RSS
 

Melancholijnie, listopadowo, patriotycznie?

14 lis

K_Sledziowy_25_11_12 013 Tym razem święto niepodległości wypadło w sobotę i wywołało zamieszanie głównie w sklepach. Dało się odczuć coś jak zapowiedź hekatomby polsko-polskiej, która w ciągu doby wymknie się racom głównego miasta. W osiedlowej Biedronce trudno było choćby o dziesięć jaj, nawet jeśli nikt nie groził jej zamknięciem w niedzielę. Ale i to nie spowodowałoby konieczności zabierania głosu w takich okolicznościach patriotyzmu.

Przypadek sprawił, że wieczorem grzebałem w starych plikach i trafiłem na wiersz, własny. Bo kiedyś byłem poetą, wiersze sobie pisałem, a zaraz potem poszedłem po rozum do głowy. Nie mówiłbym o tym, gdyby ten odnaleziony nie zbiegł się datą z dniem święta narodowego. Pamiętam, że jego powstaniu towarzyszyła irracjonalna – jak się wówczas wydawało – gorycz. Nie za przyczyną odzyskanej niepodległości bynajmniej. Wówczas nie miałem pojęcia, co mnie trapi, ale dół pogłębiał się z godziny na godzinę. Siedziałem w pustym pokoju akademika, koledzy wyjechali na długi weekend, ukochana też, a ja poczułem bolesny imperatyw, by wykrzyczeć coś z wiarą, że ulży i tak powstał ten dziwny wiersz:

- nadzieja –

 jestem słońcem i łąką

twoim snem

w pokoju bez światła

i wody

nad ranem

zdzieram zasłony

rozchylam uda i czekam

byś z wiarą w miłość

smakował sumienie

94-11-11

A gdy już wypisałem cały smutek nadziei, wieczorem, bardzo okrężną drogą (na telefony komórkowe długo trzeba było czekać), dotarła do mnie wiadomość, że umarł ojciec, nagle. Od tej daty ojciec i ojczyzna idą pod rękę przez wieczność jak przez moje listopady, których świętowanie specjalnie mnie nie porywa i obchody łączę raczej z odchodzeniem osoby i zamykaniem pewnego etapu życia.

 K_Sledziowy_25_11_12 023Pomyślałem o tym w uroczyste południe narodowego święta, stojąc w korku pośród ulic starego Gdańska. Wokół uśmiechnięci ludzie przygotowywali się do parady i wbrew listopadowi robiło się kolorowo, pogodnie, bo zbierali siły, by demonstrować. Ale co w zasadzie? Przywiązanie do wolności? Patriotyczne uniesienie? Chcieli masowo oddzielić się od masowo myślących inaczej? Poczuć wspólnotę pośród wspólnot podzielonych? Pójść bardziej przeciw niż za, gdy ojczyzna jedna, krwawiąca rozdzieranym sztandarem jak w Dniu Świra. Tu narodowcy, tam zieloni, tu sportowcy tam aktorzy, tu lewacy, tam prawica, tu obrońcy życia, tam feministki, tu zwolennicy komuny, tam pokazujący palcem, gdzie stało ZOMO, a Polska? Aby jedna jeszcze? Ciągle mówimy o tej ziemi, którą Duch jakby omija? Mówimy o tej od morza do Tatr, czy pozostały raczej czterdzieści i cztery wyspy mentalnego archipelagu Janusza, którego mieszkańcy czyszczą Biedronkę z jaj kur chowu klatkowego? I ten właśnie naród, to pokolenie synów Grażyny, to może główna siła patriotyzmu na miarę wielkiej dupy, która pomieści sztandar, odpowiedzialność za kraj, postawy obywatelskie i miłość bliźniego. Bo tyle dla nich znaczą, co okazja do skutecznego zrobienia w chuja każdego, kto nawinie się na placu zawiści, na parkingu złości, w bloku obcości, na chodniku rywalizacji albo pod Lidlem pazerności.

          Uśmiechnąłem się do kolorowych demonstrantów, zaczadzonych ideą parady i nie pomnych na fakty, bo bardzo zajętych swoją rolą. Ale i do własnych myśli uśmiechnąłem się smutno, wdzięczny jakoś losowi, Opatrzności, Bogu samemu, że dla mnie kolejna rocznica wolności mija się z nastrojem świętowania. Dobrze, że cień osobistej tragedii kładzie się na kalendarzu imprezy, bo inaczej może musiałbym rozważyć potrzebę stawania w szeregi uniesionych. Choć za cholerę nie wiem, po jakiej stronie. Od dziecka mam awersję do zbiorowych imprez, pochodów, akademii ku czci, przemarszów na cześć i apeli przeciw. W podstawówce zmuszano mnie do deklamowania rewolucyjnej poezji, śpiewania powstańczych nut i wyzwoleńczych zwrotek, aż od protestów przeciw imperialistom i wojnie nuklearnej gardło chrypło wbrew woli i zadumie. Potem zmuszano mnie do noszenia szturmówki na pochodach pierwszomajowych i wycierania smarków bezsilności w barwy narodowe, zaanektowane chwilowo przez PRL. Takie awersje okresu pryszczy nie pozostają bez wpływu na dorosłe wybory społeczne. W dorosłości pora iść własną drogą, slalomem omijając idee, z których tylko błoto. Zwłaszcza, gdy rządy się zmieniają, a rozbieżność między głoszonym a realizowanym wciąż taka sama. Bez względu na barwy partyjnego zakłamania, manifestacje nienawiści i miesięcznice podziału, programy polityczne wciąż mają się do ich realizacji jak nie przymierzając prawica do prawości.

               Ilekroć media pokazują demonstracje i kolejne migawki podziału w ramach listopadowych rozchodów obywatelskich, przychodzi mi wspomnienie przeciwwagi: ciche, jednostkowe, odejście ojca jak protest wobec święta narodu. Może tak zostawił mi sedno prostego patriotyzmu. Jego robotniczy etos nigdy nie szukał pola demonstracji, nie malował afiszy i transparentów na potrzeby świadectwa. Powtarzał często: rób jak chcesz, ale tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał i zawsze najlepiej jak umiesz albo w ogóle nie zawracaj dupy sobie i innym. Prosta filozofia szła z nim przez dziesięciolecia pracy zawodowej, towarzyszyła trosce o równe chodniki w mieście, dobre oznakowanie ulic, asfalt bez dziur, żeby innym żyło się lepiej. Nie widziałem, żeby komuś prywatnie odmówił pomocy, ale nie szukał pola do zaistnienia. Nigdy nie poszedł na skróty tylko dlatego, że nikt nie patrzy. Nie wystąpił przeciw prawu, choćby niosło najgłupsze wyroki i nie lubił użalać się nad sobą, bo w ogóle nie emanował czułością. Często mawiał: Zanim zrobisz, pomyśl, czym to się skończy dla innych. Doświadczył wystarczająco dużo nędzy, niedostatku i poniżenia w ustroju nie najlepszym z możliwych, dlatego trzymał się z daleka o propagandy tak samo partyjnej jak kościelnej, zawsze gotowy dostrzec każdego, kto wyciąga rękę, potrzebuje, a nie żąda przez wzgląd na barwy i układy. Czasem myślę jak bardzo by się nie odnalazł w świecie ustawionym na zagarnianie pod siebie i miewam żal, że wychował mnie do życia pod górę. Ale po chwili mija pretensja i wraca spokój porannego golenia bez wstrętu bijącego z lustra.

Print Friendly
The following two tabs change content below.

Jacek Wangin

Jacek Wangin, ur. 1969, absolwent filologii polskiej UG, prozaik, felietonista, publikujący w prasie literackiej od 1994r. Autor powieści "Lucka rzecz" (2007) oraz dwóch zbiorów opowiadań: "Gdy wrony zawrócą" (2003) i Przewrotka (2012).

Ostatnie wpisy Jacek Wangin (zobacz wszystkie)

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Społeczeństwo

 

Tags: , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~jadzia

    22 listopada 2017 o 14:13

    Być sobą w tak wielkiświecie jest ciężko. Wielu z nas próbując zachowac choć odrobinę siebie, dają sobie przyłatać wiele mniejszych lub wiekszych łat i cech charatketeru. W pracy, w podróży lub nawet we własnym domu nieraz trudno jest odnaleźc prawdziwego siebie, a nie postać wymuszoną sytuacją, miejscem bądź czasem.
    Starajmy się w każdej sytuacji byc sobą i odnajdywać siebie. ZOstało niewielu, którzy potrafią do końca być sobą nawet, gdy sytuacja wymaga czego innego. Bierzmy z nich przykład.

     
  2. ~Violetta

    18 listopada 2017 o 22:59

    Większość ludzi chce żyć od razu na wierzchołku góry, w tym oślim, życiowym pędzie zapominają, że prawdziwy sens życia kryje się w sposobie, jakości wspinania. Ze świeczką trzeba szukać tych, którzy po prostu są sobą,i rozwiązują swoje problemy życiowe sami nie na skróty .
    Oczywiście trudno jest nam żyć w świecie, gdzie tak wiele pokus czyha na nas ale, aby zachować jeszcze twarz człowieka,powinniśmy iść własną drogą, która na pewno nie jest łatwa. Mieć w życiu swoje zdanie.

     
  3. ~Basia

    16 listopada 2017 o 21:28

    „Nic dwa razy” Wiesława Szymborska

    Nic dwa razy się nie zdarza
    i nie zdarzy. Z tej przyczyny
    zrodziliśmy się bez wprawy
    i pomrzemy bez rutyny.

    Choćbyśmy uczniami byli
    najtępszymi w szkole świata
    nie będziemy repetować
    żadnej zimy ani lata.

    Żaden dzień się nie powtórzy,
    nie ma dwóch podobnych nocy,
    dwóch tych samych pocałunków,
    dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

    Wczoraj, kiedy twoje imię
    ktoś wymówił przy mnie głośno,
    tak mi było, jakby róża
    przez otwarte wpadła okno.

    Dziś, kiedy jesteśmy razem,
    odwróciłam twarz przy ścianie.
    Róża? Jak wygląda róża?
    Czy to kwiat a może kamień?

    Czemu ty się, zła godzino,
    z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
    Jesteś – a więc musisz minąć.
    Miniesz – a więc to jest piękne.

    Uśmiechnięć, współobjęci
    spróbujmy szukać zgody,
    choć różnimy się od siebie
    jak dwie krople czystej wody.

     
  4. ~S.

    15 listopada 2017 o 22:55

    Czuć dojrzały dystans i spokój.

     
 

  • RSS