RSS
 

Zaproszenie

03 sty

Już dziś, dzięki pracowitości, życzliwości i uporowi Iwonki Grzelczak,  Dobrego Ducha mojego pisania,

 

ZAPRASZAM PAŃSTWA pod nowy adres bloga:


http://jacekwangin.blogspot.com

 

Znajdziecie tam wszystkie stare teksty i nowe, które nie powstaną, jeśli Was tam zabraknie.

Pozdrawiam. Jacek Wangin

 
 

Z serca

01 sty

Nigdy nie miałem w zwyczaju postanawiać cokolwiek z nowym rokiem, podobnie jak nie ciągnie mnie w żaden sposób do podsumowań minionego. Nie bardzo jest co rozliczać, jeśli nic się nie deklaruje. W pewnym wieku człowiek zna siebie, swoje ograniczenia, słabe i mocne strony na tyle, że może stawiać na spontan bez ryzyka wyłamania się z przyciasnych ramek nawyków, nałogów i ułomności charakteru. Krótko mówiąc: wyżej dupy nie podskoczysz, więc darujmy sobie nakładanie kagańców postanowień i oddajmy się w ramiona możliwości do spełnienia. A jednak jakoś rok ten trzeba zacząć, choć nie wiem, czy przyniesie więcej niż zmiana cyferki w zapisie.

2018a Wiele wskazuje na to, że dla wszelkiej maści wrażliwców, ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia, twórczych, krytycznych i poszukujących duchowej głębi i intelektualnych ścieżek rozwoju, nie będzie odwilży, a ten rok wcale nie zechce być bardziej przyjazny niż miniony. A przecież takich ludzi goszczę na łamach niszowego bloga autorskiego. Z nimi zawsze mi po drodze, więc nie dajmy się zwariować!

          Chciałbym zacząć rok 2018 od życzeń dla Was, przyjaciele, znajomi, stali bywalcy i dla Was, sporadycznie i spontanicznie tu wpadający. Drodzy i Najważniejsi Czytelnicy mojego bloga, nie ma co się oszukiwać: bez Was i mnie by tu nie było! Nie zmagałbym się ze sobą o każdy pomysł, myśl, frazę, o każdą formę literacką i każde zdanie na tych łamach, żeby jak najczęściej i jak najtrafniej do Was dotrzeć, zatrzymać na moment w refleksji nad naszym tu i teraz, a może nawet przebudzić coś tak dawno uśpione. To Wy mobilizujecie mnie swoją obecnością (choćby notowaną tylko w liczniku odwiedzin) podkręcacie do wysiłku duchowego, intelektualnego i literackiego. Dzięki Wam chce mi się chcieć i znajduję siły w chwilach zwątpienia, których nie szczędzi otaczający nas światek połyskujących wydmuszek z plastiku.

          W 2018r. życzę wiele sił i wytrwałości w znoszeniu wszelkich ograniczeń. Sił do zwalczania pokus w chodzeniu na skróty myślowe, niech omijają Was stereotypy, banały i stadne odruchy! Życzę pozostawania sobą w każdej sytuacji i w najtrudniejszych okolicznościach zewnętrznych. Byście nie dali się zwariować wszelkim podziałom, ideologiom, modom i chwilowym trendom, po których za dekadę smrodu nie będzie. Życzę, byście umieli zawsze wybierać własną drogę, która prowadzi do odpowiedzialności za siebie i najbliższe otoczenie, bo tu możemy realnie coś zdziałać, żeby żyło się lepiej. Oby w nowym roku nie zabrakło Wam ciekawości świata i człowieka, ale też niech nie opuszcza Was duch tolerancji i miłości w trudnych i ciemnych czasach cwaniactwa, egoizmu i nieliczenia się z podmiotowością.

          Życzę Wam byście potrafili zwolnić, gdy goni nas pośpiech do zarabiania pieniędzy i ich wydawania, pośpiech spotkań i rozstań, stawiania celów i szukania kolejnych. A gdy już zwolnicie, niech zawsze w Waszej bliskości znajdzie się dobra i mądra książka, interesujący film, a przede wszystkim oryginalny i ciekawy człowiek, który będzie niepowtarzalnym i ubogacającym dziełem sztuki na ścieżkach Waszego wzrastania.

               Owocnych postanowień, też Wam mogę życzyć, a co tam! Bądźcie zawsze sobą, no i wpadajcie tu jak często się da. Inspirujcie i umacniajcie swoją dobrą obecnością mnie i swoich bliskich, zmieniajcie na lepszy i cieplejszy klimat najbliższego Wam kawałka rzeczywistości, bo jak napisał kiedyś filozof Henryk Elzenberg: Prawdziwe powołanie człowieka jest proste: budować świat przeciw światu. Wszystkiego najlepszego na cały rok 2018 i nie dajcie się bylejakości, która zalewa i chce z nas uczynić bezwolne stado, bezkrytycznie oddane konsumpcji.

PS. Właśnie widzę jak miło zaczyna się dla mnie rok, po 10 latach pisania na platformie blog. pl dowiedziałem się, że „31 stycznia 2018 platforma blog.pl zostanie zamknięta”. Zatem miło było i bez możliwości zatrzymania tekstów pod tym adresem, który znacie. Wraz z życzeniami trzeba będzie pożegnać miłych i drogich czytelników.

 
 

Błotna noc

07 gru

cicha_2Bohater Cichej nocy, Adam (Dawid Ogrodnik), wraca z zagranicy autobusem. Jest sam pośród podobnych mu robotników, których mentalność reżyser oddaje moczem lejących tyralierą na pole przy stacji benzynowej, nie będą płacić za toaletę. Adam wkrótce odetnie się od nich i przesiądzie z autobusu do wypożyczonego lexusa. Musi wpasować się w status zwycięzcy, plan tego wymaga. To nie jest pusty gest, bo wierzy w siebie, w swoją moc i przedsiębiorczość. Wierzy, że może jeszcze nie dziś, ale uda mu się pomóc sobie i najbliższym, których musi teraz przekonać. Potrzebuje wyswobodzić ich z ojcowizny, żeby zbudować coś własnego, na czym wszyscy skorzystają.

Gdy rozedrgana kamera towarzyszyła Adamowi w drodze do domu, on sam filmował pocztówki z kraju na potrzeby klienta i nienarodzonego dziecka, nieustannie miałem poczucie, że pomylił kierunki, a jego optymizm uniósł się zbyt wysoko ponad sunące chmury. Coś podpowiadało, że pod żadnym pozorem nie powinien wracać  do kraju listopadowej szarości i pijaków wpadających pod koła, do ponurych domostw, smutnych kościołów fałszywej wiary, do rozbitych na poboczu aut, do medialnie pomijanej Polski B lub C. Widz odczuwa determinację bohatera i jednocześnie jakąś nerwową niechęć do podążania za nim w grząski świat, dobrze znany choćby z filmów Wojciecha Smarzowskiego.

cicha_4Mimo słów kolędy w tytule, można spodziewać się, że nie będzie tu świętej nocy, a i cicha będzie raczej wspak. I jakby na potwierdzenie obaw, Adama nie spotyka wylewność powitań w ponurych wnętrzach nieremontowanego domu. Wszyscy zajęci są przygotowaniami do kolacji, uroczystej na miarę zadupia zapomnianego przez Boga i wilki, zatopionego w realnym i symbolicznym błocie. Fizycznie pokrywa ono obejście, otacza budynki gospodarcze, a półmrok zagęszcza ekran i potęguje narastanie grozy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że relacje w rodzinie też jakby lepi i pokrywa błoto niedomówień, nieporozumień i żalu. Matka (bardzo przekonująca Agnieszka Suchora) zdaje się raczej być przerażona niezapowiedzianą wizytą syna i ma na twarzy pretensje, że ten nie umie dogadać się z bratem. Ojciec (świetny Arkadiusz Jakubik, jakże inny niż u Smarzowskiego) nie wykazuje radości z odwiedzin syna, bo wygląda na dawno zgaszonego i skupia się na samochodzie, bo zepsuł się i nie ma czym zawieźć rodziny na pasterkę. Dziadek, kopiący psa, bardziej niż wizytą wnuka zajęty jest złością na czworonoga, bo gołębie zadusił. I jeśli nestor jest czymś zatroskany, to raczej czy wódki nie zabraknie do zniesienia świąt. Jedynie najmłodsza siostra próbuje z radością wciągnąć go w swój plastikowy świat lalek.

Adam musi powiedzieć, że chce zacząć inne życie i potrzebuje sprzedać dom dziadka, ale zderza się z twarzami ludzi zamkniętych w swoich lękach, zakluczonych w niemocy i rozgoryczeniu tak dalece, że nie jest w stanie znaleźć dobrej chwili, by przemówić głosem nadziei. Jednego zdania trzeba, by uciec z tego marazmu i zacząć życie bez obciążeń, ale nic z tego. Rozbraja go niezdrowa relacja z bratem, który zawiódł i nie chce rozmawiać, z ojcem, którego nigdy nie było, bo życie spędzał na budowach Europy, żeby utrzymać liczną rodzinę. Z siostrą, której w małżeństwie średnio i z matką, która próbowała scalać dzieci i wychowywać bez ojca, ale wyszło jak przez okno.

Jakże to polskie i nasze, swojskie, realne, ale nie dołujące. Jeden silny, może naiwny, a może przedsiębiorczy, chce się oderwać, zacząć, ale nie pozwolą mu inni, choć najbliżsi. Całkiem jak w tej anegdocie, podług której w piekielnym kociołku diabeł nie musi pilnować Polaków, bo ilekroć jakiś się wynurzy, reszta pociągnie go na dno. I o tym też jest debiut Domalewskiego, który bez wątpienia zasłużył na nagrody otrzymane w Gdyni.

cicha_1Ojciec emigrant podczas walki o godność i byt rodziny popadł w alkoholizm, bo na Zachodzie zawsze był tylko Polakiem, kimś gorszym, choć tam właśnie chciał poczuć się człowiekiem. Rodzeństwo bez perspektyw tu i po każdej stronie granicy, wujek, marzący o jakimś biznesie, ale tylko gada, bo oczekując darów losu. Matka, która dba o pozory świętowania, bo jest barszczyk, pierogi, pasterka i zapalczywe wylewanie wódki za okno, żeby było trzeźwo przy opłatku. Trudno się dziwić, że pośród takich wzorców syn emigrant balansuje na granicy budowania i zatraty siebie. Porusza się po omacku, niewyposażony w żadną męską siłę, zdecydowanie i konsekwencję. Majątek na sprzedaż to nadzieja i ryzyko postawienia na jednego, który być może ucieknie i zapomni o reszcie. Jednak, gdy spadek pozostanie w rodzinie, pójdzie na zatracenie, bo nikt nie ma pomysłu, jak go zagospodarować.

Nad tym wszystkim unosi się nieustająca jesień niemocy, przechodząca w noc bez pierwszej gwiazdki. Bohaterowie nie mają nic na swoją obronę, nic poza sobą przy stole. Nie mieli wpływu na wybór szerokości geograficznej, pod którą żyją i gdzie kotłują się rodzinne animozje jak kraj długi i kwitnący cebulą, ale sił nie było też, by przesadzić się w inną glebę. Ich miłość jest kulejąca i jazgocze fałszywie jak kolęda wygrana na skrzypcach przez najmłodszą siostrę Adama, jednak innej mieć nie będą. Kleją atmosferę świąt jak nieszczęsne uszka, i wpisują się w tradycję przy pomocy choinki, kradzionej z cudzego lasu.

cicha_3Adam przyjechał do siostry i brata z planami na lepsze życie własne, wybranki serca i nienarodzonego dziecka, ale ostatecznie przyszło mu stwierdzić, że rodzeństwa się nie kocha, rodzeństwo się posiada. Przyjechał z nadzieją in blanco, a wdepnął w swojskie świętowanie. Musi uciekać jak stoi, bo ujawniona tajemnica nie daje alternatywy ani spadku. Ucieka, zanim bliscy pociągną go za sobą i pogrążą w wiecznym listopadzie.

Cicha noc Piotra Domalewskiego pojawia się na ekranach kin w samą porę. W czasie, gdy w galeriach handlowych i sklepach pobrzmiewają świąteczne brzdęki, migają fałszywe światełka, nakręcające apetyt na prezenty i świąteczny wypas, a dziewczęce aniołki, uzbrojone w koszyki i druciane skrzydła, wyłudzają dobroczynność. I nigdy nie wiadomo, co się stanie z tymi darami, gdy zmieni się wystrój świątyni konsumpcji. W galerii dzieci cierpliwie czekają na fotkę z Mikołajem na zlecenie, znudzonym i umęczonym nadprodukcją dobrych min. Tymczasem film Domalewskiego przychodzi, by przybić widza do scenek rodzinnych z głębokiej prowincji, którym daleko do rynkowej wersji Bożego Narodzenia. Reżyser świetnie równoważy to coś pomiędzy kiczem świąt wymuskanych reklamą a polską zwykłością, niedorastającą do telewizyjnej ułudy wigilii i za to mu chwała.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kultura

 

Melancholijnie, listopadowo, patriotycznie?

14 lis

K_Sledziowy_25_11_12 013 Tym razem święto niepodległości wypadło w sobotę i wywołało zamieszanie głównie w sklepach. Dało się odczuć coś jak zapowiedź hekatomby polsko-polskiej, która w ciągu doby wymknie się racom głównego miasta. W osiedlowej Biedronce trudno było choćby o dziesięć jaj, nawet jeśli nikt nie groził jej zamknięciem w niedzielę. Ale i to nie spowodowałoby konieczności zabierania głosu w takich okolicznościach patriotyzmu.

Przypadek sprawił, że wieczorem grzebałem w starych plikach i trafiłem na wiersz, własny. Bo kiedyś byłem poetą, wiersze sobie pisałem, a zaraz potem poszedłem po rozum do głowy. Nie mówiłbym o tym, gdyby ten odnaleziony nie zbiegł się datą z dniem święta narodowego. Pamiętam, że jego powstaniu towarzyszyła irracjonalna – jak się wówczas wydawało – gorycz. Nie za przyczyną odzyskanej niepodległości bynajmniej. Wówczas nie miałem pojęcia, co mnie trapi, ale dół pogłębiał się z godziny na godzinę. Siedziałem w pustym pokoju akademika, koledzy wyjechali na długi weekend, ukochana też, a ja poczułem bolesny imperatyw, by wykrzyczeć coś z wiarą, że ulży i tak powstał ten dziwny wiersz:

- nadzieja –

 jestem słońcem i łąką

twoim snem

w pokoju bez światła

i wody

nad ranem

zdzieram zasłony

rozchylam uda i czekam

byś z wiarą w miłość

smakował sumienie

94-11-11

A gdy już wypisałem cały smutek nadziei, wieczorem, bardzo okrężną drogą (na telefony komórkowe długo trzeba było czekać), dotarła do mnie wiadomość, że umarł ojciec, nagle. Od tej daty ojciec i ojczyzna idą pod rękę przez wieczność jak przez moje listopady, których świętowanie specjalnie mnie nie porywa i obchody łączę raczej z odchodzeniem osoby i zamykaniem pewnego etapu życia.

 K_Sledziowy_25_11_12 023Pomyślałem o tym w uroczyste południe narodowego święta, stojąc w korku pośród ulic starego Gdańska. Wokół uśmiechnięci ludzie przygotowywali się do parady i wbrew listopadowi robiło się kolorowo, pogodnie, bo zbierali siły, by demonstrować. Ale co w zasadzie? Przywiązanie do wolności? Patriotyczne uniesienie? Chcieli masowo oddzielić się od masowo myślących inaczej? Poczuć wspólnotę pośród wspólnot podzielonych? Pójść bardziej przeciw niż za, gdy ojczyzna jedna, krwawiąca rozdzieranym sztandarem jak w Dniu Świra. Tu narodowcy, tam zieloni, tu sportowcy tam aktorzy, tu lewacy, tam prawica, tu obrońcy życia, tam feministki, tu zwolennicy komuny, tam pokazujący palcem, gdzie stało ZOMO, a Polska? Aby jedna jeszcze? Ciągle mówimy o tej ziemi, którą Duch jakby omija? Mówimy o tej od morza do Tatr, czy pozostały raczej czterdzieści i cztery wyspy mentalnego archipelagu Janusza, którego mieszkańcy czyszczą Biedronkę z jaj kur chowu klatkowego? I ten właśnie naród, to pokolenie synów Grażyny, to może główna siła patriotyzmu na miarę wielkiej dupy, która pomieści sztandar, odpowiedzialność za kraj, postawy obywatelskie i miłość bliźniego. Bo tyle dla nich znaczą, co okazja do skutecznego zrobienia w chuja każdego, kto nawinie się na placu zawiści, na parkingu złości, w bloku obcości, na chodniku rywalizacji albo pod Lidlem pazerności.

          Uśmiechnąłem się do kolorowych demonstrantów, zaczadzonych ideą parady i nie pomnych na fakty, bo bardzo zajętych swoją rolą. Ale i do własnych myśli uśmiechnąłem się smutno, wdzięczny jakoś losowi, Opatrzności, Bogu samemu, że dla mnie kolejna rocznica wolności mija się z nastrojem świętowania. Dobrze, że cień osobistej tragedii kładzie się na kalendarzu imprezy, bo inaczej może musiałbym rozważyć potrzebę stawania w szeregi uniesionych. Choć za cholerę nie wiem, po jakiej stronie. Od dziecka mam awersję do zbiorowych imprez, pochodów, akademii ku czci, przemarszów na cześć i apeli przeciw. W podstawówce zmuszano mnie do deklamowania rewolucyjnej poezji, śpiewania powstańczych nut i wyzwoleńczych zwrotek, aż od protestów przeciw imperialistom i wojnie nuklearnej gardło chrypło wbrew woli i zadumie. Potem zmuszano mnie do noszenia szturmówki na pochodach pierwszomajowych i wycierania smarków bezsilności w barwy narodowe, zaanektowane chwilowo przez PRL. Takie awersje okresu pryszczy nie pozostają bez wpływu na dorosłe wybory społeczne. W dorosłości pora iść własną drogą, slalomem omijając idee, z których tylko błoto. Zwłaszcza, gdy rządy się zmieniają, a rozbieżność między głoszonym a realizowanym wciąż taka sama. Bez względu na barwy partyjnego zakłamania, manifestacje nienawiści i miesięcznice podziału, programy polityczne wciąż mają się do ich realizacji jak nie przymierzając prawica do prawości.

               Ilekroć media pokazują demonstracje i kolejne migawki podziału w ramach listopadowych rozchodów obywatelskich, przychodzi mi wspomnienie przeciwwagi: ciche, jednostkowe, odejście ojca jak protest wobec święta narodu. Może tak zostawił mi sedno prostego patriotyzmu. Jego robotniczy etos nigdy nie szukał pola demonstracji, nie malował afiszy i transparentów na potrzeby świadectwa. Powtarzał często: rób jak chcesz, ale tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał i zawsze najlepiej jak umiesz albo w ogóle nie zawracaj dupy sobie i innym. Prosta filozofia szła z nim przez dziesięciolecia pracy zawodowej, towarzyszyła trosce o równe chodniki w mieście, dobre oznakowanie ulic, asfalt bez dziur, żeby innym żyło się lepiej. Nie widziałem, żeby komuś prywatnie odmówił pomocy, ale nie szukał pola do zaistnienia. Nigdy nie poszedł na skróty tylko dlatego, że nikt nie patrzy. Nie wystąpił przeciw prawu, choćby niosło najgłupsze wyroki i nie lubił użalać się nad sobą, bo w ogóle nie emanował czułością. Często mawiał: Zanim zrobisz, pomyśl, czym to się skończy dla innych. Doświadczył wystarczająco dużo nędzy, niedostatku i poniżenia w ustroju nie najlepszym z możliwych, dlatego trzymał się z daleka o propagandy tak samo partyjnej jak kościelnej, zawsze gotowy dostrzec każdego, kto wyciąga rękę, potrzebuje, a nie żąda przez wzgląd na barwy i układy. Czasem myślę jak bardzo by się nie odnalazł w świecie ustawionym na zagarnianie pod siebie i miewam żal, że wychował mnie do życia pod górę. Ale po chwili mija pretensja i wraca spokój porannego golenia bez wstrętu bijącego z lustra.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Galerniczka retro

30 paź

niedzielaNiedziela, a w galerii tumult. Może jedna z ostatnich niedziel handlowych, a może nie, ale ludzi pełno, jakby mieli wykorzystać na zapas, do następnej kadencji. Wpadłem na siku, po drodze było, ale zasada wzajemności zobowiązuje. Oni mnie sikalnię, ja im przegląd okazji. Jesień w końcu, zima zaraz, a mnie buty ciekną i w tej samej kurtce szósty rok. Zobaczyłem logo sieciówki, której dawniej tu nie było. Mam od nich dżinsy i koszulę, może i kurtka nie zawiedzie? Prostej potrzebuję, dwa warunki: czarna i ze stójką. Żadnych pikowanek i kapturków dla żelowanych transików w rurkach.

          Zerknąłem na rozmiar pierwszego wdzianka i kątem oka dostrzegłem ruch kotary przy kasie. Wyłoniła się stamtąd głowa uzbrojona w wielkie okulary i odwieczne loki niezniszczalne. Kobieta zza kotary była w wieku mocno poprodukcyjnym, z pewnością jakiś czas po średnim. Sprytnie wychynęła cała jej postać, której zmęczona szczęka coś jeszcze przeżuwała. W przeciwieństwie do firmowych trendów sprzedawczyń odziana była w sweterek dawno temu ściągany z drutów domowych, w porteczki a la „pepita dresik pani domu” i papućki koloru brudny róż niewymuszony. Lekko cofnąłem się przed sklep, zerknąłem na logo, ale dalej tkwiło nad głową to samo, całkiem współczesne, znanej dosyć marki. Pomyślałem, że królowa lady PRL-u sprząta tu, a tylko chwilowo zastępuje właściwą galerniczkę, która korzysta akurat z toalety, żeby podreperować służbowy uśmiech z nadrukiem: w czym pomóc? Ale w tym momencie potencjalna sprzątająca przemówiła:

prl_moda- Ta kurteczka jak dla pana, taki Norweg był, ale nie wziął, bo gotówką chciałam, a on do bankomatu przecież nie pójdzie. Takie to cywilizowane, a jak co do czego, nie wie, gdzie kartę wsadzić proszę pana, takie czasy.

- Nie jestem pewien, czy to mój styl. Taka trochę przykrótka ta kurtka i szeleści, dosyć chamski ten ortalion. Może jeszcze poszukam. – Odruchowo spojrzałem za siebie ku wyjściu. Przeczucie podpowiadało, że ewakuacja z wnęki nachalnej Tekli nie będzie łatwa. Ta pajęczyca szczękoczułki na handlu tępiła.

- Tu mam dłuższą trochę, nie? Gdzie pan będzie chodził i szukał? Tam mają powyżej tysiaka, szmaty takie chińskie! A tu: prawdziwy dederon! Kiedyś się tak mówiło, pan chyba pamięta?

- Dederon? – Zaraz stanęły mi przed oczyma fartuchy obsługi wszystkich barów mlecznych zgniłego ustroju – A przypadkiem nie zwykły ortalion z wierzchu? – Prowokowałem sam nie wiem po co.

- Jak ortalion? Ta obok to ortalion, tu dederon, co pan będzie chodził po innych sklepach jak zaczadzony? Jak tylko ten tu wyjdzie upust jakiś dam. Teraz to muszę mieć oko… panie, jak oni kradną! Sumienia naród nie ma! Czego pan szuka, podać coś?

          Mrugnęła do mnie czarnym okiem, powiększonym przez szkło grube jak upust, którego spodziewałem się sprawdzając już ochoczo pracę suwaków wszytych w zachwalony dederon. Teraz zza pleców dotarł niemal życzliwy głos carycy handlu, ale mocno przepojony podejrzliwością wobec nowego klienta:

- Ooo pan chyba z Ukrainy, pasek chce? Niech będzie pasek… grzeczny chłopiec, taki to nie ukradnie, to niech mierzy pasek w pasie. – Caryca zrobiła zwrot na pięcie i znowu zwróciła się do mnie:

- Pan nie ukradnie, ten pan, co dżinsy ogląda nie ukradnie – dodała tak głośno, żeby nacisnąć sumienie gościa, który przerzucał pary spodni na półce. – Różni przychodzą, niejedna łachudra tu zajrzy… pan sobie zmierzy kurtkę, przed lustrem stanie, upust dam. Nie ma mowy, żeby pan z niczym wyszedł, bo ona na pana szyta. Ja się znam, spojrzę i widzę… a tobie jak chłopiec, też pewno pasek dobry! To drugi też bierz, za pięćdziesiąt dam dwa, dobry uczynek zrobię. A co! Wy macie tam biedę, wojna na tej Ukrainie, bieda, a chłopak uśmiechnięty! Wszyscy oni tacy weseli, dam za pięćdziesiąt pasek, jak drugi weźmiesz. Na co dwa? To jedne spodnie masz, biedniutki? Pewno masz więcej spodni, a nie masz, dorobisz się tu u nas. Naród nieciekawy nasz, bywa podły, ponury bywa i zawistny, ale tobie na drugie spodnie da zarobić, nie bój. I na trzecie da, to paski dwa się przydadzą. Dwa paski na zmianę dobra rzecz, z inną klamerką weźmiesz. Przymierzaj paski, chłopiec z Ukrainy, nie bój się, ciebie ja nie skrzywdzę.

- To jaki dostanę upust za tę uczciwość? – Przerwałem tyradę zażenowany.

- Pięć złotych dam, dobrze będzie?

- Żart taki?

- No dobra, dziesięć dam… ale teraz cicho – pokazała na mężczyznę obok – pan tam te dżinsy weźmie do przymierzalni, nawet cztery pary… pan sobie pomierzy, ja tu pana skasuję…

Leciwa sprzedawczyni puszcza do mnie oko i mówi szeptem teatralnym:

moda2- … jak zniknie w przymierzalni, to spokój, nic mnie nie wyniesie zanim z panem zahandluję. Dziesięć złotych opuszczę na kurteczce, co? Płaci kartą, gotówką? Kartą? Nie ma pan gotówki? Na pewno? Ten z Danii, to kurtki nie kupił, nie chciał do bankomatu.

- Norweg, mówiła pani.

- Jeden grom panie, ale połasił się i ma pan dowód jakości tej kurteczki, bo te renifery stadami tu się kręcą, byle czego nie kupią, panie, od dobrobytu w dupie im się przewraca, a kurtkę chciał! To może znajdzie pan te cztery stówki, bo jak w niedziele pan zakupy robi, jak nic pan ma własny biznesik.

- Co też pani, ja etatowy jestem, z budżetówki, to może więcej tego upustu?

- Co znaczy etatowy? Etatowy, to był ten bidulek z Ukrainy i jeszcze pewnie na czarno robi, a pan dwa razy taki jak on, a paseczka panu nie trzeba? Będzie upust, dla pana za osiemdziesiąt pasek dam?

- To nie za pięćdziesiąt, skoro już kurtkę kupuję?

- Nie, no panu to ja bym takiego dziadostwa nie sprzedała, pan ma klasę, to taki jeden za stówkę trzeba, chce pan przymierzyć?

               Byłem twardy dziękując za pasek, za kurtkę zapłaciłem kartą. Serce zapałało sentymentem do szkoły handlu, przy której bladziutko wypadają zmęczone i kamerą ugrzecznione dziewczyny, sprzedające za szybami znanych marek. Tkwią tam jak za karę, a i tak pozostają ledwie cieniem carycy handlu w przydeptanych papuciach. Kurtka może się sprawdzi, choć okazała się granatowa, a co tam! Sentymentem ociepli serce w tygodniach zimy i mrozu… wszak dederonowa, swojska, na resentymencie nabyta .

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Obrazki, Społeczeństwo

 
 

  • RSS