RSS
 

Niedziele spisuję na straty

19 mar

IMG_9842Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną… Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

Print Friendly
 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Kultura, Społeczeństwo i Kultura

 

Tags: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Ulka

    4 kwietnia 2017 o 11:51

    niedziela dzień cwela i to powiedzonko się sprawdza

     
  2. ~Małgorzata

    3 kwietnia 2017 o 19:26

    Tak, i ja jestem dzieckiem wychowanym na Jacku i Agatce, nasze wspomnienia są odbierane przez „młodych”, jak wspomnienia naszych rodziców o powojennych czasach okraszanych zdaniem „teraz macie wszystko” a my…. Możemy utyskiwać na bylejakość wszystkiego i wychwalać smak lodów waniliowych naszego dzieciństwa. Było nam dobrze, beztrosko,niedziela nie była zatruta wizja poniedziałku a każdy kolejny poniedziałek był odmierzaniem czasu do wakacji a nie do niechybnej starości.

     
  3. ~Dorota

    3 kwietnia 2017 o 18:51

    no teraz nie ma poziomu

     
 

  • RSS