RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2017

Ostatni bastion zdziwienia

13 sie

wrozka2Jednym z nielicznych przywilejów nadciągającego wieku średniego jest brak zdziwienia. Każdego dnia rozglądam się czujnie i stwierdzam, że coraz mniej spraw mnie zaskakuje. W sumie to miłe uczucie. W miejsce kryzysu późnego chłopięctwa pojawia się coś w rodzaju wzruszenia ramion i zaniku buntu wobec świata i jego wysiłków na rzecz kwestionowania kultury i rozumu. Coraz częściej odkrywam niedobory w kwestii zaskoczenia, choć zostało trochę miejsca na ironię losu. Ta zaś czasem wydłubuje mnie z wysokiej wieży i sporadycznie nakazuje popatrzeć, by zabrać głos. Wieża zaś, umocniona murem mniej lub bardziej rozumnych filmów i książek, chroni przed zgorzknieniem, choćby na skutek nostalgii i wspomnienia ideałów młodego humanisty. Ale ratuje też przed klasycznym syndromem wieku męskiego, czyli wdziewaniem trampek i rurek w pogoni za dwudziestolatkami.

          Wyzwolony z nakazu zdziwienia łagodnieję i mniej dyskutuję z telewizorem, gdy wmawia, że erekcja pozostawia wiele do życzenia. Przerzucam kanały w poszukiwaniu serialu „Ranczo”, zanim dowiem się, że coś leży mi kłopotem równie wstydliwym jak brak magnezu w podrygiwaniu nie tego akurat, co jest na topie. Mimo wrzasku siebie wartych mediów „za” i mediów „przeciw”, nie dziwi też rząd, demontujący kraj równie żałosny jak elektorat tegoż. Wzruszam ramionami, gdy traktuje pospolitą rzecz jak padlinę, którą wyczyści do białej kości.

          Coraz częściej udaje mi się nawet nie dziwić śmietnikowi w marketowym wózku, przypiętym przez Sebę i dawcę żucia jego, gdy napasieni przed otrzymaniem paragonu, poszli puszczać bąki. Z pokorą wrzucam do kosza folie po chipsach i nie przeklinam już grzybni, z której powstali. Zaraz potem nie dziwi mnie, że w pojemniku na plastik leżą szklane butelki i wysuszone kwiaty wraz z ziemią. Wszak trzy pojemniki to labirynt nie do przejścia dla suwerena zagubionego w w drodze do ekologii. Tu nie pomoże rysunek na burcie, a napis za długi. Powiem więcej: brak oczekiwania normalności wyzwala nie tylko z bezradnego zdziwienia, ale jest bardzo skutecznym antidotum na dolegliwości patriotyzmu. Coraz częściej przychodzą takie chwile, gdy poetą jestem i wiersz sobie piszę: a jechał pies Janusza i Grażynę jego, niech sczeźnie kraj ćwoka osranego.

          Gdy tak truchtem dobiegam pięćdziesiątki, widzę, że wokół mniej powodów do żalu, jeśli przyszłoby to życie zakończyć, by przejść przez opary absurdu ku wiadomemu światełku jasności. Na taką myśl przychodzi nawet błogość z odblaskiem ironii, która składa się na dosyć przyjemny dystans o smaku tequili i późnego lata. Czasem jednak to samopoczucie coś jeszcze nieoczekiwanie zburzy.

          Przyzwyczaiłem się do bycia podglądanym w sieci i od dawna akceptuję fakt, że po znalezieniu męskich butów sportowych, zaczynam dostawać propozycje zakupu leginsów dla biegaczek. Wciąż jednak napawa mnie małym zdziwieniem wysyp damskich sukienek letnich w proponowanych postach i stronach, które – jak mniemam – stają się skutkiem zamówienia kociej karmy. Choć koleżanka zza biurka ma inne zdanie. Widzi w tym skutek reklamy podprogowej. Od dawna twierdzi, że wieczory spędzam w peruce z warkoczami blond, a przed komputerem zasiadam w podomce i jasnoniebieskich figach w różowe chmurki oraz w cielistych podkolanówkach damskich. Sam sobie zatem jestem winien, wszak sieć widzi więcej i sugeruje pójście krok dalej. Zastanawia mnie, czy przypadkiem wielki brat nie zagląda w jej potrzeby postrzegania mojej osoby, a ja ponoszę tego konsekwencje w proponowanych postach. Przeglądając kosmate łydki w rzeczonych nylonach, z pewnością nie dziwiłbym się nawałowi sukienek w rozlicznych okienkach coraz większego brata Fejsbunia.

          Inny wielki brat sieci sprawił, że wreszcie zdziwiłem się poziomem własnej ignorancji. Robi wszystko, żeby uczynić moje życie znośnym, a ja pozostaje niewdzięcznikiem. Najpierw nasyłał na mój adres banki i kasy pożyczkowe, a nawet chyba dobroczynne, skoro oferowały pieniądze za nic. Nie pomogło, pozostałem nędznym synem marnotrawnym. Teraz nasyła na mnie wróżki, które w kolejnych mejlach chcą uczynić mnie szczęśliwym i spełnionym, bo nadszedł dla mnie okres czerwonej sfery. Nie wiem, co to znaczy, ale dawniej niejednokrotnie cieszyło mnie, gdy piękne dziewczyny, taki okres oznajmiały, czyniąc oddech stabilnym. Dziś, na podobną wieść od wróżki znajduję przycisk „usuń”. Jedna jest nawet uparta w temacie uszczęśliwienia. Diana przekonuje mnie po raz enty: Jacku, mam Ci do przekazania wspaniałe i miłe wieści… spełnienie w miłości, w rodzinie i w pracy; dobrobyt, szczęście, wygrane w lotto i w każdej innej grze, lecz nade wszystko prawdziwe szczęście, które nareszcie zagości w Twoim życiu. […] Dzięki temu, co mam zamiar Ci wyjawić, nareszcie dowiesz się jak odnieść sukces we wszystkich dziedzinach życia i stać się osobą powszechnie podziwianą: przez przyjaciół, znajomych i krewnych. 

           Sami rozumiecie, że to już są ciężkie działa przeciw ignorancji, nawet dla takiego gamonia minimalizmu jak ja, totalnie obojętnego na podobny wykrój szczęścia. Oto mam w zasięgu prawdziwą wróżkę z bajki – Dianę, gotową z niejednej dyni wyczarować audi Q7, a ja dalej swoje „nie”. Z uporem godnym ministra obrony, szoruję rondel w kuchni i nic, ani kroku ku prawdziwemu szczęściu. Medium Diana chce do tego audika dorzucić dużą bańkę albo trzy i to w jakiejkolwiek grze, a mi to lotto. Siedzę w tych nylonach, podomce, peruce blond i nic. Mógłbym za wygrane wynająć przynajmniej niedrogą obywatelkę Ukrainy, która uczyni mnie ciut szczęśliwszym, może nawet wybawiając od szorowania patelni, a dalej olewam kapitał Diany.

          Obawiam się, że moja ignorancja nie dorosła do miary czasów i jej niebosiężnego daru. Chyba, że przez resentymenty wolę swoje zadłużone M3 z PRL-u niż uczciwe dwieście pięćdziesiąt metrów w nowobogackich zasiekach. Czy rzeczywiście, z pasją godną lepszej sprawy, wolę dygać na czwarte z siatami niż mieszkać na tropikalnej wyspie, gdzie jawą stają się drinki z palemką, ustawione na ciemnych pośladkach miejscowej Lukrecji? A może ja jestem jednak tutejszy masochista polski i w samoudręczeniu z tytułu posiadania normalnej rodziny i godziwej pracy spełniam się bardziej niż w wizji cudowności z pakietu korpo Diany? Spokojnie, to tylko ostrożność. Dobrze wiem, że w jej zapowiedzi szczęścia osoby powszechnie podziwianej przez przyjaciół, znajomych i krewnych… kryje się palenie żywcem na stosie zazdrości, łamanie kołem zawiści i krzyżowanie na wzgórzu hejtu!

               Tylko dlaczego jasnowidząca nie widzi jasno – jeśli już używa mojego imienia – że należę do gorszego sortu i nie zasługuję. Mordę mam zdradziecką i z tej prostej przyczyny nie mogę robić za muchę na lep. Po co wymusza poziom mojej kompatybilności z czterdziestoprocentowym fanpejdżem podeściku lub drabinki, któremu da się wcisnąć każdy skecz? Jeśli Diana łapie moje IP z portali dla używających rozumu, powinna widzieć jasno, że nie znajdzie tu materiału na robienie megagłupa. Wiem, wiem, jestem adresem IP nie tyle myślącym, co nieobwarowanym milionem zapór ciasteczkowych. Przeszkodą na drodze do zdobycia danych, ale może to i lepiej, bo skąd mam wziąć inny bastion zdziwienia wobec banalnej przyczepności szczęścia w tej fortyfikacji rodzimego absurdu?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 
 

  • RSS