wskazującego. Po chwili zobaczyłem siebie zbliżającego się do niej z pożądaniem w oczach. To był wyjazd integracyjny, z maja. Ekran na powrót zrobił się czarny. Waldek odezwał się znowu:

-  W pamięci mam sporo projektów, którymi zarządzałeś. Chyba nie chcesz, żebym sprezentował wygaszacze ekranu twojej świętej żonie?

          Zsunął się do wody bez hałasu, zanim złożyłem szczenę do wypowiedzenia przekleństwa. Krzyknąłem tylko: Aneta! Anetka! I poczułem jak szarpie mnie coś od wewnątrz i na zewnątrz naraz.

- Marcin! Obudź się do cholery! Czego wrzeszczysz?! Jestem tu, spokój już, obudź się, nic się nie dzieje, słyszysz?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Wspomnienia z wytchnienia

03 wrz

IMG_0203Rok w rok, z takim samym niepokojem, czekam na pytanie: gdzie spędzasz urlop? Jest równie dokuczliwe jak opryszczka przed randką albo afty tuż po niej, a przy tym niestosowne jak to o rodzaj skutecznych czopków na hemoroidy, zadane w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Wszak nie wypada mówić o czopkach z CV kandydata w dłoni, jak nie wypada nie pojechać na Rodos, Kretę, do Chorwacji i na Cypr, zwłaszcza, gdy dotarł tam już schabowy z kapustą i disco polo, a ja ciągle w kraju. W ostatnich latach jakoś szczególnie bolą mnie plany urlopowe. Z pewnością ma to związek z niechęcią do tłumów uprawiających parawaning na plażach Bałtyku, ale chyba też z brakiem potrzeby towarzyszenia pasjonatom rozdeptywania Tatr laczkami lub głośnego podrygiwania na wielkim bananie, łamiącym fale za motorówką. Ponadto należę do lobby głoszącego – na podstawie wieloletnich studiów nad poziomem mentalnym powracających rodaków – że podróże nijak nie kształcą, a jedynie stresuje konieczność powrotu do rytmu egzystencji nie najlepszej z możliwych.

          W tym oto duchu, z uporem godnym lepszej sprawy, utrudniam sobie wyjazdy wypoczynkowe. Na początek wyłażą demony towarzyskie i straszą koniecznością znalezienia się gdzieś tam, gdzie „polcy i polaki” wzajemnie się ignorują i szykanują swoją obecnością. Potem spuszczam owczarki lęku i osaczają pozostawioną nieruchomość w kredycie, a ja wątpię w stan techniczny pozostawionych baterii łazienkowych, zaworów gazu i gniazd elektrycznych, nawet w rok po generalnym remoncie. Dalej popadam w depresję przy pakowaniu torby, bo przecież na pewno czegoś zapomnę, a z pewnością wezmę za dużo pierdów zbytecznych. Ostatecznie demonizuję konieczność zaangażowania bliskich w opiekę nad kotem, po czym komplikuję instrukcję obsługi tegoż i panicznie chwytam się każdego pretekstu uzasadniającego pozostanie w domu. Choćby za cenę utraty wpłaconej zaliczki. Przecież urlop, to jedyny moment, żeby spokojnie napisać nową książkę, do której wcale mi nie bliżej niż do rzeczonej Grecji z Lidlem i swojskim oscypkiem. I tak za każdym razem, przynajmniej do momentu opuszczania M4.

          Gdy żona zaciska żelazo presji letniego wypoczynku wokół szyi, skamlę przynajmniej o miejsca zapomniane przez ludzi. Takie, w których Bóg w swoim dziele nie dał się przesłonić milionem bilbordów z kosiarką i proszkiem do prania, promowanym przez ogrodniczki zawieszone na cyckach. Jako odwieczny minimalista, a przy tym dziecko Warmii i Mazur, nie mam większych priorytetów niż połysk jeziora, zieleń łąk, zapadających o zmroku w kolory rdzy, może jeszcze sporo lasu i więcej ciszy. O ironio! Czyż nie brzmi to jak maksymalizm w dobie łupanek na plażach, pokrytych smrodem odmrożonego dorsza na frytkach, ale w sąsiedztwie gofra z Nutellą?          

IMG_0210Tego roku jednak miłosierdzie żony pokryło się z Bożym. Zgodziła się na Mazury, a Pan nasz uśmiechnął się i skierował na sieciowe łącza wrażliwą kobietę, która zdążyła poznać wszelkie moje szajby domatora i napisała krótko: wydaje mi się, że jest miejsce, w którym się odnajdziesz. Miejsce, skąd trudniej będzie wrócić niż tam pojechać. Gdy zaraz potem przesłała link z napisem Siedlisko Szwałk, ujrzałem brak popularnych miejsc w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a potem spory dom z czerwonej cegły, z zielonymi drzwiami. Ściany uśmiechały się obiecująco kwiatami na leciwych drewnianych półkach z łańcuchem, a jakaś nutka ulgi zagrała w głowie potrzebą znalezienia się tam i to zaraz. Potem dołączyła migawka z zapomnianego serialowego Siedliska Majewskiego, z Anną Dymną w planie głównym, i wszystko to wyrysowało uśmiech zgody. Gdy miejsce urlopu pokazałem żonie, wykazała ciekawość, ale też ulgę, że jakby coś jednak w Szwałku szwankowało, zawsze wybór może zwalić na moje dziwaczne pomysły.        

IMG_0186 I już za Giżyckiem, gdy minęliśmy Wydminy i kolejne mazurskie zakręty prowadziły wśród rozjaśnionych słońcem pól, łąk, nieużytków, bez drogowskazów, byłem gotów docenić nawigację. Tuż przed samym Szwałkiem, jako kompletny idiota kartograficzny, zrozumiałem, że bez głosu mówiącego, gdzie mam skręcić i za ile, zwyczajnie nie miałbym szans na odnalezienie zagubionego siedliska. Im bliżej celu, tym węższa i bardziej kręta droga przez las z balsamicznym cieniem, choć z gładkim asfaltem, który nagle się skończył, tuż przed bramą wjazdową na niewidoczną z dróg posesję. Tam zaś powietrze zatrzymane w czasie i przestrzeni, rozpromienione słońcem późnego popołudnia, a wzmocnione serdecznym uśmiechem Agnieszki, gospodyni witającej z tak bezpretensjonalnym urokiem, że natychmiast znika obawa i podejrzenie, czy i w tym miejscu aby na wyrost nie działa sieciowy marketing, a oferowane usługi raz jeszcze nie dorosną do obietnic strony internetowej.         

IMG_0182 Zapach domowego obiadu i radosne rozmowy gości, które pobrzmiewały gdzieś za rogiem, pomiędzy psami równie przyjaznymi jak ludzie, upewniał powoli, że nie ma pomyłki. A mimo to nie umiałem wyłączyć czujności, przynajmniej do końca dnia, w którym ujrzeliśmy Siedlisko Szwałk. Nie jest łatwo uwierzyć, że ludzie, którzy wysiedli ze swoich aut przed nami, rzeczywiście są z różnych stron kraju, nie tworzą tu wspólnoty od lat hermetycznej dla obcych, skoro zwracają się do siebie po imieniu. Czy w kraju konfrontacji suwerena z mordą zdradziecką, możliwa jest wspólnota urlopu bez podziału? Dla zdrowia psychicznego od dawna nie oglądam telewizji, nie czytam gazet, ale przyjąć za naturalny uśmiech siedzących obok i nie doszukiwać się wymuszonej grzeczności, to sztuka, do której Szwałk mnie wyzwolił i przypomniał smak życzliwości bezinteresownej i zjednoczonej w jednym celu: wspólnego odpoczynku, nawet gdybyśmy mieli więcej się nie spotkać.

IMG_0188  Dzięki domowej atmosferze, wyczarowanej przez gospodarzy, spadło na nas wiele nagłości wytchnienia. Nagle okazało się, że są miejsca, w systematycznie wyludnianej Polce B, a może i C, gdzie pływanie kajakiem to coś więcej niż machanie wiosłem, a mieszanie wody w jeziorze, to nie tylko kraul i żabka między trzcinami, w których swoje szlaki przemierza zaskroniec. Gdzie w łowieniu płotek z pomostu, koniecznie w towarzystwie wiecznie sennego kota – nomen omen – Rudego, wędkowanie niewiele ma sensu bez mruczenia tegoż, bez orła nad głową i głosu żurawi w tle. Nagle wszystko to jakoś bliżej nieba i ziemi się zrobiło z całkowitym wyłączeniem pędu współczesności, jakby ktoś na niej zasłonę zaciągnął. Nagle cisza wydobyła swój dźwięk, dawno zagłuszony pędem spraw, powinności, terminów niekoniecznie najważniejszych. Nagle ukazały się miliony gwiazd na nocnym niebie, do którego bliżej, gdy za horyzontem zostały światła miast i ich mrowienie, a ciemność zagęszcza mrok pozbawiony wątpliwego blasku cywilizacji. Nagle stopniały i spłynęły zegary jak w obrazie Salvadora Dali, gdy spokój rozwlekł godziny między lekturę, rozmowy, przyjemność wspólnych posiłków ze smakiem zapiekanej owsianki, domowych ciast i powideł, sera i kakao jak z dzieciństwa. Nagle wieczorne dźwięki gitary, zapach ogniska, śpiew i rozmowy polewane miejscowym trunkiem z czajniczka, pokazały, że istnieje Polska bez podziałów, w której nikogo nie interesuje politykowanie.               

IMG_0245W głowie wirowało nie tylko od tych nagłości przyrody i mocy lokalnego alkoholu, ale też od radości wtrącenia między ludzi tak samo spragnionych ciszy i wolności od nieustannego napinania karku i łokci, tu, gdzie jezioro pachnie jeziorem, rozmowa staje się przyjemnością, a uśmiech nie kryje nic pod uśmiechem.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Obrazki, Społeczeństwo

 
 

  • RSS