RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Społeczeństwo i Kultura’

Uroki nieczytania

13 mar

Między dziesiątkami doraźnych komuników o kryzysie, pośród notek o wybrykach lokalnej klasy politycznej, mniej lub bardziej odklejonej od rzeczywistości, przemknął nowy raport o upadku czytelnictwa w narodzie. Jeśli odbił się echem publicznym, to chyba jedynie od idei Boniego Michała, jako przyśpiewka do jego boskiej inicjatywy zamknięcia bibliotek szkolnych. Nie wiem tylko, co pana ministra bardziej oślepia: perspektywa warszawska, z której nie widać choćby Podlasia, czy krótkowzroczność płynąca z wiekiem? Nie przewidział czy olał fakt, że biblioteka szkolna, to czasem jedyny zasób książek, jaki dziecko ma w odległości mniejszej niż 20km od miejsca zamieszkania. A może po prostu poziom ignorancji murem odgradza ministerstwo od zdrowego rozsądku?

To, że politykom najmniej zależy na czytelnictwie chyba nie dziwi nikogo. Powiem nawet, że byłbym zdziwiony jak dziewica z rana, gdyby czerwony, czarny czy różowy krzykacz z Wiejskiej zaczął walczyć o wzrost czytelnictwa w narodzie lub choćby przemówił o czytaniu gdziekolwiek. Wszak polityczna troska o poziom intelektualny społeczeństwa równa jest powabom i rozkoszy strzału we własną – partyjną – stopę. Jaki oczytany i światły przedstawiciel elektoratu, skłonny do samodzielnego myślenia, myślący o skutkach swoich posunięć wyborczych, pójdzie do urny, by oddać głos na mentalnego przedszkolaka wyszarpującego wiaderko koledze z piaskownicy, szukając w nim kandydata do władzy? W trosce klasy politycznej, od momentu odzyskania wolności, leży dbałość o wtórny analfabetyzm, bo ten sprzyja wynikom wyborów przede wszystkim. Społeczeństwo zaś ułatwia klasie ów bój o naród tępaków i betonów, na co także kolejny raport czytelnictwa wskazuje.

Nie ma już najmniejszej sensacji w tym, że aktualnie do nieczytania nawet jednej książki w roku przyznało się ponad 6o% badanych. Nie dziwi ów fakt, bo raport celnie sugeruje przyczynę jednego z głównych powodów wzrostu wskaźnika: jako społeczeństwo przestaliśmy się wstydzić unikania kontaktu z książką w codziennym życiu i od święta. Nie wstydzą się przede wszystkim obywatele szczycący się wyższym wykształceniem, które jak widać warte jest tyle, co papier z napisem „dyplom”, wyprodukowany na domowej drukarce, bynajmniej bez pretensji do rozwoju intelektualnego jego posiadacza.

Można ten fakt przyjąć pesymistycznie: wyższe wykształcenie nie ma dziś żadnego związku z klasą, którą dawniej nazywało się szumnie inteligencją. W optymistycznym ujęciu inteligencja ma się dobrze, bo jej liczba jest stała. Wszak w latach komuny statystyki głosiły, że mamy średnio do 10% ludzi z wyższym wykształceniem. Wówczas studia rzeczywiście wymuszały rozwój intelektualny, choć nie wszystkie oczywiście. Mogliśmy mówić o inteligencji jako klasie społecznej, która wymaga także od siebie. Co prawda funkcjonowała przyciśnięta do gleby przez upadlający system, ale jej status był z pewnością powiązany nie tylko z wyższym wykształceniem. Charakteryzowało ją oczytanie i uczestnictwo w życiu społecznym i kulturalnym kraju. Dzisiejszy raport podaje, że ilość osób czytających więcej niż siedem książek w roku niezmiennie plasuje się na granicy 11% populacji, zatem można mieć nadzieję, że właściwa elita robi swoje, choć i dziś jak dawniej nie tylko ukończone studia o przynależności do niej świadczą.

Pewien stały mój rozmówca, tuż po przeczytaniu raportu wyraził zdziwienie, że wynik badania ciągle się nie zmienia, mimo tylu akcji promujących czytanie. Osobiście nie widzę nic zaskakującego. Gdzie widać działania promocyjne w tym zakresie? Przede wszystkim w bibliotekach, na portalach związanych z literaturą i książką, w księgarniach, pośród wpisów na forach dyskusyjnych. Promocyjne hasła o czytaniu lajkują i udostępniają sobie znajomi z portali społecznościowych, którzy skupiają się wokół książek jako pasji życia, a więc wysoce prawdopodobne, że wszyscy i tak należą do marginesu czytających obywateli nadwiślańskiego sioła. Zatem jaką siłę oddziaływania mają takie akcje? Przekonują przekonanych.

Podobnie podejrzewam, że kolejne badania czytelnictwa będą pokazywać tylko to, co już widać gołym okiem, bez szkiełka i naukowych metod. Brak ogłady, niski poziom świadomości, skurczona wyobraźnia i brak otwartości umysłu, jako narastające skutki nieczytania, mocno odcisną piętno na każdej skórze. W dodatku bez konieczności angażowania losowej grupy badanych. Niezdolność do skupienia uwagi na tekście dłuższym niż trzy strony maszynopisu, zapłonie jutrzenką niezdolności do przeczytania czegokolwiek ze zrozumieniem do końca. Nawet presja złożenia podpisu we własnej ważnej sprawie, jasności umysłu nie przywróci, ale na pewno podgrzeje frustracje obywatela, umocni poczucie że został oszukany przez Żydów, masonów, bolszewików, joginów albo kopaczy tunelu pod Martwą Wisłą. A średnio rozgarnięty rodak winić o wszystko woli raczej cały spiskujący przeciw niemu świat niż siebie. Stąd prawdopodobnie prosta droga do narastającej fali agresji.

W epoce odrzucania druku, gazety, książki w każdej postaci narasta niezdolność do skutecznej komunikacji. Nadawca i odbiorca nie potrafi skutecznie  przekazać o co mu chodzi, pozostaje zatem powrót do mentalnej jaskimi z paralizatorem w garści zamiast maczugi, jako głównym argumentem w dyskusji. Wszak cywilizacja to postęp techniczny. Nawet, gdy wszystkim wokół wyda się, że ciągle mówimy po polsku, okazać się może, że nieustannie przychodzi tłumaczyć z polskiego na nasze, najmniej licząc na zrozumienie, więcej na skuteczne unikanie wibrującej pięści interlokutora. Jest zatem szansa, że im bliżej kolejnych wyborów, tym większa będzie troska władzy o poziom obywateli, o ich błogi sen, którego wkrótce nie zmąci także widmo gminnej biblioteki, ani miejskiej, bo jak wiadomo: wsio budziet kukurydza, hipermarket i galeria (dla jasności – handlowa).

 
 

Kryzys, czyli ku pokrzepieniu serc

19 lis

W trakcie ostatniego przeszukiwania prywatnego literackiego archiwum natknąłem się na własny szkic, opublikowany w gdańskim „Autografie” w 1996r. Zerknąłem na pierwszy w nim akapit: „Nie musieliśmy, jako naród, długo czekać na objawy kryzysu w kulturze. Dziś, wkraczając w drugą połowę lat dziewięćdziesiątych, przyzwyczailiśmy się do narzekania na upadek wartości, nie tylko chrześcijańskich, ale wartości samych w sobie. Publicyści, krytycy i badacze narzekają zaś, że upada zainteresowanie polskim filmem, zamyka się teatry i galerie, a wydawnictwa wypuszczają na rynek głównie atrakcje literatury zachodniej, reprezentowanej ostatnio przez Williama Whartona.”. Rozbawiło mnie to, bo w zasadzie po szesnastu latach od napisania tekstu mogę zamienić nazwisko Whartona na Coelho lub inne równie doniosłe, a reszta nie straci na aktualności.

 W zasadzie nie pisałbym o tym, gdyby nie inne zbiegi okoliczności w podobnym klimacie. W ciągu ostatnich dni przypomniałem sobie, „czytając przez uszy”, dzieło kultowe w latach 60. ubiegłego stulecia, powieść noblisty Hermanna Hessego „Wilk stepowy”. Historia Harrego Hallera to – jak powszechnie wiadomo – opowieść o wrażliwcu, inteligencie, także pisarzu, który żyje w samotności niczym tytułowy wilk. Mężczyzna to oczytany, pacyfista, funkcjonujący fizycznie i mentalnie z dala od tłumu, chaosu, mód i stadnego pędu świata budowanego po hekatombie pierwszej wojny. Harry nie przepada za swoją współczesnością i izoluje się od niej, przynajmniej do momentu spotkania Herminy. W kilku scenach powieści Haller wprost podkreśla, że przyszło mu żyć w epoce wojen i kryzysu kultury, a ten już zabija nawet muzykę klasyczną, pasję bohatera, i w jej miejsce wpuszcza dosyć prymitywne rytmy, choćby takie jak jazz. Przypomnę, że „Wilk stepowy” został opublikowany po raz pierwszy w 1927r. zatem prawdziwy kryzys wartości i humanizmu Europa miała dopiero przed sobą.

Jaki stąd wniosek? Nawet jeśli mało odkrywczy, z zaduchem truizmu, jednak jakoś przez ironię budujący. Jest w nim bowiem ukryta irracjonalna nadzieja, która tkwi w nieco prowokacyjnym poczuciu, że dla kultury wyższej, wymagającej indywidualnego zaangażowania woli i umysłu, zarówno jej twórców jak odbiorców, odczuwanie kryzysu jest permanentną siłą napędową i paliwem rozwoju, sprzyjającym każdej dziedzinie sztuki. I nieważne czy to kryzys ekonomiczny, kryzys wartości, relacji społecznych, ducha czy cywilizacji. Zawsze to powód do tworzenia literatury, muzyki, malarstwa i dramatu. Co więcej, okazuje się, że na kryzys kultury narzekano niezależnie od czasów, tylko dlatego, że był on odczuwalny nie przez ogół, a przez wrażliwe jednostki, które siłą rzeczy nazywały swoją niedolę wykluczenia zapaścią kultury tym mocniej, im bardziej syty był ogół społeczeństwa. Nie mam tu najmniejszej ambicji wyważania drzwi otwartych, a jedynie zamierzam podkreślić, że należy sobie przypominać to tak często jak się tylko da: dopóki wielu ludzi kryzys odczuwa boleśnie, dopóty kultura w narodzie nie tylko nie upadnie, ale może kwitnąć.

Wpływy kryzysu na postęp w kulturze da się chyba porównać przez analogię do ujadania na młodzież. Już Platon przypominał, że w każdej epoce powtarza się narzekanie na młodzież i chwalenie dawnych czasów. Mimo to cywilizacja doskonale się rozwinęła, a nam obecnie udaje się żyć o wiele dłużej niż poprzednim pokoleniom bez wojen o zasięgu światowym. W dodatku w globalnej wiosce, która w ludzkich umysłach czyni tyleż złego, co dobrego. W każdym pokoleniu młodzież zaś jest różna, ale łączy ją jedno: składa się tak samo z jednostek wybitnych, dobrych, wrażliwych i zdolnych, jak z przeciętniaków, z których w znacznej mierze wyrosną przeciętni zjadacze chleba i przez wielu ideologów nazwani będą mięsem i nawozem historii (konsumpcji?).

Skoro dziś mam ochotę nie ujadać, a jesień ocieplić, trzeba pójść dalej. Oto tydzień temu przeczytałem znaczącą wypowiedź islandzkiego pisarza Hallgrimura Helgasona. Jak wieść niosła kilka lat temu, kryzys ekonomiczny bardzo mocno uderzył w Islandię. Helgason zwraca uwagę na bardzo ważny aspekt, jaki przyniosło to dla kultury właśnie: Od kiedy zaczął się kryzys, nasza scena artystyczna  jest dużo bardziej żywa niż poprzednio. I dużo bardziej autentyczna, jakby te duże pieniądze, które wcześniej mieliśmy, krępowały nas jako artystów. Wiesz, co się pierwsze zmieniło, jak się zaczął kryzys? […] Zaraz potem wypełniły się teatry, księgarnie, sale koncertowe. Ludzie zaczęli szukać w sztuce wyjaśnienia tego, co się dzieje. I recepty jak mamy żyć w nowych czasach. Od 2009r. sprzedaje się dużo więcej książek niż wcześniej.

Mamy zatem dowód dosyć świeży i wiarygodny, że każdy kryzys ma potencjał kulturotwórczy i zwraca ludzi w sfery, gdzie nie dominuje wyścig szczurów, a czas płynie wolniej, z pożytkiem dla rozwoju osobowości. Może nadszedł zatem czas, by dostrzec jeśli nie pierwsze, to polskie jaskółki, które wiosnę ducha zwiastują. Wcale nie wykluczone, że zawieje nowy wiatr, który tchnie w żagle polskiego okrętu. Może wpłynie na zmianę kursu i nadwiślański naród odbije od wysp konsumpcji, by wpłynąć na spokojniejsze wody życia, dające przewagę „być” nad „mieć”. Trudno nie ulec presji optymizmu, gdy czyta się słowa dyżurnego psychoterapeuty kraju, Wojciecha Eichelbergera: Czasy dyrektora Buraka minęły, pomiatanie podwładnymi nigdy się nie opłacało, a teraz tym bardziej. Jeśli mamy wybór między pracą dobrze płatną a taką, która daje więcej satysfakcji i gdzie jest mądrzejszy szef, wybieramy to drugie. Na rynek pracy wchodzi pokolenie Y. Napatrzyli się na swoich rodziców, którzy w latach 90. zasuwali w sposób nieprawdopodobny i obudzili się z ręką w nocniku. […] To im po prostu nie dało szczęścia. Ich dorosłe dziś dzieci to widzą. […] Nie chcą wpaść w tę samą koleinę. Obietnica szczęścia oparta na awansie materialnym, zawodowym okazała się fałszywa.

No cóż. Należy żałować, że zwroty ku ogólnie przyjętym i historycznie usankcjonowanym wartościom humanizmu wywoływać muszą kryzysy. Żałować można, że mądrości ludziom nie przynosi sama historia, ponoć najlepsza nauczycielka życia, której nauczanie pozostaje bezowocnym. Mimo tego tsunami optymizmu, na które dziś sobie pozwoliłem, trzeba jednak zachować rozsądek i dla równowagi przywołać mądrość Jana Kochanowskiego, której wieki nie niweczą:

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

 
 

Owczy pęd

05 lis

Owczy pęd zda się dotykać wielu dziedzin życia społecznego. Ostatnio skojarzył mi się z kulturą, a ściślej z sytuacją literatury. Od jakiegoś czasu w żelaznym kanonie współczesnych utyskiwań jedno z czołowych miejsc zajmuje upadek czytelnictwa. W zasadzie dotąd jakoś mnie to szczególnie nie szokowało, choć od dawna poważnie smuciło i nawet lękiem napawa. Wszak nie chodzi wyłącznie o świadectwo jakości wyższego wykształcenia, ale przede wszystkim o poziom codziennego życia, o wpływ nieoczytania na jakość komunikacji społecznej, na ograniczenie wyobraźni, wrażliwości, co w konsekwencji nieuchronnie prowadzi do zaniku elementarnej zdolności porozumienia w każdej dziedzinie życia. Pocieszałem się ratunkowo, że jak świat światem, co historia potwierdza, w każdej epoce czytanie było przyjemnością wymagającą światłości umysłu, wysiłku woli i zaangażowania, więc jakoś elitarną. Podejrzewam, że niezależnie od postępów cywilizacji, dobrowolnie, dla przyjemności i ze zrozumieniem, czytała statystycznie podobna część każdej populacji. I jeśli coś zmienia się tu in minus, to błyskawicznie narastająca ilość piszących, którzy niechętnie innych czytają, ale zaśmiecają świat własną frazą, prawdopodobnie całkowicie zbędną. Być może w epoce narzędzi sprzyjających zaczernianiu kartek i dysków, przy ogromnej technicznej łatwości drukowania, za dużo ludzi naiwnie wierzy, że wyjdzie z tego popłatny i wolny zawód. Kulturze bardzo szkodzi bezkrytyczne akceptowanie medialnych mitów, choćby rodem z życia pani Rowling. Tymczasem rynek, może na szczęście, kontestuje coraz intensywniej wiarę w sens twórczości literackiej.

Efekt? Póki co i tu działa pożywka dla odruchów stadnych, bo kto żyw porywa się teraz na pisanie polskich kryminałów. Piszą je debiutanci i zranieni prozaicy po przemilczanych powieściach, co to fortuny i nominacji na celebrytów dotąd nie zyskali. Wyklepują swoich detektywów, inspektorów i aspirantów dotychczasowi twórcy fantasy, powieści obyczajowych i postmodernistycznych, ale też żądni sławy i grosza dziennikarze, krytycy, a nawet poeci, wyrzuceni na bandę przez pędzący świat. Wszyscy doznali objawienia, zapatrzeni w popularność produktów skandynawskich kolegów, stukają w klawisze historie kolejnych zabójstw, przekrętów, seryjnych morderców. Lokują w swoich ukochanych miastach historie dewiacji i śledztw mniej lub bardziej współczesnych, historycznych, ale prawie zawsze porywających. Instynkt literackiego stada podpowiada im, że tu jest rynek, tu koniunktura. Wiadomo, nadzieja obiecuje zarobek i łatwość publikacji, więc zawieść nie może. A rozsądek? Może nawet popiskuje z cicha, że to gardło zareaguje wnet odruchem wymiotnym, bo już nie tylko pod importowanym, ale i pod rodzimym kryminałem półki się łamią. Nic to! Dopóki morderca w grze, jeszcze mamy karnawał festiwali, powstają nowe inicjatywy wydawnicze, a uznani wydawcy stworzyli swoje mroczne i czarne serie, pod produkt łatwy do opylenia. Tyle że czytelników chyba nadal od tego nie przybywa. Choć co inteligentniejsi autorzy sensacji próbują przemycać w kryminale analizy współczesności, treści socjologiczne, psychologiczne, obyczajowe i tym samym ryzykują podwójnie. Chcieliby zachować przychylność fanów literatury ludycznej i jednocześnie pozyskać dotychczasowych czytelników prozy wymagającej uważnej lektury i większego zaangażowania uwagi, doświadczenia, intelektu. Zaryzykuję wręcz określenie: czytelników prozy wyższych lotów. Tacy autorzy być może skazują się na utratę jednych i drugich odbiorców, dlatego godni są szacunku i uznania, można trzymać kciuki za ich powodzenie. Obawiam się jednak, że te zabiegi są próżne i niechybnie zacznie się taniec na zgliszczach oficyn zawiedzionych, że jednak kokosów z tego ogródka nie będzie. Zdrowy chłopski rozum podpowiada, że nadmiar szkodzi każdej dziedzinie życia, zatem i twórczości kryminalnej. Problem w tym, że chłopski czy babski – ważne, że zdrowy – i tak jest wrogiem zapatrzonych w siebie i pewnych sukcesu, zarówno piszących jak i sprzedających, bo choć grają w jednej drużynie, chyba też do jednej bramki, pustej w dodatku.

Pozostaje tylko odliczać godziny, a przyjdzie dzień, w którym rynkowy kałdun z kryminalną treścią przyniesie niestrawność i zabawnie rypnie z rozpuku. Martwić jedynie może, że stadny odruch wyjałowi ostatnich ocalałych czytelników, którzy zwyczajnie odwrócą się od polskiej literatury. Oby w pewnym momencie nie powstała w nich myśl, że rodzimi autorzy nie są w stanie napisać sprawnie żadnej prozy, poza mniej lub bardziej udanym kryminałem, więc inne gatunki, to tylko import i tego trzeba się trzymać.

Zdaje się, że od dłuższego czasu polskiej literaturze najbardziej przeszkadza nie tyle brak mądrych historii do opowiedzenia, ciekawie i sprawnie napisanych, co ciężar marzenia autorów o wygodnym i dostatnim utrzymaniu z pisania. Coraz trudniej uwolnić prozę od parcia na reklamowy billboard, a skutki tego widzimy dziś w zmasowanej erupcji książek sensacyjnych.

Co będzie z pozostałymi gatunkami prozy obyczajowej, skrzętnie przyglądającej się realiom epoki? Coraz częściej rodzi się ona z klawiatury i wyobraźni ludzi, którzy traktują pisanie jako pasję po godzinach, dla których budowanie ciekawych historii, szukanie prawd i sensów egzystencji oraz gra z polszczyzną stanowią większą wartość niż honorarium i pięciominutowy poklask. I może tu jest szansa dla prozy oryginalnej, nośnej i głębszej? Autorzy nie zobligowani koniecznością zarabiania na życie, kredyty i dalsze uprawianie literackiej działki, z pewnością piszą wolniej, dłużej szukają sprzymierzeńców w oficynach, ale zachowują szansę oryginalności i odrębności artystycznej. Nie podlegają dyktatom koniunktury i presji działów marketingu. Oczywiście ryzykują niszowym zaistnieniem medialnym i narastającą trudnością w znalezieniu sojuszników dystrybucji, ale jest nadzieja, że znajdą swoich czytelników nim ostatnich stratuje stado sztampowych podrzynaczy gardeł rodzimej kultury, sprowadzonej do mniej lub bardziej popularnej rozrywki, śmierdzącej trupem z niedomykającej się szafy.

 
 

Kubełek trocin

10 wrz

Gdy ukazały się pierwsze recenzje najnowszej powieści Krzysztofa Vargi, uznałem, że taki pomysł musi być albo skutkiem odwagi autora, albo zaniku instynktu i desperacji. Odwagi wymagało bowiem publikowanie prozy w klimacie filmu Marka Koterskiego, które to dzieło dla wielu stało się mini biblią inteligenta polskiego u progu XXI wieku. Desperacji zaś, bo po „Dniu świra” trudno już zaskoczyć narzekaniem na absurdy życia społecznego w III RP. Chyba, że wydać książkę trzeba było, żeby istnienie medialne przyklepać, a etatowe niemal biadolenie na jakość życia kulturalnego Varga ma we krwi, o czym co tydzień przekonuje na łamach „Dużego Formatu”.

Ten felietonista bywa dla mnie niestrawnym i do znudzenia przewidywalnym marudą, który zbudował strategię felietonu na jęczeniu, bo to najprostsza metoda, zwłaszcza, że co tydzień tekst trzeba dostarczyć, a do narzekania temat znajdzie się na pewno w kulturze, skoro od lat leży w oczekiwaniu eutanazji. Dla podtrzymania tej strategii chodzi do kina na debilne komedie typu „Kac Wawa” czy „Wyjazd integracyjny”, choć każdy średnio inteligentny widz przeczuwa, że straci czas w kinie, bo wystarczy zobaczyć zapowiedzi w sieci. Varga jednak idzie do kina, by wypełnić rubrykę felietonem rozpaczy z powodu jakości komedii i jeszcze zarobi tym na chleb. Choć rzadko, jeśli w ogóle, przyjdzie mu do głowy pójść na dobry film i zdać z tego sprawę, pokazać potencjalnym widzom, co ich ominęło i czego mają żałować. O „Trocinach” zaś pewien mój znajomy wyraził się, że po tej powieści widać jak bardzo Varga nie lubi Polski. To jednak zbyt daleko posunięta teza. Podejrzewam, że tak samo jak kraju nad Wisłą nie znosi on również swojego bohatera, do czego otwarcie się przyznał. Powieść jest czarna i ponura, ale ma jeden zasadniczy walor: wywleka na jaw to wszystko, co znakomita część naszych rodaków chętnie zamiotłaby pod dywan. Są w niej trociny, z których zlepiony jest przeciętny Polak, lepiszczem zaś głęboko zakorzenione mentalne prostactwo pszenno-buraczane, które nie sięga wyobraźnią za koniec własnego nosa, w pogardzie ma ducha i intelekt, gdyż ten nie przekłada się na nic wymiernego, czym można wzbudzić zawiść bliźniego swego. Polski przeciętny ulepek trocinowy żyje głównie w małości własnej i nieustannie podsycanej zachłanności na widok każdego, kto ma więcej. I to wszystko Varga z pewnością bardzo celnie punktuje, nie po to, by się w tym gównie pławić, by nurzać się w tandecie codziennego życia, w owym gonieniu za błyskotkami i pieprzyć się z odwiecznym kompleksem wobec Zachodu i jego stylu życia. On swoją powieścią ustawia lusterko Polakom sięgającym korzeniem zachłannego chłopa. Stawia im wielkie lustro nawet, by zobaczyli własną śmieszność zabalsamowaną przez komunę, tę dziedziczoną śmieszność bezrozumnej hołoty, na przemian przerażonej lub zachwyconej tym, co ją przerasta. Dziś utrwalającą od dziesięcioleci tę samą postawę, tyle że łykając nowe wzorce jak nie ideologiczne, to konsumpcyjne, w które da się wpisać własną, bezwolną już podmiotowość. Wpisujemy zatem z wygody, z lenistwa czy tylko z umysłowego i duchowego ograniczenia. 

Z monologu bohatera „Trocin” wyłania się bolesna prawda o tym, że dawniej znakomita większość dała się podporządkować komuchom, uznając za swoje hasło budowania szczęśliwej ojczyzny ludowej. Teraz większość wierzy, że dzięki środkom na przeczyszczenie i zmniejszającym wzdęcia osiągnie znakomite samopoczucie, a dzięki karierze nieudacznika w korporacji, wzbudzi zachwyt, podziw i zawiść materialną innych nieudaczników. Dlatego celne partie powieści Vargi to te, które z jednej strony mówią o rodzicach bohatera i ich żałosnych podrygach podczas uprawy nędznej działki rekreacyjnej, uzyskanej z kawałka ugoru kupionego od wiejskiego buraka Szczękacza, a z drugiej strony partie omawiające współczesnych młodych pracowników korporacji. Z takim samym zapałem – jak wcześniej rodzice bohatera – myślą o dorównaniu lepszym, choć zupełnie nie dopuszczają do głowy tandety życia, jakie pędzą. Nie mogą dostrzec, że pozostała im tylko rola trybików w maszynie aż po kres, do osranej emerytury, jeśli jej doczekają. Tymczasem miejsca dostatnie w organizacjach dawno zostały rozdane Szczękaczom, którzy w latach 90. ubiegłego wieku zrzucili filce i drelichy, by włożyć krawat, tani garnitur i na trwale wkleić się w skórzany fotel.

Varga świetnie pokazuje, co robi z człowieka prosty mechanizm społeczny, niezależnie od panującego systemu gospodarczego czy politycznego. Wszak główny bohater, pięćdziesięcioletni nieudacznik, także jest przeciętniakiem, któremu wielka świadomość relacji międzyludzkich wcale nie pomogła stać się lepszym, kochającym człowiekiem. On też tylko zalicza klęski, nienawistnie ujada po cichu i kąsa bezzębną szczęką, bo jest tylko poharatanym życiowo tchórzem, którego nawet ukochana muzyka klasyczna nijak nie uszlachetnia, a była żona przyprowadza jego rodzicom cudze dziecko, którego obecność  daje im radość, bo syn nie potrafił jej przysporzyć.

Wierzę, że pisaniu Vargi towarzyszy idea potrząśnięcia społeczeństwem i nieco przewrotnej pracy u podstaw. Pisze w przekonaniu, że polski przeciętniak może zawrócić, jeśli zdobędzie się na troskę o swoje rzeczywiste i wolne „ja”, zdolne do refleksji, do uczestniczenia w życiu kulturalnym, a nie w masowej rozrywce. Jeśli zaś  odważnie nie wypnie się na powszechnie obowiązujące trendy i style życia, stanie się podobny jednakowo do tych, których bohater opluwa jak i do niego samego.

 Autor „Trocin” wypełnia pewną lukę: mierzy się z teraźniejszością przaśną, nie szuka wielkich tematów i to jest cenne. Wbija się w mentalność Polaka nijakiego, by go wyjaskrawić i obejrzeć pod lupą z każdej strony. Wyciąga kwintesencję bolesnej prawdy tu i teraz, odziera z umiłowania martyrologii i nabzdyczenia narodowymi klęskami jako powodem do dumy. Walczy z poczuciem udawanej godności i braterstwa, połączonych z wygodą niezaspokojonego konsumenta rzeczy zbędnych. Bluzga tym, czego nie chcemy widzieć i słyszeć, by szarpnąć ludem uśpionym w błogim bredzeniu. Problem w tym, że czytający Vargę wstrząsu nie potrzebują, bo właśnie są czytający. Tej prozy potrzebuje Kowalski, który nie sięgnie po tę powieść jak nie sięgnie po żadną inną. On jest bowiem boleśnie utyrany. Zaharował się akurat na nowy telewizor, toster i paczkę slipów od Calvina Kleina. Pada na kanapę z piwem w garści, by zobaczyć w reklamie na jaki samochód i jakie skarpety tyrać będzie od jutra, wszak musi dopierdolić sąsiadowi. Dramat samego Vargi zaś polega na tym, że ani felietonami, ani powieścią do rzeczywistego adresata nie dotrze. Co najwyżej – i za to też mu chwała – utwierdzi w słuszności dotychczasowych wyborów tych, co go czytają między lekturą innych książek. I, mam nadzieję, z ulgą odetchną, że nie są jak bohater „Trocin” i ci, o których ten monologuje. Jeśli zatem powieść ponosi klęskę na jakimś polu, to głównie na tym, że przekonuje dawno przekonanych.

 
 

Droga z punktu siedzenia do punktu widzenia

15 lip

Pierwsze skojarzenie z Mazurami? Hałas ptaków za oknem. Budziły mnie odkąd pamiętam kawki i szpaki, bo z wielkim apetytem obżerały się owocami morwy, która rosła za otwartym oknem. Drugie skojarzenie z Mazurami? Jeszcze osiem lat temu sięgałem po leżące obok zaległe numery „Tygodnika Powszechnego”. Zabierałem je ze sobą z domu zamiast książek. Tydzień wakacji dawał szanse na nadrobienie zaległości i po powrocie do domu mogłem znowu czytać na bieżąco numery wyciągane ze skrzynki. Od kilku lat nie prenumeruję „Tygodnika”. Po śmierci Jerzego Turowicza stał się pismem nierównym, przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Czasem cały numer był do przeczytania od dechy do dechy, innym razem niemal w całości szedł do kosza. Przejadły się teksty, których autorzy zajmowali się nieustannie strukturą Kościoła jako organizacji, podobnie wyszły bokiem rozliczenia z historią, tematy polsko-niemieckie i proeuropejskie, a coraz mniej było tekstów z pogranicza kultury, socjologii i filozofii, coraz mniej wywiadów i literatury, a z odejściem Pilcha spadła nawet jakość felietonów. Ale teraz, nie mając w ogóle do czynienia z pismem od przynajmniej dwóch lat, gdy inne tygodniki powielają ten sam układ i niczym wewnątrz się nie różnią, zatęskniłem na nowo do „Powszechnego”.

Był wtorek, zatem dzień przed pojawieniem się nowego numeru, ten bowiem w sprzedaży pojawia się w środę, o czym jakiś czas temu przypomniał mi „trójkowy” przegląd prasy. Należało tylko zlokalizować najbliższy kiosk, który mógł „Tygodnik” posiadać, co jak wiadomo nie jest rzeczą oczywistą, nie każdy może mieć taki tytuł w czasach wszechogarniającej mocy „Gazety Polskiej”. Podszedłem do pierwszego kiosku nad rzeką. Solidna bryła okratowanej zielonej budki pamiętała najlepsze lata RUCH-u. Szyby od wewnątrz zagracone plastikowymi zabawkami, szamponem Familijnym, skakankami i dmuchanymi kołami oraz płynem do mycia naczyń marki Ludwik i stertami szarego papieru toaletowego nie pozwalały dostrzec wyłożonych tytułów. Przez gęstą kratę z solidnego drutu trudno było zobaczyć jakąkolwiek prasę. Na szczęście do okienka, od dziesięcioleci jednakowo zmuszającego klienta do czołobitnego skłonu, podeszła kobieta. Ucieszyłem się, że zajmie sprzedawcę i będę mógł trochę się rozejrzeć pomiędzy tytułami. Wkrótce przekonałem się, że to jednak nie klientka, bo usłyszałem jej życzenie:

- Zenek, ty mnie poszukaj w tym moim telefonie Zośki numeru, bo okularów nie wzięłam.

Zanim Zenek znalazł swoje okulary zorientowałem się, że w kiosku leży kilka odmian tygodników pokroju „Pani Domu”, „Życia na gorąco”, „Gali”. Pod kosmatymi łokciami Zenka widziałem jeszcze na czołowym miejscu „Fakt” i „Nasz Dziennik” i już nie czekałem aż znajdzie numer Zośki. Przeszedłem na drugą stronę ulicy, jako że stojący tam kiosk przynajmniej bryłą przypominał współczesność. Szyby miał większe, zamiast kratownicy zwinięte rolety, a to zdecydowanie lepiej wróżyło „Tygodnikowi Powszechnemu”. Zamiast Zenka tutaj była sympatycznie uśmiechnięta pani w drucianych okularach, na oko czterdziestoletnia. Powitała mnie życzliwie, więc ośmielony zapytałem nie rozglądając się po tytułach:

- Czy przywożą do pani „Tygodnik Powszechny”?

- Nie, a to jakieś nowe pismo jest?

- Nie tak bardzo, ponad sześćdziesiąt lat na rynku.

- No to chyba mało kto czyta, bo ja nigdy nie miałam, a co to za gazeta?

- Katolicki tygodnik, taki społeczno-kulturalny, naprawdę pani nie słyszała?

- Nie, ja tam gazet nie czytam, we wszystkich to samo. Ale z katolickich to „Nasz Dziennik” jest. Jeśli panu zależy czasem mam Niedzielę. Ale tu obok na parafii, to może nawet jeszcze mają „Gość Niedzielny”, pan podejdzie, zapyta. Bo to „Słowo Powszechne”, co pan szuka, to ja wątpię, żeby ktoś tu czytał, tu ludzie nie kupują gazet, a młodzi mają internet.

- Ale to miasto ma jakieś dwadzieścia tysięcy mieszkańców chyba?

- To i co z tego? Kto by tam gazety tygodniowe czytał jak ludzie na chleb nie mają.

- Trudno. Dziękuję pani, poszukam jeszcze.

- Wiem! Chyba ja panu pomogę! Tam pan pójdzie prosto, Warszawską znaczy. Prosto, prosto, aż zobaczy pan Carrefour, w środku jest salonik prasowy, jak ta gazeta będzie, to tylko tam może być.

Dotarłem do saloniku po kwadransie wakacyjnego spaceru. Za kontuarem młody, inteligentnie wyglądający człowiek, rozmawiał przez telefon. Ucieszyłem się na widok wielu regałów z prasą. Już nie chciałem przeglądać tytułów, zapytałem wprost:

- A „Tygodnik Powszechny” pan dostaje?

- Pan chyba turysta, co? Po raz pierwszy od roku ktoś mnie pyta o taki tytuł. Oczywiście, że nie dostaję! Kto by tu go czytał? Nawet proboszcz z sąsiedniej parafii kupuje u mnie „Politykę”, a ten drugi tylko „Gazetę Polską” i „Uważam Rze”.

- To mnie pan pocieszył, a w panu miałem nadzieję.

- A nadzieja zawieść nie może, nie? To chyba jutro wychodzi? Ja panu ściągnę ten jeden egzemplarz, już dzwonię i jutro pan kupi. Tylko z rana pan przyjdzie, bo jeszcze kto wykupi! – Zakończył rubasznym śmiechem.

W środę, tuż przed piątą rano nie ptaki bynajmniej mnie obudziły, a kloszard gniotący w zapamiętaniu puszki, którymi obficie obrodził pobliski śmietnik. Przemęczyłem się w łóżku do ósmej i pośpiesznie ruszyłem do saloniku. Sprzedawca powitał mnie radośnie:

- Żartowałem z tym rannym przychodzeniem, trzeba było pospać. Nawet na regał wystawiłem. Poprosiłem o jeden „Tygodnik Powszechny” dosłownie, a trzy sztuki rzucili, głupki. Chyba liczyli, że tu więcej cudaków na wakacjach siedzi, z całym szacunkiem. Sami chcieli, będą mieli zwrot sztuk dwóch jak mnie nie słuchają.

Znalazłem odpowiednią ławeczkę nad rzeką i ochoczo zabrałem się do lektury wstępniaka autorstwa ks. Bonieckiego, który powitał mnie po latach bardzo optymistycznie:

W tym półroczu spotkałem się z czytelnikami „Tygodnika Powszechnego” 60 razy, w ponad 50 miejscowościach. [...] Zaproszono mnie do kilku uniwersytetów, domów kultury, bibliotek i klubów. Zwykle pretekstem było promowanie książek, lecz nie sądzę by one przyciągnęły takie tłumy ludzi. Przyciągało ich hasło „Tygodnik Powszechny”. Podobnych przeżyć życzę wszystkim moim kolegom z redakcji. Spotkania i rozmowy z tymi, którzy „Tygodnik” czytają z uwagą, dla których jest on ważny, jest niemal ostoją wiary, niezmiernie podnoszą na duchu i uświadamiają sens tego, co robimy.

Jeśli spotkania w wielkich miastach różniły się od spotkań w małych miasteczkach i wiejskich ośrodkach, to temperaturą rozmów, zaangażowaniem rozmówców i pasją – na korzyść tych ostatnich. Bo niegdysiejsze różnice między miastem a wsią się zniwelowały; tak pod względem materialnym, jak i kulturowym.

No i cóż mi pozostało? Gratulować ks. Bonieckiemu świetnego samopoczucia, a jego kolegom i koleżankom z redakcji życzyć chyba, by zawsze mieli „Tygodnik” pod ręką i nie próbowali go kupić w dwudziestotysięcznym mazurskim miasteczku, bo to jednak niesie ryzyko zaniżenia samooceny i grozi nieco utratą poczucia sensu.

 
 
 

  • RSS