RSS
 

Archiwum - Marzec, 2017

Niedziele spisuję na straty

19 mar

IMG_9842Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną… Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

 

Przezroczystość elity

01 mar


sad3Jakiś czas temu obejrzałem Wiśniowy sad Czechowa, klasyka, ale na nowo, w reżyserii Anny Augustynowicz i w wykonaniu aktorów Teatru Wybrzeże. Wędruje za mną ten spektakl i męczy. Reżyserka postawiła na minimalizm w formie, w
 scenografii niewiele elementów, uderzają tonacje czerni i drewniane krzesła, ustawione w różnych kierunkach, jest duży stół i kilka pomniejszych rekwizytów sugerujących zmianę miejsca akcji. Aktorzy raczej recytują kwestie niż grają role, bardziej do publiczności niż w relacji między postaciami dramatu, co wyraźnie utrudnia wejście w świat przedstawiony. Sztucznie, demonstracyjnie i płasko, chciałoby się powiedzieć, nawet nudno, ale pozostaje niepokojem.

Dzięki tym zabiegom dostrzegamy, że każda z postaci żyje w świecie własnych dramatów, fobii, dylematów lub wybiera skuteczną metodę izolacji, ucieczki od rzeczywistych problemów. Pozostaje nieprzystosowana do zmieniającego się świata, ale też niezdolna, by komunikować się z najbliższym otoczeniem, nawet z ludźmi swojego pokroju. Głos bohaterów niejako odbija się od pustki i wraca do nich samych. Jedyną osobą, która na tym korzysta jest Łopachin, syn niepiśmiennego chłopa, który ma pomysł na uratowanie dawnych mocodawców przed krachem, proponuje parcelację tytułowego sadu pod domki letniskowe. Właściciele majątku nie słuchają go, grzęzną w marazmie i sentymentach rodowych, które Łopachinowi są obce. Jest praktyczny, więc nie mnoży dylematów intelektualnych i duchowych. Ostatecznie kupi sad, zagra na nosie warstwie wycofanych i bezradnych, choć wykształconych, ale zupełnie pogubionych w świecie chama.


sad4 Gdy po zakończeniu sztuki przyglądałem się wychodzącym, szukałem pierwszych reakcji, ale nic z tego. Burzy braw nie było, raczej grzecznościowe oklaski za trud i aktorski wysiłek. Tymczasem na twarzach widzów swoboda soboty, uśmiechy i powroty do tematów przerwanych spektaklem lub do pomysłów na dobrze rozpoczęty wieczór. Skonsumowało się spektakl, więc czas na pizzę i piwo?

Lubię zerkać na twarze, gesty, miny ludzi, z którymi spędzam czas w jednej z kaplic sztuki. Próbuję szukać reakcji na dzieło, ale tu jej wypatrzeć nie mogłem. Obecni, których rozpiętość wieku wskazywała na przynajmniej trzy pokolenia, kim byli? Przyszli dla rozrywki? Kierowani głodem sztuki? Snobizmem? Potrzebą przeżycia czegoś głębszego w ramach ucieczki od świata polityki i konsumpcji? Chciałoby się w to wierzyć, ale łatwo nie jest. Czy to będzie nadużycie, jeśli uznam, że widzowie w teatrze, to jakaś próbka inteligencji naszych czasów? Elity? Nauczyciele, lekarze, urzędnicy, prawnicy, byli lub aktualni przedstawiciele świata nauki i sztuki? Niejeden freelancer, poeta, plastyk i copywriter? Czy, wyrwani na chwilę z matni swoich spraw i planów działania, poczuli się adresatami niezbyt optymistycznego przesłania?

Może należałoby przedtem zapytać, czy kiedyś poczuli się elitą? Zakładam, że znakomita większość, to ludzie wykształceni, oczytani, ciekawi świata…, ale o czym ja tu? To tylko teatr, instytucja dziś tak powszechna i demokratyczna, że być może obok profesora zasiada pani z osiedlowego sklepu, choć ona też po zarządzaniu. A tam pomiędzy dziennikarzem lokalnej gazety a grafikiem siedziała może pani ze stoiska z rajstopami w galerii handlowej, choć i ona zdaje się skończyła kiedyś socjologię.

Wieża Babel inteligencji rozmytej, przezroczystej i zbytecznej, która nie stworzy przekonującej elity, bo mówi językami odmiennych wartości, gustów, odrębnych profesji, na dziś użytecznych albo nie. Pesymizm wizji Wiśniowego sadu według Augustynowicz powrócił do mnie niepokojem pytania: czy istnieje jakaś odpowiedzialna warstwa elity naszych czasów? Nie mówię rzecz jasna o tej finansowej, która buduje rankingi najbogatszych i lobbuje w różnych dziedzinach, ale niewiele ma wspólnego z odpowiedzialnością społeczną czy jakością narodowej kultury. Gdzie szukać głosu warstwy, która poczuje odpowiedzialność za wyciąganie mas z dołka ignorancji, unaoczni i skutecznie napiętnuje powszechne ogłupienie? Czy ten głos jest potrzebny w tłumie, który lubi wymagać od innych, byle nie od siebie?

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że elity, którym dawniej przypisywano moc kształtowania wzorców życia społecznego i kulturalnego, wyginęły niczym mamuty na skutek naturalnego etapu ewolucji. Zmienił się klimat i przestały się wyróżniać, stopiły się z tłem, jako jeszcze jedna warstwa wyrobników kapitalizmu. Przestały być potrzebne, nie są już nośnikiem treści niezbędnych do dźwignięcia egzystencji na wyższy poziom. Ale może to złudzenie? Może są, tyle że niewidoczne, rozproszone, zamieszkujące z wyboru getta ludzi sobie podobnych, elitarni po godzinach, ale też wszystkożerni bez żenady. Dziś inteligent z taką samą przyjemnością idzie w sobotę do teatru na „trudną sztukę”, jak we wtorek cieszy oczy tasiemcem Barw szczęścia. Elita przestała dzielić kulturę na wysoką i niską, na tę, której warto się trzymać, bo podnosi poprzeczkę naszej wyobraźni albo zmusza do konfrontacji ze stereotypem i na tę, którą konsumuje się łatwo, gdy służy odmóżdżającej rozrywce. W tym miejscu ciśnie mi się fragment książki 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana. Zmarły niedawno profesor pisał w jednym z nich: Elita żyje i ma się dobrze, jest nawet bardziej ruchliwa i zalatana niż dawniej, choć równocześnie zbyt zaabsorbowana gorączkowym pochłanianiem wszelkich przejawów kultury, by zajmować się misją oświecania i nawracania maluczkich. Elita kulturalna w swoim najnowszym wcieleniu ma do przekazania masom znajdującym się niżej w kulturalnej hierarchii tylko dwie rady: „odpuście sobie, przestańcie wybrzydzać” i „zwiększcie konsumpcję”. W praktyce wyparła się swego powołania do nawracania, oświecania, uszlachetniania i „uwznioślania” zwykłych ludzi (przemianowanych dzisiaj na „masy”, a ściślej na „konsumentów kultury”).

Na skutek wyparcia powołania konsumenci już na dobre sobie odpuszczą wybrzydzanie, a tym bardziej podnoszenie sobie poprzeczki świadomości. Uwagę zaś bardzo chętnie kierują (jak to widać na polskim podwórku) na tych, którzy jasno im powiedzą kogo kochać, kogo nienawidzić. Gdy otumanione masy wynoszą do władzy kolejnego karła demagogii, elity zaczynają pękać z oburzenia i szukają grupy wsparcia. Skrzykują się i nucą jednym głosem, który ostatecznie przerodzi się w polifonię bezsilności. Tymczasem rodzimy karzeł Titelitury zaczyna po swojemu układać naszą dotąd bajkę. Zademonstruje arogancję, jaka elicie nie przyśni się nawet po zwiedzaniu Lichenia. I co wówczas może elita? Pomaszerować może ulicą? Wstawić komentarz oburzenia na fejsie? Może nie puścić dziecka do szkoły na znak protestu przeciw deformie oświaty albo zakleić sobie usteczka na scenie teatru, bo nie godzi się na dyrektora z nadania. Tyle może tym działaniem na własną miarę zrobić, że Titelitury silniej będzie trząść pańskim brzuszkiem samozadowolenia. Trząść ze śmiechu w rytm pohukiwań sfaszyzowanej gawiedzi, ślepo posłusznej i gotowej spalić do końca naszą bajkę w podzięce za bezkarność. A to raczej go wzmocni niż zabije, a wesołe memy elity zwisać mu będą kalafiorem.

 
 
 

  • RSS