RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Kultura’

Ciałem katowanie

12 mar

cialoDałem się skusić, chyba uległem bilbordom. Od jakiegoś czasu z wielu słupów, ścian i murów przenikają mnie spojrzenia Gajosa i Ostaszewskiej, co działa tak sugestywnie, że zawiesiłem uprzedzenia. Z premedytacją chciałem zapomnieć, że chodzi o „Ciało” Szumowskiej. Po jej poprzednim obrazie, „W imię…”, zarzekałem się, że więcej nie pójdę na żaden film wychodzący spod ręki reżyserki. Chciałem bojkotować artystkę tworzącą byle jak i na kolanie. Ponadto drażni uprawianiem w kinie taniej publicystyki, żuje dawno przetrawione tematy i nie mówi nic istotnego o ludziach. Tym razem bardzo chciałem uwierzyć, że może coś się zmieniło, że aktorzy tej miary, co Gajos i Ostaszewska, nie firmowaliby przedsięwzięcia, które nie gwarantuje pewnej jakości kina autorskiego. Chciałem dać sobie szansę, uwierzyć, że nawet Szumowska może choć odrobinę dojrzeć, zwłaszcza, gdy cenione jury nagradza jej wysiłki.

Tymczasem, tuż po seansie, nie umiałem odpowiedzieć na proste z pozoru pytanie: o czym jest ten film? Zapytałem o to samo kilku widzów… wzruszyli ramionami, ale obiecali, że przemyślą i jutro dadzą odpowiedź. Przyrzekli nie czytać wykładni prasowych fachowców, zachwyconych z obowiązku lub z obawy o pracę i kredyt.., ale widzowie odpowiedzi nie udzielili do dziś i dalej wzruszają ramionami albo zmieniają temat. Próbuję na własną rękę składać puzzle obrazków, jednak już pierwsza scena filmu rzuca na mur podejrzenia wobec całości dzieła tyleż łopatologicznym, co niezrozumiałym ujęciem.

Prokurator, grany przez Gajosa, przyjeżdża na miejsce zdarzenia. Jest drzewo, teren ogrodzony taśmą, policyjny technik, a na gałęzi wisielec. Młody człowiek odpowiada na pytanie prokuratora o akt zgonu, po uzyskaniu potwierdzenia policjanci wisielca odcinają, ten głucho upada na ziemię, ekipa dyskutuje, a wisielec wstaje bez słowa i odchodzi w sobie wiadomym kierunku, ale przy ogólnym aplauzie widowni i milczeniu zaskoczonych postaci na planie. Po co to? Symbol? Zgrywa? Dowcip? Sugestia, że może zmarły nie wie, że nie żyje i jeszcze jakiś czas się błąka w swoim ciele, a jednak bez ciała? Zresztą sugestia jakby potwierdzona później w scenie ze zlotu spirytualistów.

I tak wchodzimy w świat rozegrany pomiędzy trzema postaciami. Pierwsza, to nie tyle cyniczny (o czym wszyscy wokół trąbią w recenzjach) co racjonalny i na pozór pozbawiony emocji prokurator, dla którego sprawy duchowe nie istnieją, a spirytualne skojarzenia nie sięgają dalej niż szklanka uzupełniana wielokrotnie co wieczór. Ludzkie ciało zaś, zwykle zmaltretowane, to tylko powtarzalny element, znak jego pracy zawodowej. Po przeciwnej stronie jest córka prokuratora, borykająca się z problemami własnego ciała, żywieniowymi głównie, zanurzona w traumie po śmierci matki. Trzecia postać to terapeutka Anna, która po śmierci synka odkryła umiejętność kontaktowania się ze zmarłymi, gdy ci z różnych powodów nie odchodzą i pozostają w pobliżu cierpienia pozostawionych bliskich. Anna, pięknie grana przez Ostaszewską, wolna od makijażu i naturalnie zdystansowana do świata i siebie, stosuje dziwaczne metody terapeutyczne, z których kpi ordynator szpitala. Może Anna nawet skutecznie je uprawia, ale nie przekonuje widza, bo sesje pokazane są w sposób banalny, przewidywalny, wręcz rażący infantylizmem i stereotypem. Mimo tego terapeutka bierze na siebie trud pojednania córki z ojcem, chce w trakcie seansu skontaktować się ze zmarłą żoną i matką, osobą najważniejszą dla dwojga, ale zamiast tego zasypia i chrapie, w czym rzekomo ujawnia, według recenzentów, dystans do siebie i swoich umiejętności, a w efekcie bawi skonfliktowanych ze sobą ojca i córkę, co ma chyba symbolizować ich pojednanie i zażeganie traumy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, choć każde na swój sposób trwało w tym stanie bardzo długo. Chrapanie terapeutki okazuje się skuteczną metodą na zażegnanie głębokiego konfliktu. To jest mistrzostwo świata w budowaniu głębi psychologicznej postaci. Ale rozumiem, że film trzeba było jakoś skończyć, a nawet tak uznane artystyczne kolano musiało kiedyś zdrętwieć pod ciężarem gatunkowym powstającego scenariusza. Tymczasem recenzenci mówią o bohaterach bardzo wzniośle, a ich śmiech nazywają „weryfikowaniem poglądów na życie i śmierć”.

Jest w tym filmie kawał pomysłu na dobrą historię, a co robi Szumowska? To co umie najlepiej – spieprzy wszystko. I nie pomoże jej żadna aktorska kreacja, żadna gwiazda, a widz wyjdzie z kina z takim samym dobytkiem duchowym, z jakim do niego przyszedł, intelektualnie wzbogacony jak po lekturze „Faktu” i tylko poczucie straty czasu i kasy może mu nieco doskwierać. Może też nie pojawi się w kinie, by obejrzeć inną rodzimą produkcję, czego jakoś żal, bo reklama zrobiła swoje i po raz pierwszy oglądałem polski film przy pełnej sali kinowej, w środku tygodnia.

Zdaje się, że sama reżyserka nie wie, o czym chciała opowiedzieć, ale wie, że musi być modnie i politycznie lewacko, tyle że na poziomie umysłowym liderów PiS, choć ideologicznie a rebours. Jej recepta na filmową strawę zdaje się być od lat bardzo prosta i ta sama. Do garnka trzeba wrzucić trochę medialnej papki, przyprawić pozorowaną niepoprawnością polityczną i zamieszać. Niech się berbelucha gotuje, a potem jakąś nazwę daniu się przysposobi, byle wszędzie było głośno. Szumowska i tym razem pakuje do filmowego gara szczyptę smaczków rodem z ideologii New Age, trochę taniej publicystyki o interesownych lekarzach, żerujących w burdelu publicznej służby zdrowia, doda nieco odgrzewanych sensacji (nawiązanie do nośnego medialnie morderstwa Madzi z Sosnowca, do zabójstwa Zdzisława Beksińskiego), wstawi akcent tradycyjnie dla siebie antyklerykalny (na widok dziennikarzy i kamer, prokurator przechodzący przez korytarz dowie się od współpracownika, że mamy proces księdza pedofila), poza tym dorzuci autorka trochę jarmarcznej wiedzy o seansach spirytystycznych, ciut publicystyki antykomercyjnej, bo przecież przeciwstawi medialnie nośnemu kultowi pięknego ciała w reklamie wcale nieapetyczne ciała anorektyczek, body Gajosa w wannie czy Dałkowskiej (cudownie tańczącej w majtkach do piosenki „Śmierć w bikini” Republiki) i już jest super film, podpisany uznanym nazwiskiem. I żeby dopełnić artyzmu, pod pozorem głębi obrazu i pozostawienia niedopowiedzeń, pozbawi dzieło nadmiaru dialogów, bo jednak na ekranie bohaterowie prawie ze sobą nie rozmawiają, wymieniają bardzo oszczędne informacje. W tym miejscu pozwolę sobie na dodatkową złośliwość w kwestii budowania dialogów. Wcale nie jest takie pewne, czy filmowa oszczędna komunikacja bohaterów nie ma swojego uzasadnienia w merytorycznym przygotowaniu pani Szumowskiej, a powody ich milczenia na ekranie być może dalekie są od zamysłów artystycznych. Gdy słucham wypowiedzi reżyserki w mediach, odnoszę wrażenie, że ma znaczne problemy z formułowaniem myśli, z budowaniem zdań złożonych, a jej słownictwu daleko do językowego bogactwa. To pozwala przypuszczać, że brak dialogów w filmie, to bardziej językowa nieporadność niż przemyślany zabieg. Ale to nie przeszkadza medialnym papugom, powtórzą zachwyt tyle razy, ile padnie tytuł filmu, bo nie wypada inaczej. Zgodny chór medialnych pochlebców doniesie gawiedzi w najdalszym kącie uśpionej, że powstał obraz na miarę Europy. Promocja zadziała bezbłędnie, plakatem zaklei się miasto, a kto pójdzie do kina, a nie pozna się na geniuszu hochsztaplerki, ten kiep.

Chyba jestem już zmęczony biciem piany wokół pustki dzieł pani Małgorzaty, w pewnych elitarnych kręgach zwanej Małgośką. Chyba już więcej nie dam się nabrać na jej kino pozorów artystycznych, bez względu na ilość nagród, które do niej przylgną mniej lub bardziej ideologicznie. Chyba zacznę stosować zasadę unikania dzieł, o których najgłośniej się krzyczy. A już na pewno nie uwierzę, że ta reżyserka może do czegokolwiek dojrzeć, bo jak widać, z pustego i Salomon nie naleje.

 

 

 

 
Komentarze (32)

Napisane w kategorii Kultura

 

W imię ignorancji

16 paź

Osoby decydujące o promocji polskiego filmu od jakiegoś czasu coraz wyraźniej objawiają szczególną pasję w zniechęcaniu widza. Być może w imię dobrze pojętego interesu pewnej grupy, egoizmu albo krótkowzrocznych i wsobnych postaw środowiska, które dorwało się do środków i realizuje strategię przejętą od polityków: po nas choćby potop. Tymczasem potencjalny odbiorca zwykle głosuje nogami zarzuconymi na oparcie domowej kanapy i nie zamierza ciachać mokasynów w drodze do kina. Zdzisław Maklakiewicz, ponad czterdzieści lat temu, proroczo wygłosił tezę o nudzie polskiego filmu, a diagnoza ta ma się coraz lepiej.

Z uporem godnym kibica narodowej drużyny piłkarskiej bywam w kinie niemal wyłącznie na polskich filmach. Zagraniczne produkcje oglądam na małym albo bardzo małym ekranie. Najwyraźniej mam jakieś natręctwo estetyczne, intelektualne albo patriotyczne. Lubię, gdy na widownię zaprasza obraz malowany barwami rzeczywistości, w jakiej przyszło nam tu egzystować. Ciągle też wierzę, że kino – podobnie jak literatura -  pomoże lepiej zrozumieć przyszarzałe oblicze tej ziemi i pozwoli zajrzeć pod strzechę tubylców.

Uczciwie wyznam, że kino obecnej dekady, choć nie zawsze porywające, dało mi sporo powodów do refleksji i wzruszeń, które długo jeszcze będą towarzyszyć obrazom wywoływanym z pamięci. Żeby nie być gołosłownym wymienię kilka tytułów ostatnich trzech lat, mając w pamięci raczej daty premiery niż produkcji. Zatem najlepiej zapamiętane, to: Wszystko co kocham Borcucha, Erratum Lechkiego, Róża Smarzowskiego, Ewa Sikory i Villqista, Hel Dębskiej, KI Dawida, Sala samobójców Komasy, Wymyk Zglińskiego. Dałoby się tak ciągnąć jeszcze ze dwie linijki, ale nie o subiektywny gust tu chodzi, raczej o statystykę. Ciekawych faktu jak nikczemna to liczba, zapraszam na stronę Filmu Polskiego, można tam zobaczyć rzeczywistą ilość tytułów wyprodukowanych w każdym kolejnym roku kalendarzowym. Strach pomyśleć, ile spośród nich nie dostanie szansy konfrontacji z widzem. Częściej zapewne z powodów środowiskowych i komercyjnych niż cenzuralnych, politycznych czy artystycznych.

Chodzenie na polskie filmy ma swoje plusy. Na sali rzadziej unosi się smród palonej kukurydzy, a pośród dziesięciu osób równie patriotycznie do seansu nastawionych, tylko kilka telefonów wydzwoni Stawkę większą niż życie. Minusy? Czasem trzeba płonąć ze wstydu już na etapie trailerów objawiających przebłysk geniuszu twórców takich dzieł jak Wyjazd integracyjny, Kac Wawa czy Och Karol II. Z pewnością bardziej niż robienie kina, pociąga ich przekonanie, że na kretynie trzeba zarobić i to za wszelką cenę. Według niektórych producentów komedii kraj (gdzie burak dojrzewa) stoi już nie tylko gombrowiczowskim parobkiem, ale wręcz amerykańskim zjadaczem chipsów, a ten potrzebuje prostackiego dowcipu niczym instrukcji obsługi toalety (nie tylko w kinie), by krzywdy sobie nie zrobić, zatem nie można go tłamsić nadmiarem wymagań.

Od jakiegoś czasu nieodparcie odnoszę wrażenie, że ignorancja wobec widza albo pogarda dla jego inteligencji, wyłazi nie tylko z komedii. W moim prywatnym rankingu prym w tej kategorii wiedzie Małgorzata Szumowska i jej dwa filmy: Sponsoring oraz W imię. Narażę się tutaj większości recenzentów i zwolenników dominującego dyskursu medialnego, ale uprzedzam, nie mam ambicji krytycznych. Chcę wyrazić kilka opinii z punktu widzenia miłośnika kina, który nie lubi jak durnia z niego robią. Zwłaszcza w ramach tanich wtorków.

Wymienione tytuły można zaliczyć do kategorii kina na czasie, poruszającego modne tematy. W pierwszym mamy obraz kobiet, które za wsparcie materialne odpłacają swoim darczyńcom częściej pięknym i młodym ciałem niż szczerą przyjaźnią. Bo też materiału na fascynujące przyjaciółki w nich nie ma. Bohaterki, kreślone grubą krechą, nie mają do zaoferowania więcej niż atrakcyjny futerał duszy, ponieważ wciśnięto im w usta sztucznie brzmiące kwestie, a postaci stworzono wyłącznie na potrzeby epatowania widza prostolinijną erotyką, która nie daje szans na dylematy i dociekanie sensu dramatu, jeśli jakiś tam jest. Dziewczyny miotają się w chaotycznie sklejonych scenach, same specjalnie nie rozumieją po co i nie bardzo rzecz ratuje blado pełgająca gwiazda Juliette Binoche. Widz zmuszony obserwować podrygi bohaterek nie łapie po co ciąga się tu za sznurki, ale nie on tu się liczy. Stawką jest modny temat, trzeba go poruszyć, żeby zostać zauważonym na festiwalach.

Bohaterem najnowszego dzieła pani Sz. jest Adam, ksiądz przeniesiony do ośrodka na prowincji, w dodatku gej, niepogodzony ze sobą i oczywiście samotny. Czy można przybić do gleby jednego bohatera większym ciężarem nośnych medialnie klisz i stereotypów, by zapewnić sobie gazetowy rozgłos? Toteż autorka zrobiła co mogła, byśmy walili do kina, ale po co? Żeby klapy jesionek szarpać, kłaki z waciaka drzeć i moher skubać w ramach protestu? Intencje może i buńczuczne miała pani reżyser, może liczyła na skandal, ale wyszło na opak. Cisza jak po śmierci organisty i raczej nie będzie znicza na Krakowskim Przedmieściu w obronie zbrukanego wizerunku księdza, bo zacietrzewieni obrońcy twierdzy do kina nie pójdą, a pozostali rodacy mogą mieć wątpliwość: wiary czy wiarygodności skąpi Szumowska swojemu bohaterowi? Jej kapłan jest jak wycięty z komiksu i tak plastikowy, że nawet świetny zwykle Andrzej Chyra w tej roli może najwyżej rozpaczliwie pobiegać po lesie, bajecznie kadrowanym.

Pani Sz. wydawało się, że wystarczy od pierwszego kadru wcisnąć widza w fotel nieuzasadnionymi wulgaryzmami agresywnych dzieciaków i już posłusznie łykniemy wszystko, ciężko przerażeni gminnym światem, w którym naznaczony ksiądz będzie przechadzać się w markowych ciuchach obok młodzieży rosnącej w patologii popegeerowskiej wsi. Widać nie wystarczy. Adam niby para się z pracą z trudną młodzieżą i jednocześnie jest duszpasterzem wiejskiej parafii, ale tak naprawdę nie widać go ani w pracy wychowawczej, ani tym bardziej w kościelnej i nie bardzo wiadomo o jakiej charyzmie krytycy pieli. Widz ogląda miotanie się bohatera między samotnością, pociągiem do zaburzonego chłopca, tańcem z flaszką, ale najmniej w tym szarpaniu rozterek kapłaństwa, powołania czy dramatu upadku. Gdy spowiada wychowanków, to w sposób tak infantylny i prostacki, że za pokutę może zadać już tylko bieganie jako modlitwę, bo to ładnie brzmi, a sam innej modlitwy nie zna. Albo pani Sz. innej nie umie mu przypisać, bo o życiu księdza na manowcach nie ma większego pojęcia. Chętniej oferuje stereotypy zamiast wiedzy, pomija relację kapłan – Bóg i tak serwuje dodatkowo ignorancję wobec najistotniejszej kwestii w życiu duchownego. Ile widz dowiaduje się o narodzinach powołania księdza? Z jedynej próby płomiennego kazania wynika, że do dwudziestego pierwszego roku życia Adam był niewierzący, ale pewnej nocy bardzo wyraźnie odczuł obecność swojego zmarłego ojca i uwierzył. Tak dalece uwierzył, że aż został księdzem i to po jednej nocy! Ile to ma wspólnego z darem łaski i głęboką wiarą, zakorzenioną w odczuwalnej miłości Boga, która prowadzi do kapłaństwa? Pewnie nie więcej niż Szumowska z intelektem, ale infantylny odbiorca nie będzie wnikał, bo autorska teza szła w innym kierunku. Chór krytyków zapewni, że obcujemy z wielkim dziełem, a fachowcy przekonają, że kapłaństwo to obłudna ucieczka od lęku przed sobą albo światem i pozamiatane.

Nawet gdyby przymknąć oko na brak pojęcia reżyserki o aspektach metafizycznych i religijnych, pozostaje jeszcze postać Dyni, kochanka Adama i zarazem jego wychowanka. Chłopak po przejściach, z ubogiej wiejskiej rodziny, podpalacz, zaburzony emocjonalnie i intelektulanie, w języku ojczystym wypowiada na ekranie tylko frazę: „księdzu, nauczy pływać”. Jednak w ostatniej scenie filmu stoi w sutannie wśród kleryków, przed budynkiem seminarium. Reżyserka najwyraźniej zadbała o mocną puentę, szkoda tylko, że z pominięciem prostej logiki. Marne miałby Dynia szanse na studiowanie filozofii i teologii, że przy jego poziomie intelektualnym i werbalnym o homiletyce nie wspomnę. Pominę trudność w zdobyciu matury, bo na zreformowaną miałby pewnie szanse. Pani Sz. upiera się, by za wszelką cenę robić z widza idiotę, w dodatku niezdolnego do łączenia prostych faktów.

Do tych zabiegów trzeba dołożyć resztę autorskich zachowań: klejenie scen bez wyraźnej koncepcji, urwanie ich w nierozstrzygniętych momentach, dialogi, z których niewiele wynika, może poza tym, że bohaterowie chcieliby coś powiedzieć, ale przerasta ich temat. To wszystko daje poczucie, że reżyserkę najmniej obchodzi obecność widza, ale zachwyca podejmowanie tematu, który przyciągnie dziennikarzy. Niestety, lepienie stereotypów i medialnie nośnych haseł nie zastąpi spójnego filmu, a fastryga musi pękać pod ciśnieniem absurdu. I kto za to płaci? Ja zapłaciłem, jakaś pani płaci i pan też przepłaci, a widzów coraz mniej. To akurat nawet dobrze dla geniuszu Szumowskiej, ale czym polski film sobie na to zasłużył?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Kultura

 

Mocna Słaboniowa

25 lip

 Nigdy nie byłem fanem opowieści o zmorach i upiorach, fanem kryminałów ani horrorów, których – przyznaję bez bicia – unikam niczym towarzystwa agentów ubezpieczeniowych. Gdy jednak zobaczyłem okładkę tej książki, nie miałem wątpliwości, że chcę poznać powieść Joanny Łańcuckiej. Co zapowiadał tytuł Stara Słaboniowa i spiekładuchy? Wiejski klimat, a wraz z nim egzystencję na pograniczu sacrum i profanum? Może życie w rytmie zmieniających się pór roku, gdzie nie dociera zgiełk cywilizacji, a to co widzialne i niewidzialne rządzi się  własnymi prawami? Ale kusiło coś jeszcze: w notce o autorce przeczytałem, że jest malarką, to dawało szansę obcowania z urodą barwnego języka opowieści, co już na wstępie zasugerował gwarowy zapis w tytule.

Przyznam szczerze i z radością: Łańcucka nie zawiodła wstępnych oczekiwań w żadnym wymiarze, a dołożyła jeszcze garść dodatkowych souvenirów, choćby w postaci potoczystej fabuły, barwnych i wiarygodnych postaci z krwi i kości, nawet jeśli ociekają posoką i to dosłownie. Zadbała przede wszystkim o równy rytm opowieści, która nie ma mielizn i dłużyzn, momentów nudnych i niesie czytelnika od pierwszej do ostatniej strony, a jest ich przecież ponad czterysta.

Historia rozgrywa się w zabitej dechami wsi Capówka, ale z czasem akcji czytelnik na początku może mieć kłopot. Pojawiają się marki samochodów fiat czy maluch, do wsi przyjeżdża na motorze lokalny milicjant – sierżant Garsija (kto kojarzy przydomek z jowialnym i głupawym nieudacznikiem ścigającym niezwyciężonego Zorro, ma dodatkowy ubaw). Zabiegi autorskie wskazują, że rzecz się dzieje za komuny, ale wiemy też, że sołtys boi się końca świata, który przewidują za dwa lata „jakieś Indiany”, a jak pamiętamy ostatniego takiego końca ludzkość spodziewała się w ubiegłym roku. Później jednak dowiadujemy się, że minęło trzynaście lat  i sierżanta Garsiję  przemianowano z milicjanta w policjanta. Możemy zatem mówić o symbolicznym czasie przełomu społeczno-politycznego.

Mieszkańcy Capówki na pierwszy rzut oka są zwyczajni: porozumiewają się pokaleczoną współcześnie gwarą, piją pod sklepem, chętniej plotkują o współziomkach niż oglądają telewizję, kryją mroczne tajemnice przebrzmiałych namiętności, egzystują biednie na ojcowiźnie lub uciekają do miast i za granicę w poszukiwaniu lepszego losu. Tak po polsku są małostkowi, popełniają małe grzeszki i wielkie nieprawości, które niosą skutek w postaci zła, a ono personifikuje się ochoczo i wciela w postaci rodem z demonologii ludowej, by czynić życie jeszcze bardziej nieznośnym. Fantastyczne paskudy różnej proweniencji dokuczają, czy wręcz zagrażają zdrowiu ludzi i zwierząt, niejako na zaproszenie mieszkańców skalanych nieprawością.

Przyznam, że właśnie postaci fantastyczne są najsłabszym elementem powieści. Większość omówień porusza aspekt ludyczny tej książki i raczej nie zwraca się uwagi na pozostałe. Tymczasem pojawiający się demon w postaci obleśnego capa, rozpalającego chuć miejscowych dziewuch, kikimora, południca, zmora, strzygoń, są trochę tekturowe, mają charakter komiksowy i nie przekonują ujęciem postaci przeniesionej wprost z kulturowej kliszy. Nie przekonuje też łatwość, z jaką dany stwór przegrywa zderzenie z mądrością i doświadczeniem outsiderki Słaboniowej. Jedynie diabeł, który opętał czternastoletnią Klaudusię i sceny związane z egzorcyzmami księdza Barytona (który na przemian opycha się frykasami przygotowanymi przez wiejskie kobiety i wygania diabła), budzą uznanie dla literackiej sprawności Łańcuckiej, bo niosą tyle grozy, co ironii i komizmu sytuacji.

Słaboniowa z pewnością jest tu najciekawszą postacią, dopracowaną w każdym calu i złożoną. Mieszkańcy Capówki tyleż boją się jej mocy, co plotkują o niej, ale też darzą szacunkiem mądrość kobiety sponiewieranej przez słuszny wiek i reumatyzm. Słaboniowa żyje sama, a córka z miasta raz się pojawia, gdy podrzuca wnuczkę pod opiekę babki. Mąż Henryk umarł jakiś czas temu i bohaterka nieraz skarży się na swoją długowieczność do monidła zawieszonego nad łóżkiem. Jak mieszkańcy postrzegają Słaboniową? Jako relikt ciemnoty i zabobonu, ale też skarbnicę wiedzy. Jako doświadczoną i mądrą kobietę albo wiedźmę poruszającą się z jednakową wprawą wokół tego, co widzialne i co pogrążone w mroku lub w poświacie księżyca. Widzą w niej zielarkę, babkę od zaklinania chorób i rzucania uroków, która wielu zaszkodziła, gdy tylko źle spojrzała na obejście. Dopóki dobrze im się dzieje – próbują wyśmiewać zabobony Słaboniowej, niegodne głośnego wspominania w epoce rozumu, chrześcijańskiej wiary i postępu cywilizacji. Gdy trwoga i lęk wypełnią chałupy, a ucieleśnione zło krąży, węsząc w poszukiwaniu ofiary, wieś rusza ochoczo do Słaboniowej po pomoc i zapomina co to zabobon. Kobieta niezrażona pogardą nigdy pomocy nie odmawia i choć do kościoła nie chodzi, łączy w symbiozie magiczne zabiegi ludowe z wiarą w Bożą moc, gdyż cel jest wspólny – pokonanie zła i niesienie ulgi cierpiącym. Jedną z głównych jej zasad jest nieść pomoc bez względu na starość, zmęczenie i samotny los, czym budzi szacunek, zwłaszcza że skrywa tajemnicę ogromnej krzywdy, jakiej doznała przed wieloma laty od lokalnej społeczności. Ten wątek pozostawmy jednak czytającym powieść, którzy nie zawiodą się z pewnością  i będzie to z jedna z przyjemniejszych lektur mijających wakacji.

Sprowadzając historię Słaboniowej do poziomu narracji o straszydłach i straszydełkach, recenzenci sieciowi i blogerzy robią jej krzywdę. Powieść można czytać z satysfakcją na wielu poziomach, także jako obraz dojmującej samotności starszej kobiety i innych leciwych mieszkańców, których pokolenie dzieci zostawia samym sobie. Da się też odczytać tę narrację jako malowniczą opowieść o naszej mentalności. I tu wyłania się prawda, że pod strzechą, którą coraz częściej zastępuje profilowana blacha i świeża dachówka, z upływem dziesięcioleci nie słabnie siła namiętności, złości i zawiści, a zło i krótkowzroczna lekkomyślność częściej gości tu niż miłość i szlachetność. Nawet, gdy pojawiają się współcześni Judymowie, bezinteresownie kochający bliźniego jak doktor Palenica czy sama Teofila, ludzie poświęceni i oddani muszą znosić odrzucenie lub życie na obrzeżach społeczności. W ramach wdzięczności za mądrość i oddanie otrzymują najwyżej kilka świeżych jajek i sporą dawkę kąśliwych plotek. Pamięć o każdym wyświadczonym społeczności dobru trwa o wiele krócej niż najnowszy odcinek telenoweli albo opróżnianie kolejnej butelki pod sklepem.

Joanna Łańcucka pokazuje to między wersami, a pisze zajmująco, bo też ma talent godny dostrzeżenia i pokazania szerszemu kręgowi odbiorców polskiej literatury współczesnej. Oby w kolejnych książkach poszła dalej, ma potencjał i może wzbogacić przestrzeń rodzimej literatury i to nie tylko rozrywkowej.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Kultura

 

W służbie komercji

13 lut

 

Skłamałbym, gdybym napisał, że idąc na Drogówkę Smarzowskiego nie byłem ciekaw efektów przeniesienia zainteresowań autora z obrzeży kraju do współczesnej stolicy. Reżyser przyzwyczaił widza, że wszelkie przejawy naszej małości tropi na marginesie głównego nurtu życia społecznego, na prowincji. To, co najcelniej ilustruje hipokryzję, pazerność, prymitywizm intelektualny i moralny oraz kilka innych cech polactwa, które nie przynoszą bynajmniej powodów do dumy, widzieliśmy na wsi lat dziewięćdziesiątych, w rzeczywistości popegeerowskiej czy powojennych Mazur. Wielu przeciwnikom i jawnym wrogom Smarzowskiego taka postawa artystyczna dawała argument do ataku. Tu i ówdzie pojawiały się głosy, że pokazuje polskość pożałowania godną, brudną i spleśniałą, że jest wrogiem narodu i kraju, który dał mu wykształcenie, zawód i szanse na rozwój artystyczny. Zatem pozostaje Smarzowski niewdzięcznym synem swojej ojczyzny, raczej małostkowym w poetyce pokazywania spraw marginalnych i lokalnych, pozbawionym ambicji tworzenia projektów uniwersalnych.

Być może autor usłyszał tylko częściowo skrajne zarzuty, bo w Drogówce mamy tym razem co prawda duże miasto, ale też tezę wpisaną wielkimi literami w zamysł autorski. Niestety, nie pomaga to filmowi, razi widza i męczy równie mocno jak nadmiar podskakujących ujęć z rozedrganych kamer filmowych, przemysłowych i kamerek telefonu. Twórca Wesela tym razem znalazł prostą receptę na mocny film komercyjny: ostro zaiskrzyć na styku policja-obywatel-władza. Ale jak zaiskrzyć z dużym powodzeniem i gwarancją medialnego sukcesu? Nie wystarczy pokazać, że policjanci dzielą się na mądrych i głupich, uczciwych i krętaczy, trzeba pojechać po bandzie i wskazać, że wszyscy są pokręceni, patologiczni, aspołeczni i jeśli coś ich różni, to jedynie strefa popieprzenia, rodzaj zaburzenia emocjonalnego, opcja patologii albo nałogu do wyboru. Zatem policjanci Smarzowskiego są jednoznacznie nędzni i słabi, pokopani przez życie w stresie i okaleczeni wobec systemu już na starcie. Ci zaś, co jeszcze nie są, jeszcze mają jakiś strzępek zasad za lizakiem i suszarką, na pewno za chwilę zostaną zrównani z ziemią przez bandydów, polityków albo własnych przełożonych.

Funkcjonariusze drogówki u Smarzowskiego nie mają szans na normalne życie po służbie, na normalne hobby, na czas z rodziną, spełnienie w pasji dalekiej od pracy, bo zwyczajnie nie mają wyjścia. Praca piętnuje wszystkich, gniecie z siłą walca drogowego, więc muszą być alkoholikami, szantażystami, rasistami, erotomanami, wulgarnymi palantami, których nie stać na wystarczająco stabilne uczucie wobec własnej żony, by ta nie musiała organizować sobie modelu egzystencji z ducha „żyć jakby męża nie było”.

Po drugiej stronie suszarki oczywiście musi być wyłącznie chore społeczeństwo. Polityk, lekarz, ksiądz, pani prokurator, prostak czy inteligent, wszyscy jadą po pijanemu, tylko nie wszystkich udaje się zatrzymać. Podobnie jak wszyscy są agresywni i chamscy wobec zatrzymującego patologicznego osobnika w białej czapeczce. Aż dziw, że jeszcze tylu policjantów drogówki w tym kraju młodo dożywa emerytury. Dziwić też może, że nie wszyscy, spośród tych co przeżywają bitwę o mandat, mieszkają w szklanych domach, pałacach i stuhektarowych posesjach, otoczonych drutem, skoro tyle łapówek wymuszają podczas każdej służby i tyle kasy z szantaży kryją pod podłogą.

W zasadzie – na wzór innych Polaków – policjanci drogówki powinni chyba pozwać artystę do sądu, z zarzutem o zniesławienie. Jak znam życie, są mądrzejsi niż jego obraz z tezą i wzruszą ramionami, że chłop za dużo filmów Pasikowskiego oglądał i nie ma wielkiego pojęcia o bardziej biurokratycznych niż sensacyjnych realiach polskiej policji.

Społeczeństwo w Drogówce, to także śmietanka najbardziej banalnego stereotypu. Polityk, to tylko pazerna świnia, pijany ment zasłonięty immunitetem, nie ma szans na spotkanie w szeregach posłów choćby odklejonych od rzeczywistości idealistów, ideologów i różnej maści fundamentalnych obrońców jedynie słusznej sprawy. Dziewczyna z agencji musi po godzinach samotnie wychowywać dziecko i choć nierzadko jest inteligentna, jej praca to wyraz wyłącznie podłości losu, jeśli nie czasów. Żona, pogodzona z faktem poślubienia policjanta, może co najwyżej wyrazić zdziwienie, gdy od męża po służbie nie jedzie wódą. Ksiądz musi dawać w łapę i chodzić na dziwki, bo przecież wiadomo, że duchowni żyjący podług Ewangelii są tylko na kiczowatych obrazkach, rozdawanych w czasie kolędy.

Zwolennicy tego obrazu powiedzą – nie bez pewnej racji – że w ten sposób Smarzowski chciał pokazać życie w kraju postawionym na głowie. Bardzo to odkrywcze. Nie wiem tylko, czy potrzeba do tego kolejnego filmu wyważającego dawno wykopane drzwi, łopatologicznie konstruowanego, o mocy wymowy brukowca. Może zatem autor chciał dowalić do pieca nie tyle drogówce, co pokazać bezradność funkcjonariuszy wobec władzy i miernotę społeczeństwa, które ma w poważaniu prawa moralne i wszelkie inne powinności, poza własnym wygodnictwem, cwaniactwem i bezczelnością, sięgającą od chłopa, przez wójta po plebana? Pytanie tylko: czy wymaga to aż tak banalnej formy epatowania? Zwłaszcza, że nawet biel głównej postaci – Króla znika pod naporem wulgaryzmu, agresji, prostactwa seksualnego i pijaństwa. Zachodzę w głowę, po co Smarzowski idzie aż tak daleko w stronę komercji? W przeciwieństwie do poprzednich obrazów Drogówka jest boleśnie jednoznaczna, kwestionuje inteligencję widza, bo nie daje żadnych pozorów dwuznaczności, nawet namiastki złożoności świata przedstawionego, ani za pomocą fabuły, ani świetnych kreacji, choć ten zespół uznanych aktorów nie zawodzi w żadnej fabule.

Równo rok temu pisałem na tych łamach o Róży, pisałem z wyrazami uznania, dziś piszę z poczuciem rozczarowania, że autor tej klasy musi iść na skróty. Rozumiem, że bardzo chce zostać na fali i to jak najdłużej, bo tu jest szansa otrzymania pieniędzy na następne produkcje. Próbuje ugrać jak najwięcej, ile się da, bo jego pięć minut być może dobiega końca. I to jest smutne, gdy twórcy dotąd cenieni i uznani ulegają presji producentów, dystrybutorów, stacji radiowych i telewizyjnych, właścicieli mediów i bulwarowej prasy, a potem świadomie idą w uproszczenia fabularne. Przechodzą z kina autorskiego w wygrane schematy i wytarte do białości klisze kina, przyprawiając je nowymi gagami i grepsami współczesnego podwórka. Byle opowiadać dynamicznie, odpowiednio wulgarnie, bo to lubi zjadacz kukurydzy, gdy przychodzi rozerwać się do multipleksu. Będzie więcej kasy z biletu i coli, a tego nie gwarantuje film, który zada pytania i nie podsunie gotowych odpowiedzi. Tyle że to strategia doraźna, szybki bieg na krótki dystans i zaraz zgasną jupitery historii kolejnego twórcy

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Kultura

 

Egzamin z Kolskiego

14 sty

 

Okładka tej książki bynajmniej nie ułatwia decyzji zakupu i lektury. Znowu on i ona, jeszcze raz miłość, trudna oczywiście, bo on dojrzały reżyser, znany i uznany, ona zafascynowana, młodsza o dziesięciolecia dziewczyna po przejściach. W dodatku to nachalne skojarzenie z autorem, które sugerowały kolejne zdania opisu głównego bohatera. Pierwszemu wrażeniu ciążyła nadmiernie objętość powieści. Ogromna, choć dosyć lekka cegła, podług zapowiedzi ciągnąca ze sobą kolejne życiowe repetytorium z miłości wymagającej, karkołomnej i utytłanej w przeciwnościach losu, zanurzonej w intymnych dramatach bohatera wrażliwca, ścierającego się przede wszystkim z własną tożsamością. Ile można? Odłożyłem na półkę.

Jednak nie dawała spokoju, nie pozwalała o sobie zapomnieć. Każda wizyta w księgarni, salonie, kończyła się nowym wyważaniem w dłoni jej wartości i kolejnym wahaniem. W końcu to Kolski, mój ulubiony reżyser, przynajmniej ten z lat 90. Potem odszedł nadmiernie od kina autorskiego i jego wycieczki w światy literackie bynajmniej nie posłużyły filmom. Zabrakło poetyckich i tak pięknie malarskich odcieni egzystencji na pograniczu ludowej metafizyki, magii miejsc i baśniowej podszewki życia prostego, a jednocześnie głęboko zanurzonego w nieprzemijalnym.

Coś jednak kazało mi wierzyć, że niemożliwym jest, by na 480 stronach autor tej miary mógł pisać tylko o miłości, jaka by ona nie była. Złamałem się, by w końcu sięgnąć po powieść. I ciągle nie wiem czemu, ale nie umiem się od niej oderwać. Drażni, irytuje i jeszcze mocniej fascynuje. Nie da się zamknąć w żadnej mniej lub bardziej okrągłej formule i nie chce się poddać prostej interpretacji.

Zacznę od tego czym męczy. Z pewnością rys postaci Sandowa, nakreślony czasem nachalnie, zbyt grubą krechą autobiograficzną z krzykliwymi znakami, rażącymi nie tylko wielbicieli kina Kolskiego. Nie rozumiem po co, aż tak narcystycznie rozsypane po tekście ślady prowadzące wprost do biografii Jana Jakuba: rodzinne Popielawy, skórzane opaski na przegubach dłoni bohatera, zawód reżysera, profesora filmówki, dziadek rymarz, wspominany ojciec bohatera – montażysta w wytwórni filmów, którego uważny widz, co jakiś czas, widzi na liście płac lecącej na zakończenie kolejnego odcinka Czterech pancernych albo Stawki większej niż życie. Nieżyjąca siostra, która montowała pierwsze filmy fabularne Kolskiego.

Drażni także sama Muszelka, jako obiekt miłości i jako bohaterka, bo męczy umownością, która bierze początek w dziecinnej obietnicy nastoletniej aktorki, gdy wyznała reżyserowi miłość i kazała na siebie czekać aż dorośnie. Dorastanie dziewczyny z blokowiska też przecież irytuje banalną przewidywalnością. Musi być patologicznie, bo jakżeby inaczej: narkotyki, ucieczki z domu, utrata dziewictwa w wieku lat piętnastu i seks z przygodnymi facetami, którzy brali wszystko, niczego nie dając w zamian, okaleczali, hartowali w ogniu życia, by dojrzała do trudnej miłości, ukierunkowanej na egocentrycznego artystę. Ten jak wiadomo doszedł do ściany, osiągnął wszystko, zrealizował wszystkie filmy, o jakie z grubsza mu szło, ale spełnienia nie znalazł, ani spokoju ducha nie osiągnął. Z korytarzy pokrętnej tożsamości też wyjścia ewakuacyjnego nie ma, bo przynajmniej dwa poprzedzające go pokolenia wciąż w nim żyją i dopraszają się nieustającego uporządkowania w pamięci, zawieszenia w czasie. W dodatku znalazł się w bardzo trudnym momencie życia: przeprowadza matkę przez próg śmierci, by powitać nowe życie w postaci rodzącej się córeczki, poczętej z dziwnego związku, w imię dosyć poszarpanej i niepewnej miłości do kobiety młodszej o lat trzydzieści, kobiety należącej do innego świata zupełnie odmiennych doświadczeń, kobiety z innej planety intelektualnej i mentalnej.

Teraz należy dopuścić do głosu element fascynujący w powieści. Dlaczego miłość Sandowa i Muszelki jest możliwa? Bo mają tylko siebie. Cóż za banał, ale przecież ona przetestowała wielu facetów i żaden nie był wystarczająco dojrzały, wrażliwy, delikatny, choć czytelnik nieraz odniesie wrażenie, że specjalnie testowała uczuciowe możliwości w zderzeniu z prymitywami, prostakami, cwanymi sutenerami, z dziwkarzami. Udowadniała sobie coś, co udowodnione było na starcie. Dzięki Sandowowi odkrywa światy dotychczas niedostępne, poznaje ludzi fascynujących i drażniących jednocześnie. Odbywa podróże nie tylko w nieznane rejony Ziemi, ale także w rejony ludzkiego cierpienia i egzystencjalnego smutku. Towarzyszy kochankowi w rozliczaniu przeszłości, wynikającej nie tylko z metryki, ale także wędruje do jego prywatnego Hadesu, by napotkać niespokojne duchy przeszłości, powiązane z bliskimi, których zabrakło. Wędruje przez krainy geograficzne, ale także kulturowe, religijne, duchowe. Choć jest towarzyszką wulgarną, czasem ograniczoną intelektualnie i ułomną duchowo, choćby z racji metryki, jako dziecko czasu ubogiego nie tylko materialnie. W każdym momencie jest towarzyszką niestrudzoną, szorstko oddaną i znoszącą cierpliwie wszelkie burze i wichry, które popychają ukochanego w najmniej przewidywalne rejony zmagania z samym sobą. Sandow wierzy jej miłości bo nie ma wyjścia, podobnie daje się nieść jej młodości, po trosze z braku alternatywy, ale także dlatego, że Muszelka potrafi dodać lekkości jego egzystencji, pozbawić patosu, co czyni nieraz z pomocą ironii czy jadowitego cynizmu.  Przede wszystkim jest bardzo uparta w trwaniu przy nim. Daje mu energię i wsparcie w momentach, gdy wiele innych kobiet prawdopodobnie nie byłoby w stanie unieść jego chimer i zapatrzenia w swoje sprawy.

Egzamin z oddychania to powieść napisana z dużym rozmachem. Formalnie przypomina scenariusz, mało w niej epickich opisów, sporo scen rwanych na krótkie epizody, ale pełna jest detali budujących obrazy na trwałe wpisujące się w wyobraźnię odbiorcy. Doskonałym zabiegiem formalnym jest tu burzenie linearnego czasu akcji. Takie ujęcie chronologii pozwala czytelnikowi układać obraz całości z rozsypanych puzzli rozdziałów i rozbudza ciekawość następnej strony, a to z pewnością dodatkowy atut całości, wzbogaconej także o wątki sensacyjne. Z powieścią Kolskiego czytelnik wędruje przez rzeczywistość poza czasem w ciągłym trwaniu, wiecznym teraz. Choć realny czas akcji krąży wokół ostatnich dwóch lat, opowieść snuje się pomiędzy historiami wojny i holokaustu, zdarzeniami współczesnymi, rodzinnymi, pomiędzy sferą uczuć, emocji, rozczarowań i namiętności. Pomiędzy humorem i goryczą, przyprawiającymi mięso życia a metafizyką kultury żydowskiej, polskiej i wschodnioeuropejskiej. Słowem Kolski w najlepszej formie, któremu naprawdę posłużyło rozczarowanie kinem i przejście na stronę powieści, skoro w niedawno udzielonym wywiadzie wyznał:

Film się zdeprecjonował. Wrastając w popkulturę, stał się narzędziem jej ekspresji. Sam siebie odarł z tajemnicy. Do kina nie idzie się dziś po przeżycie, po poruszenie, tylko po chwilę przyjemności. Jak jej nie znajdziesz, wychodzisz. Dziś tylko słowo może uderzyć w wyobraźnię. Bo nawet jak przeczytamy, że Tom Mix podkręca wąsa, to zobaczymy go po swojemu, zupełnie inaczej niż na ekranie, na którym powiedzą nam: „to jest jedyny słuszny wąs Toma Mixa”. Wierzę, że nauczymy się wyłączać dźwięk w smartfonach po to, żeby usłyszeć co mówi do nas bliźni. Mam taką nadzieję, ale zobaczymy, czy i w tej sprawie nie jestem idiotą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kultura

 
 

  • RSS