RSS
 

Notki z tagiem ‘badania-czytelnictwa’

Sranie w banie na nieczytanie

26 kwi

nieczytanieJako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.

 
 

Uroki nieczytania

13 mar

Między dziesiątkami doraźnych komuników o kryzysie, pośród notek o wybrykach lokalnej klasy politycznej, mniej lub bardziej odklejonej od rzeczywistości, przemknął nowy raport o upadku czytelnictwa w narodzie. Jeśli odbił się echem publicznym, to chyba jedynie od idei Boniego Michała, jako przyśpiewka do jego boskiej inicjatywy zamknięcia bibliotek szkolnych. Nie wiem tylko, co pana ministra bardziej oślepia: perspektywa warszawska, z której nie widać choćby Podlasia, czy krótkowzroczność płynąca z wiekiem? Nie przewidział czy olał fakt, że biblioteka szkolna, to czasem jedyny zasób książek, jaki dziecko ma w odległości mniejszej niż 20km od miejsca zamieszkania. A może po prostu poziom ignorancji murem odgradza ministerstwo od zdrowego rozsądku?

To, że politykom najmniej zależy na czytelnictwie chyba nie dziwi nikogo. Powiem nawet, że byłbym zdziwiony jak dziewica z rana, gdyby czerwony, czarny czy różowy krzykacz z Wiejskiej zaczął walczyć o wzrost czytelnictwa w narodzie lub choćby przemówił o czytaniu gdziekolwiek. Wszak polityczna troska o poziom intelektualny społeczeństwa równa jest powabom i rozkoszy strzału we własną – partyjną – stopę. Jaki oczytany i światły przedstawiciel elektoratu, skłonny do samodzielnego myślenia, myślący o skutkach swoich posunięć wyborczych, pójdzie do urny, by oddać głos na mentalnego przedszkolaka wyszarpującego wiaderko koledze z piaskownicy, szukając w nim kandydata do władzy? W trosce klasy politycznej, od momentu odzyskania wolności, leży dbałość o wtórny analfabetyzm, bo ten sprzyja wynikom wyborów przede wszystkim. Społeczeństwo zaś ułatwia klasie ów bój o naród tępaków i betonów, na co także kolejny raport czytelnictwa wskazuje.

Nie ma już najmniejszej sensacji w tym, że aktualnie do nieczytania nawet jednej książki w roku przyznało się ponad 6o% badanych. Nie dziwi ów fakt, bo raport celnie sugeruje przyczynę jednego z głównych powodów wzrostu wskaźnika: jako społeczeństwo przestaliśmy się wstydzić unikania kontaktu z książką w codziennym życiu i od święta. Nie wstydzą się przede wszystkim obywatele szczycący się wyższym wykształceniem, które jak widać warte jest tyle, co papier z napisem „dyplom”, wyprodukowany na domowej drukarce, bynajmniej bez pretensji do rozwoju intelektualnego jego posiadacza.

Można ten fakt przyjąć pesymistycznie: wyższe wykształcenie nie ma dziś żadnego związku z klasą, którą dawniej nazywało się szumnie inteligencją. W optymistycznym ujęciu inteligencja ma się dobrze, bo jej liczba jest stała. Wszak w latach komuny statystyki głosiły, że mamy średnio do 10% ludzi z wyższym wykształceniem. Wówczas studia rzeczywiście wymuszały rozwój intelektualny, choć nie wszystkie oczywiście. Mogliśmy mówić o inteligencji jako klasie społecznej, która wymaga także od siebie. Co prawda funkcjonowała przyciśnięta do gleby przez upadlający system, ale jej status był z pewnością powiązany nie tylko z wyższym wykształceniem. Charakteryzowało ją oczytanie i uczestnictwo w życiu społecznym i kulturalnym kraju. Dzisiejszy raport podaje, że ilość osób czytających więcej niż siedem książek w roku niezmiennie plasuje się na granicy 11% populacji, zatem można mieć nadzieję, że właściwa elita robi swoje, choć i dziś jak dawniej nie tylko ukończone studia o przynależności do niej świadczą.

Pewien stały mój rozmówca, tuż po przeczytaniu raportu wyraził zdziwienie, że wynik badania ciągle się nie zmienia, mimo tylu akcji promujących czytanie. Osobiście nie widzę nic zaskakującego. Gdzie widać działania promocyjne w tym zakresie? Przede wszystkim w bibliotekach, na portalach związanych z literaturą i książką, w księgarniach, pośród wpisów na forach dyskusyjnych. Promocyjne hasła o czytaniu lajkują i udostępniają sobie znajomi z portali społecznościowych, którzy skupiają się wokół książek jako pasji życia, a więc wysoce prawdopodobne, że wszyscy i tak należą do marginesu czytających obywateli nadwiślańskiego sioła. Zatem jaką siłę oddziaływania mają takie akcje? Przekonują przekonanych.

Podobnie podejrzewam, że kolejne badania czytelnictwa będą pokazywać tylko to, co już widać gołym okiem, bez szkiełka i naukowych metod. Brak ogłady, niski poziom świadomości, skurczona wyobraźnia i brak otwartości umysłu, jako narastające skutki nieczytania, mocno odcisną piętno na każdej skórze. W dodatku bez konieczności angażowania losowej grupy badanych. Niezdolność do skupienia uwagi na tekście dłuższym niż trzy strony maszynopisu, zapłonie jutrzenką niezdolności do przeczytania czegokolwiek ze zrozumieniem do końca. Nawet presja złożenia podpisu we własnej ważnej sprawie, jasności umysłu nie przywróci, ale na pewno podgrzeje frustracje obywatela, umocni poczucie że został oszukany przez Żydów, masonów, bolszewików, joginów albo kopaczy tunelu pod Martwą Wisłą. A średnio rozgarnięty rodak winić o wszystko woli raczej cały spiskujący przeciw niemu świat niż siebie. Stąd prawdopodobnie prosta droga do narastającej fali agresji.

W epoce odrzucania druku, gazety, książki w każdej postaci narasta niezdolność do skutecznej komunikacji. Nadawca i odbiorca nie potrafi skutecznie  przekazać o co mu chodzi, pozostaje zatem powrót do mentalnej jaskimi z paralizatorem w garści zamiast maczugi, jako głównym argumentem w dyskusji. Wszak cywilizacja to postęp techniczny. Nawet, gdy wszystkim wokół wyda się, że ciągle mówimy po polsku, okazać się może, że nieustannie przychodzi tłumaczyć z polskiego na nasze, najmniej licząc na zrozumienie, więcej na skuteczne unikanie wibrującej pięści interlokutora. Jest zatem szansa, że im bliżej kolejnych wyborów, tym większa będzie troska władzy o poziom obywateli, o ich błogi sen, którego wkrótce nie zmąci także widmo gminnej biblioteki, ani miejskiej, bo jak wiadomo: wsio budziet kukurydza, hipermarket i galeria (dla jasności – handlowa).

 
 

Owczy pęd

05 lis

Owczy pęd zda się dotykać wielu dziedzin życia społecznego. Ostatnio skojarzył mi się z kulturą, a ściślej z sytuacją literatury. Od jakiegoś czasu w żelaznym kanonie współczesnych utyskiwań jedno z czołowych miejsc zajmuje upadek czytelnictwa. W zasadzie dotąd jakoś mnie to szczególnie nie szokowało, choć od dawna poważnie smuciło i nawet lękiem napawa. Wszak nie chodzi wyłącznie o świadectwo jakości wyższego wykształcenia, ale przede wszystkim o poziom codziennego życia, o wpływ nieoczytania na jakość komunikacji społecznej, na ograniczenie wyobraźni, wrażliwości, co w konsekwencji nieuchronnie prowadzi do zaniku elementarnej zdolności porozumienia w każdej dziedzinie życia. Pocieszałem się ratunkowo, że jak świat światem, co historia potwierdza, w każdej epoce czytanie było przyjemnością wymagającą światłości umysłu, wysiłku woli i zaangażowania, więc jakoś elitarną. Podejrzewam, że niezależnie od postępów cywilizacji, dobrowolnie, dla przyjemności i ze zrozumieniem, czytała statystycznie podobna część każdej populacji. I jeśli coś zmienia się tu in minus, to błyskawicznie narastająca ilość piszących, którzy niechętnie innych czytają, ale zaśmiecają świat własną frazą, prawdopodobnie całkowicie zbędną. Być może w epoce narzędzi sprzyjających zaczernianiu kartek i dysków, przy ogromnej technicznej łatwości drukowania, za dużo ludzi naiwnie wierzy, że wyjdzie z tego popłatny i wolny zawód. Kulturze bardzo szkodzi bezkrytyczne akceptowanie medialnych mitów, choćby rodem z życia pani Rowling. Tymczasem rynek, może na szczęście, kontestuje coraz intensywniej wiarę w sens twórczości literackiej.

Efekt? Póki co i tu działa pożywka dla odruchów stadnych, bo kto żyw porywa się teraz na pisanie polskich kryminałów. Piszą je debiutanci i zranieni prozaicy po przemilczanych powieściach, co to fortuny i nominacji na celebrytów dotąd nie zyskali. Wyklepują swoich detektywów, inspektorów i aspirantów dotychczasowi twórcy fantasy, powieści obyczajowych i postmodernistycznych, ale też żądni sławy i grosza dziennikarze, krytycy, a nawet poeci, wyrzuceni na bandę przez pędzący świat. Wszyscy doznali objawienia, zapatrzeni w popularność produktów skandynawskich kolegów, stukają w klawisze historie kolejnych zabójstw, przekrętów, seryjnych morderców. Lokują w swoich ukochanych miastach historie dewiacji i śledztw mniej lub bardziej współczesnych, historycznych, ale prawie zawsze porywających. Instynkt literackiego stada podpowiada im, że tu jest rynek, tu koniunktura. Wiadomo, nadzieja obiecuje zarobek i łatwość publikacji, więc zawieść nie może. A rozsądek? Może nawet popiskuje z cicha, że to gardło zareaguje wnet odruchem wymiotnym, bo już nie tylko pod importowanym, ale i pod rodzimym kryminałem półki się łamią. Nic to! Dopóki morderca w grze, jeszcze mamy karnawał festiwali, powstają nowe inicjatywy wydawnicze, a uznani wydawcy stworzyli swoje mroczne i czarne serie, pod produkt łatwy do opylenia. Tyle że czytelników chyba nadal od tego nie przybywa. Choć co inteligentniejsi autorzy sensacji próbują przemycać w kryminale analizy współczesności, treści socjologiczne, psychologiczne, obyczajowe i tym samym ryzykują podwójnie. Chcieliby zachować przychylność fanów literatury ludycznej i jednocześnie pozyskać dotychczasowych czytelników prozy wymagającej uważnej lektury i większego zaangażowania uwagi, doświadczenia, intelektu. Zaryzykuję wręcz określenie: czytelników prozy wyższych lotów. Tacy autorzy być może skazują się na utratę jednych i drugich odbiorców, dlatego godni są szacunku i uznania, można trzymać kciuki za ich powodzenie. Obawiam się jednak, że te zabiegi są próżne i niechybnie zacznie się taniec na zgliszczach oficyn zawiedzionych, że jednak kokosów z tego ogródka nie będzie. Zdrowy chłopski rozum podpowiada, że nadmiar szkodzi każdej dziedzinie życia, zatem i twórczości kryminalnej. Problem w tym, że chłopski czy babski – ważne, że zdrowy – i tak jest wrogiem zapatrzonych w siebie i pewnych sukcesu, zarówno piszących jak i sprzedających, bo choć grają w jednej drużynie, chyba też do jednej bramki, pustej w dodatku.

Pozostaje tylko odliczać godziny, a przyjdzie dzień, w którym rynkowy kałdun z kryminalną treścią przyniesie niestrawność i zabawnie rypnie z rozpuku. Martwić jedynie może, że stadny odruch wyjałowi ostatnich ocalałych czytelników, którzy zwyczajnie odwrócą się od polskiej literatury. Oby w pewnym momencie nie powstała w nich myśl, że rodzimi autorzy nie są w stanie napisać sprawnie żadnej prozy, poza mniej lub bardziej udanym kryminałem, więc inne gatunki, to tylko import i tego trzeba się trzymać.

Zdaje się, że od dłuższego czasu polskiej literaturze najbardziej przeszkadza nie tyle brak mądrych historii do opowiedzenia, ciekawie i sprawnie napisanych, co ciężar marzenia autorów o wygodnym i dostatnim utrzymaniu z pisania. Coraz trudniej uwolnić prozę od parcia na reklamowy billboard, a skutki tego widzimy dziś w zmasowanej erupcji książek sensacyjnych.

Co będzie z pozostałymi gatunkami prozy obyczajowej, skrzętnie przyglądającej się realiom epoki? Coraz częściej rodzi się ona z klawiatury i wyobraźni ludzi, którzy traktują pisanie jako pasję po godzinach, dla których budowanie ciekawych historii, szukanie prawd i sensów egzystencji oraz gra z polszczyzną stanowią większą wartość niż honorarium i pięciominutowy poklask. I może tu jest szansa dla prozy oryginalnej, nośnej i głębszej? Autorzy nie zobligowani koniecznością zarabiania na życie, kredyty i dalsze uprawianie literackiej działki, z pewnością piszą wolniej, dłużej szukają sprzymierzeńców w oficynach, ale zachowują szansę oryginalności i odrębności artystycznej. Nie podlegają dyktatom koniunktury i presji działów marketingu. Oczywiście ryzykują niszowym zaistnieniem medialnym i narastającą trudnością w znalezieniu sojuszników dystrybucji, ale jest nadzieja, że znajdą swoich czytelników nim ostatnich stratuje stado sztampowych podrzynaczy gardeł rodzimej kultury, sprowadzonej do mniej lub bardziej popularnej rozrywki, śmierdzącej trupem z niedomykającej się szafy.

 
 

Czytanie szkodzi

17 lut

   Z dzisiejszej Wyborczej dowiedziałem się, że poprawiła nam się statystyka czytelnictwa w stosunku do 2008r. Z 38% czytających zrobiło nam się 44%, ale jak zastrzegł Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej, tym wynikiem nie należy specjalnie się podniecać, gdyż zmianę rezultatu zawdzięczamy również i temu, że pod kategorię „książka” w badaniu podpięto e-booki, poradniki i słowniki. Skąd się bierze niechęć do czytania? Z rozwoju internetu, z bogatej (choć wątpliwej jakości) oferty telewizyjnej, z kilku innych faktów, które nie przeszkadzają takim Czechom, czy Francuzom, skoro biją nas na głowę czytaniem prawdziwych książek w przeliczeniu na realnego obywatela, a niby żyją w objęciach tej samej cywilizacji. Ale może im czytelnictwo nie szkodzi tak boleśnie jak nam. Żeby przywołać te szkodliwości, zacytuję fragment własnego opowiadania sprzed czterech lat, w którym mój bohater zmagał się z czytaniem. Mam jednak dylemat: jak to zrobić, żeby sens opowiadania oddać, a nie przekroczyć trzech stron? Według wyników przywołanego powyżej badania, czytelnik polski nie toleruje więcej niż 3 strony tekstu. Łatwo nie będzie i trud swój dedykuję wytrwałym, a szło to tak mniej więcej: 
   Poczułem aromat kawy-plujki pod nosem, gdy z kartek nowej książki przebił się zapach drukarskiej farby i zakwitł pod czaszką rozkoszą czytania. Niestety, dzwoneczek gg rozbił namaszczenie! Ktoś miał ochotę wyrwać mnie z obrzędu. I co się okazało? Całkiem porządny kolega, wzięty nauczyciel, poukładany mąż koleżanki i przykładny ojciec ich dziecka, zapytał nieśmiało, co porabiam w smutny deszczowy dzień przed komputerem? 
   Szybko wyprowadziłem go z błędu. Włączony komputer, to tak dla picu, bo czeka mnie pisanie pracy dyplomowej. Oddaję się przyjemności całkiem nieobowiązkowej lektury. Koleżka natychmiast zaatakował, że znowu marnuję czas, a wiadomo: mądrzejszy nie będę i tylko złych myśli od tego czytania namnożę. Próbowałem tłumaczyć, że to ciekawa książka, o życiu, o jego sensie, prawdziwa powieść, choć niekoniecznie o prawdziwym człowieku. Koleżka przysłał tylko emota, który turlał się ze śmiechu. 
   Zmilczałem gada, co mi zostało? Widział, że prowokacja nie podziałała, więc znowu uruchomił katarynę, że od czytania człowiek nosi w sobie za dużo pytań, wzrok siada i świat nie układa się w całość. Coraz więcej wątpliwości i dylematów, a stąd prosta droga do doła. Niby czemu ja tak lubię się dołować? Ten kraj i bez mojego wkładu to rów mariański, po co gnębić się dodatkowo, jakby mi ktoś za to płacił?! Tymczasem cywilizacja oferuje roje rozrywek na dzień deszczowy! Można głuszyć zużyte żony albo przechodzone kochanki w gadu gadu! Można zagrać w kanastę sieciowo! Można zaszaleć na allegro w poszukiwaniu przyczłapa do bumbulatora i młotka z czujnikiem, a ja tu pocę się nad książką? Pokuta? Kara za niedyspozycję małżeńską? Świata nie naprawię, a zgryzoty na pewno przybędzie. 
   Ależ mnie ugotował swoją mądrością! Wargi zsiniały, a przyjemność lektury jakby zbladła. Poczułem się bezradny, bo co powiedzieć? Nic? To przyznać rację, dać radość ostatniego słowa. Tłumaczyć pożytki płynące z czytania? Komu? Nauczycielowi gimnazjum, którego uczniowie jadą na ściągach z internetu? Zabraknie mu emotów śmiechu! Równie dobrze mógłbym napisać list do pani minister od edukacji o pożytkach płynących z użycia rozumu. 
   Nic nie pozostało jak sieknąć na odlew bezradnym banałem. Wytłumaczyć przykładnemu mężowi i ojcu i nauczycielowi, że po to Bozia dała człowiekowi rozum, wolną wolę i intelekt, żeby je rozwijał! Żeby dbał o nie i stawał się lepszym w człowieczeństwie swoim, że nie wolno zakopywać talentów, itd.. Nie raz to słyszał – myślę – zadziała. W końcu także przykładnym jest katolikiem: co niedziela garniakiem straszy w głównej nawie. Spróbowałem. Ale on znowu mi roześmianą gębę przysyła! Zaraz potem dopisał, że on jednak piwo wybiera, więc idzie do sklepu i życzy mi miłej lektury, choć jak mnie zna nic miłego przecież nie czytam. Pewno jakie poezje, eseje z psychologii albo nudne szkice z filozofii. 
   Wyłączyłem gadu, a gada-koleżkę w niepamięć jego browarną odesłałem, ale do lektury wrócić nie umiałem. „A może on ma rację?”, jakiś diabeł mnie podszedł. Po jaką cholerę mi te książki? W rodzinie nikt nie czytał i wszyscy z pożytkiem żywot przepędzili. Jedyny stryj, co mnie w ten wredny nałóg czytelniczy wpędził, życiem zapłacił za to czytanie. Tak, z książką zasnął i z papierosem! Spalił się razem z mieszkaniem, świeć nad nim Panie. Tfu, ależ myśl! Co ja mam z tego ciągłego czytania? Wzrok siada, bliźni się odwrócili, bo nie mam dla nich czasu, a jak mam czas, to nie gadam, bo oni nie czytają i nie mam o czym. Do wyborów nie chodzę, głosów nie oddaję, bo z książek wiem, że nie ma po co. Pracy nowej nie szukam, bo z lektur gazet wiem, że pracę zdobywa się przez układy, a i tak w każdej jest tak samo nędznie, bo ludzie jednakowo głupi bez czytania. Zmanipulować się nie daję żadnym sektom i ruchom, bo i o tym się naczytałem, ludzie nie lubią samodzielnie myślących. Z banków nie przysyłają mi promocyjnych kart kredytowych, bo umiem przeczytać i zrozumieć umowę, żaden ze mnie klient. 
   I masz chłopie za swoje dążenie do doskonałości! Masz skutek rozwoju człowieczeństwa: samotność i zgryzota! Nawet do partii żadnej nie mogę się zapisać, bo przez te książki ładnie gadam i zagrożenie dla liderów gotowe. 
   Kawa mi wystygła przez te myśli, rozejrzałem się po pokoju, a wszystkie książki roześmiały się kolorami okładek. Ożesz wy, ciemiężycielki moje! I z czego radość? O żesz wy, orędowniczki doła wiecznego! O żesz wy, przeszkody w drodze do miłości bliźniego! O żesz wy, drogowskazy wiecznych wartości jechane! Pozbawiłyście mnie radości konsumowania! Odebrałyście mieszczański spokój browarny! Usadziłyście mi potencjał uwodziciela! Odebrałyście radość klikania pilotem i latania po promocjach w markecie! Skazałyście na sromotny los zapomnianego w towarzystwie i co mam z wami począć? Spalić by was! Ale co z wydaną kasą? 
   Babcia ostrzegała, daj jej Panie wieczne odpoczywanie, żebym do kolegów wyszedł zamiast książki czytać. Ostrzegała! Bo u nich we wsi jeden za dużo czytał, aż pomieszania dostał w głowie i nikt z nim nie mógł się dogadać! Chodzili do Żyda w drugiej wiosce, żeby go od tej durnoty wybawił, ale nie wyszło, Żyd co innego czytał widać, bo jak się spotkali, każdy sobie gadał. I tak żył wioskowy głupek niezrozumiały, aż posiwiał i chodził swoimi drogami, bo nikt nie wiedział o czym gadał. Chłop żony nie znalazł, drzewa nie zasadził, syna nie zrobił. Strwonił życie bo strach było z nim przystanąć, a jeszcze większy strach, że rozpłodzić mógł tę durnotę do czytania. Z tego tylko nieszczęście jak w tej wieży Babel. (…pociągnąłbym dalej, ale to już trzy strony).

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gdy czytanie boli

22 mar

   W weekendowym
wydaniu Gazety Wyborczej trafiłem na tytuł:
Polacy coraz bardziej nieoczyczytani. Artykuł dotyczył wyników
badań czytelnictwa, przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową i TNS OBOP.
Badania przyniosły kolejny alarmujący wynik: „62% Polaków nie miało przez rok
kontaktu z książką”. Statystyka nie bada szczegółów, bo ma tendencję do
uśredniania. Gdyby uważniej przyjrzeć się sytuacji, okazałoby się, że wskaźnik
nieczytających Polaków zbliża się przynajmniej do 80%. Śmiem przypuszczać, że
jeden statystyczny pasjonat czytania bierze na siebie nieoczytanie trzydziestu
innych Polaków, bo wyrabia za nich roczną normę. Mniejsza o statystykę, pora
zebrać kilka myśli o czytaniu.
   Wychodzi na to, że w naszym społeczeństwie nie
ma zależności pomiędzy czytaniem a wykształceniem. Wszak od połowy lat 80.
ilość ludzi z wyższym wykształceniem wzrosła przynajmniej o 70%. Czytelnictwo
za tym wynikiem nie chce podążać, wręcz maleje. Wielu socjologów sugeruje, że
wzrasta jedynie wskaźnik ludzi z dyplomem wyższej uczelni, a nie ludzi
wykształconych. Może właśnie w stałym spadku czytelnictwa ta prawda staje się
wyrazista. I nie przekonują argumenty, że w latach 80. były dwa kanały w
telewizji i nie było internetu. Dziś, przeciętnie, mamy po sześćdziesiąt
kanałów, ale poziom sieczki w nich bardzo podobny, pomijając kilka kanałów
tematycznych.
   Dlaczego zatem rodacy nie lubią czytać? To pytanie męczy ilekroć
sam czytam, ilekroć sam coś piszę, czy to do bloga, czy do literackiego pisma,
czy kończąc kolejną książkę. To pytanie bywa szczególnie dręczące, gdy
przeczyta się ciekawą powieść i nie ma z kim podzielić się radością, nie ma z
kim podyskutować, nie można znaleźć nawet recenzji danego tytułu w codziennej
prasie, w radiu. Poczucie zaniku czytelnictwa, zaniku chęci rozmowy o książce
boli jak ząb, który ćmieniem przerywa spokojny, zasłużony sen. Może dziś
właśnie szczególnie mnie gniecie ów przedstawiony wynik badania. Dopiero
zakończyłem pracę nad nową książką i wiem, że raczej nie znajdę wydawcy. Niemal
dwa lata niełatwej wieczornej pracy wsiąkną jak krew w piach. Problem może
będzie jeszcze większy niż przy pierwszej i drugiej książce, bo kryzys, bo
zanik czytelnictwa właśnie, bo świadomość, że pisze się po nic.
   Ale z drugiej
strony, rozumiem rodaków. Dlaczego mają czytać to, co komuś chce się pisać? Że
autor pisze? Niech pisze, widocznie nie ma nic lepszego do roboty, jego
problem. Jedni jeżdżą na nartach, inni jadą skopać działkę lub kibica wrogiej
drużyny, jeszcze inni zbierają znaczki albo hodują chomiki, więc jak pisze i ma
jęczeć, że nie czytają, to niech przestanie pisać i idzie na plażę. Nie chcą
wydać? Widocznie nie mają w tym interesu. Niech pokaże sąsiadce, żonie i
kumplowi z pracy i niech nie narzuca innym swoich fanaberii. Gdyby jednak szło
tylko o hobby, o narcyzm piszącego, czy trzeba badań czytelnictwa, prowadzonych
przez poważne instytucje, za poważne pieniądze?
   Co takiego jest w czytaniu, co
stanowić ma jakąś wartość? Pomijam czytanie poradników, po które sięga się w
bardzo konkretnej sytuacji, gdy trzeba szybko zdobyć wiedzę na dany temat.
Pomijam obowiązkowe czytanie podręczników w jakkolwiek rozumianej edukacji. Ale
co z czytaniem powieści, poezji, eseju? Po co to jest? Jak dziś zdefiniować
abstrakcyjną w sumie potrzebę? W dobie kultury obrazkowej, w dobie rekordów
oglądalności telewizji, manii internetowego śledzenia krótkich tekstów. Jak
ująć potrzebę czytania książki? Najkrócej, tak tu i teraz? Przychodzi mi do
głowy jedynie zdanie Milana Kundery:
Duch powieści jest duchem złożoności. Każda powieść
mówi czytelnikowi
: rzeczy są bardziej
złożone niż myślisz.
 Każda przeczytana powieść, zbiór wierszy,
esejów, im mniej schematycznie napisanych, im bardziej oryginalnych, uczulają
nasze doświadczanie egzystencji na dodatkowy element złożoności świata. Uczą
stawiać pytania innym i sobie samemu. Pokazują jak przyglądać się z boku swoim
jedynie słusznym poglądom na wszystko. Otwierają potrzebę kwestionowania
własnych prawd i mądrości. Pozwalają, w ramach ograniczenia codziennymi
sprawami, uchwycić świat widziany oczyma wielu ludzi różnych kultur, środowisk,
światopoglądów. Kształcą poziom tolerancji, pozwalają przekraczać granice widzialnego,
granice czasu i przestrzeni, umożliwiają podróżowanie po równoległych światach
i zaświatach bez konieczności wychodzenia z własnego M. Czemu coraz mniej ludzi
w Polsce chce korzystać z tego bogactwa?
   Bo czytanie boli. Jest wymagające. I
to na kilku płaszczyznach. Wymaga czasu, zatrzymania w biegu, wyciszenia,
skupienia, aktywności intelektualnej, konfrontacji i pozostania sam na sam z
książką, włączenia wyobraźni. I jeszcze jedno, może najważniejsze: nie przynosi
natychmiastowej i wymiernej korzyści teraz, od razu. O ile, w kwestii
nieczytania, łatwo jest zrozumieć i usprawiedliwić, statystyczną matkę-Polkę,
która ma dwoje, troje dzieci i ciężko pracuje, żeby zarobić, kupić, ugotować,
oprać i posprzątać, o tyle trudniej zrozumieć wykształconego singla płci
obojga, czy mężczyznę, który przynajmniej po pracy ma czas na lekturę. A i tak
okazałoby się, że niejedna statystyczna matka-Polka obrazi się na moje słowa,
bo czyta dużo więcej niż jej partner albo przeciętny singiel tego kraju. W
wynikach badań, które sprowokowały mnie do pisania tego tekstu, mówi się
właśnie, że kobiety częściej sięgają po książkę, właściwie w większości czytają
kobiety. Potwierdzają to również moje prywatne obserwacje, choćby w środkach
komunikacji miejskiej. O ile widzę często czytające kobiety, o tyle mężczyzna z
książką, to wciąż ewenement. I chwała za to paniom! Wszak to one mają największy wpływ na wychowanie dzieci, więc może do czytania także wychowają je na własnym przykładzie, przynajmniej niektóre z nich.
   W kwestii zaniku
czytelnictwa, rodacy najchętniej tłumaczą się zmęczeniem, brakiem czasu,
zabieganiem, ale też ceną książek. Choć ta ostatnia z pewnością byłaby niższa,
gdyby książka, jako towar, znajdowała większą ilość nabywców. A co do czasu na
lekturę? Jest w tym pewna hipokryzja. Jak można mówić o braku czasu na lekturę,
gdy jałowo siedzi się telewizorem, gdzie przewija się kolejny odcinek
serialowego mózgotrzepa? Mniej w tym hipokryzji, jeśli w czasie emisji tasiemca
statystyczny rodak sprząta, zmywa, prasuje czy gotuje. Jednak sytuacja traci
symultaniczny charakter, gdy ten sam rodak mówi o braku czasu na lekturę
podczas układania pasjansa w komputerze, strzelanek na ekranie i obracania
kierownicą wirtualnego bolida, a potem już ze zmęczenia pada do łóżka. Wówczas
pozostaje kwestia wyboru pomiędzy świadomością aktywnego rozwoju i zwoju z
powodu niewymagającej przyjemności.
   Nie zamierzam bawić się w pedagoga, nie leży
mi to. Może szkoda, może mógłbym coś zrobić dla książki? Z wiekiem człowiek
traci jednak potrzebę buntu. Już wie, że świata nie zmieni, chociaż nie zabija
w sobie tej ostatniej nutki nadziei. Wie, że książki nie przerobią ludzi w
anioły, ale też rozumie, że gdyby więcej ludzi zechciało więcej czytać, może
świat byłby bardziej znośny? Może byłby przyjazny, zrozumiały i pogodny? Może
komentarze, ochoczo umieszczane pod tekstami w sieci i na forach, pokazywałyby
chociaż zrozumienie treści, do której próbują się odnosić? Może zamiast steku
wyzwisk, agresji i napastliwości w kierunku piszącego, mielibyśmy dyskusję na
poruszony temat?

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS