RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Obrazki’

Galerniczka retro

30 paź

niedzielaNiedziela, a w galerii tumult. Może jedna z ostatnich niedziel handlowych, a może nie, ale ludzi pełno, jakby mieli wykorzystać na zapas, do następnej kadencji. Wpadłem na siku, po drodze było, ale zasada wzajemności zobowiązuje. Oni mnie sikalnię, ja im przegląd okazji. Jesień w końcu, zima zaraz, a mnie buty ciekną i w tej samej kurtce szósty rok. Zobaczyłem logo sieciówki, której dawniej tu nie było. Mam od nich dżinsy i koszulę, może i kurtka nie zawiedzie? Prostej potrzebuję, dwa warunki: czarna i ze stójką. Żadnych pikowanek i kapturków dla żelowanych transików w rurkach.

          Zerknąłem na rozmiar pierwszego wdzianka i kątem oka dostrzegłem ruch kotary przy kasie. Wyłoniła się stamtąd głowa uzbrojona w wielkie okulary i odwieczne loki niezniszczalne. Kobieta zza kotary była w wieku mocno poprodukcyjnym, z pewnością jakiś czas po średnim. Sprytnie wychynęła cała jej postać, której zmęczona szczęka coś jeszcze przeżuwała. W przeciwieństwie do firmowych trendów sprzedawczyń odziana była w sweterek dawno temu ściągany z drutów domowych, w porteczki a la „pepita dresik pani domu” i papućki koloru brudny róż niewymuszony. Lekko cofnąłem się przed sklep, zerknąłem na logo, ale dalej tkwiło nad głową to samo, całkiem współczesne, znanej dosyć marki. Pomyślałem, że królowa lady PRL-u sprząta tu, a tylko chwilowo zastępuje właściwą galerniczkę, która korzysta akurat z toalety, żeby podreperować służbowy uśmiech z nadrukiem: w czym pomóc? Ale w tym momencie potencjalna sprzątająca przemówiła:

prl_moda- Ta kurteczka jak dla pana, taki Norweg był, ale nie wziął, bo gotówką chciałam, a on do bankomatu przecież nie pójdzie. Takie to cywilizowane, a jak co do czego, nie wie, gdzie kartę wsadzić proszę pana, takie czasy.

- Nie jestem pewien, czy to mój styl. Taka trochę przykrótka ta kurtka i szeleści, dosyć chamski ten ortalion. Może jeszcze poszukam. – Odruchowo spojrzałem za siebie ku wyjściu. Przeczucie podpowiadało, że ewakuacja z wnęki nachalnej Tekli nie będzie łatwa. Ta pajęczyca szczękoczułki na handlu tępiła.

- Tu mam dłuższą trochę, nie? Gdzie pan będzie chodził i szukał? Tam mają powyżej tysiaka, szmaty takie chińskie! A tu: prawdziwy dederon! Kiedyś się tak mówiło, pan chyba pamięta?

- Dederon? – Zaraz stanęły mi przed oczyma fartuchy obsługi wszystkich barów mlecznych zgniłego ustroju – A przypadkiem nie zwykły ortalion z wierzchu? – Prowokowałem sam nie wiem po co.

- Jak ortalion? Ta obok to ortalion, tu dederon, co pan będzie chodził po innych sklepach jak zaczadzony? Jak tylko ten tu wyjdzie upust jakiś dam. Teraz to muszę mieć oko… panie, jak oni kradną! Sumienia naród nie ma! Czego pan szuka, podać coś?

          Mrugnęła do mnie czarnym okiem, powiększonym przez szkło grube jak upust, którego spodziewałem się sprawdzając już ochoczo pracę suwaków wszytych w zachwalony dederon. Teraz zza pleców dotarł niemal życzliwy głos carycy handlu, ale mocno przepojony podejrzliwością wobec nowego klienta:

- Ooo pan chyba z Ukrainy, pasek chce? Niech będzie pasek… grzeczny chłopiec, taki to nie ukradnie, to niech mierzy pasek w pasie. – Caryca zrobiła zwrot na pięcie i znowu zwróciła się do mnie:

- Pan nie ukradnie, ten pan, co dżinsy ogląda nie ukradnie – dodała tak głośno, żeby nacisnąć sumienie gościa, który przerzucał pary spodni na półce. – Różni przychodzą, niejedna łachudra tu zajrzy… pan sobie zmierzy kurtkę, przed lustrem stanie, upust dam. Nie ma mowy, żeby pan z niczym wyszedł, bo ona na pana szyta. Ja się znam, spojrzę i widzę… a tobie jak chłopiec, też pewno pasek dobry! To drugi też bierz, za pięćdziesiąt dam dwa, dobry uczynek zrobię. A co! Wy macie tam biedę, wojna na tej Ukrainie, bieda, a chłopak uśmiechnięty! Wszyscy oni tacy weseli, dam za pięćdziesiąt pasek, jak drugi weźmiesz. Na co dwa? To jedne spodnie masz, biedniutki? Pewno masz więcej spodni, a nie masz, dorobisz się tu u nas. Naród nieciekawy nasz, bywa podły, ponury bywa i zawistny, ale tobie na drugie spodnie da zarobić, nie bój. I na trzecie da, to paski dwa się przydadzą. Dwa paski na zmianę dobra rzecz, z inną klamerką weźmiesz. Przymierzaj paski, chłopiec z Ukrainy, nie bój się, ciebie ja nie skrzywdzę.

- To jaki dostanę upust za tę uczciwość? – Przerwałem tyradę zażenowany.

- Pięć złotych dam, dobrze będzie?

- Żart taki?

- No dobra, dziesięć dam… ale teraz cicho – pokazała na mężczyznę obok – pan tam te dżinsy weźmie do przymierzalni, nawet cztery pary… pan sobie pomierzy, ja tu pana skasuję…

Leciwa sprzedawczyni puszcza do mnie oko i mówi szeptem teatralnym:

moda2- … jak zniknie w przymierzalni, to spokój, nic mnie nie wyniesie zanim z panem zahandluję. Dziesięć złotych opuszczę na kurteczce, co? Płaci kartą, gotówką? Kartą? Nie ma pan gotówki? Na pewno? Ten z Danii, to kurtki nie kupił, nie chciał do bankomatu.

- Norweg, mówiła pani.

- Jeden grom panie, ale połasił się i ma pan dowód jakości tej kurteczki, bo te renifery stadami tu się kręcą, byle czego nie kupią, panie, od dobrobytu w dupie im się przewraca, a kurtkę chciał! To może znajdzie pan te cztery stówki, bo jak w niedziele pan zakupy robi, jak nic pan ma własny biznesik.

- Co też pani, ja etatowy jestem, z budżetówki, to może więcej tego upustu?

- Co znaczy etatowy? Etatowy, to był ten bidulek z Ukrainy i jeszcze pewnie na czarno robi, a pan dwa razy taki jak on, a paseczka panu nie trzeba? Będzie upust, dla pana za osiemdziesiąt pasek dam?

- To nie za pięćdziesiąt, skoro już kurtkę kupuję?

- Nie, no panu to ja bym takiego dziadostwa nie sprzedała, pan ma klasę, to taki jeden za stówkę trzeba, chce pan przymierzyć?

               Byłem twardy dziękując za pasek, za kurtkę zapłaciłem kartą. Serce zapałało sentymentem do szkoły handlu, przy której bladziutko wypadają zmęczone i kamerą ugrzecznione dziewczyny, sprzedające za szybami znanych marek. Tkwią tam jak za karę, a i tak pozostają ledwie cieniem carycy handlu w przydeptanych papuciach. Kurtka może się sprawdzi, choć okazała się granatowa, a co tam! Sentymentem ociepli serce w tygodniach zimy i mrozu… wszak dederonowa, swojska, na resentymencie nabyta .

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Obrazki, Społeczeństwo

 

Wilgotny Waldek

05 paź

Wakacje_2012 008Zmierzch zapadał zbyt wcześnie i z trudem dostrzegałem ruchy spławika. Gładka tafla jeziora marszczyła się delikatnie, choć nie dało się odczuć najmniejszego powiewu. Narastający chłód przypominał, że to ostatnie dni lata. Tymczasem pod wodą życie jakby ustało. Kot nie był głodny, nie czekał na kolejną płotkę. Leżał znudzony bezruchem i rzucał spojrzenia z wyrzutem, że nie wracamy.

           Głośny plusk w pasie trzcin z lewej sprawił, że obaj nerwowo spojrzeliśmy w tamto miejsce. To mógł być szczupak, a może wydra? Ożywiony kot nerwowo kręcił ogonem, zapatrzony w kierunku rozchodzących się kręgów wody. Teraz z prawej usłyszałem wyraźne mokre pacnięcie o deski pomostu. Odwróciłem się i ze zdumieniem zobaczyłem spłaszczone palce, długie dłonie i chude nadgarstki w odcieniu zieleni. Cofnąłem się znacznie, niemal do próchniejącego zejścia z pomostu. Z ciekawością i narastającym lękiem patrzyłem, co wyłoni się z przedłużenia obrzydliwych badyli w kolorze gnijącej kapusty. Zza desek wysuwała się wielka głowa, jajowata, z zielonymi, ulizanymi galaretowato włosami, z oczami bez źrenic, w kolorze oliwek z Biedronki. Kot prychnął głośno, odskoczył i pognał do brzegu. Nie wiedziałem, który z moich towarzyszy przygotował stwora, ale byłem pewny, że gdzieś tu w trzcinach cała łódka trzęsie się od śmiechu. Ktoś czeka na moją ucieczkę, ale honor nakazywał pozostanie na miejscu, choć suchość w gardle narastała.

- Jest sprawa, Marcin – zielona głowa przemówiła skrzekliwie, rozglądając się wolno dookoła, jakby z obawy, że głos budzi większą sensację niż widok.

- Znamy się? – Nie poznałem swojego przerażonego głosu – Coś za glonojad?

- Wodnik Szuwarek, kurwa, nie widzisz?! Coś się rozdziawił jak klapa sedesu, to ja, Waldek.

- Waldek?

- Na uszy też padło?! Waldek Łomotny. Sąsiad z góry, tak mnie nazywałeś.

- Widzi mi się raczej Waldek Wilgotny. W zimnej wodzie nawet kaczorowi nie staje, co? Skąd to durne przebranie?

- Tylko nie przebranie! Głupio zabrzmi, ale to kara.

- Kara? Mówili, że utopiłeś się na wczasach, a ty tu glona kleisz?! W utopca bawisz się trzysta kilometrów od cmentarza?! A może ścigają cię mężowie zaliczonych kobiet z czata? Przyznaj, że to ściema z utopieniem na Mazurach!

- To dlaczego na tych Mazurach mnie znajdujesz? Brzmi dziwnie, ale wyszło takie wash and go bez piany. Z jednej strony żony przedmuchane, z drugiej śmiertelna przygoda w kajaku po pijaku, z trzeciej twoje szkody w mieszkaniu przez moje zalewanie. Zebrało się na wyrok i dupa: skazany na coś między kijanką a komiksem o wiedźminie, na wieki.

- Amen.

- No bez takich! Tu jest właśnie sprawa do ciebie.

- Jako utopiec kogoś tu załatwiłeś i alibi szukasz? Ech, ty demonie seksu i mułu!

- Zwariowałeś?! Napalony trochę byłem, nie przeczę, nieraz chałupę ci zalałem w seksualnym uniesieniu, zgoda, ale żeby zaraz mokra robota? Najwyżej pajacom żyłki poplątałem, trochę ich podtopiłem. Nie lubię ćwoków, co mierzą dno, ważą wędki, ciężarki, sonary przywożą, szum, przerost formy nad treścią, wpienia mnie to. No dobra, raz zamieniłem się w karpia hodowlanego. Dzierżawca hoduje w stawie przy domu takie po piętnaście kilo i co jakiś czas wpuszcza tutaj, żeby ściągnąć palantów z wędkami, którzy słono płacą za słitfocie. Jeden przyjechał tu z taką śniadą żonką. Co ona za cyc miała! Jako karp wciągnąłem go do wody. Bidulka na ten widok zemdlała na pomoście i miałem okazję pocieszyć się z bliska boskim darem, gdy ten jej moczykij wypełzał na brzeg po drugiej stronie. Wygłupy, ale bez topienia!

          Wyszczerzył zielone zęby, nierówne i dosyć mocno nadgniłe i wtedy zacząłem obawiać się sprawy, z jaką wynurzył się kwadrans temu. Wilgotny Waldek zdaje się też sobie przypomniał z czym przypłynął, bo krzywy uśmiech nagle zgasł.

- W tobie nadzieja, Marcin. Tę oślizłość zrzucić może ze mnie, no wiesz, że darujesz mi wszystkie zalania chałupy i ….

- Już dawno zapomniałem, nie ma sprawy. Wracaj do wieczności w ludzkiej koszuli!

- Potrzebuję jeszcze małej przysługi. Tyle że od twojej żony.

- Nie przeginaj, chuju rybi! Anety w to nie mieszaj!

 Wakacje_2012 118Zerwałem się z pomostu wściekły nie na żarty, a może bardziej przerażony. Wyobraziłem sobie szok żony na widok gluta z roztopionej plasteliny, którego będzie musiała dotknąć albo pocałować! Nie! Zacząłem składać wędkę, żeby przypominała kij, którym wybiję chore pomysły z zielonego jaja, sterczącego z szyi na patyku. W tym momencie dostrzegłem luźną deskę w pomoście, schyliłem się gwałtownie, żeby ją wyrwać i prać. Nie przejął się chyba, bo zobaczyłem ironię w krzywym uśmiechu:

- Tłukłeś kiedyś górę glonów dechą? Poza mokrym plaskaniem efektu nie będzie. Uspokój się, odczarować może mnie tylko odmowa kobiety. Musi być obojętna na każdy bajer, nawet po kielichu. Kumasz? A sam wiesz, że chłodniejszych nóżek niż twojej Anety nie ma. To święta kobieta, wierna, kochająca i odporna na seks. Nie podejmie wyzwania, bo jest niezłomna jak batalion wyklętych.

- Waldi, w co ze mną pogrywasz? Przecież przy oślizłej powierzchowności nie zaliczysz nawet nimfomanki na głodzie! Jaka to sztuka bronić cnoty wobec zleżałego skrzeku, śmierdzącego mułem?

- I tu się mylisz. Widzisz co wieczór przy ognisku szpakowate ciacho z gitarą? Słyszysz ten głęboki męski śpiew wabiący? Błysk czekoladowych oczu, gdy z imbryczka bimberek polewa?

- To ty, błotniaku?! Stąd te szanty w repertuarze!

- Z woli pana ciemności mogę zmieniać się każdej nocy, wtedy ma uciechę.

- Ale po co je tak bajerujesz, skoro powinieneś zniechęcać?

- Słabość taka. Na tym polega diabelska sztuczka. Muszą bardzo chcieć i oprzeć się pokusie. Inaczej klątwa trwa.

- Tyle kobiet na turnusie, niejedna niezłomna pewnie?

- A co wczoraj wybudziło cię ze snu, aż usiadłeś z wytrzeszczem?

- Jęki sąsiadki! Wyła jak zarzynana! Myślałem, że pomocy potrzebuje.

- Nie potrzebowała i prosiła o więcej… najbardziej niezłomna z turnusu była… kwadrans.

- Co się dziwisz, letnia noc, gitara, jezioro, alkohol, to musi działać.

- To jak będzie z nami?

- Zwariowałeś?! Będziesz mi żonę głuszył, a ja niby co mam ze sobą zrobić?

Wakacje_2012 115- Zaprzyjaźnione rusałki, zajmą się tobą.

- Ale one mogą załaskotać na śmierć, czytałem gdzieś.

- Dorosły chłop, a w bajki wierzy? Marcin, zrobią ci takie meksykańskie sombrero, że zapomnisz jak się nazywasz, a błogość opuści cię w wigilię z teściową.

- Wiesz co, Waldi, powiem tak: spływaj gilu po badylu, a żony nie dam.

- Marcinku, grzecznie prosiłem, bo jestem ci to winny, ale miej litość, nie zmuszaj.

          Zaskrzeczał i jeszcze raz odsłonił w uśmiechu zgniliznę ostrych zębów. Oczy zalśniły mu szafirem i poczułem wibrację smartfona w kieszeni bojówek. Sięgnąłem po aparat, ale nie było widocznego połączenia. Ekran zamigotał i nagle zobaczyłem Martę, asystentkę z działu sprzedaży. Siedziała lubieżnie na blacie hotelowej łazienki i oblizując górną wargę, przywoływała kogoś ruchem palca wskazującego. Po chwili zobaczyłem siebie zbliżającego się do niej z pożądaniem w oczach. To był wyjazd integracyjny, z maja. Ekran na powrót zrobił się czarny. Waldek odezwał się znowu:

-  W pamięci mam sporo projektów, którymi zarządzałeś. Chyba nie chcesz, żebym sprezentował wygaszacze ekranu twojej świętej żonie?

          Zsunął się do wody bez hałasu, zanim złożyłem szczenę do wypowiedzenia przekleństwa. Krzyknąłem tylko: Aneta! Anetka! I poczułem jak szarpie mnie coś od wewnątrz i na zewnątrz naraz.

- Marcin! Obudź się do cholery! Czego wrzeszczysz?! Jestem tu, spokój już, obudź się, nic się nie dzieje, słyszysz?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Wspomnienia z wytchnienia

03 wrz

IMG_0203Rok w rok, z takim samym niepokojem, czekam na pytanie: gdzie spędzasz urlop? Jest równie dokuczliwe jak opryszczka przed randką albo afty tuż po niej, a przy tym niestosowne jak to o rodzaj skutecznych czopków na hemoroidy, zadane w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Wszak nie wypada mówić o czopkach z CV kandydata w dłoni, jak nie wypada nie pojechać na Rodos, Kretę, do Chorwacji i na Cypr, zwłaszcza, gdy dotarł tam już schabowy z kapustą i disco polo, a ja ciągle w kraju. W ostatnich latach jakoś szczególnie bolą mnie plany urlopowe. Z pewnością ma to związek z niechęcią do tłumów uprawiających parawaning na plażach Bałtyku, ale chyba też z brakiem potrzeby towarzyszenia pasjonatom rozdeptywania Tatr laczkami lub głośnego podrygiwania na wielkim bananie, łamiącym fale za motorówką. Ponadto należę do lobby głoszącego – na podstawie wieloletnich studiów nad poziomem mentalnym powracających rodaków – że podróże nijak nie kształcą, a jedynie stresuje konieczność powrotu do rytmu egzystencji nie najlepszej z możliwych.

          W tym oto duchu, z uporem godnym lepszej sprawy, utrudniam sobie wyjazdy wypoczynkowe. Na początek wyłażą demony towarzyskie i straszą koniecznością znalezienia się gdzieś tam, gdzie „polcy i polaki” wzajemnie się ignorują i szykanują swoją obecnością. Potem spuszczam owczarki lęku i osaczają pozostawioną nieruchomość w kredycie, a ja wątpię w stan techniczny pozostawionych baterii łazienkowych, zaworów gazu i gniazd elektrycznych, nawet w rok po generalnym remoncie. Dalej popadam w depresję przy pakowaniu torby, bo przecież na pewno czegoś zapomnę, a z pewnością wezmę za dużo pierdów zbytecznych. Ostatecznie demonizuję konieczność zaangażowania bliskich w opiekę nad kotem, po czym komplikuję instrukcję obsługi tegoż i panicznie chwytam się każdego pretekstu uzasadniającego pozostanie w domu. Choćby za cenę utraty wpłaconej zaliczki. Przecież urlop, to jedyny moment, żeby spokojnie napisać nową książkę, do której wcale mi nie bliżej niż do rzeczonej Grecji z Lidlem i swojskim oscypkiem. I tak za każdym razem, przynajmniej do momentu opuszczania M4.

          Gdy żona zaciska żelazo presji letniego wypoczynku wokół szyi, skamlę przynajmniej o miejsca zapomniane przez ludzi. Takie, w których Bóg w swoim dziele nie dał się przesłonić milionem bilbordów z kosiarką i proszkiem do prania, promowanym przez ogrodniczki zawieszone na cyckach. Jako odwieczny minimalista, a przy tym dziecko Warmii i Mazur, nie mam większych priorytetów niż połysk jeziora, zieleń łąk, zapadających o zmroku w kolory rdzy, może jeszcze sporo lasu i więcej ciszy. O ironio! Czyż nie brzmi to jak maksymalizm w dobie łupanek na plażach, pokrytych smrodem odmrożonego dorsza na frytkach, ale w sąsiedztwie gofra z Nutellą?          

IMG_0210Tego roku jednak miłosierdzie żony pokryło się z Bożym. Zgodziła się na Mazury, a Pan nasz uśmiechnął się i skierował na sieciowe łącza wrażliwą kobietę, która zdążyła poznać wszelkie moje szajby domatora i napisała krótko: wydaje mi się, że jest miejsce, w którym się odnajdziesz. Miejsce, skąd trudniej będzie wrócić niż tam pojechać. Gdy zaraz potem przesłała link z napisem Siedlisko Szwałk, ujrzałem brak popularnych miejsc w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a potem spory dom z czerwonej cegły, z zielonymi drzwiami. Ściany uśmiechały się obiecująco kwiatami na leciwych drewnianych półkach z łańcuchem, a jakaś nutka ulgi zagrała w głowie potrzebą znalezienia się tam i to zaraz. Potem dołączyła migawka z zapomnianego serialowego Siedliska Majewskiego, z Anną Dymną w planie głównym, i wszystko to wyrysowało uśmiech zgody. Gdy miejsce urlopu pokazałem żonie, wykazała ciekawość, ale też ulgę, że jakby coś jednak w Szwałku szwankowało, zawsze wybór może zwalić na moje dziwaczne pomysły.        

IMG_0186 I już za Giżyckiem, gdy minęliśmy Wydminy i kolejne mazurskie zakręty prowadziły wśród rozjaśnionych słońcem pól, łąk, nieużytków, bez drogowskazów, byłem gotów docenić nawigację. Tuż przed samym Szwałkiem, jako kompletny idiota kartograficzny, zrozumiałem, że bez głosu mówiącego, gdzie mam skręcić i za ile, zwyczajnie nie miałbym szans na odnalezienie zagubionego siedliska. Im bliżej celu, tym węższa i bardziej kręta droga przez las z balsamicznym cieniem, choć z gładkim asfaltem, który nagle się skończył, tuż przed bramą wjazdową na niewidoczną z dróg posesję. Tam zaś powietrze zatrzymane w czasie i przestrzeni, rozpromienione słońcem późnego popołudnia, a wzmocnione serdecznym uśmiechem Agnieszki, gospodyni witającej z tak bezpretensjonalnym urokiem, że natychmiast znika obawa i podejrzenie, czy i w tym miejscu aby na wyrost nie działa sieciowy marketing, a oferowane usługi raz jeszcze nie dorosną do obietnic strony internetowej.         

IMG_0182 Zapach domowego obiadu i radosne rozmowy gości, które pobrzmiewały gdzieś za rogiem, pomiędzy psami równie przyjaznymi jak ludzie, upewniał powoli, że nie ma pomyłki. A mimo to nie umiałem wyłączyć czujności, przynajmniej do końca dnia, w którym ujrzeliśmy Siedlisko Szwałk. Nie jest łatwo uwierzyć, że ludzie, którzy wysiedli ze swoich aut przed nami, rzeczywiście są z różnych stron kraju, nie tworzą tu wspólnoty od lat hermetycznej dla obcych, skoro zwracają się do siebie po imieniu. Czy w kraju konfrontacji suwerena z mordą zdradziecką, możliwa jest wspólnota urlopu bez podziału? Dla zdrowia psychicznego od dawna nie oglądam telewizji, nie czytam gazet, ale przyjąć za naturalny uśmiech siedzących obok i nie doszukiwać się wymuszonej grzeczności, to sztuka, do której Szwałk mnie wyzwolił i przypomniał smak życzliwości bezinteresownej i zjednoczonej w jednym celu: wspólnego odpoczynku, nawet gdybyśmy mieli więcej się nie spotkać.

IMG_0188  Dzięki domowej atmosferze, wyczarowanej przez gospodarzy, spadło na nas wiele nagłości wytchnienia. Nagle okazało się, że są miejsca, w systematycznie wyludnianej Polce B, a może i C, gdzie pływanie kajakiem to coś więcej niż machanie wiosłem, a mieszanie wody w jeziorze, to nie tylko kraul i żabka między trzcinami, w których swoje szlaki przemierza zaskroniec. Gdzie w łowieniu płotek z pomostu, koniecznie w towarzystwie wiecznie sennego kota – nomen omen – Rudego, wędkowanie niewiele ma sensu bez mruczenia tegoż, bez orła nad głową i głosu żurawi w tle. Nagle wszystko to jakoś bliżej nieba i ziemi się zrobiło z całkowitym wyłączeniem pędu współczesności, jakby ktoś na niej zasłonę zaciągnął. Nagle cisza wydobyła swój dźwięk, dawno zagłuszony pędem spraw, powinności, terminów niekoniecznie najważniejszych. Nagle ukazały się miliony gwiazd na nocnym niebie, do którego bliżej, gdy za horyzontem zostały światła miast i ich mrowienie, a ciemność zagęszcza mrok pozbawiony wątpliwego blasku cywilizacji. Nagle stopniały i spłynęły zegary jak w obrazie Salvadora Dali, gdy spokój rozwlekł godziny między lekturę, rozmowy, przyjemność wspólnych posiłków ze smakiem zapiekanej owsianki, domowych ciast i powideł, sera i kakao jak z dzieciństwa. Nagle wieczorne dźwięki gitary, zapach ogniska, śpiew i rozmowy polewane miejscowym trunkiem z czajniczka, pokazały, że istnieje Polska bez podziałów, w której nikogo nie interesuje politykowanie.               

IMG_0245W głowie wirowało nie tylko od tych nagłości przyrody i mocy lokalnego alkoholu, ale też od radości wtrącenia między ludzi tak samo spragnionych ciszy i wolności od nieustannego napinania karku i łokci, tu, gdzie jezioro pachnie jeziorem, rozmowa staje się przyjemnością, a uśmiech nie kryje nic pod uśmiechem.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Obrazki, Społeczeństwo

 

Zdechłe motyle

12 lip

love_marriage_hand- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam… raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem… wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie… szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

04 lis

student- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie zastępstwa i klasówki układa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze i grube słomki do szklanek, córka prosiła, daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O słomki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Odkurzyłem chałupę, kuchenkę umyłem, kuwetę ogarnąłem, koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać tekstów, znasz to!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! Wymagające hobby, na potrzeby pozornego rozwoju z dowartościowaniem banału życia w tle! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości. Tylko nie wiem, czy doda motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmienia ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru, żeby dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą, a nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Ty wiesz, jakie jest zatrzęsienie blogów w sieci? A nie masz zadatków na celebrytę modowego, ani tego od pieczenia buraka i szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi rodowa mądrość.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te słomki i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli te babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to ego zbutwiałe. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na kwartał za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko jest ważne godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj, tylko wstyd w ludziach zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka, twój ulubiony profesor i pisarz, Chwin Stefan, zdaje się jakoś tak mówił w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, to żeby pamiętali u progu jasności w tunelu! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u Chwina Stefana: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie chciałeś napisać, że statystyki kłamią, a w Krakowie ludzie sobie gnaty łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają i napawać się, by nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistycznie wiatr w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie, po części. Część, żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne, choćby spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… i w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

 
 

  • RSS