RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Społeczeństwo’

Pan D. czyli jak zostałem humanistą

16 sie

W trakcie lektury książki „Chłopaki niech płaczą” moją uwagę przykuł zupełnie niepozorny fragment, który ożywił inspirujące wspomnienie. Olaf Lubaszenko, zapytany o najbardziej nielubiany przedmiot, odpowiada bez wahania: Matematyka. Przez nauczycielkę z podstawówki. Uczyła, ale miała niemiły zwyczaj: jedną ręką ciągnęła za ucho, a drugą, na której znajdował się duży sygnet, uderzała uczniów w głowę. W ten niezwykle bolesny sposób wbijała nam do głowy różne reguły matematyczne. […] Przy dzisiejszym uwrażliwieniu na przemoc ta kobieta nie przepracowałaby nawet dnia. Co więcej, miała w zębach półprotezę. Gdy się zdenerwowała, stukała nas tym sygnetem po łbach, a proteza się poruszała. Upiorny widok, jak z horroru.

Może lato nie jest najlepszym czasem, do snucia refleksji o nauczycielach, którzy nieświadomie wpływali na nasze życiowe predyspozycje i wybory, ale zaryzykuję. W każdym razie wczesne doświadczenia szkolne mamy z panem Olafem podobne, co może mało dziwić, skoro należymy do tego samego pokolenia, dla którego przemoc nauczycieli była na porządku dziennym. Prawdopodobnie większości z nich określenie „przemoc” nie postałoby w głowie, korzystali jedynie z łatwo dostępnego dydaktycznego wsparcia, podług reguł którego niewinna linijka tak samo użytecznie służyła wykresom funkcji liniowej jak utrwalaniu w pamięci zależności między bólem a prawem Pitagorasa.

Mój horror matematyczny był płci męskiej. Fantazja nauczyciela z podstawówki była znacznie dalej posunięta, choć nie dysponował żadną półprotezą. Budował jednak napięcie i wywoływał przerażenie zanim doszedł do klasy. Jako zastępca dyrektora szkoły był nie do ruszenia i zwykle spóźniał się na lekcję, co wzmagało grozę oczekiwania. Uczniowie innych klas byli już w ławkach, za zamkniętymi drzwiami, a my czekaliśmy w parach na korytarzu, patrząc w lewo, na koniec holu, z nadzieją, że drzwi dyrektorskiego gabinetu jakimś cudem dziś się nie otworzą i czyste zło tego dnia się nie zmaterializuje. Ale on zawsze wychodził. W ciemnym garniturze, świecącym wytarciem i brudem na łokciach, pochylony nieco w lewo, machający dla równowagi prawą ręką, w której klucze dzwoniły niczym kości kostuchy, naciągającej po swoje żniwo. Pewnie jak wielu moich kolegów do końca życia będę pamiętał wredny pysk z wąsikiem wodza III Rzeszy, który czasem jeszcze powraca w koszmarach.

Oprócz przemocy fizycznej, pan D.  był zwolennikiem dyskryminacji płciowej.  Ból fizyczny, jako główny motywator do nauki, przeznaczony był dla chłopców. Dziewczynki były czulej traktowane. Do wysiłku intelektualnego przekonywała je dłoń wędrującą wśród pączkujących piersi. Często też zwijały się z obrzydzenia, przytulane przy tablicy na różne sposoby. Do ulubionych praktyk dydaktycznych pana D. należało wyłuskiwanie ucznia z ławki za baczki lub za włosy, mocno uchwycone w pedagogiczne palce tuż nad karkiem. Błędy w zeszycie i przy tablicy odczuwaliśmy na uchu, zbierając bolesne pstryknięcia w małżowinę z małej odległości. Pan D. miał też sposób na dyscyplinowanie nas do noszenia pełnego zestawu przyrządów geometrycznych. Szuflada jego biurka pełna była cyrkli, kątomierzy, ekierek i linijek. Bardzo chętnie użyczał uczniowi dowolny przyrząd za opłatą. Nie, żadnych tam pieniędzy, opłatę stanowiło uderzenie w dłoń wypożyczanym przyrządem. Najmniej bolała zapomniana ekierka czy linijka, choć jej krawędź, wymierzona w kostki zaciśniętej dłoni, dawała się na długo odczuć. Gorzej mieli zapominający o konieczności posiadania cyrkla. Musieli przyjąć stoicko nauczycielską satysfakcję pojedynczego dziabnięcia ostrzem, poprzedzającego wypożyczenie niepozornej szkolnej pomocy.

Teraz uświadomiłem sobie, że pan D. musiał najbardziej lubić geometrię i szczególnie trygonometrię, bo to dawało mu najwięcej pomysłów na egzekwowanie bólu naszej edukacji. Pamiętacie drewniane kątomierze, metrowe linijki i ogromne ekierki, wiszące w klasach całego kraju przy tablicy? Pan D. brał taką ekierkę i chodził z nią po klasie. Zatrzymywał się przy wybranej ofierze, obracał ekierkę na różne strony i zatrzymywał, a ściskając w dłoni jeden z kątów, rzucał krótkie polecenie: „tangiens” i uczeń musiał wskazać palcem ułożenie ramion trójkąta, które odwzorowywały tangens, sinus, cosinus tego kąta. Prawidłowa odpowiedź zwalniała z wyroku, ale za kiepską trzeba było ponieść cenę uderzenia krawędzią tejże ekierki w dłoń, nadgarstek, tam gdzie nauczyciel akurat trafił.

W przeciwieństwie do pani, której Olaf Lubaszenko zawdzięcza niechęć do matematyki, nasz nauczyciel na szczęście nie dysponował sygnetem, bo i ten środek dydaktyczny musielibyśmy odczuć na własnej głowie. Ale już pani od muzyki w naszej podstawówce dysponowała pierścieniem ogromnych rozmiarów, z wklejonym weń gigantycznym bursztynem. Czasem wbijała nam w głowę nutki i gamy, częściej jej uzbrojenie odgrywało rolę środka bezpośredniego przymusu wobec niezainteresowanych wyśpiewywaniem fraz o kokoszce, co będzie się niosła jak tylko „przyńdzie ziosna”. Kiedyś jednak, pośród gromkiego fałszowania kolejnej ludowej pieśni, tak dalece słuch ją zawiódł a fantazja poniosła, że zapukała pierścionkiem w niewłaściwą głowę. Skutkiem tego najsilniejszy kolega w klasie nie zniósł upokorzenia, wyskoczył z ławki, złapał nauczycielkę za nadgarstek, przytrzymał i z dużego rozmachu wymierzył jej zasłużoną karę w postaci kilku kopniaków w tyłek, aż długa spódnica rytmicznie podskakiwała. Spontaniczny gest rewanżu spowodował, że nasz dzielny mściciel na wszelki wypadek uciekł z zamarłej klasy. Nie pamiętam, czym to się skończyło dla kolegi, ale też nie pamiętam, by pani O. użyła jeszcze kiedykolwiek tego samego oręża na froncie naszej muzycznej edukacji.

Można by w tym miejscu zapytać, czemu pozwalaliśmy na takie formy belferskiej przemocy. Tak naprawdę nie przyszło nam do głowy protestować. Trudno to zrozumieć w czasach, gdy każdy uczeń dysponuje komórką i przemoc może udowodnić lub spreparować. W tamtym czasie technicznie było to niemożliwe, ale też nauczyciel posiadał autorytet, a rodzic z pewnością bardziej podejrzliwie zerkał na poczynania potomka niż nauczyciela. W efekcie uczniowi zwykle nie przysługiwało prawo do racji, za to rodzic z większą pokorą słuchał nauczyciela. Czy nam to zaszkodziło? Myślę, że na pewno ukierunkowało nasze wybory życiowe. Pewnie dlatego piszę dziś teksty literackie, a nie programy komputerowe. Może dlatego czytam wywiady z aktorami i reżyserami, choć mógłbym pochylać się nad planem budowy kolejnej galerii handlowej. Cóż począć, gdy matematyka od podstawówki kojarzyła mi się z lękiem, upokorzeniem i perspektywą przetrwania czterdziestu pięciu minut, choćby za trzy z dwoma i święty spokój. Czyli dziś ponoszę straty głównie ekonomiczne, bo humaniści nie są i pewnie nie będą w cenie. Zbyt wielu nieukom wydaje się, że są humanistami, tylko dlatego, że nigdy nie nauczyli się matematyki. To na pewno zamknęło drogę do wielu świetnych i dobrze płatnych zawodów. Nigdy nie czułem specjalnej niechęci do nauczycieli tego przedmiotu. Moja wychowawczyni w technikum też nie nauczyła mnie matematyki, a uważam, że jest jedną z najmądrzejszych, najbardziej sprawiedliwych, rozsądnych i wrażliwych kobiet na drodze życia, a system wartości, jaki w sobie noszę, to owoc także jej humanistycznej w gruncie rzeczy pracy. I tylko jeden dziś mam dylemat: czy to, że poślubiłem inną rozsądną, mądrą, empatyczną oraz wrażliwą matematyczkę, to hołd złożony wychowawczyni, czy jednak syndrom ofiary, jaki zawdzięczam zmaganiom z panem D. w podstawówce? Wszak żona jest bardzo rygorystyczna, nieugięta i … ale nic z tych rzeczy, nie tłucze mnie nigdzie i za nic drewnianą ekierką, nawet o „tangiens” nigdy nie zapyta.

 
Komentarze (73)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Nieznośna lekkość bezwstydu

03 maj

Docierają do nas stonowane głosy ekspertów oceniających polskie dziesięciolecie w Unii Europejskiej. Nie ma w nich cienia rozpaczy, ale też nie widać powodu do euforii. Przybyło autostrad, poprawiła się infrastruktura, ale też wzrosło zadłużenie, bezrobocie ciągle jest wysokie, a dwa miliony rodaków wybrało wspieranie PKB krajów innych niż własny i większość nie zamierza wracać. Społeczeństwo starzeje się, system emerytalny grozi totalnym fiaskiem i tylko poziom klasy politycznej nie może spaść niżej, odkąd legł na dnie. Ekonomia góruje w ocenach, tymczasem nikt specjalnie nie przejmuje się mało widowiskowym, statystycznym Kowalskim i Nowakiem. Fachowcom wystarczy wspomnieć, że średnia krajowa podskoczyła do czterech tysięcy, a Polakowi żyje się lepiej.

Słucham głosów analityków i jakoś brakuje mi oceny tego, jak w dziesiątą rocznicę historycznego wydarzenia żyje się Polakowi obok Polaka. Przywykliśmy chyba do medialnych not gospodarczych, ekonomicznych, biznesowych, politycznych, problemy społeczne sprowadzając do widowiskowych zjawisk patologicznych. Te zaś rozciągają się pomiędzy widokiem mamusi wekującej w beczce zwłoki własnego dziecka i obrazem konkubenta katującego pięścią niemowlę. Pomiędzy obrazem czynszownika fundującego lokatorom robale lub wizyty terminatorów, a kolejną medialną akcją pijanego mordercy, zabijającego autem przypadkowych przechodniów, wobec którego prawo dalej tumanieje jak warchlak we mgle. Co z przyglądaniem się relacjom statystycznej normalności ulicy, kolejki do kasy w dyskoncie? Relacjom na spacerze, w szkole, w domu i w samochodzie? Znika w niemedialnych przestrzeniach obojętnych sobie przechodniów? Tymczasem zdaje się, że to jakość codziennych relacji wpływa najmocniej na nasze społeczne samopoczucie.

Tu, choćby dla klarowności dalszej myśli, wypada rzucić kilka obrazków zanotowanych w ostatnich dniach. Oto kobieta wyjeżdża z uliczki osiedlowej wprost pod koła jadącego samochodu, by wymusić pierwszeństwo, a po chwili jechać czterdzieści na godzinę i stworzyć korek. Dlaczego paraliżuje ruch? Bo przecież musi teraz pisać sms-a. Oto trzydziestolatek, wypachniony jak zakład fryzjerski, z okularami na czubku żelowego kosmyka, wykłada na taśmę butelkę whisky, szczypiorek i dwie czekolady. Kosz na kółkach pozostawił za sobą, w wąskim przejściu między kasami, a za nim siedem kolejnych osób uwięzionych w przestrzeni regałów, bo nie ma jak wyłożyć kupowanych przez siebie towarów na taśmę. Tymczasem nowobogacki młodzieniec wyraża kasjerce radość z powodu promocji alkoholu, nie dostrzegając blokującego wózka. Oto czterdziestolatek zastawia innemu wyjazd z parkingu, choć cztery metry dalej ma swobodne wolne miejsce, ale nie skorzysta, bo to cztery metry dalej od wejścia do sklepu. Oto mężczyzna w wagonie kolejki miejskiej, stoi przy drzwiach, z plecakiem u stóp, choć przez najbliższe pięć przystanków nie wysiada, skutecznie blokuje wejście wchodzącym i wychodzącym. Widzę go codziennie od miesiąca, robi tak samo głupie miny, ilekroć kolejny pasażer zwróci mu uwagę, że przeszkadza. Oto ojciec biznesmen, który nie zapłacił pięciu złotych miesięcznie za dodatkowe przedmaturalne lekcje syna w liceum, bo szkoła jest publiczna czyli bezpłatna. Tymczasem inni rodzice płacą, ale ojcu biznesmenowi to nie przeszkadza, że synek korzysta z lekcji, opłaconych przez uboższych rodziców. Oto samochód jadący na wysokości rezerwatu przyrody, otwiera się okno i na skraju lasu ląduje papierowa torba McDonalda, a wiatr i pęd wywiewają z niej pojemniki, opakowania i kubki. W tym samym rezerwacie przyrody, godzinę później nierozgarnięty tatuś zbiera wielkie konary i pokazuje synkowi radość napieprzania nimi w środek rzeki, która jest najważniejszym punktem tegoż rezerwatu, chroniącego faunę i florę wodną. I nie przejdzie mu przez zgrubienie karku w miejscu głowy myśl, by wyjaśnić synkowi, co to znaczy, że są w rezerwacie. Widać sam ma kłopot z czytaniem tablic informacyjnych, a może jest tylko żywą ilustracją anegdoty, że mężczyzna dojrzewa do piątego roku życia, a potem tylko rośnie? Oto w podobnym duchu migawka z wiadomości, w której dwunastoletni chłopcy w klatce kopią się po głowach bez kasków ochronnych, ku radości własnych rodziców, kibicujących zza siatki. Mają powód do dumy, bo to w ramach gali walk stylów dowolnych.

Po dziesięciu latach naszego pobytu w Unii ilość takich przykładów rośnie lawinowo, z miesiąca na miesiąc. Może tam teraz mieszkają rodacy lepiej rozwinięci społecznie? Czego dowodzą przedstawione obrazki? Chamienia społeczeństwa? Skrajnego egocentryzmu dzisiejszego, bez myśli o przyszłości? Powiększania przestrzeni bezmyślności? Zaniku wyobraźni? Bo myślenie wysrane za stodołą, a wstyd stał się kategorią dobrą dla nieudacznika? Po nic osobista kultura i troska o poziom, gdy ten brak przestał być powodem zażenowania? Dziwna to przemiana, gdy coraz większa ilość ludzi nie odczuwa wstydu naszego powszedniego z powodu prostactwa, bylejakości, a jeszcze dziwniej, gdy mało komu to przeszkadza. Nie żenuje bycie prymitywem, gdy podstawy człowieczeństwa i przestrzegania elementarnych norm współżycia, stają się synonimem frajerstwa.

Dziesięć lat po wstąpieniu do Unii, odstajemy mentalnie o kolejne dziesięć lat od średniego poziomu troski o jakość codziennego życia społecznego większości jej mieszkańców. Stan rozplenionego prostactwa najprościej medialnie przerzucić na pozbawienie głosu inteligencji i brak klasy średniej z prawdziwego zdarzenia. Te warstwy społeczne, od wieków w całym świecie cywilizowanym ciągną poprzeczkę zachowań społecznych, etycznych, artystycznych i rozrywkowych w górę. U nas pierwsza odeszła w zapomnienie, druga rodzi się w bólach. Ich miejsce zajmują średnio wyrafinowani biznesmeni (pośród których wciąż wielu krwiopijców cwaniaków i hurtowników buraków), lokalni politycy i tłumy zasilające korporacje, które wyższe wykształcenie często zdobyły bez lektury dziesięciu książek. Może dlatego jakiś czas temu Big Brother przekonał właścicieli wszelkich telewizji, że zarabiać należy na tanim prostactwie i braku wymagań. Na coraz większym ekranie nie wstyd być człowiekiem bez klasy i bez właściwości. Tam pokazanie biustu w odpowiednim momencie wystarczy, by być celebrytą skupiającym uwagę tłumu. Nie trzeba nic umieć i niewiele sobą reprezentować, by wirować w blasku reflektorów. Można pozostać niedouczonym w ortografii i gramatyce, ale promować się jako pisarz. Nie wstyd być pozbawionym głosu i słuchu, by występować na scenie piosenki i łokciami torować sobie drogę na ekran. Zaplątać się we własne nogi, by zostać gwiazdą tańca. Nie widzieć obciachu używając języka meliny w kulinarnym programie, podobnie jak nie wstyd być kabareciarzem wychodzącym na scenę z prostackim poczuciem humoru. A skoro takie wzorce na szklanym ekranie, jakich szukać na ulicy?

Człowiek bez właściwości i klasy, tandetny i wewnątrz wydrążony jest bezkrytyczny wobec siebie i świata, więc ucieszy reklamodawców i ich target. Nie ma co się przejmować, że radośnie przekłada się to na jakość relacji społecznych w codziennych sytuacjach. Nikt głośno tego nie zweryfikuje, nie osądzi i nie przywoła nikogo do porządku. Przykład idzie z góry, a górą „Kuchenne rewolucje” i po co to zmieniać? Łatwiej i przyjemniej egzystować nie przesłaniając sobie pola widzenia innymi ludźmi i ich obecnością. Unia tego nie zweryfikuje, a mocą przepisów, ekspertów i bankierów presji nie wyciśnie. Potrzebuje w nas, tu czy tam, głównie taniej siły roboczej, od której odpowiedzialności za jakość społecznego życia nikt nie wymaga.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Gender melanż ideolo

21 sty

W piątek wieczorem odwiozłem żonę na studniówkę niczym zaufany szofer. Wróciłem do domu, by przygotować dziecku kolację, zająć się sprzątaniem mieszkania, myciem łazienki i doprowadzeniem kuchni do stanu używalności, w dodatku bardzo wdzięczny szkole za zwyczaj zapraszania nauczycieli bez osoby towarzyszącej. Dopadła mnie myśl, że  w męskiej wersji kopciuszka wpisuję się nieźle w dyskurs wyrównania praw płci. Żeby nazbyt długo nie trwać w nośnym medialnie schemacie, przygotowałem się też do własnego wypadu. W sobotę to ja miałem oddać się przyjemności biegania z wędką za pstrągami, gdy żona będzie robić zakupy i gotować. Guzik nie gender, pomyślałem, zwykłe partnerstwo w udanym małżeństwie, w którym dla każdego znajdzie się tyle obowiązków, co przyjemności.

Do niczego nie potrzebuję zaśmiecania głowy hasłami równości płci, które służą kolejnemu biciu piany na torcik podziałów polsko-polskich. Tymczasem strumień gender na naszych oczach rozlewa się w sporą rzeczkę i już czuję, że chcę czy nie, moczy także moje trzewiki. A że jako klient sklepów obuwniczych od zawsze dostaję parę, która na starcie przecieka, na każde lanie wody mam alergię.

Z ciekawości i zagubienia sięgnąłem do najpopularniejszej dziś encyklopedii i dowiedziałem się, że gender korzeniami sięga lat 70. ubiegłego wieku. Wówczas powiązane było z kierunkiem uniwersyteckich badań w zakresie antropologii kultury, socjologii, literatury, sztuk plastycznych i wielu innych dziedzin. W ramach badań naukowcy przyglądali się pojęciu płci kulturowej, niezależnie od biologicznej, bo rzeczywiście tradycja ludzkości, wielość kultur, mnogość religii i postęp cywilizacji decydowały o nasilających się różnicach w traktowaniu płci. Gender studies usiłowały to badać i opisywać, bo materiał rozległy, a upływ czasu i zmiany mentalne ujawniały nowe problemy współistnienia, co rodziło naturalną potrzebę zapobiegania nierównościom, animozjom i dysproporcjom praw i obowiązków. I jak wiadomo dopóki opis jest naukowy żadne formy ideologizacji nie grożą.

Tymczasem współcześnie wszystko da się zaprawić ziółkiem absurdu i wykorzystać gender w każdej niemal formie manipulacji: narodowej, lewackiej, płciowej, wyznaniowej, politycznej, da się wleźć z jutrzenką wyzwolenia pod każdą kołdrę, byle potem napieprzać się po durnych łbach, wzajemnie wypełnianych nienawiścią albo – w najlepszym razie – nieustającym głodem konfrontacji. I tak przedstawiciele środowisk prawicowych dorobią swoją ideologię, żeby umocnić twierdzę patriarchatu, władzy tkwiącej w łapach mężczyzn, dzierżących ster religii i tradycji, postraszą zalęknionych nowym diabłem, co zabija rodzinę i rozcina więzi międzyludzkie, oparte na uświęconym przekazie pokoleń. Feministki chcą zrobić z gender granat, by oderwać umęczone kobiety od zlewozmywaka i wpływu Kościoła wspieranego przez wygodnych męskich trutni, traktujących kobietę jako użyteczną posługaczkę w obrębie zagrody męskich szowinistycznych wieprzów. Tymczasem jeszcze inni kreują gender jako zagrożenie rządami bab, które oburzyły się na swoją rolę społeczną i teraz chcą nie tylko wykastrować faceta z jego męskości, ale zagonić do salonów kosmetycznych, pieluch i prasowania, by kobieta mogła rozwijać się lub tylko przejąć wygodną kanapę. Przewidujące i bystre działaczki już w przedszkolu wytną oponentów, zatroszczą się o przyszłość pokoleń i nakażą chłopcom bawić się lalkami, a dziewczynkom wcisną autko w garść, bo bez tego nie będą mogły być inżynierkami (a fe, co za dwuznaczne zdrobnienie!).

Wychodzi na to, że w ramach gender studies już dawno zbadano, co było do zbadania pod hasłem „płeć kulturowa” i dziś w ramach walki o równouprawnienie czeka nas wypaczanie tego, co przez wieki uchodziło za zgodne z naturą stworzenia. Okazuje się, że gender to głównie użyteczny kij, którego łatwo da się użyć po każdej stronie barykady. W zależności od tego, który koniec patyka tkwi w czyjej garści, łomocze się nim przeciwnika, tyle że dla samej przyjemności dudnienia. Zupełnie przy tym zapominając, że to nie pałka szturmowa, a jedynie salonowa wykałaczka do dłubania w zębach obyczaju. To, co wyprawia się teraz pod płaszczykiem troski o równość przybiera formę karykaturalną, bo jak wiadomo, ideologizacja może spieprzyć najszlachetniejszą myśl, nurt i założenie.

Odebrałem tradycyjne wychowanie, w którym zaszczepiono szacunek do każdego człowieka i nigdy nie byłem zwolennikiem patriarchatu. Przede wszystkim obca mi jest od zawsze ta jego odmiana, która pozwala mężczyźnie być panem na balu życia, obsługiwanym przez ubezwłasnowolnione kobiety, którym pozostawia się głównie obowiązek porządkowania bałaganu, usługiwania i łagodzenia. Ale w takim samym stopniu jak patriarchat przeszkadza mi absurd pozornej równości płciowej, o jakim mowa przy wprowadzaniu nomenklatury „rodzic jeden i rodzic dwa” w miejsce matki i ojca.

Za przyczyną Pana Boga albo natury (jak kto woli), wiemy, że do spłodzenia potomstwa potrzeba dwóch istot różnych biologicznie i psychicznie, dlatego mają prawo i obowiązek nazywać się ojcem i matką, bo takie rozróżnienie wskazuje na odmienne elementy, które składają się na poczęcie i rozwój nowej egzystencji. By jednak była ona w pełni osobą ukształtowaną, z ciała i ducha, w równowadze psychicznej i fizycznej, w trakcie długotrwałego procesu wychowania, socjalizowania, musi od początku towarzyszyć naturalnemu ścieraniu się pierwiastków męskich i żeńskich w codziennym obcowaniu ojca i matki. Nawet, a może przede wszystkim, gdy tworzą jedność trudną, zmagającą się każdego dnia, wcale nie piękną. Bo cały świat nie jest ani jedynie piękny, ani harmonijny, ani myśli układać się podług pobożnych życzeń niedowidzących optymistów, za to jest coraz bardziej patologiczny.

Zatem takie wychowanie, o ile nie zrzuca się go na szkołę, podwórko i laptopa, to też szkoła życia, przygotowująca do przetrwania w nieprzyjaznej przestrzeni. Żadna ideologia ani poprawność polityczna nie mają szans tego zmienić, jak nie mają szans stworzyć bezpiecznej normalności w jednopłciowym wariancie numerowanego rodzica. To, co teraz powiem jest zupełnie niepoprawne politycznie, ale nie wierzę w normalność faceta ukształtowanego przez dwie kobiety, podobnie jak nie uwierzę w normalność kobiety, wychowanej od dziecka przez dwóch mężczyzn. Nie wierzę, bo z takiej relacji wyjdzie jednostka albo narcystycznie zapatrzona w siebie i impregnowana na życie społeczne, albo jednostka zaszczuta i wycofana. Czy nam się to podoba czy nie, żyjemy w społeczeństwie, które coraz silniej ignoruje troskę o rozwój w duchu tolerancji i ani myśli otwierać się na inność. Prymitywne odruchy stadne, barbaryzacja postaw, nastawienie na konfrontację, wymierny zysk każdym kosztem, skrajny egoizm stosujący prawo pięści i twardych łokci, przy tym  niechęć do uczestnictwa w kulturze, ucieczka od przymiotów intelektu i ducha, to gwarancja udręczenia psychicznego i zaszczucia, jakie rodzime otoczenie zagwarantuje dziecku wychowanemu przed gejów lub panie homoseksualne. Im dłużej przyglądam się pozorom walki o równe traktowanie, odnoszę wrażenie, że ideologia ta jest wyrazem egocentryzmu jej wyznawców. Ma służyć przede wszystkim wygodnictwu lub usprawiedliwieniu słabości głosiciela, który niczym mały kundelek daje znać o swoim istnieniu głośnym szczekaniem, czym wywołuje najwyżej śmiech lub irytację, a to nie może skończyć się erupcją narodowej miłości, pod tęczą zawłaszczoną przez jedną tylko orientację.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Miłość pomimo

17 lis
W Święto Niepodległości zabierałem się do rozważań w duchu: dlaczego nie umiem patriotycznie świętować? W zasadzie jedyne skojarzenie z obchodami, jakie od lat powraca na myśl o tym dniu, wiąże się z błogosławieństwem bezkarnego wysypiania. Poranny ból głowy jest pierwszym i najważniejszym skojarzeniem z 11 listopada, chociaż nigdy nie zawdzięczałem go nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu dnia poprzedniego. A jednak z jakiegoś powodu nie szukam gęsi do pieczenia, flagi nie wywieszam, wzorem dwóch sąsiadów wyłamujących się z obojętności mieszkańców wielkiej płyty. Nawet defilady w telewizji nie chce mi się oglądać, więc i tym razem tak się zbierałem do opisania patriotyzmu neutralnego, że ostatecznie wymiękłem pozostając w milczeniu.
            Temat wydał się tak oczywisty, a jego ujęcie dla większości rodaków jak mniemam na tyle zwyczajne, potoczne i mało odkrywcze, że skasowałem co napisane i wyrzuciłem z głowy pomysł tekstu, przynajmniej na kilka dni. Ale spokoju nie dawał i może darowałbym sobie dalej, gdyby nie stary odcinek serialu Ranczo, który włączyłem do przedwieczornej drzemki regeneracyjnej. Gdy tak balansowałem na granicy jawy i snu, dotarły szczątki dialogu kobiet trzymających władzę: … ja nie wiem za co kocham ten kraj… rzekła jedna z nich. Druga zaś szybko skwitowała: z miłością tak już jest. Czasem nie kocha się za coś, ale pomimo czegoś. Oczywiście przy takim stanie świadomości, poszukującej raczej Morfeusza niż miłości ojczyzny, mogłem przekręcić słowa, ale sens wpił się kleszczem olśnienia i nakazał zrezygnować z drzemki.
            Zdaje się, że rzeczywiście o wiele łatwiej dziś uzasadnić, pomimo czego da się kochać nasze państwo niż wyśpiewać pean miłości bezwzględnej, która mniej boli w dowolnym wymiarze niż miłość krecika do jeża, albowiem ślepa nie zawsze znaczy bezbolesna. Zacznijmy od rzeczy najprostszych: kocham pomimo podziałów narodowych i politycznych, które wybrzmiewają w stwierdzeniu, że gdzie Polaków dwóch, tam trzy opinie, koniecznie krzykliwie konfrontowane, coraz częściej z użyciem narzędzi ostrych, benzyny i podpałki, niekoniecznie do grilla. Coraz trudniej odróżnić, szczególnie podczas zabaw narodowych, gdzie kończy się wymiana zdań a eksploduje frustracja lub lęk i poczucie niższości, które dwa lata temu – też z okazji tego święta – trafnie ujął ks. Adam Boniecki słowami: Człowiek pewny swojej ojczyzny nie będzie szalał na jej punkcie. Człowiek pewny swojej wiary nie będzie wszędzie węszył jej prześladowań. I odwrotnie. To niepewność własnych przekonań budzi agresję obronną u wszystkich stworzeń, które atakują, nie widząc innego ratunku. Tymczasem z upływem kolejnych lat jeszcze mniej w narodzie ochoty na wspólną zabawę, o wiele zaś więcej potrzeby konfrontacji, konfliktu i niszczenia wspólnotowych fundamentów. Chciałoby się powiedzieć rymem częstochowskim: coraz mniej radości z tej niepodległości.
            Coraz trudniej kochać państwo, w którym agresorzy nawołują do nienawiści, a bezkarni wandale ze sprejem w garści nie odpuszczą najładniejszej elewacji albo figurce sympatycznego Plastusia, ewentualnie urąbią łapkę Misia Uszatka z taką samą lekkością jak odetną powyżej łokcia lewicę Reganowi, by zademonstrować… no właśnie co? Powrót do jaskini? Wstręt do wszystkiego, co sympatyczne, estetyczne, mądre i miłe? To moc barbaryzacji, czy tylko akt niewymuszonego rozstania z własnym mózgiem, radośnie i głośno wypróżnianym za stodołą? Ale może trzeba odmalować na nowo Plastusia, poddać renowacji Uszatka i ignorować resztę za wszelką cenę, by ocalić nieco miłości do państwa? Nawet na przekór trwałemu przypisaniu do klubu frajera chodzącego na wybory, płacącego uczciwie z ciężko ciułanego grosza na trójkąt bermudzki o wierzchołkach: NFZ, ZUS i PKB.       
            Niełatwa jest miłość, gdy trzeba bezradnie przyglądać się młodym, bezpowrotnie przekraczającym granice zachodniego świata. Gdy w milczeniu pozostaje godzić się na rozstanie z generacją zdolną, wykształconą i odrzuconą przez krótkowzrocznych rządzących. Trudno silić się na miłość do państwa, które zamyka oczy na pokolenie pozostawione sobie i skompromitowanym politykom. Zwłaszcza, gdy bezsilni rodzice i dziadkowie tkwią skazani na pułapkę niedołężnienia w otoczeniu wszechpotężnych i wpływowych korporacji, które będą wciągać ostatnie ich złotówki. Ale też będą urabiać pozostałe tu dzieci na tanią siłę roboczą, szarą masę posłuszną nakazom konsumpcji, spełnioną w trawieniu chipsów i telenowel albo telewizyjnych show.
            Czy zatem, pomimo trudów miłości, są jakieś jej blaski? Może da się kochać to państwo także za coś? Niewykluczone, że to jedynie sprawa obiektu, na jaki kierujemy wzrok, decyduje o sile miłości. Wszak wciąż jest tyle miejsc pięknych: rzek, lasów, jezior, morskich plaż i gór, łąk i pól nieskalanych przez cywilizację i pęd gospodarki rabunkowej, a to przecież ciągle to samo państwo. W ludzkiej społeczności tyle jeszcze ocalało wysp nieodkrytych, niemedialnych krain bezinteresownej pomocy i życzliwości, o których nie doniesie prasa, telewizja i radio, bo co dobre jest ciche i nie chce przylegać do sensacji. Sporo jest jeszcze wież, wysokich i niskich, w których pomieszkują Polacy wrażliwi, uśmiechnięci, wyciszeni, przerzucający wirtualne butelki z listami pisanymi orograficznie, po polsku. Trwają tam skłonni do rozmowy nie tylko z sąsiadem, do spotkania, szanujący rzeczywiste autorytety. W ciszy swoich mieszkań pracują nad poprawą czytelnictwa, rozwijają intelekt wbrew modzie na bezmyślność i lęk przed własnym zdaniem. Wymieniają opinie, chodzą na pouczające wykłady, organizują festyny i festiwale polskiego filmu, teatru i ojczystej prozy. Spotykają się by fotografować, zaśpiewać, zatańczyć, pomni na tradycję, której nie chcą negować. Potrzebują zapomnieć na moment o tym, co bolesne, co odstrasza od miłości nadwiślańskiego skrawka ziemi. Czy to jeszcze jest państwo do kochania, czy już tylko ponadnarodowe społeczeństwo, wspólnota wrażliwych ludzi dobrej woli, którzy odnajdują się z coraz większą trudnością w świecie wyższych wartości? Narodowo czy nie, jednak nie potrzebują flagi, zamieszek, darcia koszul w imię świętowania niepodległości, bo tę budują w mrówczym trudzie tworzenia relacji ponad podziałem, w ciekawości innego, w otwartości na propozycję niebanalnych form ekspresji. Chwała im za to, dopóki obywają się bez odcieni czarnych, brunatnych, czerwonych i nie pielęgnują lęków przed innym. Żeby istnieć w pełni nie potrzebują się różnić i tylko dlatego nie mają szans na słyszalność. I ze względu na nich nie wywieszę flagi, ale podniosę kufel zimnego piwa. Obym zawsze pamiętał, że to ich dzień, który zaczyna się ilekroć mija mój ból głowy, związany z przesypianiem obchodów Święta Niepodległości w tle.
 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Zawartość kupy w kupie

29 wrz

Nie wiem, na ile świadomie zrobiłem sobie przerwę w pisaniu felietonów, na ile to skutek braku sensownych tematów, a na ile wyłączenie uwagi i przerost prostaty bezsilności wobec naszego tu i teraz. Na moje szczęście pojawiają się czytelnicy gotowi oskarżyć autora o rozmemłanie, lenistwo, chorobę na literacką pychę lub impotencję, więc na początek należą się słowa wdzięczności. Dziękuję za kopa motywującego , udało się Wam przywrócić wiarę w sens pisania. Zadowoleni? No to odpłacę pięknym za nadobne, nie?

            Skoro nawet automat redakcji Onetu przysyła mi przypomnienie, że od ponad miesiąca nie dałem nowego tekstu, spróbuję na początek obrazowo określić przyczyny milczenia. Jak co dzień włączyłem radiową „Trójkę” i usłyszałem, że GUS oznajmił jakoby Polak średnio wydawał na kulturę (teatr, film i książki) łącznie sto złotych ROCZNIE. Ale już na telewizję blisko dwieście złotych MIESIĘCZNIE. Jak w tej sytuacji budować wolę pisania czegokolwiek, mając w otoczeniu troglodytów dwudziestego pierwszego wieku? Jeden ze słuchaczy skomentował na gorąco, że skoro w ostatnim miesiącu wydał na książki blisko trzysta złotych, długo nie powinien kupować żadnej. Ilu takich słuchaczy pracuje na statystykę masy, której bliżej do kiełbasy? Choć ostatnie włosy jeżą mi się w uszach, nic to dla tak stwardniałego radła na ugorze (co to radło i ugór, niech sobie młodsi wyguglują, choć o literackim  z pewnością nic nie znajdą).

            Coraz częściej, gdy wsiadam do autobusu, by od nowa ujrzeć ukochane moje miasto, wrażeń zebrać nie mogę, bo słyszę ludzi w przedziale wiekowym 23-45, z tym, że coraz mniej w nich człowieka, który wybrzmiałby dumnie. Twarze pozbawione choćby cienia tęsknoty do rozumu, otwory gębowe chlustające obficie wulgaryzmem, niby tsunami pochłaniające nieśmiałe próby złożenia pojedynczego zdania. Przekleństwa grube i wyraźne górują wystrzelone ponad monosylaby, beknięcia oraz wybuchy rechotu odsłaniającego przeżarte próchnicą kikuty po zębach. Odbieram w pracy telefony z ofertami, w których głupawe panienki recytują wymuszone przez pracodawców formułki, ale wystarczy wytrącić je z wystukanej na pamięć mantry i totalnie się gubią. Zdania nie złożą, mimo że wszystkie zapewne legitymują się dyplomami wyższych uczelni, może nawet kilkoma? Już nie umiem wyłączyć myśli, że coraz trudniej będzie o człowieka na drodze, bo dalsze życie przebiegnie w hurmie bezrefleksyjnej, uformowanej z bezkrytycznych klientów i pracowników wąskiej specjalizacji, w kupie przeznaczonej do prostych wyborów i czynności wyuczonych na pięciodniowym szkoleniu podług potrzeb firmy. Jeśli tak, to Huxley i Orwell byli jednak prorokami.

            Gdy dopada chochlik demokracji i szepcze, że tak wyglądać ma świat przyszłości, świat wolności, to chyba wolę jednak ten totalitarny politycznie, który wymusza na ludziach bunt, domaga się swobody ducha i skłania do troski o indywidualny rozwój, o wolność myślenia. Gdy tylko mówię o naszym świecie, nie myślę już o wolności od… raczej trapi mnie fundowana odgórnie wolność do… choćby do durnoty życia, do wyboru skretynienia w obliczu zaniku potrzeby stawiania wymagań sobie samemu. Niby czego owocem jest głośny ostatnio przypadek, gdy student Politechniki prosi o interwencję Gazetę, gdyż komisja w trakcie obrony pracy dyplomowej zażądała od niego wiedzy z zakresu tejże pracy i programu jego studiów? Czy to skutek powszechnego ogłupienia młodzieży, zaniku wymagań czy rozplenienia postaw roszczeniowych w zamian za nic? Czym to jest, jeśli nie zgodą pojedynczego człowieka na usankcjonowanie nicnierobienia, wygodnictwa i przyjemności jako jedynie uzasadnionej racji bytu?

            Wszak nie mamy systemu odgórnego, który ludziom wtłacza jałowienie rozumu, emocji i ducha. Nie ma ustawowego obowiązku oglądania gotowania na ekranie i tańców z udziałem gwiazd. To nie komuna i każdy ma możliwość aktywności na dowolnym polu, może wybrać co chce, ale z jakiegoś powodu wybiera ogłupienie. Nikt nie powie, że reklamę wciskają mu do łba, bo każdy może wyłączyć telewizor i pójść na spacer, a na ulicy liczyć samochody i zachwycić się barwą liści zamiast gapić na bilbordy. Ale ludzie kierowani lenistwem lub tłumaczący się zmęczeniem, przestali sobie samym stawiać wymagania, a w ramach wolności wybierają gnuśność i prostactwo, co musi skutkować drastycznym obniżeniem jakości życia społecznego.

            Kogo mielibyśmy obwiniać o to, że człowiek funkcjonuje zaprogramowany na konsumpcję? Media? Wskaźniki sprzedaży? Kapitalizm? Polityków? Korporacje… wymieniać można długo, ale to wciąż przyczyny zewnętrzne. Po drugiej stronie stoi jednostka, która pielęgnuje własną uległość i oddaje się bezrefleksyjnemu korzystaniu z zabawek współczesności. Wiem, że to prowokacyjne nadużycie i uogólnienie. Coraz częściej dostrzegam wokół ludzi, którzy oddają się pasji. Codzienne tłumy w fitnessie, oblężone szkółki jazdy konnej, kluby dyskusyjne, kółka fotograficzne, warsztaty haftu artystycznego, klubowe pracownie ceramiki i rzeźby, tłumy samozwańczych fejsbukowych pisarzy, malarzy, protestacyjne wyrzucanie telewizorów, to jednak znaki czasu albo sposoby na zaistnienie. Oczywiście jeszcze dla ogółu nie bardzo widoczne to jaskółki, ale może jakąś wiosnę uczynią? Trzeba tylko pamiętać, że wśród jaskółek znajdą się sroki snobizmu. Biegam, bo lubię? Owszem, ale koniecznie w leginsach z najnowszej kolekcji i w obuwiu z najwyższej półki, bo na każdej uczciwej pasji da się wyhodować markowy produkt, szczególnie pod buraka podążającego za modą, który zawsze znajdzie powód, by błysnąć portfelem wypasionym kartami, na których więcej kredytu niż lat do przeżycia.

            Sama myśl, że wybór własnej pasji może być skutkiem snobizmu, mody, chęci nieodstawania od kupy (jeszcze nie tak dawno szał nordic walking, teraz szał biegania, za chwilę może szał skakanki), podsuwa myśl, że statystyczny człowiek woli o sobie nie decydować. W kupie raźniej, zawsze może dołączyć do tego, wokół którego jest szum i wówczas jednakowo czuje się usprawiedliwiony w zysku i w stracie. W wygranej i w porażce będzie zwolniony z odpowiedzialności, zawsze powie, że oszukali. Jest w tym pewna wygoda życia. Każą krzyczeć, to się krzyczy, powiedzą bić, to się bije, dadzą dresik, to się pobiegnie, podsuną kulbakę, wskoczy się na grzbiet, bo mądrzejsi lub głośniejsi wskazują słuszny kierunek. Kłopot, gdy zbyt wielu wskazuje kierunki i to w zupełnie inne krańce biegnące. Frustracja? Nie tylko, jest jeszcze dążenie do świętego spokoju za wszelką cenę.

            Lenistwo intelektualne i wygodnictwo mieszczańskie, to najlepszy zdaje się dyktator na dzisiejsze czasy. Dla przeciętnego faceta kilkanaście kanałów sportowych, siłka, piwko, grill i kumple do flaszki. Dla kobiety: kilka paradokumentalnych programów o ludzkich tragediach, by poczuły, że w zasadzie nie mają na co narzekać. Albo kilka seriali o babkach lepszych i ciekawszych od widza, żeby miały do czego odnieść swoje marzenia spełniane bez podnoszenia dupy z kanapy. Ewentualnie kilka programów kulinarnych pani Gessler czy innych Okrasów, żeby poczuły się światowe, a na deser wizyta w galerii handlowej i polowanie na promocje. W tle praca, dom, kredyt, pożyczka i przedszkole dziecka albo kurs flamenco i romansik między okładkami tuż przed snem. Statystycznym facetom bliżej od marzenia o merolu do mentalnej jaskini i gałęzi, bo tam przynajmniej rywalizacja ma uzasadnienie biologiczne. Ale w imię lepszego jutra nie oszukujmy, nie da się wszystkiego usprawiedliwić wyłącznie zmęczeniem i pracą.

            Gdy współczesny człowiek głupieje w stadzie, coraz mniej jestem w stanie obwiniać o to jego złą wolę, wyrachowanie, cynizm i bezmyślność. Coraz intensywniej dostrzegam w tym tanie recepty na szczęście, które rodzą rozczarowanie i takie chodzenie na skróty ostatecznie wyłazi bokiem. Wygodnictwo uzasadnione  hasłem: „bo życie jest wystarczająco trudne” egzystencji nie ułatwia. Ale by gnuśnieć nie trzeba najmniejszego wysiłku, wystarczy zaniechanie ryzyka chodzenia własną drogą, chociaż nie dano nam większych pożytków ponad płynące z przekraczania siebie samych.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 
 

  • RSS