RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Wiara i religia’

Na gorąco, bez entuzjazmu

02 sie

ŚDM3Odetchnąłem z ulgą. Już po… i wszystko wróci do normy. Pora zmienić azymut, odwrócić się od chrześcijańskiego podskakiwania w radości ku katolickiemu skakaniu do gardeł, opluwaniu i dzieleniu na patriotów i obywateli gorszego sortu. Wreszcie odleciał, dzieciaki wyjechały, przestanie się rozwadniać słusznie stężałe umysły. Za dzień, dwa kurz nowej walki pokryje pamięć Światowych Dni Młodzieży i zatrze w zbiorowym wspomnieniu obrazek Papieża jadącego przez Kraków tramwajem. Nim Jego samolot zniknął w powietrzu, wracamy na swoje miejsce. Z zaciśniętą w wargach złością, bezsilnością i pewnością swojej racji zakończymy festiwal młodości, entuzjazmu i ciekawości innego. Łapię ten polski kwaśny oddech z ulgą i jakby podwójnie. Z jednej strony minął czas udawania, że stać nas na więcej i nie czuję winy, że na starcie tego wydarzenia nie umiałem wzbudzić ani grama entuzjazmu i zainteresowania. Z drugiej: wolę jednak prawdę niezawoalowaną, nawet najsmutniejszą, ponurą, prawdę widoczną gołym okiem, pozbawioną złudzeń, że jako naród możemy być lepsi, bo chrześcijańscy.

Oczywiście, że nie mam nic przeciwko roześmianych młodym ludziom z całego świata. Chciałbym bardzo, żeby zachwyt moim krajem trwał w nich jak najdłużej, żeby zabrali w sercach dobroć, serdeczność, otwartość tych, których tu bezpośrednio spotkali, którzy otworzyli przed nimi serca i domy. Aż takim mizantropem nie jestem. Czyli o co chodzi? Skąd smutek? Może gorzknieję widząc pod przykrywką kilku dni bulgot lawy, w której czai się Mrożkowy Edek, gotowy do skoku i mnożony, mutowany w milionach przeobrażeń? A może po prostu starzeję się i nadmiernie irytuje mnie pusty jazgot mediów rywalizujących o to, kto lepiej odda gest i słowo Franciszka, by za tydzień poddać to zapomnieniu i z tym samym entuzjazmem jątrzyć nastroje i mieszać narodową kadź pod naporem kolejnych newsów nienawiści.

         SDM1Widać mam silną wadę genetyczną, alergię, która uruchamia wysypkę przygnębienia na widok tłumów. I nie ma większego znaczenia, czy to tłum pogrążony w złych emocjach, w proteście albo nienawiści, czy tłum w tańcu, radosny i świętości spragniony. Taka skaza, nie wierzę emocji zbiorowej. Nie dlatego, że kłamliwa, raczej dlatego, że tłum tak samo szybko zmienia błyskotki jak kierunek marszu i powód zachwytu. Bezrefleksyjnie i łatwo znajduje źródła nowych uniesień. Masa puszcza mnóstwo energii w skandowanie i zwykle nie wystarcza jej na wiarygodne indywidualne życie wyśpiewaną przed chwilą treścią, bo życie zostaje w domu, w pracy i w szkole. Tłum potrzebuje igrzysk, a nie pracy na sobą, bo nie ma osobowości. Zwłaszcza, że za rogiem zawsze znajdzie się nowa i powabna idea, która opęta rzeszę. Nie chcę nikogo oceniać, nie sposób z osobna wyliczać, na ile i kto potrafi żyć wartościami, które przeżywa w takie dni. Jak w każdej ogromnej zbiorowości, tak i tu pojawili się ludzie głęboko żyjący wiarą, idący obok odpustowych rytualistów, pobożnie rozmodlonych, ale niezdolnych do przełożenia wiary na codzienne uczynki, zarówno wobec sąsiada, pracodawcy, żony, teściowej, męża, psa i kota.

Gdy w minionych dniach kołatał się we mnie ten dziwny smutek, gdy nie potrafiłem dociec, skąd dystans zaprawiony goryczą, odkryłem na FB słowa zaprzyjaźnionego poety, publicysty i niezłomnego animatora kultury – Radka Wiśniewskiego. W jego poście padły słowa, które jakoś rozjaśniły ów brak entuzjazmu i sprawiły, że nie czułem się sam w tej kałuży wątpliwości pośród oceanów radości ŚDM. Radek ukierunkował mi nieco wątpliwości pisząc:

Pewnie w kontrze do klaskania, skakania, machania rękami, śpiewania „Barki”, której organicznie nie znoszę odkrywam z okazji Światowych Dni Młodzieży, że chyba staruch się ze mnie zrobił i jestem krańcowo mentalnie odległy od tej atmosfery. Wydaje mi się to wszystko szalenie zewnętrzne, odległe. Nie to, że moje lepsze, tamto gorsze. Po prostu nie umiem się tym ekscytować, przeżywać, zastanawiać jaki gest zrobi Papież, którego lubię, któremu życzę jak najlepiej i boję się, że narusza tyle strupieszałych struktur, że któraś z tych struktur go ukatrupi przed czasem.

SDM2Ukatrupi przed czasem! Może tu jest klucz do mojego dystansu. Dziś katrupi mentalnie: postawą, słowem, gestem, a może kiedyś także fizycznie i zupełnie mnie to nie zdziwi. Nie będę z pewnością odosobniony w stwierdzeniu, że od początku pontyfikatu Franciszek w swoim ubóstwie, skromności i wierności nauce Mistrza z Nazaretu jest z innej bajki. Nadmiernie gryzie w oczy wielu współbraci w kapłaństwie, otyłych fizycznie jak i umysłowo, siedzących zawsze wygodnie i centralnie przed głównym ołtarzem wielkich placów modlitwy, gdy lud stoi w tle. Jego postawa męczy zbyt wielu księży ograniczonych intelektualnie, biskupów leniwych duchem i skostniałych w pasterskich listach, których sztampy i patosu nikt nie słucha, odległych od zadeptanej rutyną Ewangelii. A teraz, w trakcie pielgrzymki do Polski, nietrudno było usłyszeć i przeczytać, że wiernością Chrystusowi drażni również szeregi twardogłowej prawicy, bo mówi o pokorze, łagodności, tolerancji i miłości. Słowem, gestem, czynem Franciszek głosi królestwo ubogich i naraża się tak samo mieszkańcom zakurzonych komnat wysokiej czarnej wieży, ciasno oblężonej obawą utraty rządu dusz, jak tym, co na bluzach noszą pozbawione logiki hasła w rodzaju: „cały nasz chuligański trud Tobie ukochana Ojczyzno”.

I to jest pierwszy powód, dla którego nie umiałem zdobyć się na entuzjazm jako katolik, który coraz częściej ma kłopot z odnalezieniem się we własnym Kościele. Nie podzieliłem zachwytu, bo widać jak grzeszny, tak pamiętliwy jestem. Za bardzo pamiętam skutki ŚDM, w których przez przypadek uczestniczyłem w Częstochowie w 1991r., gdy wtedy akurat kończyła się moja pielgrzymka na Jasną Górę. Zbyt dobrze pamiętam uniesienia zbiorowe, ekstazy religijne i ewangelizacyjne po śmierci JPII. Cała Polska jednała się, kochała i obiecywała wiele swojemu Papieżowi, wierząc, że coś w nas zostanie z Jego nauki, skoro nawet kibole zwaśnionych drużyn szli ramię w ramię jak kraj długi i szeroki. A dziś doskonale widać, ile z tego narodowego zasłuchania zostało w rodakach stoczonych mentalnym Alzheimerem i dzielonych apelem smoleńskim w miejsce jednoczącego apelu jasnogórskiego. O ile łatwiej oddaje się miejsce przynależne krasnalom ogrodowym, by wznosić karykaturalne i kiczowate pomniczki Ojca Świętego, gdy niepomiernie trudniej wciela w życie słowa o tolerancji, miłości i wzajemnym noszeniu brzemion, wielokrotnie przez JPII powtarzane.

Czy nie inaczej jest z zachwytem wobec słów i gestów Franciszka? Ile razy powtarzał, że najważniejsze jest bycie świadkiem, uczniem Chrystusa we własnej małości, powtarzalnej codzienności, pośród obowiązków, jakie każdemu z nas dano. Tu jest najtrudniej, bo najmniej medialnie, mniej malowniczo, spektakularnie, ale zawsze owocnie dla otoczenia. Jednak tam kończy się seans euforii, gdzie trzeba od nowa wstać i popracować nad sobą, choćby po siedemdziesiątym siódmym upadku. To zbyt trudne w kraju, gdzie nawet czytanie i myślenie boli, a człowiek boi się zostać sam ze sobą, w ciszy. Z tego nie ma materiału na słitfocię, nie da się błysnąć w sieci gifem ze spotkania Boga w ponurej komórce sumienia. Tu nie ma miejsca dla telewizji, tweetera i tablicy fejsboga. A mimo to wierzę, chcę wierzyć, że przynajmniej część tłumu rozśpiewanego wczoraj „Barką”, dziś rozczłonkuje się i ruszy na swoją pustynię, by spotkać Pana i nie wszyscy zwariują w nowej euforii, choćby przyszło szukać pokemonów.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

Smutni pasterze dusz

29 gru

Mielenie tych samych filmów, w różnych kanałach o każdej porze, ma swoje plusy. Pozwala ułożyć puzzle fabuły w całość. Za którymś z kolei razem można wyłapać sensy dotąd przepuszczone mimo oczu i uszu. Taki mechanizm dobrze sprawdza się w serialach komediowych. Pewnie niejedna rodzina z przyjemnością nurza się w kolejnych powtórkach serialu Ranczo, którego ostatnio wszędzie pełno. Nie zważamy już specjalnie, która to akurat seria leci, ani jaki odcinek, bo z każdego dialogu da się wyłapać mądrość ludową albo rubaszny humor, a jeszcze bardziej cieszy ironiczne ujęcie w nawias polskiej mentalności.

Tym razem trafiłem na scenę, w której serialowy ksiądz proboszcz, świetnie grany przez Cezarego Żaka, usiłuje modlić się w pokoju, ale skutecznie przeszkadza mu w tym gospodyni. Michałowa wjeżdża z odkurzaczem, a gdy ksiądz zwraca jej uwagę, że się modli, słyszy, że taka jest rola księdza, ma się modlić! Niech sobie to robi i innym nie przeszkadza w pracy. Bo przecież ona musi sprzątać, gotować, zakupy robić, koszule poprasować, żeby ten mógł być w spokoju księdzem. Gdy proboszcz ustępuje i idzie modlić się do kościoła, tam przeszkadza mu kościelny, który akurat głośno myje podłogę, przestawia ławki, a po chwili jakieś kobiety trują głowę, że dostarczono zwiędłe kwiaty na ołtarz. Zrozpaczony ksiądz postanawia wreszcie uciec na modlitwę do lasu, gdzie oczywiście przeszkadzają mu mrówki, szyszki, komary i gałęzie. Cały świat jest przeciw jego świętemu powołaniu.

Dlaczego ten obraz został mi w głowie? Pięknie pokazuje postawę wielu księży, którym dobrzy ludzie z ich wielkim zaangażowaniem w codzienne funkcjonowanie parafii, przesłaniają bycie księdzem. Rozliczni duszpasterze już nie pytają człowieka o jego zaangażowanie, troski i problemy, nie pochylają się nad nędzą nawet w konfesjonale, gdzie wypuszczają jak z kałasznikowa formułkę pokuty i odpuszczenia grzechów. W najbliższym otoczeniu nie widzą ludzi dobrej i nieprzymuszonej woli, którzy pracują na ich codzienną wygodę bycia duchownym, bo ludzie są tam od zawsze, więc nic w tym szczególnego. Na dobre usankcjonowali wygodnictwo roszczeniowe, w którym brak miejsca na realną jego ocenę w odniesieniu do życia toczącego wody poza duszpasterstwem, parafią, diecezją.

Jakby na poparcie tych słów, właśnie przy wigilijnym stole, przy którym po raz kolejny zasiadła z nami samotna starsza kobieta, usłyszałem, że nawiedził ją znajomy ksiądz. Nie wiedział, co jej przynieść w wigilię, więc przyniósł siatkę ziemniaków. A trzeba dodać, że jego wizyty są rzadkością. I śmieszne to i straszne jakoś, bo ziemniaków kobiecie nigdy nie brakowało. Czyż nie jest to wymowny znak duszpasterskiego odklejenia od rzeczywistości? Pewnie niejeden wierzący wolałby raczej przełamać się w tym dniu z kapłanem opłatkiem niż rozważać, czy ma strugać z nim kartofla. Ten sam duszpasterz, młodszy od gospodyni o dobre trzydzieści lat, przy poprzedniej wizycie, poczęstowany przez nią posiłkiem, zwrócił uwagę, że powinna przysunąć mu bliżej ławę, na której stał talerz. I to ostatecznie spuentowało kapłańską postawę wobec Chrystusowego: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich (Mk 9,35). Rzeczy, które zdawałoby się są najprostsze do wcielenia w życie, stają się kpiną z naśladowania Mistrza, ironią wcieloną przez tych, którzy mienią się być przez Niego powołanymi . Oczywiście można by mnożyć przykłady tego typu, każdy z nas ma swoje obrazki z księgi duszpasterskiej niechęci do bezinteresownej służby podczas chrztu, ślubu czy pochówku. Każdy może odnieść się do wszechobecnego życzenia przewiezienia księdza samochodem na uroczystości pogrzebowe, bo przecież swojego nie użyje. Można cytować wiele historii, które zaprzeczą nauce Ewangelii. Nie chodzi tu jednak o akcenty antyklerykalne. Rzecz dotyczy raczej wiarygodności pasterskiego powołania.

W tym duchu pozwolę sobie zacytować felieton Andrzeja Stasiuka z listopadowego „Tygodnika Powszechnego”: Czasami wyobrażam sobie różne rzeczy. Na przykład wczoraj przyszło mi do głowy, że z gazet, z telewizji, z internetu znikają starzy mężczyźni. Konkretnie chodziło mi o biskupów Kościoła katolickiego, których wyraźną nadobecność medialną da się ostatnio zauważyć. Wszyscy są starzy i zazwyczaj miny mają  poważne, czyli w gruncie rzeczy ponure. Przemawiają dostojnie i nudno. Zazwyczaj mają do kogoś pretensję. Zazwyczaj do innych, nigdy do siebie. Rzadko w ich słowach można znaleźć afirmację: życia, świata, uczuć, człowieczeństwa, no w ogóle Bożego stworzenia. Są skwaszeni. Są zgorzkniali. Starzy mężczyźni, których opuszczają siły.

Gdy czytam powyższe słowa, próbuję wyobrazić sobie, czy i jaką stratę odniósłby Kościół katolicki, gdyby tych starych mężczyzn raz a dobrze opuściła siła i wola wystąpień medialnych. Może wówczas przestaliby przesłaniać Ewangelię? Może jednak byłby w tym wyłącznie zysk Kościoła, może wówczas dostrzeglibyśmy jeszcze kilkunastu duchownych młodszego pokolenia? Sprawnych, pogodnych, oddanych służbie Bogu i człowiekowi na wielu frontach codziennego życia, bo dotąd chyba nadmiernie przesłaniają ich bardzo ponurzy hierarchowie z krzyżami ze złota .

Pewnego dnia, tak się akurat złożyło, zobaczyłem kilku z nich na stronie jednej z gazet, gdy obok było zdjęcie afgańskich talibów. W mgnieniu oka zanikły różnice kulturowe i religijne, nie było miejsca na dogmaty, bo o wszystkim przemówiły zgorzkniałe miny jednych i drugich. Twarze zaciśnięte, zastygłe w wyrazie lęku przed innością, w zatwardziałości pychy i poczucia zagrożenia. Miny bez szansy na uśmiech pokoju, miłości i ludzkiej radości życia. W takim kontekście nie pozostaje nic innego, jak po raz drugi oddać głos Stasiukowi: Czy stary samotny mężczyzna zamknięty w pustym pałacu jest w stanie tchnąć życie w kogokolwiek, o wspólnocie wiernych nawet nie wspominając. Słuchając przemów hierarchów, słowa „miłość”, „życie”, „duch” raczej nie przychodzą nam do głowy. Po prawdzie, gdy ich słuchamy, do głowy nie przychodzi nam nic poza pragnieniem, by już skończyli i przestali się zmagać z językiem polskim.

Czasem odnoszę wrażenie, że choć ustami głoszą Jezusa w tymże języku, zupełnie wyrzucili z pamięci obraz Zbawiciela szukającego z miłością ludzi zastygłych w rytuałach, w prawach tradycji, pogubionych i ułomnych, Jezusa przebaczającego jawnogrzesznicy. W głowach hierarchów nie zatrzyma się na moment postać Mistrza zasiadającego do stołu z celnikami, a ostatecznie z Judaszem, który za chwilę ma go zdradzić. Gdy już wystarczająco wstyd mi za zadufanie polskich biskupów, za ich wyręczanie Pana Boga w łatwym dzieleniu bliźnich na swoich i wrogów, gdy wystarczająco zaczerwienię się z zażenowania ich bogactwem materialnym i poczuciem wyższości, dociera do mnie po raz kolejny, że to nie gender zniszczy Kościół, nie rozpad rodziny i tradycyjnych wartości, nie zagrożą mu nawet parady równości, ani chora prawica z lewicą. To hierarchowie i ich postawa są największym zagrożeniem, także dla ożywczej idei materialnego ubóstwa duchownych, jaką usiłuje wprowadzić papież Franciszek. Wypasieni w wygodzie i przepychu, stoczeni żądzą uległości wiernych i ślepego ich posłuszeństwa już niedługo zniechęcą do własnej instytucji najwierniejszych z wiernych, a wówczas chętnie odstąpią kościoły pod galerie handlowe i restauracje, byle nie zejść z wygodnej i dożywotniej grzędy.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

Przewodnik odchodzi

28 sty

Kolejny kapłan opuścił szeregi Kościoła. Medialna sensacja potrząsnęła na moment nie tylko trójmiejską opinią. Tydzień, dwa i już niewiele osób o tym pamięta. Może poza tymi, którzy regularnie słuchali kazań o. Jacka Krzysztofowicza. Nie miałem okazji, więc nie wiem co o nich sądzić, o nim też wiem tyle co z prasy, bo nie osoba mnie tu zajmuje tylko pewien fakt socjologiczny.

Wielu wiernych przyjeżdżało z różnych zakątków, by u dominikanów posłuchać mądrego kaznodziei. Szczerze mówiąc nigdy tego nie rozumiałem. Skąd w wierzących taka potrzeba konkretnego osobowego przewodnika? We wszystkich kościołach czyta się te same fragmenty Ewangelii, wydawałoby się, że człowiek dorosły, dojrzały w wierze, zdolny do minimalnej refleksji nie potrzebuje wyjątkowego tłumaczenia z polskiego na nasze. Tymczasem wielu szuka autorytetów, nawet w epoce wolności słowa, a może właśnie dlatego, że tyle sieciowych publikacji, papierowych czasopism i książek, rodzi zamęt i tęsknotę do głębszej interpretacji, głoszonej bezpośrednio przez realnego, widzialnego i słyszalnego kapłana, który w końcu zyskuje (chce czy nie) patent na przewodzenie.

Gdy jednak wiarygodny kaznodzieja odchodzi, przynosi dosyć bolesne konsekwencje swoim fanom – jeśli można użyć pojęcia z innej dziedziny. Przyczyny odejścia zapewne są inne w każdym przypadku. Złożone. Wierzę, że duchowni odchodzący, przynajmniej ci wartościowi, przez całe lata konsekrowanego życia skrupulatnie gromadzą własne „za i przeciw”. Rzadko chodzi o jeden impuls. Kobieta? Wolność? Pragnienie samostanowienia? To ciągle za mało. Kto z wierzących i praktykujących nie słyszał o kapłanie z kobietą na boku, kto nie słyszał o nieszczęśliwych hazardzistach, alkoholikach, materialistach, których toleruje organizacja? Nie odchodzą, nawet jeśli źle im z podwójnym życiem, bo zwykle lęk przed wolnością jest silniejszy niż dyskomfort pozostania. Gdy spojrzeć na nazwiska znanych kapłanów, stanowiących elitę intelektualną, nietrudno o pokusę stwierdzenia, że wszyscy opuszczali strukturę, która zawiodła. Nie dała pewnego oparcia w drodze do Boga, bo mnożyła wątpliwości. Wykształceni, inteligentni ludzie, zdolni do samodzielnego myślenia, wystarczająco silni, by poszukiwać i odkrywać sens istnienia na własną rękę, opuszczali szeregi, gdy czuli się ograniczani, wyjaławiani, ale też niejednokrotnie przeszkadzało im, że organizacja przeczy podstawowym prawdom Ewangelii Chrystusa, zarówno przykładem życia ludzi Kościoła, jak zdaniem rzuconym z ambony. Więziła ich twierdza obwarowana setkami dogmatów, które w ich doświadczeniu niekoniecznie znajdowały bezpośrednie odniesienie do nauki ukrzyżowanego. Odeszli, ryzykując w życiu świeckim pustkę w miejscu po Bogu, ale uczciwie informując o tym przełożonych i wiernych.

Sęk w tym, że porzuceni przez swojego pasterza często czują się zawiedzeni. Tylko kto zawiódł? Odchodzący kapłan czy oni sami? Obdarzając nadmiernym zaufaniem przewodnika, zrekompensowali własne słabości i odczłowieczyli go. Uczynili na własną odpowiedzialność świętym i niezłomnym. Unieśli ponad ziemię, postawili na piedestał i stanęli pod nim klaszcząc z zachwytu. A jeśli on już nie może ustać i chwieje się wielbiony ponad głowami? Jeśli chce wrócić do żywych jako człowiek z krwi i słabości? Nie wolno? Nie wypada? Ależ oczywiście, niech zejdzie, a rozniosą go na szablach zawodu jako świadectwo słabego, zakłamanego, bo opuszczając wyznaczone przez wielbicieli miejsce zaprzeczył temu, co głosił. W dodatku pokonany przez kobietę i banalną miłość, która wyblaknie za rok może dwa. Przecież nie wolno mu po ludzku zmieniać poglądów, bo nie wolno mu być z mięśni, kości i wątpliwości, ma być jak głaz bodzący morze, inaczej pozostaną rozczarowani. Miał trwać, prowadzić i iść bez ryzyka, pewny, bo fale losu nie wypłukują skały.

Od wielu lat byłem przekonany, że pretensje tego rodzaju roszczą ludzie deklarujący niechęć do wiary i wierzących. Jakby ich postawa brała się z przekonania, że wiara ma status magii, czarodziejskiego zaklęcia. Każdy, kto ją deklaruje ma być święty od ręki i na co dzień, bo inaczej się nie liczy, jest zakłamany. Mówisz, że jesteś wierzący, a wódę chlejesz, laski obracasz, a w karty rżniesz, szefa okłamałeś, używałeś brzydkich słów, sąsiadowi wygarnąłeś, to żaden z ciebie wierzący! Jesteś taki sam badziewiak jak ja – ateista, z tym że ja jestem lepszy, bo jestem ateista uczciwy i nie powołuję się na wielkie mity, nie usprawiedliwiam się przed nieistniejącym bogiem, daję sobie prawo do pełnej wolności. To jest takie piękne i wygodne nieporozumienie, z którym nie da się dyskutować. W konsekwencji tego podejścia zabrakłoby miejsca dla wierzących na ziemi, gdyż wszyscy żywcem, najlepiej czwórkami musieliby iść do nieba. Nie byłoby tu dla nich nic do roboty. Tymczasem deklaracja wiary nie po to zdaje się jest, by świętym być na drugi dzień, a raczej po to, by mimo skłonności do upadku, mimo pozostawania w mocy grzechu, umieć podnosić się nie siedem razy lecz siedemdziesiąt siedem. Bóg kocha człowieka nie za to, że z dziką satysfakcją przyłapuje go na kolejnym rypnięciu gębą o bruk, lecz kocha może bardziej, gdy człowiek potrafi świadomie pozbierać gnaty do kupy i chce spróbować jeszcze raz być prawdziwym w ludzkim i chrześcijańskim rozumieniu, ale ze szczerej woli, nie na pokaz czy ze strachu przed piekłem.

Na ile karkołomne oczekiwanie świętości od ludzi deklarujących wiarę nie powinno dziwić w wydaniu niewierzących, może i powinno dziwić u wierzących. Dają sobie prawo do codziennego upadku, a wzbraniają porzucenia dotychczasowego życia swoim kapłanom. Robią im wielką krzywdę, gdy obnoszą publicznie rozczarowanie, a i swojej postawie wiary chwały też nie przysparzają. Jeśli ten czy inny duchowny zwątpił, ma do tego prawo. W końcu św. Piotr też zwątpił, gdy miał pójść po falach, a zaczął tonąć, choć sam Chrystus zapewniał bezpieczeństwo. Zwątpił też, gdy zaparł się Mistrza nim kur trzy razy zapiał, choć chwilę wcześniej deklarował, że on nigdy się nie wyrzeknie. Mimo tego został pierwszą głową Kościoła, bo upadając wzrastał w rozumieniu głębi miłości, jednakowej wobec świętego i podłego, co zdaje się jest głównym przymiotem kochającego Boga.

Odchodzącemu kapłanowi i bez oskarżeń o niekonsekwencje nie będzie łatwo dalej żyć. Mężczyzna po czterdziestce ma ukształtowany charakter, przyzwyczajenia i wieloletnie naleciałości, płynące z doświadczania samotności w grupie. Odchodzi od życia, którego nie dotykały powszednie troski o sprawy banalne, choćby o to, czym uzupełnić lodówkę, w jakiej ilości i kiedy. A teraz nie tylko trzeba będzie mierzyć się ze wzrokiem ludzi, z zaszczuciem, ale przede wszystkim trzeba będzie zejść ze szczytów intelektu, teologii, filozofii, psychologii na ziemię, oddać się czynnościom rutynowym, nudnym i powtarzalnym. Troska o to, czy wystarczy do pierwszego może przyćmić największą miłość do kobiety, a życie sprowadzić do irytującego banału powtarzalności gestów, min, zdań, słów, które nieraz zadudnią jeszcze głębszą pustką niż ta po ukrytym Bogu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

Świąteczny czas w dziwny czas

04 kwi

Im bliżej Wielkiej Nocy, tym częściej pada pytanie o współczesne sposoby świętowania. Problem to w zasadzie o tyle istotny, że przy postępującej laicyzacji coraz bardziej nie wiadomo, co począć z obchodzeniem świąt o charakterze czysto religijnym. Obywatele naszego kraju, statystycznie odpytywani, mają różne pomysły, czasem egzotyczne. Niektórzy wybiorą się nawet do ciepłych krajów, byle uciec od chłodu, który nie ustępuje miejsca wiośnie. Inni zamkną się w domu, by w spokoju przeżyć jeszcze jeden długi weekend przed telewizorem, poczytać, pojeść i pospać. Niektórzy znajdą sobie odległy hotel ze SPA, by wymoczyć ciałko, wymasować i totalnie wymiksować się z marketowych pielgrzymek po twaróg do sernika i ziarenka do makowca. Są i tacy, którzy raz w roku odwiedzą najbliższy kościół, by poświęcić jajeczka i czekoladę (co widziałem na własne oczy rok temu). Przy okazji jarmarcznym rozgardiaszem zakrzyczą czuwających przy grobie Pańskim, rozerwą kościelną ciszę i dopychaniem koszyczka do ołtarza rozbiją skupienie, bo już nie bardzo wiedzą, czemu ten „opłatek” w monstrancji stoi nie na stole tylko gdzieś dalej, wśród kwiatów, a tak w ogóle, to co to ta monstrancja? Kopną, potrącą, szarpną modlącego, bo w niedzielę trzeba się podzielić święconką z rodziną, taka to tradycja polska arcypolska, różniąca tym długi weekend od pozostałych, że malowane jajko odmienia się przez przypadki i podaje na uroczyste rodzinne śniadanie, a potem wielu dla zabawy stuka jednym o drugie.

Z każdym rokiem coraz mniej mnie dziwi w tym wachlarzu możliwości, w pomieszaniu tradycji, konsumpcji, rekreacji i pustki bezrefleksyjnego dogadzania zmysłom. Widać z wiekiem pokornieję chyba, bo nie umiem się oburzać na bylejakość tych wszystkich kurczaczków, baranków, króliczków i zajączków dołączanych do wszystkiego, co nie zeszło dotąd z półek, choć terminem przydatności do spożycia niektórych produktów bieży w okolice poprzednich świąt. Coraz częściej chce się już tylko wzruszyć ramionami i przeżyć te święta po swojemu, nie słuchając sondaży, opinii, komentarzy i badań statystycznych na temat świętującego Polaka, który – mniej lub bardziej świadomie – nie tylko przyjmuje stadną modę na apostazję, ale dodatkowo przyprawia jej gombrowiczowską gębę w duchu „wypiszę się z kościoła, bo ja niewierzący, ale jajka poświęcę, bo tradycja taka”.

Na szczęście ciągle jest spora grupa ludzi, może rzeczywiście topniejąca, ale prawdziwie wierna nie tylko malowaniu jaj. Ludzi, dla których już w Wielki Czwartek zacznie się wstęp do największego święta wiary. To oni wypełnią kościoły do granic i zmuszą licznych do stania w nawach, pod chórem, pod ścianami, a przez brak wygody w przeżywaniu tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, zapewnią sobie jeszcze raz przypomnienie wagi zdarzeń istotnych dla sensu naszego ziemskiego pielgrzymowania. Tajemnice historii zbawienia od Księgi Rodzaju, przez zdarzenia ze Starego Testamentu, aż po śmierć Chrystusa na krzyżu od nowa wskażą drogę do wieczności. Świece drogi krzyżowej rozjaśnią jeszcze raz głębię i moc ofiary pojednania, a potem wypełni nas narastająca radość nadziei, że kres wpisany w śmierć jest pozorny, że prawdziwie została pokonana i nie ma władzy nad życiem ostatecznym, trwającym poza czasem, w pełni miłości i dobra. Dzięki temu jajko niedzielne, jedzone ponad tradycją mazurków i makowców, przypomni o świętości odradzającego się życia.

Za każdym razem tak samo, co roku, w trakcie oczekiwania na wielkopiątkową drogę krzyżową łapię się na wyimaginowanym obrazie Chrystusa idącego tu i teraz, po placu najzwyklejszego parafialnego kościoła naszego miasta. Gdyby dane mu było przyjść dziś, raz jeszcze, tak dla przypomnienia własnej misji, jak zostałby przyjęty? Jaką postać musiałby przybrać dla wypełnienia życiem Ewangelii głoszonej w tych realiach? Przez los bezdomnego, wykrzykując Dobrą Nowinę na ulicach miast? Jako pracownik hipermarketu, który zaczyna nauczać na zapleczu i rozprzestrzenia naukę? Dyrektor, który buduje raj na ziemi, przewracając do góry nogami wypracowany ład korporacyjny? Czy raczej zmuszony byłby iść na skróty, od cudów poczynając, żeby przekonać do swojej osoby, a dopiero potem słuchaliby, co ma do powiedzenia? Tak, zdaje się, że bez cudów nie mogłoby się obejść, bo w tej polifonii wszelkich głosów, mód, ideologii, mieszania porządków chrześcijańskich, świeckich, buddyjskich, niuejdżowych, astrologicznych i wróżbiarskich, w tumulcie wojny polityczno-religijno-patriotycznej, w dzieleniu włosa na czworo, a Polaków na mniej lub bardziej polskich, nie miałby nawet szans na usłyszenie głosu własnego. W czasach, gdy każdy najchętniej słucha siebie, gdy sensacja goni sensację, ale tylko przez pięć minut, bo wszystkie podlegają samounieważnieniu, nie miałby szans na pociągnięcie za sobą dwunastu uczniów, nie przemówiłby do tłumów, dopóki nie nabyłby laptopa z internetem i nie stworzył profilu na FB i NK. Choć to też nie gwarantowałoby sukcesu. Mało to na świecie samozwańczych wcieleń gotowych do zbawiania ludzkości? 

Nawet jeśli zacząłby pisać bloga, jego Słowo zarzygałyby bluzgami stada sieciowych trolli. Opluliby jak innych, zanim doszedłby do Piłata, którym bez specjalnego wysiłku i makijażu mógłby być jeden ze współczesnych duszpasterzy, wysoko osadzonych w hierarchii. Choćby ten, który uznał, że z niewierzącymi nie warto rozmawiać, bo nie należy zbyt dosłownie brać Ewangelii, gdy mówi o poszukiwaniu zagubionych owiec.

Może jednak przychodzącego dziś Jezusa odkryłaby jakaś telewizja i zrobiłaby tokszoł z jego udziałem? Tylko po co? Nie powiedziałby tam niczego, czego nie znamy już od dwóch tysięcy lat. Skoro przez tyle stuleci nie zadziałało, dziś prawdopodobnie mogłoby zadziałać co najwyżej na prawie ciekawostki budzącej śmiech z nawiedzonego półwariata, który bredzi o kochaniu bliźniego jak siebie samego. Wszystko to jest wysoce prawdopodobne, nawet cuda mogłyby nie przemówić, bo nie wiem, czy w sytuacji relatywizmu wszelkich wartości, w czasie, gdy postrzegane czarne zdaje się być białym, w zależności z której strony się patrzy, nawet cuda mogłyby dziś nie wyjść na dobre. Wcale niewykluczone, że dzisiejszy Łazarz wywoływany przez Jezusa z grobu, powiedziałby raczej: dziękuję, zostaję. Tu jest lepiej niż w świecie z substytutem żyćka nastawionego na przyjemną prawdulkę nowinek niesionych przez szczupłą sylwetkę z plastikowym uśmiechem manekina.

Im mocniej dociera świadomość życia w demokratycznej i wielobarwnej wieży Babel, choć stojącej pośród ludu porozumiewającego się jednym językiem, ale o różnych bezznaczeniach, tym łatwiej człowiek rozumie, dlaczego powtórne przyjście Pana zapowiedziano na kres świata, z hukiem rozpadu i końca wszystkiego. Inaczej nikt nie uwierzy, że to słyszalny On, a nie jego matrixowa podróba z efektami 5D.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

W poszukiwaniu pustyni

08 mar

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś Mu usługiwali”. Ten cytat z Ewangelii św. Marka wybrzmiał w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, jakby wyjęty z notki prasowej i pozostał w głowie do dziś. Nie ma tu metafor, przypowieści przemawiającej obrazowo, nic o pokusach szatana, który chce, by Jezus zamienił kamienie w chleb, by rzucił się z narożnika świątyni, a wreszcie by oddał pokłon Złemu. U św. Marka jest tylko wspomnienie kuszenia. Nie zmienia to jednak wymowy wyjścia na pustynię. Najważniejsza pozostaje konieczność wsłuchania się w siebie, bez względu na moc zewnętrznych zakłóceń. To cichy czas przygotowania do misji zbawienia ludzkości.

Obraz samotności na pustyni musi dziś wydawać się straszliwie archaiczny, szczególnie w kulturze północno-zachodniego świata, gdzie żyje się pośród ludzi niemal całą dobę, odczuwa wirtualną obecność drugiego, ale też tę realną, w nieustannym ukierunkowaniu na rzekę informacji spływających z różnych ust. Czy gości gdzieś jeszcze słowo pustynia? Chyba tylko na prawach turystycznej atrakcji, egzotyki gorących krajów. Nie zmienia to obrazu naszej wizji: wszechobecne ziarenka piasku, kawałki kamieni, ostre kształty skał, pustka, bezmiar jednolitego krajobrazu i człowiek tam nagle staje, ale z czym? Sam na sam z ogromem natury, na tle której będzie nieuchronnie chwilowym pyłem, łatwym do zwiania z powierzchni bytu. Pozostawiony z własnymi myślami, z pobrzmiewającym echem lęków, trwogi i bezradności, trwa sam w strumieniu świadomości, którego nie sposób zakotwiczyć w czasie, bo upływa jakby obok i ponad. Dziś pustynia ewangeliczna musiałaby być dotkliwą katorgą dla obywatela świata, odliczającego w bólu czterdzieści dni.

Może właśnie dlatego, my wierzący, tak łatwo szukamy namiastki pustyni w prostych gestach? Łatwiej, znacznie łatwiej, wyrzec się piwa na ten czas, odmówić sobie słodyczy, zrezygnować z palenia albo nie używać brzydkich słów, bo to takie bezpieczne. Przyjdzie Niedziela Zmartwychwstania i z radością można rzucić się na przedmioty pożądania. Nawet na moment nie powstanie pytanie: czego świadectwo daliśmy wątpiącym i niewierzącym? Do czego ich przekonaliśmy symbolicznym gestem? Co najwyżej do totalnego nieporozumienia w rytuale pustych gestów. Bo niby czemu służyły? Podkręceniu na moment słabnącej silnej woli poprawy? Choć i w tych podrygach nawrócenia bywa szczerość i prawdziwa chęć zmagania z pokusami. Oczywiście znajdą się i tacy, co wzmocnią gest przelewem na Caritas, przekażą procent od podatku na hospicjum, zaniosą paczkę żywnościową dla potrzebujących, albo dołożą modlitwę do wieczornego pacierza. Co takie czyny udowodnią, skoro powrócimy do punktu wyjścia? Narazimy się na śmieszność, a we własnych oczach nasycimy może na chwilę sumienie, że jakoś ten czas został odfajkowany, bo było przecież umartwienie ciała i wyrzeczenie siebie. Nawet nie przeszkadza nam własna śmieszność w tej chwilowości zewnętrznych znaków. 

Można zatem pozazdrościć niewierzącym, jeśli dla nich pustynia ma znaczenie tylko geograficzne i nie straszy symbolem duchowej rozterki, ćwiczenia woli, jeżeli nie budzi refleksji o drodze do wieczności, w rozdarciu między pokusą wyboru światowego blichtru i Boskiej obietnicy szczęścia. W ich wydaniu przynajmniej postępowanie jest uczciwe i jasne. I jeśli wierzący chce myśleć o niewierzącym w kontekście pustyni, to niewykluczone, że może przyjść kontekst pustki po życiu. Bo to jest dosyć istotny paradoks. Gdy wokół coraz więcej deklarujących ateizm, a wśród nich tylu inteligentów, filozofów, myślicieli, także ludzi nieskazitelnych moralnie, którym ateizm nie przeszkadza w stałym rozwoju indywidualnym. Jeśli po śmierci nic nie ma, jeśli nawet rzeczonej pustyni nie będzie, jak znaleźć motywację do rozwoju intelektualnego? Skoro nie ma życia lepszego po zmartwychwstaniu, skoro nie będzie wieczności szczęśliwej i spełnionej w dobru, po co wzrastać i rozwijać się dla nicości? Gdy śmierć zadziała jak pstryczek gaszący światło, a z mędrca i geniusza zostaje karma robali i bakterii, po co taka różnorodność osobowości, jednostkowa niepowtarzalność i czym była nagroda w wytrwałym dochodzeniu do prawdy i mądrości? Na zdrowy chłopski rozum ateista nie ma powodów do jakiegokolwiek wysiłku poza egzystencjalnym powtarzalnym trudem, służącym zapewnieniu bytu własnego i rodziny. Czy jego mądrość może przekonać idące za nim pokolenia? Czy wiarygodna pozostaje głębia jego wartości, jeśli już w założeniu tkwi nieuchronny kres przeżyć, uczuć, doświadczeń i prawd, przeznaczonych już na starcie do unicestwienia?

Czasem jednak dopada mnie inny paradoks, że dziś jakoś szczególnie nie potrzebujemy pustyni, nie tęsknimy do niej z zupełnie innych powodów. Wszyscy przestaliśmy zauważać, że stała się naszą codziennością. Żyjemy na pustyni cywilizacji, która skutecznie przykrywa ślady drugiego człowieka pod wydmami wyrobów powtarzalnej i zautomatyzowanej produkcji. Zasypani tonami kwarcu w komputerach, laptopach, telewizorach, atomizujemy się i coraz pewniej i szybciej schodzimy do pułapu użycia bliźniego w roli narzędzia do zaspokojenia własnych potrzeb fizycznych, towarzyskich, zawodowych, eksperymentalnych i ambicjonalnych. Nie odczuwamy nawet obecności aniołów, bo sami sobie jesteśmy aniołami egocentryzmu. Nie czujemy kuszenia szatana, bo zagłuszamy je muzyką, drwiną, dowcipem, rechotem głupawego filmiku z komórki, paplaniną, szumem informacyjnym godzinnych sensacji i narastającym nadmiarem pogardy wobec innego. A ponad tą pustynią wirujących gadżetów hula głośno wiatr doraźnych działań, dążenia ku chwilowym celom. Natłok krótkich radości i przelotnych emocji bez trudu, ale skutecznie i bezwzględnie tak samo zagłusza wierzącym i ateistom nawoływanie płynące ze słów św. Marka: Po uwięzieniu Jana przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Wiara i religia

 
 

  • RSS