RSS
 

Tu reklamy nie wkładamy

02 lip

13566078_1076544449108510_1952843476_n

Przemija bezpowrotnie czas korespondencji drukowanej, gdy pisał do mnie Rossmann, producenci drzwi i Pizza Hut. Nie żebym to czytał czy korzystał konsumpcyjnie. Zawsze to jednak miło było, szczególnie po męczącym dniu, sięgnąć do skrzynki i na głodnego rzucić okiem między ślicznie skrojone warzywa, plastry salami i na ser ciągnący się z wyciętego trójkąta, odrywanego od gorącej i pulchnej krągłości placka. A jeszcze milej było zatęsknić do wody toaletowej wiodącej marki i do luksusu eleganckich drzwi antywłamaniowych, jakby miały czego strzec pośród peerelowskiej wielkiej płyty. Od razu człowiek zapominał o bezduszności kapitalizmu i docierał pod dach lżejszy. Nie dostrzegał, że zgrzytem budzi dawno przechodzony zamek Yeti, a pilśniowa płyta skrzydła barwą przypomina skutki nadużycia sałatki jarzynowej przed trzydziestu laty, w trakcie inicjacji z udziałem taniego wina owocowego.

Aktualnie oswajam niechęć do otwierania skrzynki wirtualnej. Tradycyjna poczta nie może już zagrozić, bo ustąpiła pola pobliskim dyskontom. Posłańcy z kraju promocji przybywają w tygodniu, by wynikami gonitw rabatowych pobudzić lokalny klub geriatryczny do wyścigu o golonkę, piżamkę krótką letnią, pampersy i podpaski (dla synowej?). I co ja mogę? Odpowiedzieć na taki list nie ma komu, co najwyżej da się zadziałać w miejscowej frakcji Komitetu Obywatelskiego Dowalenia. W ramach wolontariatu wsunę małe co nieco do skrzynki sąsiada od grubego napisu: „Tutaj ulotek nie wkładamy”, a i dwie mniejsze skromnej sąsiadce, co nieśmiało chciała naśladować tamtego i rozedrganą rączką, napisała na swojej, że tu też nie wkładamy. Ona wie, że jest coś niestosownego w uciekaniu od wysiłków działu promocji. Dlatego staję odważnie na straży demokracji i wspieram trud pracującego ludu ulotkowego, dzieląc papiery sprawiedliwie, podług stopnia manifestacji działań antyrynkowych, przy okazji tylko czyszcząc swoją skrzynkę w nadziei na prawdziwy list. Ostatecznie i tak dotrze, zwykle ze spółdzielni, z informacją o podwyższeniu czynszu.

W kraju dobrej zmiany każde dziecko wie, że presja reklamy jest zabójcza i prowadzi do manii prześladowczej. Już nie ma miejsca, gdzie reklamy nie tylko nie wkładamy, ale też pominąć jej nie możemy. Wciskają przez oczy, usta i uszy, nie pytając, czy i ile jeszcze wlezie. Tylko dlaczego jej natarczywość coraz intensywniej szuka towarzystwa odbytu, pochwy, prostaty, erekcji, wątroby, jelit i pęcherza? Od jakiegoś czasu, słuchając radia, włączając telewizję, otwierając pocztę elektroniczną, odnoszę wrażenie, że człowiek brzmi dumnie głównie w dolnych partiach ciała i kończy się gdzieś nieco powyżej wysokości, na której plecy tracą szlachetną nazwę. Dalej jest niedużo człowieka, a już z pewnością nie ma tam nic istotnego dla człowieczeństwa. Tymczasem dolne partie, ostatnio jakby strategiczne dla reklamy, nieustannie szwankują i straszą: a to napięciem przedmiesiączkowym, a to gazem puszczonym w szacowne grono, a to żylakiem w odbyt zajadą, kapiącym niekontrolowanie moczem z Basi wypłyną albo przez świąd i upławy żywot utrudnią. Gdy zaś już przestają straszyć, zneutralizowane milionem suplementów nie tylko diety, a nawet przechodzą w sferę rozkoszy, ostatecznie przypomną o niedogodnościach, które usunąć może tylko niebieska tabletka albo nawilżający płyn poziomkowy.

Do rzeczy jednak, czyli do poczty elektronicznej. Tu nie wysmaruję na tłusto, że „reklamy nie wkładamy”. Nie pytają o zdanie i gwałcą oczy nieustającym migotaniem dosyć brzydkich zdjęć celulitu nietkniętego cudownym środkiem, mruganiem obrazka zielonych jajek robali, galaretowatych mazi glonowatych i gilów bordowych, które kładą się cudem na płaski brzuch bez wysiłku, tudzież pulsowaniem wizji haluksów na pomarszczonych girach, w ramach promocji środka na równe stopy bez operacji. A wszystko to estetyczny haracz, pobierany za korzystanie z darmowej skrzynki. Jak nie chcesz oglądać gąbczastych brzuszysk i pomarszczonych ud i krzywych szponów, płać za pocztę, która i tak zaroi się spamem. Sęk w tym, że nie wszystko dotyczy estetyki. Jest bowiem wyższa cena, do której płacenia ciągle namolnie ktoś zmusza: budzenie lęków wieku męskiego, powtarzana do bólu zapowiedź smaku klęski, a to już podprogowe niepokoje, które odciskają trwały ślad na psychice.

Jakim prawem i za jaką cenę mam łykać, przy każdym otwarciu poczty, niecne sugestie, że coś nie tak z długością mojego penisa? Przeżyłem z nim w przyjaźni (chwilami burzliwej) czterdzieści lat z mocnym okładem, w dodatku przywiązany do rozmiaru, jakim zostałem obdarowany, więc jakim prawem ktoś mi sugeruje każdego dnia, że należy go przedłużyć? Właśnie teraz, gdy przebyłem pokrętne ścieżki erotyzmu bez słowa skargi ze strony płci pięknej, a nawet z nielicznymi acz symptomatycznymi pomrukami zachwytu pań mniej doświadczonych, mam się wahać, czy te nieustanne mejle w skrzynce, to tylko reklama, czy jednak skutek donosów?

A gdy mija pierwsze oburzenie, przychodzi zdrowa chłopska refleksja: a na ch… komu dłuższy? Jednak wyciąganie na siłę musi mieć wzięcie, inaczej nie było tego zatrzęsienia ofert. No i co to za radość z tej długości? Odwieczne pragnienie omdlenia w trakcie erekcji? Wszak im dłuższy, tym więcej krwi potrzebuje do jej podtrzymania, a to już się chyba gryzie z targetem niebieskiej tabletki. Cóż, jedni mają, jak widać, głód narracji, a innych prześladuje głód stawania w szranki z ogierem czystej krwi arabskiej. Czy to jednak próżność, czy fantazja i chęć wywołania zachwytu pracownic dyskontu w trakcie dorocznego balu królowej kas, gdy zrywać będą te lateksowe kalesony, by ostatecznie uwolnić tańczącego z kaszaną? Pokrętna to chyba motywacja. A może pragnieniem przedłużenia kieruje potrzeba umieszczenia magicznej różdżki w awatarze portalu randkowego? Niespełnione marzenia o życiowej roli w niekończącym się serialu „P jak pyton”, czy marzenia o rozpuszczeniu węża w saunie osiedlowej siłowni, że niby sterydy nie tylko karkiem wychodzą? Przepraszam za tę kreatywność na potrzeby tekstu, zwłaszcza, że czas kończyć. Okazuje się, że równie dobrze rozwiązanie karczemnego dylematu może leżeć tuż u progu. Wcale bowiem niewykluczone, że przedłużenie penisa służy targetowi dążącemu do pełni samowystarczalności, którą błyskotliwie wyraził pewien filmowy policjant u Marka Piwowskiego, gdy na oralną propozycję spłoszonej dziewczyny, odpowiedział nieskromnie, że „do buzi, to sam sobie sięgam”.

O tempora, o mores, jak wrzasnął Cyceron, być może zaglądając do skrzynki na listy, o czym ja tu w ogóle? Tymczasem męcząca reklama współczesna, z targetem lokowanym od pasa w dół, całkiem mnie przerasta i skuteczniej działa w charakterze inspiracji intelektualnej na miarę czasów niż jako dźwignia, nomen omen, handlu. Ilu może dostarczyć bodźców do rozważań nad mentalnością Nibylandii zatopionej w upale, a  jakiej proweniencji to refleksja, najlepiej sami oceńcie. Miłych wakacji Państwu życzę… odpocznijcie… choćby od reklamy.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Homar w sosie onirycznym

15 mar

Kiedy David (Colin Farrel) musi zdecydować w jakie zwierzę chce być zamieniony, mówi bez wahania: Lobster, stąd tytuł tego filmu. Zaraz potem słyszy, że dziwny to pomysł, bowiem ludzie, którzy nie znajdą sobie pary w ciągu kilkudziesięciu dni, najczęściej chcą zostać psem lub kotem, dlaczego zatem on zamierza być skorupiakiem? David uzasadnia to zaskakująco szybko: homar długo żyje, ma błękitną krew, arystokratyczną, a poza tym zachowuje zdolności rozrodcze do końca życia. Po co mężczyźnie takie atrybuty w świecie pozbawionym nadziei na spełnienie? Tego się nie dowiemy, choć do końca będziemy kroczyć za nim po labiryncie absurdalnych powinności i przymusów.

roomYorgos Lanthimos, wprowadza widza w metaforyczny i groteskowy świat. Recenzenci chcą koniecznie widzieć tu świat bliżej nieokreślonej przyszłości, ale to rzecz dyskusyjna, skoro scenografia, stroje bohaterów, wyposażenie wnętrz, całkowicie odpowiadają naszym czasom. Hotel, na który zostają skazani ludzie nieużyteczni społecznie, też wydaje się całkiem realny. Grozę może budzić ukryty przed widzem pokój transformacji, w którym nieszczęśnicy staną niżej w hierarchii stworzeń, jeśli nie uda im się znaleźć pary w przewidzianym terminie.

W hotelu panują żelazne zasady. Mieszkańcy pozbawieni są rzeczy prywatnych, muszą jasno wybrać orientację seksualną, nie wolno im być biseksualnymi. Otrzymują wszystko, co niezbędne do życia, także garderobę oraz zabawy przy muzyce i inne formy rekreacji, służące zbliżeniom. Mieszkańcy mają też broń na strzałki usypiające, zawieszoną w centralnym miejscu pokoju. Przymusowo uczestniczą w polowaniach na singli rebeliantów, którzy skryli się w pobliskim lesie, by pielęgnować w podziemiu, skrajny jak się okazuje, indywidualizm. Nagrodą za ustrzelenie singla jest przedłużenie o jeden dzień hotelowego czasu na znalezienie pary i tym samym ocalenie nadziei na dalsze pozostawanie człowiekiem. Im więcej trafień, tym dłuższy czas poszukiwań. Ta zależność skutecznie przymusza myśliwych.

Bardziej jednak niż streszczanie czy recenzowanie najnowszego dzieła autora „Kła”, interesuje mnie dyskurs, jaki reżyser wprowadza lawirując pomiędzy udziwnionymi scenami. Gdy widz porusza się wraz z Davidem po nieco klaustrofobicznej rzeczywistości, spotykają go absurdy rodem z  rzeczywistości totalitarnej. Pensjonariusze traktowani są tu nie tyle jak więźniowie, co raczej jak ubezwłasnowolnieni albo upośledzeni. Widz również może poczuć się jak niepełnosprawny umysłowo, gdy kobiecy głos z offu opowiada to, co ten widzi na ekranie. David odczuje to samo już pierwszego wieczoru, gdy przykuto mu jedną rękę do paska, by pojął jak trudno żyć bez pary rąk podczas podstawowych czynnościach dnia. Publicznie dokonana egzekucja (przypalanie dłoni pensjonariusza w tosterze, jako kara za onanizm) ma przypominać o konieczności dokonania jedynie słusznego wyboru życia w związku. Groteskowa agitacja w postaci scenek, odgrywanych mechanicznie przez personel, do bólu uświadamia jak bardzo pojedynczy człowiek skazany jest na porażkę. Karykaturalność przekazu stanowi o bezdusznym dyktacie, który z pewnością nie zachęca do autentycznego budowania relacji, każe raczej myśleć o uwolnieniu się za wszelką cenę z tego domu wariatów.

 Ucieczka wiedzie jednak tylko w drugą skrajność. Przeciwwagą przymusu posiadania partnera, jest inny przymus, realizowany w lesie pełnym rebeliantów i zwierząt bez pary. Tu zbuntowani bezwzględnie ulegają dyktatowi indywidualizmu. A co z człowiekiem i wolnością? Z jego wolą obdarowania uczuciem w sposób naturalny? Co z samostanowieniem i potrzebą podejmowania ryzyka wyboru na własny rachunek? Odpowiedź pozostawiam tym, którzy postanowią zanurzyć się w tej wersji świata.

Lobster3W obrazie Lanthimosa ludzie są jak marionetki wyprane z woli działania, funkcjonują w dziwnym letargu, zdominowani przez irracjonalny nakaz. Poruszają się jak zahipnotyzowani, sprowadzeni do określonej cechy charakterystycznej. Trudno nie zauważyć, że to jednak kobiety są tu silniejsze, a przynajmniej one pełnią rolę dominujące. Kierowniczka ośrodka, Samotna liderka indywidualistów, Nieczuła kobieta, wymuszają swoimi postawami uległość przedstawicieli obojga płci. Jeśli mężczyzn coś motywuje do działania w narzuconej formule, to tylko instynktowny strach przed zamianą w zwierzę, nawet jeśli obecna forma egzystencji daleka jest od spełnienia w podmiotowości. Nie wiem, czy ten szczegół ma znaczenie, ale w obsadzie filmu obok nazwisk aktorów umieszczono cechy postaci, zamiast imion bohaterów: Sepleniący mężczyzna, Kobieta z krwotokiem z nosa, Ojciec samotnej liderki, Kobieta z ciastkami, Krótkowzroczna kobieta, Kulejący mężczyzna. Dlaczego ich imiona, podobnie jak dotychczasowe życie filmowych postaci i dramaty, które ich tu przywiodły, są aż tak pozbawione znaczenia? Oto mają nową szansę. Teraz są tylko bezwolną grupą jednostek do urobienia podług naddanego sensu. W zasadzie nie pada tu jednak żadna podpowiedź, jakiej wyższej idei ma służyć trwanie w parze, skoro nawet o prokreacji nie ma mowy. Można pójść na skróty, uznać, że metafora twórców prowadzi do ukazania skutków konfrontacji, że przeciwstawiono skrajną prawicową ideologię skrajnie liberalnej, a tarcie między dwiema siłami czyni bohaterów ludźmi bez właściwości, jeśli nie przyłączą się do żadnej ze stron. Tymczasem nawet liderzy są tu podejrzani w swojej autentyczności, bo toczy ich rak lękowego udawania przekonań, co zostaje w filmie świetnie obnażone.

Lobster4Świat w filmie „Lobster” jawi się jednocześnie jako groteskowy i bezwzględny, w jakiś sposób oniryczny. Gorzki humor graniczy tu z okrucieństwem, cynizm z delikatnością rodzącego się uczucia, skazanego na zagładę. Z pewnością nie jest to arcydzieło, ale pozostawia w widzu pewien rodzaj egzystencjalnego niepokoju, zrodzonego z towarzyszenia wykastrowanej podmiotowości. Ten niepokój przypomina też, że w każdej formie życia społecznego jesteśmy formowani pod wymiar, pod kontur oczekiwań grupy. Klasa w szkole, zespól w pracy, koledzy w biurze, na uczelni, wspólnota w kościele, funpage, partia polityczna, forum, każdy rodzaj zbiorowości przycina podmiotowość do przewidzianej ramki. Przypomnienie o tym, to jeden z głównych atutów tego obrazu.

Film ma swoje dłużyzny, bywa męczący, ale mimo mielizn fascynuje oryginalnością fabuły. Wyraźnie wyłamuje się z określonych konwencji i nie daje się przyciąć do żadnego wymiaru gatunkowego i za to także chwała reżyserowi. Tego oczekujemy od kina artystycznego, które nie jest li tylko zmaganiem z formą i estetyką. Widziałem różne określenia: sf, thriller, dramat, film psychologiczny, czarna komedia, niekonwencjonalne love story, jednak żadne z nich nie oddaje w pełni charakteru opowieści Lanthimosa, której z pewnością warto oddać dwie godziny życia, choćby po to, by uciec rutynie i wyrwać się ze schematów myślowych.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Kultura

 

Przychodzi Y do lekarza

14 lut

Tomasz kręcił głową i zerkał z niedowierzaniem w rejestr:

 – Za długo wypoczywałem, teraz mam za swoje, a było tak pięknie! Słońce, narty, góry! A teraz u drzwi dzieci matki korporacji i planu sprzedaży. Dżizas, ależ tego jest: pani Andżelika rocznik 1987, Dawid 1988… pan Aleks 1987, niech będzie i Noemi 1990. Administrator, sprzedawca, opiekun klienta bezradnego, doradca zagubionego i wciskacz kitu bez ramy okiennej… znowu generation Y i zero litości dla starego doktora. Lidka, błagam, jeszcze jeden dzień wolnego!

- Dasz radę, doktor, zaprawiony w boju od wigilii. Pamiętasz doroczny ewenement? Takiego nawet w recepcji nie widziałam – Lidka uśmiechnęła się szelmowsko dotykając klamki – Przyczajony zwierz komputerowy, co on tam miał?

-  Tu go bolało – doktor Tomasz wbił palec wskazujący w swój brzuch, którego wielkość nie zrobiła sobie wiele z tygodniowego szusowania w Alpach.

- A przyczyna? – Recepcjonistka nie dała za wygraną.

- Wigilia, moja droga, poważna choroba zawodowa naszych czasów. Tu go boli raz w roku, to przyszedł, bo już za cholerę nie chce tu boleć w rezurekcję. Na Wielkanoc jajka maluje i szczęśliwy, a w wigilię ból bolesny dopada i mus doktora odwiedzić. Tak to działa, gdy trzeba przełamać się z dyrektorem regionalnym, opłatek bardziej niestrawny niż śledź po kaszubsku na Mazurach. Przez okrągły rok chłopak zdrowy jak byk na wyjeździe integracyjnym i tylko wigilia mu corridą. A ja miałem być ten cudotwórca, co dotknięciem pięty wszystkie wigilie świata zamieni mu w klub go go, żeby bólu we flaku nie zaznał po kres dni, jego lub moich. Niestety, trafił na konowała. Za rok powróci niczym gwiazda wskazująca Betlejem!

Ledwie doktor Tomasz puścił oko do Lidki, w drzwi wbiła się ostrzyżona krótko główka o ptasiej twarzy. Dziewczyna bez słowa usiadła przed biurkiem i patrzyła w oczy bez powitania. Tomasz spoważniał i czekał. Za długo, cisza wzmocniła odgłos ściennego zegara, a sekundnik groźnie odliczał regulaminowe dziesięć minut. Doświadczenie podpowiadało, że coś złego zawisło w powietrzu, będzie mało przyjemnie i starcie nie wyłoni zwycięzcy. Mimo narastającej suchości w gardle Tomasz przemówił:

- Z czym pani przychodzi? Co pani dolega?

Ptasia twarz przechyliła się w lewą stronę, jakby z niedowierzaniem, czy ma przed sobą lekarza czy wór słonecznika do skarmienia.

- Skąd mam wiedzieć?! To pan jest lekarzem, chyba. Z naciskiem na „chyba”, co?!

- Jak pani słusznie zauważyła, lekarzem, nie jasnowidzem, nie czarnoksiężnikiem z krainy Oz, dlatego pytam, gdzie panią boli – z trudem powstrzymał się przed dodaniem: oprócz głowy.

- A! Pan o tym! Ja nie wiem, czy boli, jakoś tak mnie mdli i w głowie się kręci. Mam taką bezsiłę ogólnie. Wstaję z rana i jestem taka wiotka. Przelewam się tak sama w sobie, jakby nic od środka nie trzymało. Niby nic nie boli, a padam. Przeczytałam w internecie, że to może być objaw czegoś poważnego. Wstaję i wracam do łóżka, żadnej energii. Od roku pracuję, te tabelki, segregatory, te kolumny excela, ja nie umiem tak żyć, pod linijkę nie umiem jeść, wyjść, wrócić, zawsze tak samo. I w kółko: dziewiąta – siedemnasta, czasem dziewiętnasta! Trochę kaszlę, trochę mam wysypkę na przedramionach, trochę głowa mnie boli. Pan tego nie zrozumie, prawda?

- Mam dobrą wolę, spróbuję przynajmniej panią osłuchać i wysłuchać. Od dawna pani to ma?

- Trzeci raz, ale pierwszy w tym roku.

- Taka pora roku. Wszyscy to mamy, przednówek, brak słońca, podłe ciśnienie. Powinna pani wysypiać się, przynajmniej siedem godzin, magnez, trochę witamin i trzy dni zwolnienia, co? Podziała lepiej niż antydepresant, prawda?

- Cztery.

- Ale za trzy dni weekend przecież, odpocznie pani.

- Ale mnie od wczoraj w pracy nie ma.

- Przykro mi, ale na to nie poradzę. Nie mogę wystawić zwolnienia z wczorajszą datą, też mam segregatory, kolumny, tabelki, przełożonych i kontrole.

          Ptasia twarz zastygła z dzióbkiem gotowym do trelu, ale pokraśniała nagle i nie było już zadatku na taniec godowy. Wyrzuciła litanię żalu i dodała coś o ignorancie, który zajmuje miejsce lekarzom z powołania. W słowotoku zapowietrzyła się nagle i dodatkowo poczerwieniała. Bezdech uniemożliwił zamiar wypowiedzenia czegoś istotnego i wystrzeliła z krzesła jak z procy. Zdało się na moment, że podmuch zatrzaskiwanych drzwi oddał ją zapomnieniu. I tu nastąpił kres pobożnego życzenia doktora. Drzwi otworzyły się ponownie:

- … i niech pan sobie nie myśli, idę napisać skargę na pańską ignorancję i niekompetencję! Pan lekceważy pacjenta i od niego oczekuje diagnozy. Ale to tak się nie skończy, nie zamierzam tolerować braku profesjonalizmu!

          Tomasz nie zdążył przejąć się groźbą, bo następny pacjent był szerszy i ptasia twarz ustąpiła pod naporem wielkiej masy z iphonem w garści. Skuteczny sprzedawca nie odrywał wzroku od ekranu, na którym palce podrygiwały jak pod napięciem. Usiadł i nie zważając na lekarza, wydobył z torby kolejne urządzenie, a jego wzrok biegał już po nowym ekranie. Tomasz wpatrywał się w przyciężki kwiat tego sekretu i zastanawiał się jak długo pozwolić pacjentowi ignorować czas i miejsce akcji. Chrząknął znacząco i powitał, ale nie spotkał się z żądaną reakcją.

- Czy mogę dowiedzieć się, czemu zawdzięczam wizytę? – Nie wytrzymał dłużej, ale skutkiem tego padło słowo „chwila”, wyrzucone z przegrody zębów tegoż. Tomasz patrzył w okno, a za drzwiami kolejni pacjenci patrzyli na zegar, więc nie wytrzymał – Zabiera pan czas innym, nie rozumie pan tego?

- Chwila, powiedziałem! Jeszcze nie skończyłem. To pan jest dla mnie, a nie ja dla pana, prawda? Ta wizyta jest w moim abonamencie i pan jest w nim także, doktorze! To ja będę decydował o tym, kiedy zabiorę głos, moja firma za to płaci.

          Tomasz spojrzał na zegarek i obficie występujący pot na czole grubasa. Uznał, że wytrzyma jeszcze pięć minut i ryzykując kontrakt pozbędzie się pacjenta. Przeglądał dokumentację, ale nie było nic do wglądu, pacjent najwyraźniej z pierwszą wizytą i w końcu jednak raczył oderwać wzrok od iphona.

- Pan mi da skierowanie, doktorze.

- Tak, a do kogo?

- Nie do kogo, tylko na co. Na tomograf, muszę badanie sobie zrobić.

- To może najpierw ustalmy, co panu dolega, może najpierw podstawowy zakres badań zlecę? Ten tomograf…

- Nic mi nie dolega, ale może mam coś, co nie boli, a o czym chcę się dowiedzieć, muszę sprawdzić! Nie chcę żadnych badań. Tomograf powie wszystko, a ja nie mam czasu na latanie po laboratoriach. Plan sprzedaży mi się wali! Ale w ogóle, po co ta dyskusja?! Pan daje skierowanie i już mnie nie ma.

- Nie mogę dać skierowania bez powodu, ja też mam swoje procedury, chyba pan to rozumie?

- Panu się coś pomyliło, doktorze. Płacę, firma płaci, a ja wymagam. Mam to w abonamencie i nie interesują mnie pana instrukcje obsługi pacjenta. Ale jak tego pan nie rozumie, to przejdę się wyżej. Szkoda czasu na niekumatego gościa w kitlu. Założy się pan, że dostanę to skierowanie? Daje pan?

- Nie daję.

- No to tymczasem żegnam. 

„Sprawnie dziś idzie to leczenie”, Tomasz uśmiechnął się gorzko do myśli i nagle poczuł, że praca nie wymaga wielkiej kompetencji. To pokolenie będzie przychodzić wyłącznie z żądaniami, samo wie, czego chce. Abonament i doktor Google sprowadzi go do roli upierdliwego urzędnika, od którego egzekwuje się usługę albo trzeba dostarczyć skargę na nieuprzejmość i arogancję. Nie uśmiechnął się drugi raz, bo cicho wśliznęła się postać z czymś na kształt przerzedzonego pióropusza na głowie, w obcisłych rurkach na anorektycznych nóżkach i w sweterku sięgającym kolan. Chyba mężczyzna, ale Tomasz nie miał pewności. Równie dobrze mogła być to dziewczyna w drodze do krągłości bioder i w oczekiwaniu na biust. Lekarz włożył okulary i teraz dostrzegł szczątkowy zarost na gładziutkim liczku. Pacjent usiadł i spojrzał na doktora wzrokiem proszącym o odwagę.      

- Co dolega? – Doktor na wszelki wypadek powstrzymał w ostatniej chwili to „panu”, bo płeć gościa nadal stała pod znakiem zapytania.

- Boli mnie tak dziwnie, to przyszedłem.

- Ale gdzie konkretnie boli?

- Trochę gardło. Trochę drapie mnie podniebienie, ale najdziwniej to tu mnie boli, tak wie pan… – Pacjent popukał się palcem wskazującym centralnie między oczy, ale nic nie utracił z nieśmiałości i powagi. – Tak dziwnie panie doktorze.

- Tu?! – Tomasz naśladował pukanie w czoło i dało mu to ulgę, że prostym gestem naraz ujął stan umysłu wszystkich dziś zarejestrowanych.

- Tak, ale jak patrzę w ekran laptopa, dotkliwy ból między oczami się pojawia, punktowy. I nie mam tego jak gram w domu, nie mam tego na tablecie i na czacie, na forum. Nawet w smartfonie nie mam tego bólu, a jak otwieram laptopa, to mam od razu, aż oczy zamykam z ciśnienia.

- Rozumiem, to może ja pana zbadam, proszę się rozebrać.

- A to konieczne?

- Nigdy nie był pan u lekarza? Przecież nie osłucham pana przez ubranie. W czym problem?

- Wolałbym się nie rozbierać…

- Krępuje to pana?

- Nie, ale fryzurę zepsuję, pół godziny układałem.

- W takim razie proszę przynajmniej wysunąć ręce z rękawów i podnieść koszulę do szyi.

          Dokładnie zbadał, co się dało, byle już nie myśleć o fryzurze pacjenta i powstrzymać śmiech bezradności. Pacjent osłuchowo czysty i bez znaków chorobowych, ale wymagał jakiejś diagnozy i w tym momencie lekarza przeszyła jasność:

- A ten ból – Tomasz znacząco popukał się wskazującym między oczy – to panu dokucza w zetknięciu ze służbowym laptopem, tak?

- Wyłącznie, niestety…

- No właśnie, sam pan widzi, może trzeba z tym coś zrobić. Może pracy poszukać?

- Też tak myślę czasami. Że to nie wystarczy wniosek o nowy laptop. To ja powiem mamie, że pan tak powiedział, że dla mojego dobra i jej spokoju, muszę się zwolnić. I to jak najszybciej! Przecież nie chce mnie w szpitalu oglądać albo w jakimś wariatkowie, prawda? Dziękuję, panie doktorze! No wreszcie jakiś normalny specjalista. Bardzo dziękuję i miłego dnia życzę.

- Ale może chociaż skierowanie panu wypiszę? … do neurologa?

          Pacjenta już nie było. Tomasz ukrył twarz w dłoniach i zobaczył siebie na pustej plaży, niemal usłyszał szum odwiecznych fal, gdy do gabinetu wbił się stukot szpilek. Rozchylił palce i lewej dłoni i między nimi dostrzegł blond platynę. Wymuskane włosy przybliżały się nieuchronnie, a potem wbiła się w oko ostra czerwień pomadki na ustach wypełnionych botoksem tak boleśnie, że gotów był zatkać uszy w obawie przed eksplozją warg. Właścicielka ładunku z opóźnionym zapłonem usiadła naprzeciwko i zarzuciła nogę na nogę tak gwałtownie, że karminowa szpileczka zagroziła nieplanowanym odlotem:

- Dzień dobry panu. Ja mam tu umówioną wizytę podobno. Ja jestem z Warszawy.

- Tak? A poza tym, co pani dolega?

- No właśnie, pan jest tu psychiatrą, tak?

- Tak? No właśnie, czemu nie jestem psychiatrą, wszystko byłoby jasne. Minąłem się z powołaniem, a pani z gabinetem. Pokój siedemnaście, serdecznie żegnam panią, bardzo serdecznie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Między krowami a słoneczną stroną ulicy

20 sty

Tak się złożyło, że sylwestrowy wieczór spędziliśmy w kinie Helios. Stary rok pożegnaliśmy filmem „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej, nowy zaś witaliśmy obrazem Janusza Majewskiego „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Minęło wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć o sylwestrze, ale jakoś nie potrafię ani puścić w niepamięć, ani dojść do ładu z odbiorem obu obrazów. Rzecz doskwiera szczególnie teraz, gdy na dobre rozkręcono medialną machinę promocyjną. Gdy w radiu, telewizji, w czasopismach i portalach społecznościowych filmy przedstawia się jako wydarzenie kulturalne początku roku, nie sposób nie ulec nachalności reklamy. Tymczasem zamiast wspomnienia smaku dobrego kina mam raczej powracający refluks niewystarczalności. Nie jest dokuczliwa niestrawność, ale w miejsce uniesień towarzyszy dysonans poznawczy. To coś jak bolesny skutek zderzenia nadziei wartościowego obrazu z pędzącą lokomotywą promocji, która miażdży przyganą, że nie odkryłem zawartości dzieła w dziele. Zatem możliwości są dwie: widz malkontent, któremu nowe za mało dobre albo jeszcze raz w trailerach sprzedają nam więcej niż w kinie. Zacznę jednak w porządku oglądanych filmów.

krowyPrzyznam szczerze: o filmie Kingi Dębskiej z premedytacją nic nie czytałem aż do seansu. Nie chciałem nastawiać się z góry, więc nie miałem nawet pojęcia, o czym film traktuje, do kogo jest kierowany, jakiej problematyki dotyczy. Z fragmentu wywiadu z reżyserką, emitowanego w radiowej „Trójce”, usłyszałem, że to komediodramat, który miał już świetne przyjęcie w USA, co w moim odczuciu wielkiej chwały filmowi przysparzać nie musi. Tymczasem o głębokie poruszenie było jakoś trudno podczas sylwestrowej projekcji filmu „Moje córki krowy”. Od początku coś przeszkadzało wejść w świat przedstawiony. Może cisza tego filmu? Porażający brak muzyki, która bardzo by się przydała, choćby ze względu na sąsiedztwo kobiety obrzydliwie chrupiącej nachosy. Przeszkadzała też ciężka atmosfera na starcie, niemal od razu szpital, nagła choroba matki bohaterek, gdy na pierwszy rzut oka z ojcem też nie wszystko w porządku. Zatem bez owijania w bawełnę fabuły określone zadania: rodzice chorzy, córki choć różne, emocjonalnie od siebie odległe, będą zmagać się z mocno zakorzenionymi konfliktami w obliczu wspólnego nieszczęścia. Czyli pozamiatane przed wejściem, na starcie wiadomo i do końca niewiele się zmieni, co najwyżej falowanie emocji da o sobie znać. W tym momencie można zamknąć główną oś dramatyczną. Czy zatem trzeba nam w kinie kolejnego obrazu o zmaganiu z miłością, z relacjami rodzinnymi wobec śmiertelnej choroby, choćby po „33 scenach z życia” Szumowskiej? Czy też ostatnio po „Chemii” Prokopowicza?

Różnie można na to patrzeć, ale na rzecz obrazu Dębskiej przemawia z pewnością łagodzący traumę humor. Komizmem sytuacyjnym rozładowuje dramat bezradności córek i zmaganie z odchodzeniem rodziców. Ciepła ironia oddziela grubą kreską temperament, mentalność, intelekt sióstr, ich tak odmienne osobowości na tle despotyzmu ojca, który swoją postawą wpłynął na różne formy wypaczenia życia obu. Marta (Agata Kulesza) to kobieta mocna, zorganizowana, podchodzi do problemów zadaniowo, ale też zachowuje czułość wobec ojca i matki. Wychowuje dorosłą córkę, radzi sobie z życiem, jest serialową aktorką, której nie doskwierają braki materialne, ale niewykluczone, że dokucza jej samotność, bo nie potrafiła zbudować trwałej relacji z żadnym mężczyzną. Przyczyna? Być może ta, że żaden facet nie był wystarczająco dobry, by zadowolić ojca (świetny jak zawsze Marian Dziędziel w tej roli), który mimo raka mózgu do końca pozostaje cyniczny, z ciepłą, ale jednak ironią nazywający córki krowami, nawet w obliczu własnej niepełnosprawności. Despotyczny i nieznoszący kwestionowania własnych potrzeb, ale też niejednoznacznie uległy i kochający miłością chłodną, egzekwującą prawo ostatniego słowa, choćby na drodze krętactwa. Kasia (bardzo dobra Gabriela Muskała w roli rozchwianej emocjonalnie, infantylnej i sięgającej do kieliszka nauczycielki), nie najlepiej radzi sobie z życiem. Z jednej strony syn, młodociany diler narkotyków, z drugiej mąż nieudacznik, który wiecznie szuka pracy tak, by jej przypadkiem nie znaleźć (Marcin Dorociński inny niż zwykle i przekonujący na dalekim planie, gdzie jego miejsce). Kasia w tej sytuacji nie ma wyjścia, mieszka z rodzicami i raczej na koszt rodziców, bo trudno, żeby nauczanie początkowe dawało środki na wycieczki do Egiptu z takim mężem i synem. Ma jednak głębsze powody, żeby sięgać po alkohol, bo na tle siostry od zawsze wypada blado, jako ta głupsza, nieudana. Kasia jest niestabilna, toteż w obliczu choroby matki bezrefleksyjnie sięga po wszystko, co jest w zasięgu, by pomóc (wymowne sceny na przemian z szamanką i księdzem, bo dla niej rodzaj wiary nie ma znaczenia, byle była skuteczna). Ta siostra reprezentuje inną stronę życiowej porażki, ale też wywołuje żal u Marty, że choć ona jest samodzielna, silna, jednak większym kosztem daje radę, skoro nie może polegać na Kasi, rozbitej i niedojrzałej, i to na Marcie spoczywa ostatecznie odpowiedzialność za jakość i komfort odchodzenia rodziców.

Mam problem z tym filmem, bo nie wiem, o czym mocniej traktuje? Czy o odchodzeniu rodziców, z którym każdy musi się zmierzyć, zawieszając na kołku swoje życie, problemy, ale też animozje, pretensje i żale pielęgnowane od dzieciństwa? Czy raczej o relacjach z bliskimi, bo zawsze na jakimś etapie dorosłości są formą zbierania plonu, spłacania ostatnich rat za wzajemne zranienia, roszczenia i brak porozumienia z rodzeństwem, ale jednak w obliczu miłości, która choć była bolesna przez całe życie, najsilniej daje o sobie znać dopiero, gdy najbliższych tracimy? Myślę, że na te pytania każdy musi sam odpowiedzieć, gdy już zdecyduje się pójść do kina. „Moje córki krowy” to nie jest dzieło, które przewróci nam świat do góry nogami, ale z pewnością wchodzi drzazgą niepokoju pod skórę i uwiera, więc jest filmem ważnym, prawdziwym i bardzo ludzkim.

excentrycyJeśli życzyłbym sobie, żeby cały nowy rok był dla Was i dla mnie taki, jak jego początek w kinie, po spotkaniu z najnowszym filmem Janusza Majewskiego, to chyba wyłącznie w kontekście swingowego rytmu i wspaniałej muzyki, która poniesie nas przez najbliższe trzysta dni z okładem. Powiem otwarcie: po wiekopomnych dokonaniach reżysera („Zazdrość i medycyna”, „Zaklęte rewiry”, „Lekcja martwego języka”, „CK Dezerterzy), „Excentrykom” bardzo trudno będzie doskoczyć do miana dzieła. Lubię kino Majewskiego, cenię prozę Kowalewskiego, ale w przypadku „Excentryków” wróżę raczej sukces jednego sezonu i to zimowego. Przyczyn upatruję w pierwowzorze, czyli powieści olsztyńskiego pisarza. Na ile broni się jej literacki wymiar, na tyle nie ma w tym utworze materiału na film fabularny. Historia miłości do jazzu w mrocznym PRL-u wcale nie musi być filmowa, nawet jeśli jest literacka. Owszem, udaje się przemycić smak fascynacji, prawdę o tym, że prawdziwa pasja chroni przed każdą formą zniewolenia, pozostawia ogromny margines wolności wewnętrznej. Jednak film, przy tej obsadzie, i dosyć płaskiej warstwie fabularnej czy dramatycznej, staje się miksem teledysków z papierową historią w tle. Ale historią czego? Życia muzyką, która chroni przez ponurością czasów? Miłości ulotnej i skazanej na porażkę bez względu, czy jej obiektem jest muzyka czy piękna i niejednoznaczna Modesta? Czy może to historia sentymentalna o tym, że swing porywa i jednoczy wszystkich i obok siebie mogą grać reżimowy milicjant z rodakiem powracającym z Anglii w czasie nienajlepszym z możliwych? W każdym razie film jest mało dramatyczny, ale mocno wodewilowy i jeśli o to szło, zamierzenie z pewnością się udało, ale czy przekonuje poza warstwą muzyczną?

Nie sposób jednak odmówić mocnych i świetnych akcentów komediowych, wspaniałych kreacji aktorskich drugoplanowych. Tutaj bez wątpienia króluje Anna Dymna w roli Bayerowej, kobiety zgorzkniałej, przerażonej nowym światem, który pozbawił ją wszystkiego i zniszczył smak dotychczasowego życia. Bayerowa siedzi we własnym łóżku brudna, zapijaczona, rozczochrana i przerażona. Przeklina, nienawidzi, ma ochotę wbić się pod kołdrę, przeczekać wariactwo komunizmu do końca jej lub systemu. Jest w tym tak samo malownicza i wiarygodna jak wówczas, gdy znienawidzony system przywraca jej człowieczeństwo i resocjalizuje, czyniąc z niej cudownie cyniczną babcię klozetową, wykreowaną nieco surrealistycznie i prowokacyjnie na relikt minionej epoki, gdy sięga po Bayerowamakijaż, woalkę i długą lufkę z papierosem, by robić za damę pośród kabin i pisuarów, w zbieraninie ludzi pędzących za potrzebą. Smaczku komediowego dodaje filmowi z pewnością także Wojciech Pszoniak w roli stroiciela fortepianów i muzyka Felicjana Zuppe, który wietrzy wszechobecny spisek homoseksualistów w historii literatury polskiej i jak się okazuje ma ku temu osobiste powody. Jeśli mowa o kreacjach i odtwórcach, największym rozczarowaniem jest wybór Macieja Stuhra do głównej roli męskiej. Gdy czytałem powieść  Kowalewskiego, trudno było oprzeć się wrażeniu, że Fabian, to mężczyzna postawny, w średnim wieku, szarmancki i z klasą. Wizerunkiem przypominał raczej nieodżałowanego Jana Machulskiego z czasu, gdy grał kasiarza Kwintę w „Vabanku”. Trudno było uwiarygodnić w tej roli wciąż młodego Stuhra o chłopięcej urodzie. Ale takie prawo reżysera, że może widzieć postaci jak chce. A nasze prawo widzieć w tych filmach plusy i minusy, najmniej ufając trailerom i uniesieniom dziennikarzy sławiących nowe szaty króla.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Kultura

 

„Las. I tak dalej…”

13 lis

4-ranoCzym i jak uwodzi czytelnika Jan Jakub Kolski? Pewnie nie każdego i nie w ten sam sposób, jeśli w ogóle uwodzi. Jednych może irytuje, innych nawet przeraża. Pisarz wytrąca nas z z orbity tyleż niezbędnych, co rytualnych czynności dnia i wrzuca do lasu, w którym będzie mało komfortowo, czasem podziemnie, nawet brudno, krwawo, trochę śmierdząco i nie zawsze w uniesieniu, mało swojsko, ale bardzo ludzko, choć pośród zwierząt . Gdy czytałem najnowszą powieść jednego z najoryginalniejszych i najciekawszych twórców naszego czasu, przekonałem się po raz kolejny, że nie ma Kolskiego – pisarza bez Kolskiego – reżysera. To jest jedna całość, którą czuje się w każdym dialogu, opisie postaci, miejsca, bo narracja literacka filmowca jest oszczędnym, niemal gotowym scenariuszem, a scenariusz głęboką opowieścią o trwałym smutku egzystencji, ulotnych uniesieniach i ogromie tęsknoty do bliskości tyleż głębokiej, co nieuchronnie zapowiadającej kres wszelkiego spełnienia, gdy to jest już niemal w zasięgu dłoni.

W powieści „Las, 4 rano” nie ma długich opisów, nie ma rozpływania się w charakterystyce bohaterów. Wszystko tu jest kreślone wyraźną i ascetyczną kreską, a jednak czytelnik dostaje obraz z poświatą tajemnicy w tle. Szybko wchodzi w wartką fabułę, dramatycznie odczuwa iskrzenie między wyrazistymi postaciami, ale zmaga się też z odmiennością ich egzystencjalnych doświadczeń. Przeczuwa, jak bardzo parze bohaterów do siebie blisko, ale nie może zapomnieć o dzielącej ich przepaści.

Co mogło połączyć leśnego dziada, bezdomnego faceta po sześćdziesiątce, który zakopał swoją walizkę z garniturem od Armaniego, i tanią prostytutkę, ustawioną przy drodze? Na pierwszy rzut oka chyba tylko plac z kilkoma kontenerami na śmieci. Z pozoru dzieli ich wszystko: wykształcenie, wiek, pokoleniowe doświadczenie, przeszłość przeżyta w różnych realiach, cele i powody pobytu w lesie, ale łączy potrzeba ocalenia obecności, czasem czułości i rozmowy, tego, co elementarne dla naszego człowieczeństwa, gdy już je odrzeć z ulotnych ambicji, woli posiadania, z pracy, z pogoni za czasem i pieniądzem, gdy pozbawić oddania korporacji i światu za nic mającemu podmiotowość.

Ona czasem przynosi mu pizzę, czasem niedopitego szampana, zbiera dla niego pluszaki po śmietnikach, których praniem i ocalaniem dziad spłaca dług wobec bolesnej straty. On nawet nie jest o nią zazdrosny, nie cierpi z powodu uprawianego przez nią procederu, ale chętnie prawi kazania, jak przegrany nauczyciel spóźnionej uczennicy. Zmusza Natę do lektury trudnych książek, o których potem próbuje rozmawiać, ale też mówi do niej pięknie i czule, umie poetycko komplementować jej urodę, przytula, przypomina o kobiecości, bo przecież nie dostanie tego od klientów, wśród których spotkamy przerażonych pantoflarzy, niespełnionych w miłości nieudaczników, czy pożałowania godnych kierowców i dostawców wszelkich towarów.

Łączy ich jeszcze coś, co kładzie się cieniem na tej relacji, co nakazuje łapczywie chwytać chwile spędzane razem. Ich spotkania mają w sobie gwałtowność zbliżeń zakazanych, a rozmowa sprowadza się do bardzo krótkiej wymiany prostych zdań, byle nie przekroczyć granicy wypowiedzenia prawdy i głębi uczucia, bo lepiej zaklinać niedopowiedziane. Ciągle spotykają się w pośpiechu i niedbale, jakby wynurzali się do zaczerpnięcia powietrza ze swoich odrębnych bagienek życia, by znowu tęsknić. Ale do czego? Do kolejnego spotkania? A może uczą się odchodzenia, zanim przyzwyczają się do miłości? Mogą jedynie marzyć o wspólnym domu, mogą bawić się w jego namiastkę w leśnej ziemiance, pomiędzy zwierzętami, szmatami, ciuchami, ale już nie mogą stworzyć domu na dobre. Obydwoje czują nieuchronność unicestwienia wszystkiego, łącznie z nadzieją, że może być inaczej, lepiej i do końca.

Pewnego dnia, z jakiegoś ważnego powodu, dziad  wyskoczył  z pociągu. Doszedł do granicy wytrzymałości, do ściany poprzedniego życia. Chciał odciąć się od pełnej przepychu i dramatu przeszłości, ale nie potrafił się zastrzelić. Nie mógł zdobyć się na śmierć, więc upodlił się życiem w lesie, na granicy, pomiędzy tym, co na powierzchni, a legowiskiem pod ziemią, z konieczności zabijając zwierzęta, które jednocześnie potrafi kochać swoją szorstką miłością. Bo jest w nim zbyt silna konieczność życia, afirmacji człowieczeństwa niejako za pokutę, ale też potrzeba dobra, trwania do końca częściej w starciu z własnym losem niż w pełnej nań zgodzie, bo wie, że „bycie sobą jest nieuniknione i wkurwiające, ale nie ma przed nim ucieczki”. Wie też doskonale, że „bycie”, to jednak nie „unicestwienie”. Nata z wielu powodów uciekała od swojej ubogiej i skazanej na nijakość egzystencji, by na skraju lasu wylądować z marzeniem o spokojnym życiu.  Przeczuwa swoją rychłą śmierć, bo ta w jej zawodzie grozi każdego dnia, a w końcu przecież nadciągnie jak rosomak, żądny krwi i zemsty.

Czy mogliby wspólnie zbliżyć się do starości? Nie ma na to warunków, więc zatracają się w zabijaniu lęków i namiętności do utraty tchu, choćby pod strzępami ogrodowej folii, w czasie burzy. Nie wiedzą, że zbliża się najsilniejszy grom z jasnego nieba, który skróci egzystencję Naty, a Firsta przyprawi o spadek, z którym nie będzie wiedział, co począć, ale też nie będzie potrafił go odrzucić. Nata, powierzając mu najcenniejszy skarb, doskonale wiedziała co robi, bo dostrzegła w osobie dziada dobroć ułomną, człowieka równie mocnego, co poharatanego i wulgarnego.

Pojawienie się nowej kobiety, w zasadzie dziewczynki, Jadzi, stało się dla Firsta przyczynkiem do narodzin nowego sensu, kolejnym przekleństwem miłości i nadziei. Stąd pewnie podtytuł powieści: „Historia o człowieku skazanym na miłość”. Miłość utracona zaznaczyła swój kres tam, gdzie zaczyna się nowa. Dziad już wie, że tym razem nie zmarnuje okazji. Najpierw rozprawi się ze złem symbolicznym w postaci drapieżnego i cwanego Rosomaka, obcego, który zagraża bezpośrednio życiu jego nowej miłości. Później rozprawi się z Borią, alfonsem, bo ten stanowi realne zło, zagrażające Jadzi, stającej u progu mądrej i pięknej kobiecości. Teraz First już nikogo nie zawiedzie, choć też nie wie, czy podoła, bo kto z nas to wie?

Nowa powieść Kolskiego ubiera się w szatki przypowieści, ale mądra to przypowieść o utracie i zmartwychwstaniu do tego, co najważniejsze. Pokazuje, że w trudnych momentach, równie tragicznie spotykamy miłość i śmierć, które chcąc nie chcąc, nieustannie ze sobą sąsiadują. Rozkwit i kres, to bliscy krewni zmienności naszych marzeń, pragnień i dążeń do spełnienia. Tracimy to, co najcenniejsze i z upadku, z bezradności, podnosimy się do czegoś podobnego, co może zdać się jeszcze cenniejsze, o ile znowu śmierć, w jednej ze swoich odmian, nam tego nie zabierze. Co zyskujemy? Banałem byłoby powiedzieć: hart ducha… patosem ciągnie stwierdzenie: mądrość i szlachetność, zatem zyskujemy to coś, co pozwoli odczuć lepiej, że bycie sobą jest jeszcze bardziej wkurwiające, bo pełniejsze.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Kultura

 
 

  • RSS