RSS
 

Przychodzi Y do lekarza

14 lut

Tomasz kręcił głową i zerkał z niedowierzaniem w rejestr:

 – Za długo wypoczywałem, teraz mam za swoje, a było tak pięknie! Słońce, narty, góry! A teraz u drzwi dzieci matki korporacji i planu sprzedaży. Dżizas, ależ tego jest: pani Andżelika rocznik 1987, Dawid 1988… pan Aleks 1987, niech będzie i Noemi 1990. Administrator, sprzedawca, opiekun klienta bezradnego, doradca zagubionego i wciskacz kitu bez ramy okiennej… znowu generation Y i zero litości dla starego doktora. Lidka, błagam, jeszcze jeden dzień wolnego!

- Dasz radę, doktor, zaprawiony w boju od wigilii. Pamiętasz doroczny ewenement? Takiego nawet w recepcji nie widziałam – Lidka uśmiechnęła się szelmowsko dotykając klamki – Przyczajony zwierz komputerowy, co on tam miał?

-  Tu go bolało – doktor Tomasz wbił palec wskazujący w swój brzuch, którego wielkość nie zrobiła sobie wiele z tygodniowego szusowania w Alpach.

- A przyczyna? – Recepcjonistka nie dała za wygraną.

- Wigilia, moja droga, poważna choroba zawodowa naszych czasów. Tu go boli raz w roku, to przyszedł, bo już za cholerę nie chce tu boleć w rezurekcję. Na Wielkanoc jajka maluje i szczęśliwy, a w wigilię ból bolesny dopada i mus doktora odwiedzić. Tak to działa, gdy trzeba przełamać się z dyrektorem regionalnym, opłatek bardziej niestrawny niż śledź po kaszubsku na Mazurach. Przez okrągły rok chłopak zdrowy jak byk na wyjeździe integracyjnym i tylko wigilia mu corridą. A ja miałem być ten cudotwórca, co dotknięciem pięty wszystkie wigilie świata zamieni mu w klub go go, żeby bólu we flaku nie zaznał po kres dni, jego lub moich. Niestety, trafił na konowała. Za rok powróci niczym gwiazda wskazująca Betlejem!

Ledwie doktor Tomasz puścił oko do Lidki, w drzwi wbiła się ostrzyżona krótko główka o ptasiej twarzy. Dziewczyna bez słowa usiadła przed biurkiem i patrzyła w oczy bez powitania. Tomasz spoważniał i czekał. Za długo, cisza wzmocniła odgłos ściennego zegara, a sekundnik groźnie odliczał regulaminowe dziesięć minut. Doświadczenie podpowiadało, że coś złego zawisło w powietrzu, będzie mało przyjemnie i starcie nie wyłoni zwycięzcy. Mimo narastającej suchości w gardle Tomasz przemówił:

- Z czym pani przychodzi? Co pani dolega?

Ptasia twarz przechyliła się w lewą stronę, jakby z niedowierzaniem, czy ma przed sobą lekarza czy wór słonecznika do skarmienia.

- Skąd mam wiedzieć?! To pan jest lekarzem, chyba. Z naciskiem na „chyba”, co?!

- Jak pani słusznie zauważyła, lekarzem, nie jasnowidzem, nie czarnoksiężnikiem z krainy Oz, dlatego pytam, gdzie panią boli – z trudem powstrzymał się przed dodaniem: oprócz głowy.

- A! Pan o tym! Ja nie wiem, czy boli, jakoś tak mnie mdli i w głowie się kręci. Mam taką bezsiłę ogólnie. Wstaję z rana i jestem taka wiotka. Przelewam się tak sama w sobie, jakby nic od środka nie trzymało. Niby nic nie boli, a padam. Przeczytałam w internecie, że to może być objaw czegoś poważnego. Wstaję i wracam do łóżka, żadnej energii. Od roku pracuję, te tabelki, segregatory, te kolumny excela, ja nie umiem tak żyć, pod linijkę nie umiem jeść, wyjść, wrócić, zawsze tak samo. I w kółko: dziewiąta – siedemnasta, czasem dziewiętnasta! Trochę kaszlę, trochę mam wysypkę na przedramionach, trochę głowa mnie boli. Pan tego nie zrozumie, prawda?

- Mam dobrą wolę, spróbuję przynajmniej panią osłuchać i wysłuchać. Od dawna pani to ma?

- Trzeci raz, ale pierwszy w tym roku.

- Taka pora roku. Wszyscy to mamy, przednówek, brak słońca, podłe ciśnienie. Powinna pani wysypiać się, przynajmniej siedem godzin, magnez, trochę witamin i trzy dni zwolnienia, co? Podziała lepiej niż antydepresant, prawda?

- Cztery.

- Ale za trzy dni weekend przecież, odpocznie pani.

- Ale mnie od wczoraj w pracy nie ma.

- Przykro mi, ale na to nie poradzę. Nie mogę wystawić zwolnienia z wczorajszą datą, też mam segregatory, kolumny, tabelki, przełożonych i kontrole.

          Ptasia twarz zastygła z dzióbkiem gotowym do trelu, ale pokraśniała nagle i nie było już zadatku na taniec godowy. Wyrzuciła litanię żalu i dodała coś o ignorancie, który zajmuje miejsce lekarzom z powołania. W słowotoku zapowietrzyła się nagle i dodatkowo poczerwieniała. Bezdech uniemożliwił zamiar wypowiedzenia czegoś istotnego i wystrzeliła z krzesła jak z procy. Zdało się na moment, że podmuch zatrzaskiwanych drzwi oddał ją zapomnieniu. I tu nastąpił kres pobożnego życzenia doktora. Drzwi otworzyły się ponownie:

- … i niech pan sobie nie myśli, idę napisać skargę na pańską ignorancję i niekompetencję! Pan lekceważy pacjenta i od niego oczekuje diagnozy. Ale to tak się nie skończy, nie zamierzam tolerować braku profesjonalizmu!

          Tomasz nie zdążył przejąć się groźbą, bo następny pacjent był szerszy i ptasia twarz ustąpiła pod naporem wielkiej masy z iphonem w garści. Skuteczny sprzedawca nie odrywał wzroku od ekranu, na którym palce podrygiwały jak pod napięciem. Usiadł i nie zważając na lekarza, wydobył z torby kolejne urządzenie, a jego wzrok biegał już po nowym ekranie. Tomasz wpatrywał się w przyciężki kwiat tego sekretu i zastanawiał się jak długo pozwolić pacjentowi ignorować czas i miejsce akcji. Chrząknął znacząco i powitał, ale nie spotkał się z żądaną reakcją.

- Czy mogę dowiedzieć się, czemu zawdzięczam wizytę? – Nie wytrzymał dłużej, ale skutkiem tego padło słowo „chwila”, wyrzucone z przegrody zębów tegoż. Tomasz patrzył w okno, a za drzwiami kolejni pacjenci patrzyli na zegar, więc nie wytrzymał – Zabiera pan czas innym, nie rozumie pan tego?

- Chwila, powiedziałem! Jeszcze nie skończyłem. To pan jest dla mnie, a nie ja dla pana, prawda? Ta wizyta jest w moim abonamencie i pan jest w nim także, doktorze! To ja będę decydował o tym, kiedy zabiorę głos, moja firma za to płaci.

          Tomasz spojrzał na zegarek i obficie występujący pot na czole grubasa. Uznał, że wytrzyma jeszcze pięć minut i ryzykując kontrakt pozbędzie się pacjenta. Przeglądał dokumentację, ale nie było nic do wglądu, pacjent najwyraźniej z pierwszą wizytą i w końcu jednak raczył oderwać wzrok od iphona.

- Pan mi da skierowanie, doktorze.

- Tak, a do kogo?

- Nie do kogo, tylko na co. Na tomograf, muszę badanie sobie zrobić.

- To może najpierw ustalmy, co panu dolega, może najpierw podstawowy zakres badań zlecę? Ten tomograf…

- Nic mi nie dolega, ale może mam coś, co nie boli, a o czym chcę się dowiedzieć, muszę sprawdzić! Nie chcę żadnych badań. Tomograf powie wszystko, a ja nie mam czasu na latanie po laboratoriach. Plan sprzedaży mi się wali! Ale w ogóle, po co ta dyskusja?! Pan daje skierowanie i już mnie nie ma.

- Nie mogę dać skierowania bez powodu, ja też mam swoje procedury, chyba pan to rozumie?

- Panu się coś pomyliło, doktorze. Płacę, firma płaci, a ja wymagam. Mam to w abonamencie i nie interesują mnie pana instrukcje obsługi pacjenta. Ale jak tego pan nie rozumie, to przejdę się wyżej. Szkoda czasu na niekumatego gościa w kitlu. Założy się pan, że dostanę to skierowanie? Daje pan?

- Nie daję.

- No to tymczasem żegnam. 

„Sprawnie dziś idzie to leczenie”, Tomasz uśmiechnął się gorzko do myśli i nagle poczuł, że praca nie wymaga wielkiej kompetencji. To pokolenie będzie przychodzić wyłącznie z żądaniami, samo wie, czego chce. Abonament i doktor Google sprowadzi go do roli upierdliwego urzędnika, od którego egzekwuje się usługę albo trzeba dostarczyć skargę na nieuprzejmość i arogancję. Nie uśmiechnął się drugi raz, bo cicho wśliznęła się postać z czymś na kształt przerzedzonego pióropusza na głowie, w obcisłych rurkach na anorektycznych nóżkach i w sweterku sięgającym kolan. Chyba mężczyzna, ale Tomasz nie miał pewności. Równie dobrze mogła być to dziewczyna w drodze do krągłości bioder i w oczekiwaniu na biust. Lekarz włożył okulary i teraz dostrzegł szczątkowy zarost na gładziutkim liczku. Pacjent usiadł i spojrzał na doktora wzrokiem proszącym o odwagę.      

- Co dolega? – Doktor na wszelki wypadek powstrzymał w ostatniej chwili to „panu”, bo płeć gościa nadal stała pod znakiem zapytania.

- Boli mnie tak dziwnie, to przyszedłem.

- Ale gdzie konkretnie boli?

- Trochę gardło. Trochę drapie mnie podniebienie, ale najdziwniej to tu mnie boli, tak wie pan… – Pacjent popukał się palcem wskazującym centralnie między oczy, ale nic nie utracił z nieśmiałości i powagi. – Tak dziwnie panie doktorze.

- Tu?! – Tomasz naśladował pukanie w czoło i dało mu to ulgę, że prostym gestem naraz ujął stan umysłu wszystkich dziś zarejestrowanych.

- Tak, ale jak patrzę w ekran laptopa, dotkliwy ból między oczami się pojawia, punktowy. I nie mam tego jak gram w domu, nie mam tego na tablecie i na czacie, na forum. Nawet w smartfonie nie mam tego bólu, a jak otwieram laptopa, to mam od razu, aż oczy zamykam z ciśnienia.

- Rozumiem, to może ja pana zbadam, proszę się rozebrać.

- A to konieczne?

- Nigdy nie był pan u lekarza? Przecież nie osłucham pana przez ubranie. W czym problem?

- Wolałbym się nie rozbierać…

- Krępuje to pana?

- Nie, ale fryzurę zepsuję, pół godziny układałem.

- W takim razie proszę przynajmniej wysunąć ręce z rękawów i podnieść koszulę do szyi.

          Dokładnie zbadał, co się dało, byle już nie myśleć o fryzurze pacjenta i powstrzymać śmiech bezradności. Pacjent osłuchowo czysty i bez znaków chorobowych, ale wymagał jakiejś diagnozy i w tym momencie lekarza przeszyła jasność:

- A ten ból – Tomasz znacząco popukał się wskazującym między oczy – to panu dokucza w zetknięciu ze służbowym laptopem, tak?

- Wyłącznie, niestety…

- No właśnie, sam pan widzi, może trzeba z tym coś zrobić. Może pracy poszukać?

- Też tak myślę czasami. Że to nie wystarczy wniosek o nowy laptop. To ja powiem mamie, że pan tak powiedział, że dla mojego dobra i jej spokoju, muszę się zwolnić. I to jak najszybciej! Przecież nie chce mnie w szpitalu oglądać albo w jakimś wariatkowie, prawda? Dziękuję, panie doktorze! No wreszcie jakiś normalny specjalista. Bardzo dziękuję i miłego dnia życzę.

- Ale może chociaż skierowanie panu wypiszę? … do neurologa?

          Pacjenta już nie było. Tomasz ukrył twarz w dłoniach i zobaczył siebie na pustej plaży, niemal usłyszał szum odwiecznych fal, gdy do gabinetu wbił się stukot szpilek. Rozchylił palce i lewej dłoni i między nimi dostrzegł blond platynę. Wymuskane włosy przybliżały się nieuchronnie, a potem wbiła się w oko ostra czerwień pomadki na ustach wypełnionych botoksem tak boleśnie, że gotów był zatkać uszy w obawie przed eksplozją warg. Właścicielka ładunku z opóźnionym zapłonem usiadła naprzeciwko i zarzuciła nogę na nogę tak gwałtownie, że karminowa szpileczka zagroziła nieplanowanym odlotem:

- Dzień dobry panu. Ja mam tu umówioną wizytę podobno. Ja jestem z Warszawy.

- Tak? A poza tym, co pani dolega?

- No właśnie, pan jest tu psychiatrą, tak?

- Tak? No właśnie, czemu nie jestem psychiatrą, wszystko byłoby jasne. Minąłem się z powołaniem, a pani z gabinetem. Pokój siedemnaście, serdecznie żegnam panią, bardzo serdecznie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Między krowami a słoneczną stroną ulicy

20 sty

Tak się złożyło, że sylwestrowy wieczór spędziliśmy w kinie Helios. Stary rok pożegnaliśmy filmem „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej, nowy zaś witaliśmy obrazem Janusza Majewskiego „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Minęło wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć o sylwestrze, ale jakoś nie potrafię ani puścić w niepamięć, ani dojść do ładu z odbiorem obu obrazów. Rzecz doskwiera szczególnie teraz, gdy na dobre rozkręcono medialną machinę promocyjną. Gdy w radiu, telewizji, w czasopismach i portalach społecznościowych filmy przedstawia się jako wydarzenie kulturalne początku roku, nie sposób nie ulec nachalności reklamy. Tymczasem zamiast wspomnienia smaku dobrego kina mam raczej powracający refluks niewystarczalności. Nie jest dokuczliwa niestrawność, ale w miejsce uniesień towarzyszy dysonans poznawczy. To coś jak bolesny skutek zderzenia nadziei wartościowego obrazu z pędzącą lokomotywą promocji, która miażdży przyganą, że nie odkryłem zawartości dzieła w dziele. Zatem możliwości są dwie: widz malkontent, któremu nowe za mało dobre albo jeszcze raz w trailerach sprzedają nam więcej niż w kinie. Zacznę jednak w porządku oglądanych filmów.

krowyPrzyznam szczerze: o filmie Kingi Dębskiej z premedytacją nic nie czytałem aż do seansu. Nie chciałem nastawiać się z góry, więc nie miałem nawet pojęcia, o czym film traktuje, do kogo jest kierowany, jakiej problematyki dotyczy. Z fragmentu wywiadu z reżyserką, emitowanego w radiowej „Trójce”, usłyszałem, że to komediodramat, który miał już świetne przyjęcie w USA, co w moim odczuciu wielkiej chwały filmowi przysparzać nie musi. Tymczasem o głębokie poruszenie było jakoś trudno podczas sylwestrowej projekcji filmu „Moje córki krowy”. Od początku coś przeszkadzało wejść w świat przedstawiony. Może cisza tego filmu? Porażający brak muzyki, która bardzo by się przydała, choćby ze względu na sąsiedztwo kobiety obrzydliwie chrupiącej nachosy. Przeszkadzała też ciężka atmosfera na starcie, niemal od razu szpital, nagła choroba matki bohaterek, gdy na pierwszy rzut oka z ojcem też nie wszystko w porządku. Zatem bez owijania w bawełnę fabuły określone zadania: rodzice chorzy, córki choć różne, emocjonalnie od siebie odległe, będą zmagać się z mocno zakorzenionymi konfliktami w obliczu wspólnego nieszczęścia. Czyli pozamiatane przed wejściem, na starcie wiadomo i do końca niewiele się zmieni, co najwyżej falowanie emocji da o sobie znać. W tym momencie można zamknąć główną oś dramatyczną. Czy zatem trzeba nam w kinie kolejnego obrazu o zmaganiu z miłością, z relacjami rodzinnymi wobec śmiertelnej choroby, choćby po „33 scenach z życia” Szumowskiej? Czy też ostatnio po „Chemii” Prokopowicza?

Różnie można na to patrzeć, ale na rzecz obrazu Dębskiej przemawia z pewnością łagodzący traumę humor. Komizmem sytuacyjnym rozładowuje dramat bezradności córek i zmaganie z odchodzeniem rodziców. Ciepła ironia oddziela grubą kreską temperament, mentalność, intelekt sióstr, ich tak odmienne osobowości na tle despotyzmu ojca, który swoją postawą wpłynął na różne formy wypaczenia życia obu. Marta (Agata Kulesza) to kobieta mocna, zorganizowana, podchodzi do problemów zadaniowo, ale też zachowuje czułość wobec ojca i matki. Wychowuje dorosłą córkę, radzi sobie z życiem, jest serialową aktorką, której nie doskwierają braki materialne, ale niewykluczone, że dokucza jej samotność, bo nie potrafiła zbudować trwałej relacji z żadnym mężczyzną. Przyczyna? Być może ta, że żaden facet nie był wystarczająco dobry, by zadowolić ojca (świetny jak zawsze Marian Dziędziel w tej roli), który mimo raka mózgu do końca pozostaje cyniczny, z ciepłą, ale jednak ironią nazywający córki krowami, nawet w obliczu własnej niepełnosprawności. Despotyczny i nieznoszący kwestionowania własnych potrzeb, ale też niejednoznacznie uległy i kochający miłością chłodną, egzekwującą prawo ostatniego słowa, choćby na drodze krętactwa. Kasia (bardzo dobra Gabriela Muskała w roli rozchwianej emocjonalnie, infantylnej i sięgającej do kieliszka nauczycielki), nie najlepiej radzi sobie z życiem. Z jednej strony syn, młodociany diler narkotyków, z drugiej mąż nieudacznik, który wiecznie szuka pracy tak, by jej przypadkiem nie znaleźć (Marcin Dorociński inny niż zwykle i przekonujący na dalekim planie, gdzie jego miejsce). Kasia w tej sytuacji nie ma wyjścia, mieszka z rodzicami i raczej na koszt rodziców, bo trudno, żeby nauczanie początkowe dawało środki na wycieczki do Egiptu z takim mężem i synem. Ma jednak głębsze powody, żeby sięgać po alkohol, bo na tle siostry od zawsze wypada blado, jako ta głupsza, nieudana. Kasia jest niestabilna, toteż w obliczu choroby matki bezrefleksyjnie sięga po wszystko, co jest w zasięgu, by pomóc (wymowne sceny na przemian z szamanką i księdzem, bo dla niej rodzaj wiary nie ma znaczenia, byle była skuteczna). Ta siostra reprezentuje inną stronę życiowej porażki, ale też wywołuje żal u Marty, że choć ona jest samodzielna, silna, jednak większym kosztem daje radę, skoro nie może polegać na Kasi, rozbitej i niedojrzałej, i to na Marcie spoczywa ostatecznie odpowiedzialność za jakość i komfort odchodzenia rodziców.

Mam problem z tym filmem, bo nie wiem, o czym mocniej traktuje? Czy o odchodzeniu rodziców, z którym każdy musi się zmierzyć, zawieszając na kołku swoje życie, problemy, ale też animozje, pretensje i żale pielęgnowane od dzieciństwa? Czy raczej o relacjach z bliskimi, bo zawsze na jakimś etapie dorosłości są formą zbierania plonu, spłacania ostatnich rat za wzajemne zranienia, roszczenia i brak porozumienia z rodzeństwem, ale jednak w obliczu miłości, która choć była bolesna przez całe życie, najsilniej daje o sobie znać dopiero, gdy najbliższych tracimy? Myślę, że na te pytania każdy musi sam odpowiedzieć, gdy już zdecyduje się pójść do kina. „Moje córki krowy” to nie jest dzieło, które przewróci nam świat do góry nogami, ale z pewnością wchodzi drzazgą niepokoju pod skórę i uwiera, więc jest filmem ważnym, prawdziwym i bardzo ludzkim.

excentrycyJeśli życzyłbym sobie, żeby cały nowy rok był dla Was i dla mnie taki, jak jego początek w kinie, po spotkaniu z najnowszym filmem Janusza Majewskiego, to chyba wyłącznie w kontekście swingowego rytmu i wspaniałej muzyki, która poniesie nas przez najbliższe trzysta dni z okładem. Powiem otwarcie: po wiekopomnych dokonaniach reżysera („Zazdrość i medycyna”, „Zaklęte rewiry”, „Lekcja martwego języka”, „CK Dezerterzy), „Excentrykom” bardzo trudno będzie doskoczyć do miana dzieła. Lubię kino Majewskiego, cenię prozę Kowalewskiego, ale w przypadku „Excentryków” wróżę raczej sukces jednego sezonu i to zimowego. Przyczyn upatruję w pierwowzorze, czyli powieści olsztyńskiego pisarza. Na ile broni się jej literacki wymiar, na tyle nie ma w tym utworze materiału na film fabularny. Historia miłości do jazzu w mrocznym PRL-u wcale nie musi być filmowa, nawet jeśli jest literacka. Owszem, udaje się przemycić smak fascynacji, prawdę o tym, że prawdziwa pasja chroni przed każdą formą zniewolenia, pozostawia ogromny margines wolności wewnętrznej. Jednak film, przy tej obsadzie, i dosyć płaskiej warstwie fabularnej czy dramatycznej, staje się miksem teledysków z papierową historią w tle. Ale historią czego? Życia muzyką, która chroni przez ponurością czasów? Miłości ulotnej i skazanej na porażkę bez względu, czy jej obiektem jest muzyka czy piękna i niejednoznaczna Modesta? Czy może to historia sentymentalna o tym, że swing porywa i jednoczy wszystkich i obok siebie mogą grać reżimowy milicjant z rodakiem powracającym z Anglii w czasie nienajlepszym z możliwych? W każdym razie film jest mało dramatyczny, ale mocno wodewilowy i jeśli o to szło, zamierzenie z pewnością się udało, ale czy przekonuje poza warstwą muzyczną?

Nie sposób jednak odmówić mocnych i świetnych akcentów komediowych, wspaniałych kreacji aktorskich drugoplanowych. Tutaj bez wątpienia króluje Anna Dymna w roli Bayerowej, kobiety zgorzkniałej, przerażonej nowym światem, który pozbawił ją wszystkiego i zniszczył smak dotychczasowego życia. Bayerowa siedzi we własnym łóżku brudna, zapijaczona, rozczochrana i przerażona. Przeklina, nienawidzi, ma ochotę wbić się pod kołdrę, przeczekać wariactwo komunizmu do końca jej lub systemu. Jest w tym tak samo malownicza i wiarygodna jak wówczas, gdy znienawidzony system przywraca jej człowieczeństwo i resocjalizuje, czyniąc z niej cudownie cyniczną babcię klozetową, wykreowaną nieco surrealistycznie i prowokacyjnie na relikt minionej epoki, gdy sięga po Bayerowamakijaż, woalkę i długą lufkę z papierosem, by robić za damę pośród kabin i pisuarów, w zbieraninie ludzi pędzących za potrzebą. Smaczku komediowego dodaje filmowi z pewnością także Wojciech Pszoniak w roli stroiciela fortepianów i muzyka Felicjana Zuppe, który wietrzy wszechobecny spisek homoseksualistów w historii literatury polskiej i jak się okazuje ma ku temu osobiste powody. Jeśli mowa o kreacjach i odtwórcach, największym rozczarowaniem jest wybór Macieja Stuhra do głównej roli męskiej. Gdy czytałem powieść  Kowalewskiego, trudno było oprzeć się wrażeniu, że Fabian, to mężczyzna postawny, w średnim wieku, szarmancki i z klasą. Wizerunkiem przypominał raczej nieodżałowanego Jana Machulskiego z czasu, gdy grał kasiarza Kwintę w „Vabanku”. Trudno było uwiarygodnić w tej roli wciąż młodego Stuhra o chłopięcej urodzie. Ale takie prawo reżysera, że może widzieć postaci jak chce. A nasze prawo widzieć w tych filmach plusy i minusy, najmniej ufając trailerom i uniesieniom dziennikarzy sławiących nowe szaty króla.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Kultura

 

„Las. I tak dalej…”

13 lis

4-ranoCzym i jak uwodzi czytelnika Jan Jakub Kolski? Pewnie nie każdego i nie w ten sam sposób, jeśli w ogóle uwodzi. Jednych może irytuje, innych nawet przeraża. Pisarz wytrąca nas z z orbity tyleż niezbędnych, co rytualnych czynności dnia i wrzuca do lasu, w którym będzie mało komfortowo, czasem podziemnie, nawet brudno, krwawo, trochę śmierdząco i nie zawsze w uniesieniu, mało swojsko, ale bardzo ludzko, choć pośród zwierząt . Gdy czytałem najnowszą powieść jednego z najoryginalniejszych i najciekawszych twórców naszego czasu, przekonałem się po raz kolejny, że nie ma Kolskiego – pisarza bez Kolskiego – reżysera. To jest jedna całość, którą czuje się w każdym dialogu, opisie postaci, miejsca, bo narracja literacka filmowca jest oszczędnym, niemal gotowym scenariuszem, a scenariusz głęboką opowieścią o trwałym smutku egzystencji, ulotnych uniesieniach i ogromie tęsknoty do bliskości tyleż głębokiej, co nieuchronnie zapowiadającej kres wszelkiego spełnienia, gdy to jest już niemal w zasięgu dłoni.

W powieści „Las, 4 rano” nie ma długich opisów, nie ma rozpływania się w charakterystyce bohaterów. Wszystko tu jest kreślone wyraźną i ascetyczną kreską, a jednak czytelnik dostaje obraz z poświatą tajemnicy w tle. Szybko wchodzi w wartką fabułę, dramatycznie odczuwa iskrzenie między wyrazistymi postaciami, ale zmaga się też z odmiennością ich egzystencjalnych doświadczeń. Przeczuwa, jak bardzo parze bohaterów do siebie blisko, ale nie może zapomnieć o dzielącej ich przepaści.

Co mogło połączyć leśnego dziada, bezdomnego faceta po sześćdziesiątce, który zakopał swoją walizkę z garniturem od Armaniego, i tanią prostytutkę, ustawioną przy drodze? Na pierwszy rzut oka chyba tylko plac z kilkoma kontenerami na śmieci. Z pozoru dzieli ich wszystko: wykształcenie, wiek, pokoleniowe doświadczenie, przeszłość przeżyta w różnych realiach, cele i powody pobytu w lesie, ale łączy potrzeba ocalenia obecności, czasem czułości i rozmowy, tego, co elementarne dla naszego człowieczeństwa, gdy już je odrzeć z ulotnych ambicji, woli posiadania, z pracy, z pogoni za czasem i pieniądzem, gdy pozbawić oddania korporacji i światu za nic mającemu podmiotowość.

Ona czasem przynosi mu pizzę, czasem niedopitego szampana, zbiera dla niego pluszaki po śmietnikach, których praniem i ocalaniem dziad spłaca dług wobec bolesnej straty. On nawet nie jest o nią zazdrosny, nie cierpi z powodu uprawianego przez nią procederu, ale chętnie prawi kazania, jak przegrany nauczyciel spóźnionej uczennicy. Zmusza Natę do lektury trudnych książek, o których potem próbuje rozmawiać, ale też mówi do niej pięknie i czule, umie poetycko komplementować jej urodę, przytula, przypomina o kobiecości, bo przecież nie dostanie tego od klientów, wśród których spotkamy przerażonych pantoflarzy, niespełnionych w miłości nieudaczników, czy pożałowania godnych kierowców i dostawców wszelkich towarów.

Łączy ich jeszcze coś, co kładzie się cieniem na tej relacji, co nakazuje łapczywie chwytać chwile spędzane razem. Ich spotkania mają w sobie gwałtowność zbliżeń zakazanych, a rozmowa sprowadza się do bardzo krótkiej wymiany prostych zdań, byle nie przekroczyć granicy wypowiedzenia prawdy i głębi uczucia, bo lepiej zaklinać niedopowiedziane. Ciągle spotykają się w pośpiechu i niedbale, jakby wynurzali się do zaczerpnięcia powietrza ze swoich odrębnych bagienek życia, by znowu tęsknić. Ale do czego? Do kolejnego spotkania? A może uczą się odchodzenia, zanim przyzwyczają się do miłości? Mogą jedynie marzyć o wspólnym domu, mogą bawić się w jego namiastkę w leśnej ziemiance, pomiędzy zwierzętami, szmatami, ciuchami, ale już nie mogą stworzyć domu na dobre. Obydwoje czują nieuchronność unicestwienia wszystkiego, łącznie z nadzieją, że może być inaczej, lepiej i do końca.

Pewnego dnia, z jakiegoś ważnego powodu, dziad  wyskoczył  z pociągu. Doszedł do granicy wytrzymałości, do ściany poprzedniego życia. Chciał odciąć się od pełnej przepychu i dramatu przeszłości, ale nie potrafił się zastrzelić. Nie mógł zdobyć się na śmierć, więc upodlił się życiem w lesie, na granicy, pomiędzy tym, co na powierzchni, a legowiskiem pod ziemią, z konieczności zabijając zwierzęta, które jednocześnie potrafi kochać swoją szorstką miłością. Bo jest w nim zbyt silna konieczność życia, afirmacji człowieczeństwa niejako za pokutę, ale też potrzeba dobra, trwania do końca częściej w starciu z własnym losem niż w pełnej nań zgodzie, bo wie, że „bycie sobą jest nieuniknione i wkurwiające, ale nie ma przed nim ucieczki”. Wie też doskonale, że „bycie”, to jednak nie „unicestwienie”. Nata z wielu powodów uciekała od swojej ubogiej i skazanej na nijakość egzystencji, by na skraju lasu wylądować z marzeniem o spokojnym życiu.  Przeczuwa swoją rychłą śmierć, bo ta w jej zawodzie grozi każdego dnia, a w końcu przecież nadciągnie jak rosomak, żądny krwi i zemsty.

Czy mogliby wspólnie zbliżyć się do starości? Nie ma na to warunków, więc zatracają się w zabijaniu lęków i namiętności do utraty tchu, choćby pod strzępami ogrodowej folii, w czasie burzy. Nie wiedzą, że zbliża się najsilniejszy grom z jasnego nieba, który skróci egzystencję Naty, a Firsta przyprawi o spadek, z którym nie będzie wiedział, co począć, ale też nie będzie potrafił go odrzucić. Nata, powierzając mu najcenniejszy skarb, doskonale wiedziała co robi, bo dostrzegła w osobie dziada dobroć ułomną, człowieka równie mocnego, co poharatanego i wulgarnego.

Pojawienie się nowej kobiety, w zasadzie dziewczynki, Jadzi, stało się dla Firsta przyczynkiem do narodzin nowego sensu, kolejnym przekleństwem miłości i nadziei. Stąd pewnie podtytuł powieści: „Historia o człowieku skazanym na miłość”. Miłość utracona zaznaczyła swój kres tam, gdzie zaczyna się nowa. Dziad już wie, że tym razem nie zmarnuje okazji. Najpierw rozprawi się ze złem symbolicznym w postaci drapieżnego i cwanego Rosomaka, obcego, który zagraża bezpośrednio życiu jego nowej miłości. Później rozprawi się z Borią, alfonsem, bo ten stanowi realne zło, zagrażające Jadzi, stającej u progu mądrej i pięknej kobiecości. Teraz First już nikogo nie zawiedzie, choć też nie wie, czy podoła, bo kto z nas to wie?

Nowa powieść Kolskiego ubiera się w szatki przypowieści, ale mądra to przypowieść o utracie i zmartwychwstaniu do tego, co najważniejsze. Pokazuje, że w trudnych momentach, równie tragicznie spotykamy miłość i śmierć, które chcąc nie chcąc, nieustannie ze sobą sąsiadują. Rozkwit i kres, to bliscy krewni zmienności naszych marzeń, pragnień i dążeń do spełnienia. Tracimy to, co najcenniejsze i z upadku, z bezradności, podnosimy się do czegoś podobnego, co może zdać się jeszcze cenniejsze, o ile znowu śmierć, w jednej ze swoich odmian, nam tego nie zabierze. Co zyskujemy? Banałem byłoby powiedzieć: hart ducha… patosem ciągnie stwierdzenie: mądrość i szlachetność, zatem zyskujemy to coś, co pozwoli odczuć lepiej, że bycie sobą jest jeszcze bardziej wkurwiające, bo pełniejsze.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Kultura

 

Wybór obciachu albo obciach wyboru

07 wrz

Tak, nadszedł ten dzień. Wstałem z krzesła i nic już nie mogło mnie zatrzymać w drodze do lustra. Zobaczyłem to raz jeszcze, więc spokojnie mogłem ogolić twarz i głośno wyznać. Powiedzmy sobie jasno: przez całe życie byłem wyznawcą obciachu i żadnej idei nie byłem tak wierny. Początkowo i to przez dłuższy czas na skutek nędzy PRL-u, potem chyba z lenistwa, ale zawsze z lęku przed śmiesznością. Dlaczego nie miałem pojęcia o modach, trendach i zajobach stadnych? Przecież nie z wyboru, z pragnienia bycia ponad, wywyższania się i kroczenia własną drogą, ja tak zwyczajnie, bez politycznego nacisku i ideologii. Samo wyszło, bezrefleksyjnie i bez powodu do dumy, zwykle lecieć musiałem, czasu nie było.

Co stadu dziś miłe, za pół roku stado nazwie szczytem obciachu. Z tęsknoty do trwałości bezpieczniej sięgać po obciach jako niezmienny element trwania. W konsekwencji tego wyboru omijałem marki znane z tego, że stanowią markę, a sklepy z konfekcją odwiedzałem w sytuacjach kryzysowych, gdy krok spodni przypominał radziecką firankę po ewakuacji bazaru, a długość nogawki mylnie wskazywać mogła na pasję połowu planktonu w pobliskiej sadzawce. Obuwniczy? Nawiedzałem, a jakże, gdy podeszwy sugerowały już lekceważenie wizyt u ortopedy w dzieciństwie. Odkąd pamiętam zakupy motywowałem koniecznością nabycia tego, co optycznie pozwala zniknąć w tłumie, a krojem i kolorem nie wzbudza porannego wybuchu śmiechu w tramwaju i względnie pasuje do stosownej pory dnia, miejsca i okazji.

Niestety, nawet totalny modowy ignorant nie pozostaje wolny od zmagań z aktualnym trendem i inną drogą pozna, co aktualnie stadu miłe. Jeśli modne są spodnie z krokiem na wysokości kolan i tylną kieszenią uciskającą pięty, wyznawca trendu obciachowego (w pewnych intelektualnych kręgach zwanego klasycznym), ma kłopot z kupieniem czegoś niemodnego. Jeśli aktualna szajba urawniłowki mierzy w kurteczkę pikowaną w kołderkę, spróbuj dostać w sieciówce gładką bawełnianą kurtkę do dżinsów i na procesję. Gdy przyszło żyć w epoce ortalionowych rycerzy i zamyśliłeś kupić bluzę bez kultowego kapturka, chroniącego prywatność nosicieli kołczanu prawilności, czeka cię niemal mityczna wyprawa po złote runo. Najwyraźniej ignorancja, podobnie jak wierność sobie w czasie małpim, sporo zachodu musi kosztować.

Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przeróżne trendy działają chyba odwrotnie proporcjonalnie do postury nosicieli produktów mód wszelakich i wyzbywają oporu przed kompromitacją. Po raz pierwszy przyszło mi to do głowy podczas wszechogarniającej mody na leginsy, kiedy to niektóre panie wbijały tak intensywnie swoje nadwagi w modny ciuch, że nie tylko przypominały ciasno związany baleron przed wizytą w wędzarni, ale ich nieszczęsne leginsy nabierały przezroczystości rajstop 20 den i ujawniały publiczności dwuznaczną barwę nici w rzyci. Teraz jednak, gdy obserwuję z niepokojem, jak chwilowe mody dopadają facetów, mam inny dylemat: czy dzieje się tak dlatego, że panowie niewieścieją do tego stopnia, że byle głupota ma świadczyć o ich atrakcyjności, czy jednak są na tyle mizerni we własnych oczach, że muszą potwierdzać męskość w spojrzeniu swoich samiczek, nawet za cenę żenady? Czy chodzi o przypodobanie się wybrance, czy jednak o lęk przed piętnującym stadem? Chyba uciekam w pytania bez odpowiedzi, więc odwołam się do przykładu.

Jest upalny dzień, poniedziałek, popołudnie. Otwierają się drzwi szybkiej kolejki, a do wagonu z impetem wskakuje krasnolud nieuzbrojony. Wiek na oko: dwadzieścia lat z niewielkim okładem. Wzrost siedzącego owczarka, a w garści tekturowy kubełek od Chińczyka. Za syndrom męskości robią mu rude kłaki, pulsujące w rytm żującej szczęki. Broda z gatunku tych, co mojej mamie kojarzą się z mniej szlachetną częścią kozy, dorodna, sięga połowy klaty. Przy mikrym wzroście posiadacza zdaje się żadna to zasługa. Ale zamiast uroków drwala zachowana pamięć weekendowego menu. Z wyraźnym śladem porannej sałatki między kłakami i całkiem świeżym wspomnieniem azjatyckiego makaronu, a i tak całkiem sporo miejsca na deser zostało. Niektórzy wybierają jednak selfie na pamiątkę jadłodajni i może jest to nie tyle higieniczne, co bardziej przyswajalne dla otoczenia. Ten rodzaj krasnoluda tak dalece oddaje się konieczności posiadania brody, że na codzienną jej pielęgnację fantazji już nie wystarczy. Stado mówi, że brodę mieć trzeba, ale wyraźnie nie wspomina o jej estetyce. Ilu takich mijacie na co dzień?

Jednak ten troll wywołał we mnie refleksję nad przewrotnością mody i szlachetnością trwałego obciachu. Czasem jakoś tak się układa, że niemodne staje się modnym bez zaangażowania człowieka. Pomyślcie dziś, u schyłku mody na brody, czy drwal w głuchej puszczy analizuje w jakim stopniu jest modny? On jest brodaty z założenia, inaczej nie byłoby „mody na drwala”. Kto dałby jej miano i prapoczątek, gdyby nie mit chłopa na schwał, z ramieniem na miarę uda enerdowskiej pływaczki? Czy w zderzeniu z nagłym olśnieniem hipstersa, ten mityczny robotnik lasu powinien dziś z rozpaczy zgolić brodę, bo znalazł się pod presją stada zapuszczonych chłopców u boku żurnalowej dziewczynki? A może nie takie głupie te dziewczynki? Może chodzi o to, żeby na ulicy nie było wątpliwości, które w związku jest kobietą? Bo czyja to zasługa, że posłuszni chłopcy zatroszczyli się o wizerunek, który drwalom bynajmniej chluby nie przynosi?

Od jakiegoś czasu rozglądam się w tramwaju, pubie, w pociągu, na ulicy i mam wrażenie, że im więcej wokół „drwali”, tym dalej do lasu. Moda zadziałała wyraźnie na opak. Chyba, że mam wyjątkowego pecha, bo gdzie się nie ruszę, spotykam coś pomiędzy hipsterem, krasnalem ogrodowym a fanem Conchity Wurst. Gdzie się nie ruszę kroczy kpina zarośnięta, co z piły łańcuchowej uniosłaby najwyżej osłonę łańcucha, a i to z trudem i w znoju, prawdopodobnie łamiąc sobie przy tym najnowsze tipsy męskości.

Ale mimo wszystko rąk nie załamuję. Z nadzieją poczekam na kolejną zmianę mód, która dla odmiany, chłopca zbliży do kobiety. Może przemieni ulicznego drwala w peerelowską bufetową? Szkoda, że nie znam żadnego hiper stresa, podsunąłbym mu lansowanie trwałej ondulacji, koniecznie ukrytej pod czepkiem z plastikowej koronki i przy niezbędnym zaniechaniu depilacji nóg, obnoszonych w śnieżnobiałych rajstopach 20 den. Mam nadzieję, że panie z przyjemnością i ulgą przejmą modę, a ich skudlone łydki pod bladym nylonem, pomogą pokonać smutek poniedziałków, których i tak nie polubimy. Bez względu na nietrwałość mód.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Pan D. czyli jak zostałem humanistą

16 sie

W trakcie lektury książki „Chłopaki niech płaczą” moją uwagę przykuł zupełnie niepozorny fragment, który ożywił inspirujące wspomnienie. Olaf Lubaszenko, zapytany o najbardziej nielubiany przedmiot, odpowiada bez wahania: Matematyka. Przez nauczycielkę z podstawówki. Uczyła, ale miała niemiły zwyczaj: jedną ręką ciągnęła za ucho, a drugą, na której znajdował się duży sygnet, uderzała uczniów w głowę. W ten niezwykle bolesny sposób wbijała nam do głowy różne reguły matematyczne. […] Przy dzisiejszym uwrażliwieniu na przemoc ta kobieta nie przepracowałaby nawet dnia. Co więcej, miała w zębach półprotezę. Gdy się zdenerwowała, stukała nas tym sygnetem po łbach, a proteza się poruszała. Upiorny widok, jak z horroru.

Może lato nie jest najlepszym czasem, do snucia refleksji o nauczycielach, którzy nieświadomie wpływali na nasze życiowe predyspozycje i wybory, ale zaryzykuję. W każdym razie wczesne doświadczenia szkolne mamy z panem Olafem podobne, co może mało dziwić, skoro należymy do tego samego pokolenia, dla którego przemoc nauczycieli była na porządku dziennym. Prawdopodobnie większości z nich określenie „przemoc” nie postałoby w głowie, korzystali jedynie z łatwo dostępnego dydaktycznego wsparcia, podług reguł którego niewinna linijka tak samo użytecznie służyła wykresom funkcji liniowej jak utrwalaniu w pamięci zależności między bólem a prawem Pitagorasa.

Mój horror matematyczny był płci męskiej. Fantazja nauczyciela z podstawówki była znacznie dalej posunięta, choć nie dysponował żadną półprotezą. Budował jednak napięcie i wywoływał przerażenie zanim doszedł do klasy. Jako zastępca dyrektora szkoły był nie do ruszenia i zwykle spóźniał się na lekcję, co wzmagało grozę oczekiwania. Uczniowie innych klas byli już w ławkach, za zamkniętymi drzwiami, a my czekaliśmy w parach na korytarzu, patrząc w lewo, na koniec holu, z nadzieją, że drzwi dyrektorskiego gabinetu jakimś cudem dziś się nie otworzą i czyste zło tego dnia się nie zmaterializuje. Ale on zawsze wychodził. W ciemnym garniturze, świecącym wytarciem i brudem na łokciach, pochylony nieco w lewo, machający dla równowagi prawą ręką, w której klucze dzwoniły niczym kości kostuchy, naciągającej po swoje żniwo. Pewnie jak wielu moich kolegów do końca życia będę pamiętał wredny pysk z wąsikiem wodza III Rzeszy, który czasem jeszcze powraca w koszmarach.

Oprócz przemocy fizycznej, pan D.  był zwolennikiem dyskryminacji płciowej.  Ból fizyczny, jako główny motywator do nauki, przeznaczony był dla chłopców. Dziewczynki były czulej traktowane. Do wysiłku intelektualnego przekonywała je dłoń wędrującą wśród pączkujących piersi. Często też zwijały się z obrzydzenia, przytulane przy tablicy na różne sposoby. Do ulubionych praktyk dydaktycznych pana D. należało wyłuskiwanie ucznia z ławki za baczki lub za włosy, mocno uchwycone w pedagogiczne palce tuż nad karkiem. Błędy w zeszycie i przy tablicy odczuwaliśmy na uchu, zbierając bolesne pstryknięcia w małżowinę z małej odległości. Pan D. miał też sposób na dyscyplinowanie nas do noszenia pełnego zestawu przyrządów geometrycznych. Szuflada jego biurka pełna była cyrkli, kątomierzy, ekierek i linijek. Bardzo chętnie użyczał uczniowi dowolny przyrząd za opłatą. Nie, żadnych tam pieniędzy, opłatę stanowiło uderzenie w dłoń wypożyczanym przyrządem. Najmniej bolała zapomniana ekierka czy linijka, choć jej krawędź, wymierzona w kostki zaciśniętej dłoni, dawała się na długo odczuć. Gorzej mieli zapominający o konieczności posiadania cyrkla. Musieli przyjąć stoicko nauczycielską satysfakcję pojedynczego dziabnięcia ostrzem, poprzedzającego wypożyczenie niepozornej szkolnej pomocy.

Teraz uświadomiłem sobie, że pan D. musiał najbardziej lubić geometrię i szczególnie trygonometrię, bo to dawało mu najwięcej pomysłów na egzekwowanie bólu naszej edukacji. Pamiętacie drewniane kątomierze, metrowe linijki i ogromne ekierki, wiszące w klasach całego kraju przy tablicy? Pan D. brał taką ekierkę i chodził z nią po klasie. Zatrzymywał się przy wybranej ofierze, obracał ekierkę na różne strony i zatrzymywał, a ściskając w dłoni jeden z kątów, rzucał krótkie polecenie: „tangiens” i uczeń musiał wskazać palcem ułożenie ramion trójkąta, które odwzorowywały tangens, sinus, cosinus tego kąta. Prawidłowa odpowiedź zwalniała z wyroku, ale za kiepską trzeba było ponieść cenę uderzenia krawędzią tejże ekierki w dłoń, nadgarstek, tam gdzie nauczyciel akurat trafił.

W przeciwieństwie do pani, której Olaf Lubaszenko zawdzięcza niechęć do matematyki, nasz nauczyciel na szczęście nie dysponował sygnetem, bo i ten środek dydaktyczny musielibyśmy odczuć na własnej głowie. Ale już pani od muzyki w naszej podstawówce dysponowała pierścieniem ogromnych rozmiarów, z wklejonym weń gigantycznym bursztynem. Czasem wbijała nam w głowę nutki i gamy, częściej jej uzbrojenie odgrywało rolę środka bezpośredniego przymusu wobec niezainteresowanych wyśpiewywaniem fraz o kokoszce, co będzie się niosła jak tylko „przyńdzie ziosna”. Kiedyś jednak, pośród gromkiego fałszowania kolejnej ludowej pieśni, tak dalece słuch ją zawiódł a fantazja poniosła, że zapukała pierścionkiem w niewłaściwą głowę. Skutkiem tego najsilniejszy kolega w klasie nie zniósł upokorzenia, wyskoczył z ławki, złapał nauczycielkę za nadgarstek, przytrzymał i z dużego rozmachu wymierzył jej zasłużoną karę w postaci kilku kopniaków w tyłek, aż długa spódnica rytmicznie podskakiwała. Spontaniczny gest rewanżu spowodował, że nasz dzielny mściciel na wszelki wypadek uciekł z zamarłej klasy. Nie pamiętam, czym to się skończyło dla kolegi, ale też nie pamiętam, by pani O. użyła jeszcze kiedykolwiek tego samego oręża na froncie naszej muzycznej edukacji.

Można by w tym miejscu zapytać, czemu pozwalaliśmy na takie formy belferskiej przemocy. Tak naprawdę nie przyszło nam do głowy protestować. Trudno to zrozumieć w czasach, gdy każdy uczeń dysponuje komórką i przemoc może udowodnić lub spreparować. W tamtym czasie technicznie było to niemożliwe, ale też nauczyciel posiadał autorytet, a rodzic z pewnością bardziej podejrzliwie zerkał na poczynania potomka niż nauczyciela. W efekcie uczniowi zwykle nie przysługiwało prawo do racji, za to rodzic z większą pokorą słuchał nauczyciela. Czy nam to zaszkodziło? Myślę, że na pewno ukierunkowało nasze wybory życiowe. Pewnie dlatego piszę dziś teksty literackie, a nie programy komputerowe. Może dlatego czytam wywiady z aktorami i reżyserami, choć mógłbym pochylać się nad planem budowy kolejnej galerii handlowej. Cóż począć, gdy matematyka od podstawówki kojarzyła mi się z lękiem, upokorzeniem i perspektywą przetrwania czterdziestu pięciu minut, choćby za trzy z dwoma i święty spokój. Czyli dziś ponoszę straty głównie ekonomiczne, bo humaniści nie są i pewnie nie będą w cenie. Zbyt wielu nieukom wydaje się, że są humanistami, tylko dlatego, że nigdy nie nauczyli się matematyki. To na pewno zamknęło drogę do wielu świetnych i dobrze płatnych zawodów. Nigdy nie czułem specjalnej niechęci do nauczycieli tego przedmiotu. Moja wychowawczyni w technikum też nie nauczyła mnie matematyki, a uważam, że jest jedną z najmądrzejszych, najbardziej sprawiedliwych, rozsądnych i wrażliwych kobiet na drodze życia, a system wartości, jaki w sobie noszę, to owoc także jej humanistycznej w gruncie rzeczy pracy. I tylko jeden dziś mam dylemat: czy to, że poślubiłem inną rozsądną, mądrą, empatyczną oraz wrażliwą matematyczkę, to hołd złożony wychowawczyni, czy jednak syndrom ofiary, jaki zawdzięczam zmaganiom z panem D. w podstawówce? Wszak żona jest bardzo rygorystyczna, nieugięta i … ale nic z tych rzeczy, nie tłucze mnie nigdzie i za nic drewnianą ekierką, nawet o „tangiens” nigdy nie zapyta.

 
Komentarze (73)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 
 

  • RSS