RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Kultura’

Niedziele spisuję na straty

19 mar

IMG_9842Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną… Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

 

Nużące stany napięć

10 sie

Przechodziłem przez peron kolejki, gdy wesoła dwudziestolatka opowiadała drugiej: … i ona powiedziała tej dziewczynce, że ma romans z jej ojcem, a matka dziewczynki dopiero co umarła i ta mała biegnie przez lód i trach. Słuchająca jęknęła przejęta, lecz zamiast dalszej relacji do moich uszu doleciało: ale film generalnie trudny do opowiedzenia, bo więcej tam milczą niż mówią i za długie te ujęcia. I tu jest pies pogrzebany. Bohaterowie nie tylko mało mówią, ale też nie mówią nic istotnego. Tymczasem roztrzęsiona kamera zbyt długo z nimi pozostaje, zastyga obok na jeszcze dłużej, by co jakiś czas wytrącić widza z opowiadanej historii i przyprawić o znużenie.

stany4Zjednoczone stany miłości Tomasza Wasilewskiego, to jeden z tych filmów, które trudno opisać bez bezpośredniego streszczenia fabuły. Jednak i tym razem recenzenci mają skłonność do widzenia rzeczy, które twórca niekoniecznie umieścił. Czytam, że to historia czterech zaprzyjaźnionych kobiet, ukazana na tle przemian ustrojowych. Tymczasem ani tu przemian, ani przyjaźni. Zderzają się jedynie niespełnienia kobiet, które w jednym domu zamieszkały, ale raczej po sąsiedzku niż w zażyłości. O przyjaźni mowy nie ma, one wręcz milczą o sobie albo do siebie. Agata (Julia Kijowska), posiadająca na miejscu rodzinę w komplecie, izoluje się przed bliskimi i światem, chowa w zmysłową skorupę niezdrowej namiętności na pograniczu szaleństwa i pozostałe bohaterki jej nie zajmują, ani się nią interesują. Obiekt jej fascynacji też niczym nie przekonuje, bo to ksiądz średnio porywający świętością i bardzo przeciętny jako mężczyzna. W dodatku nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Nauczycielka Renata (świetna Dorota Kolak) ekscentryczna, zagubiona i skryta w swoim świecie, ledwie obserwuje pozostałe kobiety i nie wchodzi z nimi w relacje, przynajmniej dopóki nie zdobędzie się na odwagę zbliżenia do powiatowej miss – Marzeny (Marta Nieradkiewicz), która od dawna Renatę fascynuje i pociąga. Iza (Magdalena Cielecka) ignoruje pozostałe panie, hipnotycznie pogrążona w niezdrowym romansie, w którym po trupach (dosłownie) usiłuje sięgnąć po miłość i stałą obecność ukochanego lekarza (Andrzej Chyra).

stany5Mamy tu zatem świetny kwartet, wygrywający polifonię egoizmu kobiet skupionych na sobie w stanach zjednoczonych napięć i pragnień, skrajnych, choć w różnym natężeniu i złożonych konfiguracjach. Egoizmu, bo każda jest zainteresowana wyłącznie karmieniem swojego szaleństwa. Dwie mężatki, choć jedna oddalona od męża zarabiającego w RFN, dwie kobiety samotne, a barwy niespełnienia i gorycz podobne. Zupełnie jakby dotyczyły jednej kobiety w czterech odsłonach niemocy, bo na różnych etapach życia. Egzystencjalne dramaty bohaterek i ich najskrytsze wizje gęstnieją w ciasnej przestrzeni peerelowskich mieszkań, wirują wokół przeżycia czegoś, co wyrwie je z marazmu, szarości, beznadziei i stagnacji, dla samego wyrwania, skoro nie ma ucieczki z matni powtarzalnych czynności. Ciągną jak ćmy do ognia, zajęte swoją kobiecością i owładnięte irracjonalną nadzieją wyzwolenia, którego pewnie nie potrafią zdefiniować. Tyle że wizja to ponętna, opętańcza, więc pożera je od środka, niemal do skowytu bezradności wobec tego, co zakazane, niemożliwe albo obwarowane tabu. Postępują krok po kroku ku autodestrukcji, poprzedzonej bolesnymi napięciami, z których niewiele wynika poza degradacją i wypaleniem. I to z pewnością jest najbardziej wartościowa warstwa filmu, tu reżyser przekonuje widza do pomysłu i zasługuje na uznanie wielu kobiet, bo to oryginalny film o ciemnej stronie ich tęsknot i pragnień, przeżywanych w obliczu niepewnego jutra. Ale też z pewnością znajdzie wiele przeciwniczek tej nerwowej i irracjonalnie dusznej apokalipsy uczuć skondensowanych w ciasnej przestrzeni.

stany2Gdy jednak czytam w recenzji, że „Zjednoczone stany miłości” wpisują się w nurt weryfikujący transformację ustrojową i uzupełniający białe plamy w obrazie polskich lat 90.  [A. Kruk, "Kino"], coś mi tu stuka. Albo krytyk niezbyt uważnie oglądał film, albo widział, co chciał zobaczyć, żeby dowartościować dzieło. Zwłaszcza, że uderza w porównania dosyć nieprzystające do tego obrazu: Nasze kino tamtej dekady, od Pasikowskiego po Koterskiego, zajmowało się głównie dylematami męskiego bohatera. Sojusznikiem Wasilewskiego z epoki jawi się więc głównie Kieślowski. Niby prawda, coś jest na rzeczy, tylko tych przemian ustrojowych w pomyśle Wasilewskiego jak kot napłakał. Poza pierwszymi scenami z imprezy, z rekwizytornią butelek wódki Baltic i oranżady sugerujących rok 1990, z galerią  marmurkowych dżinsów, sweterków, z tematem rozmów o z zmianie pracy, przemian ustrojowych nie widać. A wymienione rekwizyty mają się do tematyki filmu tak właśnie jak Pasikowski do Koterskiego. Zakładam, że krytyk Kruk, pisał swój tekst, zanim przeczytał wywiady z reżyserem, w których ten wprost wyznaje, że ciągnęło go do klimatu dzieciństwa, które przypadło właśnie na ten czas. Zatem przemiany ustrojowe, to tylko sceneria pozbawiona treści. Równie dobrze dziś reżyser mógłby umieścić akcję tego filmu na rubieży Polski B albo C. Zapewniam, że powodów do tak skrajnych emocji i tęsknot kobiet znalazłby znacznie więcej. Nawet szare, brudne i brzydkie osiedla z wielkiej płyty mają się tu i tam jednakowo dobrze jak wówczas, u progu przemian. Powoływanie się na nurt transformacji ustrojowej w tym obrazie jest zatem pogrywaniem z widzem w przysłowiowe bambuko.

Podobnie mało przekonuje u Wasilewskiego specyficzne epatowanie golizną, brzydkimi ciałami kobiet przekwitłych, ale i młodych. Zbyt długie przyglądanie się w zbliżeniu skórze w fałdach, kolorach zielonkawej szarości. Kobiece ciała są tu pozbawione seksapilu, a w scenach erotycznych raczej odrzucają niż kuszą. Jakby za cel miały jedynie odwrócić od czegoś uwagę i dodatkowo obrzydzić rzeczywistość przedstawioną. Podobnie jak aseksualne ciała mężczyzn, ze smutnymi fujarami, pogrywają na zniesmaczeniu widza, by ukryć niedoróbki filmu. Tu mam kłopot, nie przekonuje mnie w żaden sposób ta golizna, podobnie jak nie przekonuje przeciąganie kadrów w nieskończoność, bezruch w nadmiarze. Dlatego nie wierzę, gdy Wasilewski mówi w wywiadach, że o sile rażenia niedopowiedzianym, to mi wygląda raczej na maskowanie bezradności wobec świetnego scenariusza, który przerasta możliwości realizacji.

Oglądając Zjednoczone stany miłości, co jakiś czas czułem się wytrącony z dramatu bohaterek przez manipulację. Oto reżyser grał na moim przejęciu, żeby ukryć nieudolność, bo pomysł mu się urwał w pół drogi, gdy zorientował się, że nie wie, dokąd zmierza. Dodatkowo przykrył bezradność tanimi chwytami estetycznymi (latające kanarki w jadalni Renaty). Wymyślił swoje bohaterki, ale zabrakło inwencji na budowanie werbalnych relacji między nimi. Raz szokuje obrazem, to znów zachwyca, by ukryć prosty fakt, że jako mężczyzna, nie ma pojęcia, o czym mogłyby ze sobą rozmawiać na poziomie innym niż grzecznościowy sąsiedzki banał.

stany3Spośród wszystkich bohaterek uwierzyłem tylko konsekwentnie prowadzonej Izie, bo jej postawa przekonuje w każdym kadrze, każdą miną, gestem oziębłości wobec otoczenia, milczącej rozpaczy, która nie wymaga zdań komentarza (najlepsza rola Cieleckiej, jaką w kinie widziałem). Natomiast Agata jest po drugiej stronie wiarygodności jak postać wycięta z komiksu. Epatuje malowniczym, ale pustym szaleństwem wyobraźni chorej, dla której nie można znaleźć uzasadnienia i przyczyn w relacji z otoczeniem. Wasilewski rozpętał w niej burzę emocji, ale nie zdołał zakorzenić postaci w jej rzeczywistym dramacie. Pogubił się w nadmiarze kobiecych stanów tak dalece, że zabrakło mu inwencji na zakończenie filmu, czym zniweczył własny trud, tracąc na artystycznej wiarygodności. Aktorki robią wszystko, by uratować film, ale to ciut za mało i między dzieła obraz ten się nie wciśnie. Zrobił sporo szumu w mediach, ale to jedynie burza w szklance wody.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kultura

 

Homar w sosie onirycznym

15 mar

Kiedy David (Colin Farrel) musi zdecydować w jakie zwierzę chce być zamieniony, mówi bez wahania: Lobster, stąd tytuł tego filmu. Zaraz potem słyszy, że dziwny to pomysł, bowiem ludzie, którzy nie znajdą sobie pary w ciągu kilkudziesięciu dni, najczęściej chcą zostać psem lub kotem, dlaczego zatem on zamierza być skorupiakiem? David uzasadnia to zaskakująco szybko: homar długo żyje, ma błękitną krew, arystokratyczną, a poza tym zachowuje zdolności rozrodcze do końca życia. Po co mężczyźnie takie atrybuty w świecie pozbawionym nadziei na spełnienie? Tego się nie dowiemy, choć do końca będziemy kroczyć za nim po labiryncie absurdalnych powinności i przymusów.

roomYorgos Lanthimos, wprowadza widza w metaforyczny i groteskowy świat. Recenzenci chcą koniecznie widzieć tu świat bliżej nieokreślonej przyszłości, ale to rzecz dyskusyjna, skoro scenografia, stroje bohaterów, wyposażenie wnętrz, całkowicie odpowiadają naszym czasom. Hotel, na który zostają skazani ludzie nieużyteczni społecznie, też wydaje się całkiem realny. Grozę może budzić ukryty przed widzem pokój transformacji, w którym nieszczęśnicy staną niżej w hierarchii stworzeń, jeśli nie uda im się znaleźć pary w przewidzianym terminie.

W hotelu panują żelazne zasady. Mieszkańcy pozbawieni są rzeczy prywatnych, muszą jasno wybrać orientację seksualną, nie wolno im być biseksualnymi. Otrzymują wszystko, co niezbędne do życia, także garderobę oraz zabawy przy muzyce i inne formy rekreacji, służące zbliżeniom. Mieszkańcy mają też broń na strzałki usypiające, zawieszoną w centralnym miejscu pokoju. Przymusowo uczestniczą w polowaniach na singli rebeliantów, którzy skryli się w pobliskim lesie, by pielęgnować w podziemiu, skrajny jak się okazuje, indywidualizm. Nagrodą za ustrzelenie singla jest przedłużenie o jeden dzień hotelowego czasu na znalezienie pary i tym samym ocalenie nadziei na dalsze pozostawanie człowiekiem. Im więcej trafień, tym dłuższy czas poszukiwań. Ta zależność skutecznie przymusza myśliwych.

Bardziej jednak niż streszczanie czy recenzowanie najnowszego dzieła autora „Kła”, interesuje mnie dyskurs, jaki reżyser wprowadza lawirując pomiędzy udziwnionymi scenami. Gdy widz porusza się wraz z Davidem po nieco klaustrofobicznej rzeczywistości, spotykają go absurdy rodem z  rzeczywistości totalitarnej. Pensjonariusze traktowani są tu nie tyle jak więźniowie, co raczej jak ubezwłasnowolnieni albo upośledzeni. Widz również może poczuć się jak niepełnosprawny umysłowo, gdy kobiecy głos z offu opowiada to, co ten widzi na ekranie. David odczuje to samo już pierwszego wieczoru, gdy przykuto mu jedną rękę do paska, by pojął jak trudno żyć bez pary rąk podczas podstawowych czynnościach dnia. Publicznie dokonana egzekucja (przypalanie dłoni pensjonariusza w tosterze, jako kara za onanizm) ma przypominać o konieczności dokonania jedynie słusznego wyboru życia w związku. Groteskowa agitacja w postaci scenek, odgrywanych mechanicznie przez personel, do bólu uświadamia jak bardzo pojedynczy człowiek skazany jest na porażkę. Karykaturalność przekazu stanowi o bezdusznym dyktacie, który z pewnością nie zachęca do autentycznego budowania relacji, każe raczej myśleć o uwolnieniu się za wszelką cenę z tego domu wariatów.

 Ucieczka wiedzie jednak tylko w drugą skrajność. Przeciwwagą przymusu posiadania partnera, jest inny przymus, realizowany w lesie pełnym rebeliantów i zwierząt bez pary. Tu zbuntowani bezwzględnie ulegają dyktatowi indywidualizmu. A co z człowiekiem i wolnością? Z jego wolą obdarowania uczuciem w sposób naturalny? Co z samostanowieniem i potrzebą podejmowania ryzyka wyboru na własny rachunek? Odpowiedź pozostawiam tym, którzy postanowią zanurzyć się w tej wersji świata.

Lobster3W obrazie Lanthimosa ludzie są jak marionetki wyprane z woli działania, funkcjonują w dziwnym letargu, zdominowani przez irracjonalny nakaz. Poruszają się jak zahipnotyzowani, sprowadzeni do określonej cechy charakterystycznej. Trudno nie zauważyć, że to jednak kobiety są tu silniejsze, a przynajmniej one pełnią rolę dominujące. Kierowniczka ośrodka, Samotna liderka indywidualistów, Nieczuła kobieta, wymuszają swoimi postawami uległość przedstawicieli obojga płci. Jeśli mężczyzn coś motywuje do działania w narzuconej formule, to tylko instynktowny strach przed zamianą w zwierzę, nawet jeśli obecna forma egzystencji daleka jest od spełnienia w podmiotowości. Nie wiem, czy ten szczegół ma znaczenie, ale w obsadzie filmu obok nazwisk aktorów umieszczono cechy postaci, zamiast imion bohaterów: Sepleniący mężczyzna, Kobieta z krwotokiem z nosa, Ojciec samotnej liderki, Kobieta z ciastkami, Krótkowzroczna kobieta, Kulejący mężczyzna. Dlaczego ich imiona, podobnie jak dotychczasowe życie filmowych postaci i dramaty, które ich tu przywiodły, są aż tak pozbawione znaczenia? Oto mają nową szansę. Teraz są tylko bezwolną grupą jednostek do urobienia podług naddanego sensu. W zasadzie nie pada tu jednak żadna podpowiedź, jakiej wyższej idei ma służyć trwanie w parze, skoro nawet o prokreacji nie ma mowy. Można pójść na skróty, uznać, że metafora twórców prowadzi do ukazania skutków konfrontacji, że przeciwstawiono skrajną prawicową ideologię skrajnie liberalnej, a tarcie między dwiema siłami czyni bohaterów ludźmi bez właściwości, jeśli nie przyłączą się do żadnej ze stron. Tymczasem nawet liderzy są tu podejrzani w swojej autentyczności, bo toczy ich rak lękowego udawania przekonań, co zostaje w filmie świetnie obnażone.

Lobster4Świat w filmie „Lobster” jawi się jednocześnie jako groteskowy i bezwzględny, w jakiś sposób oniryczny. Gorzki humor graniczy tu z okrucieństwem, cynizm z delikatnością rodzącego się uczucia, skazanego na zagładę. Z pewnością nie jest to arcydzieło, ale pozostawia w widzu pewien rodzaj egzystencjalnego niepokoju, zrodzonego z towarzyszenia wykastrowanej podmiotowości. Ten niepokój przypomina też, że w każdej formie życia społecznego jesteśmy formowani pod wymiar, pod kontur oczekiwań grupy. Klasa w szkole, zespól w pracy, koledzy w biurze, na uczelni, wspólnota w kościele, funpage, partia polityczna, forum, każdy rodzaj zbiorowości przycina podmiotowość do przewidzianej ramki. Przypomnienie o tym, to jeden z głównych atutów tego obrazu.

Film ma swoje dłużyzny, bywa męczący, ale mimo mielizn fascynuje oryginalnością fabuły. Wyraźnie wyłamuje się z określonych konwencji i nie daje się przyciąć do żadnego wymiaru gatunkowego i za to także chwała reżyserowi. Tego oczekujemy od kina artystycznego, które nie jest li tylko zmaganiem z formą i estetyką. Widziałem różne określenia: sf, thriller, dramat, film psychologiczny, czarna komedia, niekonwencjonalne love story, jednak żadne z nich nie oddaje w pełni charakteru opowieści Lanthimosa, której z pewnością warto oddać dwie godziny życia, choćby po to, by uciec rutynie i wyrwać się ze schematów myślowych.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Kultura

 

Między krowami a słoneczną stroną ulicy

20 sty

Tak się złożyło, że sylwestrowy wieczór spędziliśmy w kinie Helios. Stary rok pożegnaliśmy filmem „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej, nowy zaś witaliśmy obrazem Janusza Majewskiego „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Minęło wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć o sylwestrze, ale jakoś nie potrafię ani puścić w niepamięć, ani dojść do ładu z odbiorem obu obrazów. Rzecz doskwiera szczególnie teraz, gdy na dobre rozkręcono medialną machinę promocyjną. Gdy w radiu, telewizji, w czasopismach i portalach społecznościowych filmy przedstawia się jako wydarzenie kulturalne początku roku, nie sposób nie ulec nachalności reklamy. Tymczasem zamiast wspomnienia smaku dobrego kina mam raczej powracający refluks niewystarczalności. Nie jest dokuczliwa niestrawność, ale w miejsce uniesień towarzyszy dysonans poznawczy. To coś jak bolesny skutek zderzenia nadziei wartościowego obrazu z pędzącą lokomotywą promocji, która miażdży przyganą, że nie odkryłem zawartości dzieła w dziele. Zatem możliwości są dwie: widz malkontent, któremu nowe za mało dobre albo jeszcze raz w trailerach sprzedają nam więcej niż w kinie. Zacznę jednak w porządku oglądanych filmów.

krowyPrzyznam szczerze: o filmie Kingi Dębskiej z premedytacją nic nie czytałem aż do seansu. Nie chciałem nastawiać się z góry, więc nie miałem nawet pojęcia, o czym film traktuje, do kogo jest kierowany, jakiej problematyki dotyczy. Z fragmentu wywiadu z reżyserką, emitowanego w radiowej „Trójce”, usłyszałem, że to komediodramat, który miał już świetne przyjęcie w USA, co w moim odczuciu wielkiej chwały filmowi przysparzać nie musi. Tymczasem o głębokie poruszenie było jakoś trudno podczas sylwestrowej projekcji filmu „Moje córki krowy”. Od początku coś przeszkadzało wejść w świat przedstawiony. Może cisza tego filmu? Porażający brak muzyki, która bardzo by się przydała, choćby ze względu na sąsiedztwo kobiety obrzydliwie chrupiącej nachosy. Przeszkadzała też ciężka atmosfera na starcie, niemal od razu szpital, nagła choroba matki bohaterek, gdy na pierwszy rzut oka z ojcem też nie wszystko w porządku. Zatem bez owijania w bawełnę fabuły określone zadania: rodzice chorzy, córki choć różne, emocjonalnie od siebie odległe, będą zmagać się z mocno zakorzenionymi konfliktami w obliczu wspólnego nieszczęścia. Czyli pozamiatane przed wejściem, na starcie wiadomo i do końca niewiele się zmieni, co najwyżej falowanie emocji da o sobie znać. W tym momencie można zamknąć główną oś dramatyczną. Czy zatem trzeba nam w kinie kolejnego obrazu o zmaganiu z miłością, z relacjami rodzinnymi wobec śmiertelnej choroby, choćby po „33 scenach z życia” Szumowskiej? Czy też ostatnio po „Chemii” Prokopowicza?

Różnie można na to patrzeć, ale na rzecz obrazu Dębskiej przemawia z pewnością łagodzący traumę humor. Komizmem sytuacyjnym rozładowuje dramat bezradności córek i zmaganie z odchodzeniem rodziców. Ciepła ironia oddziela grubą kreską temperament, mentalność, intelekt sióstr, ich tak odmienne osobowości na tle despotyzmu ojca, który swoją postawą wpłynął na różne formy wypaczenia życia obu. Marta (Agata Kulesza) to kobieta mocna, zorganizowana, podchodzi do problemów zadaniowo, ale też zachowuje czułość wobec ojca i matki. Wychowuje dorosłą córkę, radzi sobie z życiem, jest serialową aktorką, której nie doskwierają braki materialne, ale niewykluczone, że dokucza jej samotność, bo nie potrafiła zbudować trwałej relacji z żadnym mężczyzną. Przyczyna? Być może ta, że żaden facet nie był wystarczająco dobry, by zadowolić ojca (świetny jak zawsze Marian Dziędziel w tej roli), który mimo raka mózgu do końca pozostaje cyniczny, z ciepłą, ale jednak ironią nazywający córki krowami, nawet w obliczu własnej niepełnosprawności. Despotyczny i nieznoszący kwestionowania własnych potrzeb, ale też niejednoznacznie uległy i kochający miłością chłodną, egzekwującą prawo ostatniego słowa, choćby na drodze krętactwa. Kasia (bardzo dobra Gabriela Muskała w roli rozchwianej emocjonalnie, infantylnej i sięgającej do kieliszka nauczycielki), nie najlepiej radzi sobie z życiem. Z jednej strony syn, młodociany diler narkotyków, z drugiej mąż nieudacznik, który wiecznie szuka pracy tak, by jej przypadkiem nie znaleźć (Marcin Dorociński inny niż zwykle i przekonujący na dalekim planie, gdzie jego miejsce). Kasia w tej sytuacji nie ma wyjścia, mieszka z rodzicami i raczej na koszt rodziców, bo trudno, żeby nauczanie początkowe dawało środki na wycieczki do Egiptu z takim mężem i synem. Ma jednak głębsze powody, żeby sięgać po alkohol, bo na tle siostry od zawsze wypada blado, jako ta głupsza, nieudana. Kasia jest niestabilna, toteż w obliczu choroby matki bezrefleksyjnie sięga po wszystko, co jest w zasięgu, by pomóc (wymowne sceny na przemian z szamanką i księdzem, bo dla niej rodzaj wiary nie ma znaczenia, byle była skuteczna). Ta siostra reprezentuje inną stronę życiowej porażki, ale też wywołuje żal u Marty, że choć ona jest samodzielna, silna, jednak większym kosztem daje radę, skoro nie może polegać na Kasi, rozbitej i niedojrzałej, i to na Marcie spoczywa ostatecznie odpowiedzialność za jakość i komfort odchodzenia rodziców.

Mam problem z tym filmem, bo nie wiem, o czym mocniej traktuje? Czy o odchodzeniu rodziców, z którym każdy musi się zmierzyć, zawieszając na kołku swoje życie, problemy, ale też animozje, pretensje i żale pielęgnowane od dzieciństwa? Czy raczej o relacjach z bliskimi, bo zawsze na jakimś etapie dorosłości są formą zbierania plonu, spłacania ostatnich rat za wzajemne zranienia, roszczenia i brak porozumienia z rodzeństwem, ale jednak w obliczu miłości, która choć była bolesna przez całe życie, najsilniej daje o sobie znać dopiero, gdy najbliższych tracimy? Myślę, że na te pytania każdy musi sam odpowiedzieć, gdy już zdecyduje się pójść do kina. „Moje córki krowy” to nie jest dzieło, które przewróci nam świat do góry nogami, ale z pewnością wchodzi drzazgą niepokoju pod skórę i uwiera, więc jest filmem ważnym, prawdziwym i bardzo ludzkim.

excentrycyJeśli życzyłbym sobie, żeby cały nowy rok był dla Was i dla mnie taki, jak jego początek w kinie, po spotkaniu z najnowszym filmem Janusza Majewskiego, to chyba wyłącznie w kontekście swingowego rytmu i wspaniałej muzyki, która poniesie nas przez najbliższe trzysta dni z okładem. Powiem otwarcie: po wiekopomnych dokonaniach reżysera („Zazdrość i medycyna”, „Zaklęte rewiry”, „Lekcja martwego języka”, „CK Dezerterzy), „Excentrykom” bardzo trudno będzie doskoczyć do miana dzieła. Lubię kino Majewskiego, cenię prozę Kowalewskiego, ale w przypadku „Excentryków” wróżę raczej sukces jednego sezonu i to zimowego. Przyczyn upatruję w pierwowzorze, czyli powieści olsztyńskiego pisarza. Na ile broni się jej literacki wymiar, na tyle nie ma w tym utworze materiału na film fabularny. Historia miłości do jazzu w mrocznym PRL-u wcale nie musi być filmowa, nawet jeśli jest literacka. Owszem, udaje się przemycić smak fascynacji, prawdę o tym, że prawdziwa pasja chroni przed każdą formą zniewolenia, pozostawia ogromny margines wolności wewnętrznej. Jednak film, przy tej obsadzie, i dosyć płaskiej warstwie fabularnej czy dramatycznej, staje się miksem teledysków z papierową historią w tle. Ale historią czego? Życia muzyką, która chroni przez ponurością czasów? Miłości ulotnej i skazanej na porażkę bez względu, czy jej obiektem jest muzyka czy piękna i niejednoznaczna Modesta? Czy może to historia sentymentalna o tym, że swing porywa i jednoczy wszystkich i obok siebie mogą grać reżimowy milicjant z rodakiem powracającym z Anglii w czasie nienajlepszym z możliwych? W każdym razie film jest mało dramatyczny, ale mocno wodewilowy i jeśli o to szło, zamierzenie z pewnością się udało, ale czy przekonuje poza warstwą muzyczną?

Nie sposób jednak odmówić mocnych i świetnych akcentów komediowych, wspaniałych kreacji aktorskich drugoplanowych. Tutaj bez wątpienia króluje Anna Dymna w roli Bayerowej, kobiety zgorzkniałej, przerażonej nowym światem, który pozbawił ją wszystkiego i zniszczył smak dotychczasowego życia. Bayerowa siedzi we własnym łóżku brudna, zapijaczona, rozczochrana i przerażona. Przeklina, nienawidzi, ma ochotę wbić się pod kołdrę, przeczekać wariactwo komunizmu do końca jej lub systemu. Jest w tym tak samo malownicza i wiarygodna jak wówczas, gdy znienawidzony system przywraca jej człowieczeństwo i resocjalizuje, czyniąc z niej cudownie cyniczną babcię klozetową, wykreowaną nieco surrealistycznie i prowokacyjnie na relikt minionej epoki, gdy sięga po Bayerowamakijaż, woalkę i długą lufkę z papierosem, by robić za damę pośród kabin i pisuarów, w zbieraninie ludzi pędzących za potrzebą. Smaczku komediowego dodaje filmowi z pewnością także Wojciech Pszoniak w roli stroiciela fortepianów i muzyka Felicjana Zuppe, który wietrzy wszechobecny spisek homoseksualistów w historii literatury polskiej i jak się okazuje ma ku temu osobiste powody. Jeśli mowa o kreacjach i odtwórcach, największym rozczarowaniem jest wybór Macieja Stuhra do głównej roli męskiej. Gdy czytałem powieść  Kowalewskiego, trudno było oprzeć się wrażeniu, że Fabian, to mężczyzna postawny, w średnim wieku, szarmancki i z klasą. Wizerunkiem przypominał raczej nieodżałowanego Jana Machulskiego z czasu, gdy grał kasiarza Kwintę w „Vabanku”. Trudno było uwiarygodnić w tej roli wciąż młodego Stuhra o chłopięcej urodzie. Ale takie prawo reżysera, że może widzieć postaci jak chce. A nasze prawo widzieć w tych filmach plusy i minusy, najmniej ufając trailerom i uniesieniom dziennikarzy sławiących nowe szaty króla.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Kultura

 

„Las. I tak dalej…”

13 lis

4-ranoCzym i jak uwodzi czytelnika Jan Jakub Kolski? Pewnie nie każdego i nie w ten sam sposób, jeśli w ogóle uwodzi. Jednych może irytuje, innych nawet przeraża. Pisarz wytrąca nas z z orbity tyleż niezbędnych, co rytualnych czynności dnia i wrzuca do lasu, w którym będzie mało komfortowo, czasem podziemnie, nawet brudno, krwawo, trochę śmierdząco i nie zawsze w uniesieniu, mało swojsko, ale bardzo ludzko, choć pośród zwierząt . Gdy czytałem najnowszą powieść jednego z najoryginalniejszych i najciekawszych twórców naszego czasu, przekonałem się po raz kolejny, że nie ma Kolskiego – pisarza bez Kolskiego – reżysera. To jest jedna całość, którą czuje się w każdym dialogu, opisie postaci, miejsca, bo narracja literacka filmowca jest oszczędnym, niemal gotowym scenariuszem, a scenariusz głęboką opowieścią o trwałym smutku egzystencji, ulotnych uniesieniach i ogromie tęsknoty do bliskości tyleż głębokiej, co nieuchronnie zapowiadającej kres wszelkiego spełnienia, gdy to jest już niemal w zasięgu dłoni.

W powieści „Las, 4 rano” nie ma długich opisów, nie ma rozpływania się w charakterystyce bohaterów. Wszystko tu jest kreślone wyraźną i ascetyczną kreską, a jednak czytelnik dostaje obraz z poświatą tajemnicy w tle. Szybko wchodzi w wartką fabułę, dramatycznie odczuwa iskrzenie między wyrazistymi postaciami, ale zmaga się też z odmiennością ich egzystencjalnych doświadczeń. Przeczuwa, jak bardzo parze bohaterów do siebie blisko, ale nie może zapomnieć o dzielącej ich przepaści.

Co mogło połączyć leśnego dziada, bezdomnego faceta po sześćdziesiątce, który zakopał swoją walizkę z garniturem od Armaniego, i tanią prostytutkę, ustawioną przy drodze? Na pierwszy rzut oka chyba tylko plac z kilkoma kontenerami na śmieci. Z pozoru dzieli ich wszystko: wykształcenie, wiek, pokoleniowe doświadczenie, przeszłość przeżyta w różnych realiach, cele i powody pobytu w lesie, ale łączy potrzeba ocalenia obecności, czasem czułości i rozmowy, tego, co elementarne dla naszego człowieczeństwa, gdy już je odrzeć z ulotnych ambicji, woli posiadania, z pracy, z pogoni za czasem i pieniądzem, gdy pozbawić oddania korporacji i światu za nic mającemu podmiotowość.

Ona czasem przynosi mu pizzę, czasem niedopitego szampana, zbiera dla niego pluszaki po śmietnikach, których praniem i ocalaniem dziad spłaca dług wobec bolesnej straty. On nawet nie jest o nią zazdrosny, nie cierpi z powodu uprawianego przez nią procederu, ale chętnie prawi kazania, jak przegrany nauczyciel spóźnionej uczennicy. Zmusza Natę do lektury trudnych książek, o których potem próbuje rozmawiać, ale też mówi do niej pięknie i czule, umie poetycko komplementować jej urodę, przytula, przypomina o kobiecości, bo przecież nie dostanie tego od klientów, wśród których spotkamy przerażonych pantoflarzy, niespełnionych w miłości nieudaczników, czy pożałowania godnych kierowców i dostawców wszelkich towarów.

Łączy ich jeszcze coś, co kładzie się cieniem na tej relacji, co nakazuje łapczywie chwytać chwile spędzane razem. Ich spotkania mają w sobie gwałtowność zbliżeń zakazanych, a rozmowa sprowadza się do bardzo krótkiej wymiany prostych zdań, byle nie przekroczyć granicy wypowiedzenia prawdy i głębi uczucia, bo lepiej zaklinać niedopowiedziane. Ciągle spotykają się w pośpiechu i niedbale, jakby wynurzali się do zaczerpnięcia powietrza ze swoich odrębnych bagienek życia, by znowu tęsknić. Ale do czego? Do kolejnego spotkania? A może uczą się odchodzenia, zanim przyzwyczają się do miłości? Mogą jedynie marzyć o wspólnym domu, mogą bawić się w jego namiastkę w leśnej ziemiance, pomiędzy zwierzętami, szmatami, ciuchami, ale już nie mogą stworzyć domu na dobre. Obydwoje czują nieuchronność unicestwienia wszystkiego, łącznie z nadzieją, że może być inaczej, lepiej i do końca.

Pewnego dnia, z jakiegoś ważnego powodu, dziad  wyskoczył  z pociągu. Doszedł do granicy wytrzymałości, do ściany poprzedniego życia. Chciał odciąć się od pełnej przepychu i dramatu przeszłości, ale nie potrafił się zastrzelić. Nie mógł zdobyć się na śmierć, więc upodlił się życiem w lesie, na granicy, pomiędzy tym, co na powierzchni, a legowiskiem pod ziemią, z konieczności zabijając zwierzęta, które jednocześnie potrafi kochać swoją szorstką miłością. Bo jest w nim zbyt silna konieczność życia, afirmacji człowieczeństwa niejako za pokutę, ale też potrzeba dobra, trwania do końca częściej w starciu z własnym losem niż w pełnej nań zgodzie, bo wie, że „bycie sobą jest nieuniknione i wkurwiające, ale nie ma przed nim ucieczki”. Wie też doskonale, że „bycie”, to jednak nie „unicestwienie”. Nata z wielu powodów uciekała od swojej ubogiej i skazanej na nijakość egzystencji, by na skraju lasu wylądować z marzeniem o spokojnym życiu.  Przeczuwa swoją rychłą śmierć, bo ta w jej zawodzie grozi każdego dnia, a w końcu przecież nadciągnie jak rosomak, żądny krwi i zemsty.

Czy mogliby wspólnie zbliżyć się do starości? Nie ma na to warunków, więc zatracają się w zabijaniu lęków i namiętności do utraty tchu, choćby pod strzępami ogrodowej folii, w czasie burzy. Nie wiedzą, że zbliża się najsilniejszy grom z jasnego nieba, który skróci egzystencję Naty, a Firsta przyprawi o spadek, z którym nie będzie wiedział, co począć, ale też nie będzie potrafił go odrzucić. Nata, powierzając mu najcenniejszy skarb, doskonale wiedziała co robi, bo dostrzegła w osobie dziada dobroć ułomną, człowieka równie mocnego, co poharatanego i wulgarnego.

Pojawienie się nowej kobiety, w zasadzie dziewczynki, Jadzi, stało się dla Firsta przyczynkiem do narodzin nowego sensu, kolejnym przekleństwem miłości i nadziei. Stąd pewnie podtytuł powieści: „Historia o człowieku skazanym na miłość”. Miłość utracona zaznaczyła swój kres tam, gdzie zaczyna się nowa. Dziad już wie, że tym razem nie zmarnuje okazji. Najpierw rozprawi się ze złem symbolicznym w postaci drapieżnego i cwanego Rosomaka, obcego, który zagraża bezpośrednio życiu jego nowej miłości. Później rozprawi się z Borią, alfonsem, bo ten stanowi realne zło, zagrażające Jadzi, stającej u progu mądrej i pięknej kobiecości. Teraz First już nikogo nie zawiedzie, choć też nie wie, czy podoła, bo kto z nas to wie?

Nowa powieść Kolskiego ubiera się w szatki przypowieści, ale mądra to przypowieść o utracie i zmartwychwstaniu do tego, co najważniejsze. Pokazuje, że w trudnych momentach, równie tragicznie spotykamy miłość i śmierć, które chcąc nie chcąc, nieustannie ze sobą sąsiadują. Rozkwit i kres, to bliscy krewni zmienności naszych marzeń, pragnień i dążeń do spełnienia. Tracimy to, co najcenniejsze i z upadku, z bezradności, podnosimy się do czegoś podobnego, co może zdać się jeszcze cenniejsze, o ile znowu śmierć, w jednej ze swoich odmian, nam tego nie zabierze. Co zyskujemy? Banałem byłoby powiedzieć: hart ducha… patosem ciągnie stwierdzenie: mądrość i szlachetność, zatem zyskujemy to coś, co pozwoli odczuć lepiej, że bycie sobą jest jeszcze bardziej wkurwiające, bo pełniejsze.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Kultura

 
 

  • RSS