RSS
 

Notki z tagiem ‘czytanie’

Sranie w banie na nieczytanie

26 kwi

nieczytanieJako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.

 
 

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

04 lis

student- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie zastępstwa i klasówki układa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze i grube słomki do szklanek, córka prosiła, daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O słomki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Odkurzyłem chałupę, kuchenkę umyłem, kuwetę ogarnąłem, koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać tekstów, znasz to!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! Wymagające hobby, na potrzeby pozornego rozwoju z dowartościowaniem banału życia w tle! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości. Tylko nie wiem, czy doda motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmienia ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru, żeby dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą, a nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Ty wiesz, jakie jest zatrzęsienie blogów w sieci? A nie masz zadatków na celebrytę modowego, ani tego od pieczenia buraka i szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi rodowa mądrość.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te słomki i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli te babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to ego zbutwiałe. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na kwartał za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko jest ważne godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj, tylko wstyd w ludziach zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka, twój ulubiony profesor i pisarz, Chwin Stefan, zdaje się jakoś tak mówił w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, to żeby pamiętali u progu jasności w tunelu! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u Chwina Stefana: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie chciałeś napisać, że statystyki kłamią, a w Krakowie ludzie sobie gnaty łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają i napawać się, by nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistycznie wiatr w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie, po części. Część, żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne, choćby spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… i w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

 

Zmiany paradygmatu a dyktatura analfabety

04 lut

Dwa tygodnie temu, w weekendowej „Gazecie Wyborczej”, czytałem rozmowę z Olgą Tokarczuk. Zapytana, czy nasze czasy potrzebują mesjasza, pisarka odpowiedziała: Jeśli rozumieć przyjście mesjasza jako rodzaj zmiany paradygmatu, to jak najbardziej. Wszyscy mamy mniej lub bardziej uświadomione poczucie, że zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu, stare idee się wyczerpały, a nie powstała żadna nowa, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat. A on wydaje się coraz bardziej skomplikowany i coraz trudniej jest nam go pojąć i uznać za swój. Czasami mi się wydaje, i to mnie naprawdę przeraża, że z mieszaniną jakiegoś wielkiego lęku, ale i dziwnej satysfakcji świat czeka teraz na wojnę. W każdym razie na coś innego.”.

Zastanowiły mnie te słowa w kilku wymiarach. Po co komu mesjasz w czasach relatywizmu moralnego, wybujałego konsumpcjonizmu, egoizmu, galopującego sekularyzmu, braku tęsknot metafizycznych albo intelektualnych? I co miałby ów mesjasz ogłosić? Szczególnie w tym miejscu świata, gdzie każdy słucha głównie swojego głosu, no chyba że lepiej przebija się głos pani Gessler, pana Okrasy albo innej pani Foremniak z telewizora. Po co komu demolka i dramat wojenny, gdy o wiele bezpieczniej i bez ryzyka urwanych rączek i nóżek ogląda się dostarczanie przez Rosjan „pomocy humanitarnej” separatystom na Ukrainie albo ścinanie japońskiego dziennikarza przez islamistów, czy choćby szarpaninę rodzimych polityków w dowolnym studiu telewizyjnym. Ci ostatni przekroczyli tak dalece granice śmieszności i kompromitacji, że na wodzów rewolucji już nie urosną. Nie zachęcą do rebelii nawet osiedlowego Robina w kapturze, choćby dostrzegł dno w puszce z piwem. Nasi politycy nie podburzą nawet miejscowego orędownika onanizmu jako źródła zbawienia, równie bezsilni będą przy próbach pociągnięcia za sobą kolejnych budowniczych tęczy i fanów Korwina albo Mikkego. Bo w tak podzielonym społeczeństwie trudniej jest o rewolucję niż o mordobicie. Tutaj więcej ludzi myśli jak podpalić samochód sąsiada, bo lepszy, albo jak nie myśleć parkując, żeby mu życie utrudnić niż ruszyć w jedności na jakąkolwiek batalię, by dokonać przewrotu.

Czy zatem, po wyczerpaniu wszelkich idei i ideologii, zbliżamy się aż do tak krytycznego punktu, że trzeba zmiany paradygmatu? Konia z rzędem temu, kto w czasie wtórnego analfabetyzmu mas wie, co kryje się pod trudnym słowem „paradygmat”, prawie tak trudnym jak „mesjasz”. Zdaje się, że pisarka, której ostatnią książką okrzyknięto wydarzeniem roku, dużo lepiej czuje się w XVIII wieku niż w czasie danym jej do przeżycia. Odklejona od rzeczywistości zamieszkuje takie rejony abstrakcji, że dla przypomnienia obowiązującego paradygmatu z przyjemnością poleciłbym kilka wizyt w środkach komunikacji miejskiej, w pociągu, na koncertach, ale też w teatrze i kinie, gdzie mogłaby dostrzec, że może nie całemu społeczeństwu potrzeba wymiany idei, lecz znakomitej jego części wystarczy kilka zmian w zakresie elementarnego wychowania i przystosowania do życia w gromadzie. Nie mesjasza, a nauczyciela prostych zasad. Choćby tej, że wyłącza się telefon w kinie, na koncercie i w teatrze albo nie angażuje w telefoniczną relację o upojnym seksie wszystkich gości restauracji, w której się znajduje. Wówczas tolerancyjni goście darują nawet, jeśli on zje zupę widelcem, a ona nakarmi mlecznym cycem świeżo narodzonego troglodytę bez opuszczania sali.

Jeśli ktoś chciałby mi zarzucić, że jadę po bandzie, bo przecież do teatru cham nie chadza, polecam tekst w „Newsweeku” nr 06/2015. Mowa tam o kulturowym terrorze półanalfabetów, którzy narzucają reszcie swoje gusta. W części diagnozy społecznej, dotyczącej teatru właśnie, padają takie oto słowa: … ludzie najczęściej przychodzą do teatru, by zobaczyć na żywo aktora, którego znają z telenoweli. Nie do końca wiedzą, co obejrzeli, pytani o wrażenia mówią, że chcieliby, żeby fotele były bardziej wygodne. Albo że kolejka do bufetu za długa. Z opowieści pracowników teatrów prywatnych wyłania się obraz nowej publiczności – nienauczonej obcowania ze sztuką, lecz nieodczuwającej z tego powodu dyskomfortu. Śpiącej, wędrującej po sali, jedzącej bułki podczas przedstawienia, dogadującej aktorom, awanturującej się z obsługą. Bywa, że po pijanemu. Największym nieszczęściem nie jest jednak to, że ta nowa publiczność brzydko się zachowuje w teatrze. Gorzej, że obraża się, gdy nie rozumie kierowanego do niej kodu kulturowego. Zrywa przedstawienia, pikietuje pod teatrami czy galeriami sztuki, wzywa na pomoc prokuraturę”.

Dyktatura cebulaka dopada nieuchronnie ostatnich obywateli reprezentujących względny poziom. Robi im się coraz ciaśniej w świecie, w którym Edek z Tanga stał się przedstawicielem elity finansowej i kulturalnej. Ekspansja chama, o jakim ani Gombrowiczowi ani Mrożkowi się nie śniło, obejmuje wszystkie sfery życia i co ciekawsze, nawet te, które kiedyś wiały nudą w oczy prostaka. Nie ma to związku z poziomem wykształcenia, przynajmniej odkąd na uczelniach publicznych i prywatnych ukończenie studiów nie wymaga ani elementarnej erudycji, ani odrobiny znajomości zasad savoir vivre’u, a wystarczy opłata czesnego. Zmiana paradygmatu to taka, że prostak nie czuje zagrożenia, bo to ostatni inteligent, pogardliwie zwany wykształciuchem, staje się zakładnikiem własnego poziomu. To on jest frajerem, który obawia się żenady i śmieszności. Do analfabety kulturowego w żaden sposób nie przykleja się słowo kompromitacja wobec ogółu, bo sam jest ogółem. Czuje się wszędzie u siebie i dobrze, bo niby skąd popłynie przygana społeczna? Niezdolny do wstydu pleni się bez lęku i trwogi, więc i bez idei prościej mu się żyje, bo egzystuje bez balastu refleksji.

Zatem gdzie mieszka wspomniana przez Tokarczuk potrzeba idei, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat? Czy prostak potrzebuje tłumaczenia świata? Czy tylko jego konsumowania w każdym wymiarze wygody, lenistwa i braku poszanowania dla czegokolwiek poza tłustym kałdunem, iphonem i telewizorem? Ale widać lęk jest społecznie odczuwalny, skoro porusza pisarkę. Z tym, że jest to przedśmiertny lęk mamutów, ostatnich Mohikanów, rozrzuconych po blokowiskach, starych kamienicach naszych miast, zamkniętych w ostatnich kółkach wzajemnej adoracji, w przestrzeniach oswojonych. To gromadki zamieszkujące światy mniej lub bardziej wirtualne i niechętne do naruszania własnej bańki, do wystawiania się na strzał prostaka, choćby ten chodził na cienkich nóżkach i w hipsterskich porciętach.

W tej sytuacji cieszą takie artykuły jak ten w „Newsweeku”, które próbują wołać o zmianę paradygmatu właśnie. Niby jaskółka, co wiosnę chce oznajmiać, tygodnik nagłaśnia dyktat chama. Wzywa mniej lub bardziej wprost do opamiętania, do czytania książek, jako czynności ocalającej człowieczeństwo, budującej intelekt, wolność, jasność umysłu i ducha, ale zaraz potem sygnalizuje, że to tylko działanie pro forma, w którego skuteczność sama redakcja raczej nie wierzy i podcina gałąź, na której przysiadła. Od czasu do czasu wypada popsioczyć na upadek kultury, na zniżone intelektualne loty społeczeństwa, na zanik czytelnictwa, na prymitywizm telewizji bezwzględnie usuwającej z ramówki programy kulturalne, pozostającej na usługach bezrozumnej masy. Ale dla równowagi kilka stron dalej w tym samym numerze „Newsweeka”, czytelnik znajdzie reklamę tytułów książek z super oferty, sygnowanej rozpoznawalnym znakiem: Sylvia Day. Tytułów głośnych bestsellerów wymieniać nie muszę, każda pani domu, księgowa i kasjerka podaje je z rąk do rąk. Niekonsekwencja prasy powiecie? Hipokryzja? E tam, gdy misja wypełniona, pora na biznes i wybacz Winnetou.

 
 

Uroki nieczytania

13 mar

Między dziesiątkami doraźnych komuników o kryzysie, pośród notek o wybrykach lokalnej klasy politycznej, mniej lub bardziej odklejonej od rzeczywistości, przemknął nowy raport o upadku czytelnictwa w narodzie. Jeśli odbił się echem publicznym, to chyba jedynie od idei Boniego Michała, jako przyśpiewka do jego boskiej inicjatywy zamknięcia bibliotek szkolnych. Nie wiem tylko, co pana ministra bardziej oślepia: perspektywa warszawska, z której nie widać choćby Podlasia, czy krótkowzroczność płynąca z wiekiem? Nie przewidział czy olał fakt, że biblioteka szkolna, to czasem jedyny zasób książek, jaki dziecko ma w odległości mniejszej niż 20km od miejsca zamieszkania. A może po prostu poziom ignorancji murem odgradza ministerstwo od zdrowego rozsądku?

To, że politykom najmniej zależy na czytelnictwie chyba nie dziwi nikogo. Powiem nawet, że byłbym zdziwiony jak dziewica z rana, gdyby czerwony, czarny czy różowy krzykacz z Wiejskiej zaczął walczyć o wzrost czytelnictwa w narodzie lub choćby przemówił o czytaniu gdziekolwiek. Wszak polityczna troska o poziom intelektualny społeczeństwa równa jest powabom i rozkoszy strzału we własną – partyjną – stopę. Jaki oczytany i światły przedstawiciel elektoratu, skłonny do samodzielnego myślenia, myślący o skutkach swoich posunięć wyborczych, pójdzie do urny, by oddać głos na mentalnego przedszkolaka wyszarpującego wiaderko koledze z piaskownicy, szukając w nim kandydata do władzy? W trosce klasy politycznej, od momentu odzyskania wolności, leży dbałość o wtórny analfabetyzm, bo ten sprzyja wynikom wyborów przede wszystkim. Społeczeństwo zaś ułatwia klasie ów bój o naród tępaków i betonów, na co także kolejny raport czytelnictwa wskazuje.

Nie ma już najmniejszej sensacji w tym, że aktualnie do nieczytania nawet jednej książki w roku przyznało się ponad 6o% badanych. Nie dziwi ów fakt, bo raport celnie sugeruje przyczynę jednego z głównych powodów wzrostu wskaźnika: jako społeczeństwo przestaliśmy się wstydzić unikania kontaktu z książką w codziennym życiu i od święta. Nie wstydzą się przede wszystkim obywatele szczycący się wyższym wykształceniem, które jak widać warte jest tyle, co papier z napisem „dyplom”, wyprodukowany na domowej drukarce, bynajmniej bez pretensji do rozwoju intelektualnego jego posiadacza.

Można ten fakt przyjąć pesymistycznie: wyższe wykształcenie nie ma dziś żadnego związku z klasą, którą dawniej nazywało się szumnie inteligencją. W optymistycznym ujęciu inteligencja ma się dobrze, bo jej liczba jest stała. Wszak w latach komuny statystyki głosiły, że mamy średnio do 10% ludzi z wyższym wykształceniem. Wówczas studia rzeczywiście wymuszały rozwój intelektualny, choć nie wszystkie oczywiście. Mogliśmy mówić o inteligencji jako klasie społecznej, która wymaga także od siebie. Co prawda funkcjonowała przyciśnięta do gleby przez upadlający system, ale jej status był z pewnością powiązany nie tylko z wyższym wykształceniem. Charakteryzowało ją oczytanie i uczestnictwo w życiu społecznym i kulturalnym kraju. Dzisiejszy raport podaje, że ilość osób czytających więcej niż siedem książek w roku niezmiennie plasuje się na granicy 11% populacji, zatem można mieć nadzieję, że właściwa elita robi swoje, choć i dziś jak dawniej nie tylko ukończone studia o przynależności do niej świadczą.

Pewien stały mój rozmówca, tuż po przeczytaniu raportu wyraził zdziwienie, że wynik badania ciągle się nie zmienia, mimo tylu akcji promujących czytanie. Osobiście nie widzę nic zaskakującego. Gdzie widać działania promocyjne w tym zakresie? Przede wszystkim w bibliotekach, na portalach związanych z literaturą i książką, w księgarniach, pośród wpisów na forach dyskusyjnych. Promocyjne hasła o czytaniu lajkują i udostępniają sobie znajomi z portali społecznościowych, którzy skupiają się wokół książek jako pasji życia, a więc wysoce prawdopodobne, że wszyscy i tak należą do marginesu czytających obywateli nadwiślańskiego sioła. Zatem jaką siłę oddziaływania mają takie akcje? Przekonują przekonanych.

Podobnie podejrzewam, że kolejne badania czytelnictwa będą pokazywać tylko to, co już widać gołym okiem, bez szkiełka i naukowych metod. Brak ogłady, niski poziom świadomości, skurczona wyobraźnia i brak otwartości umysłu, jako narastające skutki nieczytania, mocno odcisną piętno na każdej skórze. W dodatku bez konieczności angażowania losowej grupy badanych. Niezdolność do skupienia uwagi na tekście dłuższym niż trzy strony maszynopisu, zapłonie jutrzenką niezdolności do przeczytania czegokolwiek ze zrozumieniem do końca. Nawet presja złożenia podpisu we własnej ważnej sprawie, jasności umysłu nie przywróci, ale na pewno podgrzeje frustracje obywatela, umocni poczucie że został oszukany przez Żydów, masonów, bolszewików, joginów albo kopaczy tunelu pod Martwą Wisłą. A średnio rozgarnięty rodak winić o wszystko woli raczej cały spiskujący przeciw niemu świat niż siebie. Stąd prawdopodobnie prosta droga do narastającej fali agresji.

W epoce odrzucania druku, gazety, książki w każdej postaci narasta niezdolność do skutecznej komunikacji. Nadawca i odbiorca nie potrafi skutecznie  przekazać o co mu chodzi, pozostaje zatem powrót do mentalnej jaskimi z paralizatorem w garści zamiast maczugi, jako głównym argumentem w dyskusji. Wszak cywilizacja to postęp techniczny. Nawet, gdy wszystkim wokół wyda się, że ciągle mówimy po polsku, okazać się może, że nieustannie przychodzi tłumaczyć z polskiego na nasze, najmniej licząc na zrozumienie, więcej na skuteczne unikanie wibrującej pięści interlokutora. Jest zatem szansa, że im bliżej kolejnych wyborów, tym większa będzie troska władzy o poziom obywateli, o ich błogi sen, którego wkrótce nie zmąci także widmo gminnej biblioteki, ani miejskiej, bo jak wiadomo: wsio budziet kukurydza, hipermarket i galeria (dla jasności – handlowa).

 
 

Egzamin z Kolskiego

14 sty

 

Okładka tej książki bynajmniej nie ułatwia decyzji zakupu i lektury. Znowu on i ona, jeszcze raz miłość, trudna oczywiście, bo on dojrzały reżyser, znany i uznany, ona zafascynowana, młodsza o dziesięciolecia dziewczyna po przejściach. W dodatku to nachalne skojarzenie z autorem, które sugerowały kolejne zdania opisu głównego bohatera. Pierwszemu wrażeniu ciążyła nadmiernie objętość powieści. Ogromna, choć dosyć lekka cegła, podług zapowiedzi ciągnąca ze sobą kolejne życiowe repetytorium z miłości wymagającej, karkołomnej i utytłanej w przeciwnościach losu, zanurzonej w intymnych dramatach bohatera wrażliwca, ścierającego się przede wszystkim z własną tożsamością. Ile można? Odłożyłem na półkę.

Jednak nie dawała spokoju, nie pozwalała o sobie zapomnieć. Każda wizyta w księgarni, salonie, kończyła się nowym wyważaniem w dłoni jej wartości i kolejnym wahaniem. W końcu to Kolski, mój ulubiony reżyser, przynajmniej ten z lat 90. Potem odszedł nadmiernie od kina autorskiego i jego wycieczki w światy literackie bynajmniej nie posłużyły filmom. Zabrakło poetyckich i tak pięknie malarskich odcieni egzystencji na pograniczu ludowej metafizyki, magii miejsc i baśniowej podszewki życia prostego, a jednocześnie głęboko zanurzonego w nieprzemijalnym.

Coś jednak kazało mi wierzyć, że niemożliwym jest, by na 480 stronach autor tej miary mógł pisać tylko o miłości, jaka by ona nie była. Złamałem się, by w końcu sięgnąć po powieść. I ciągle nie wiem czemu, ale nie umiem się od niej oderwać. Drażni, irytuje i jeszcze mocniej fascynuje. Nie da się zamknąć w żadnej mniej lub bardziej okrągłej formule i nie chce się poddać prostej interpretacji.

Zacznę od tego czym męczy. Z pewnością rys postaci Sandowa, nakreślony czasem nachalnie, zbyt grubą krechą autobiograficzną z krzykliwymi znakami, rażącymi nie tylko wielbicieli kina Kolskiego. Nie rozumiem po co, aż tak narcystycznie rozsypane po tekście ślady prowadzące wprost do biografii Jana Jakuba: rodzinne Popielawy, skórzane opaski na przegubach dłoni bohatera, zawód reżysera, profesora filmówki, dziadek rymarz, wspominany ojciec bohatera – montażysta w wytwórni filmów, którego uważny widz, co jakiś czas, widzi na liście płac lecącej na zakończenie kolejnego odcinka Czterech pancernych albo Stawki większej niż życie. Nieżyjąca siostra, która montowała pierwsze filmy fabularne Kolskiego.

Drażni także sama Muszelka, jako obiekt miłości i jako bohaterka, bo męczy umownością, która bierze początek w dziecinnej obietnicy nastoletniej aktorki, gdy wyznała reżyserowi miłość i kazała na siebie czekać aż dorośnie. Dorastanie dziewczyny z blokowiska też przecież irytuje banalną przewidywalnością. Musi być patologicznie, bo jakżeby inaczej: narkotyki, ucieczki z domu, utrata dziewictwa w wieku lat piętnastu i seks z przygodnymi facetami, którzy brali wszystko, niczego nie dając w zamian, okaleczali, hartowali w ogniu życia, by dojrzała do trudnej miłości, ukierunkowanej na egocentrycznego artystę. Ten jak wiadomo doszedł do ściany, osiągnął wszystko, zrealizował wszystkie filmy, o jakie z grubsza mu szło, ale spełnienia nie znalazł, ani spokoju ducha nie osiągnął. Z korytarzy pokrętnej tożsamości też wyjścia ewakuacyjnego nie ma, bo przynajmniej dwa poprzedzające go pokolenia wciąż w nim żyją i dopraszają się nieustającego uporządkowania w pamięci, zawieszenia w czasie. W dodatku znalazł się w bardzo trudnym momencie życia: przeprowadza matkę przez próg śmierci, by powitać nowe życie w postaci rodzącej się córeczki, poczętej z dziwnego związku, w imię dosyć poszarpanej i niepewnej miłości do kobiety młodszej o lat trzydzieści, kobiety należącej do innego świata zupełnie odmiennych doświadczeń, kobiety z innej planety intelektualnej i mentalnej.

Teraz należy dopuścić do głosu element fascynujący w powieści. Dlaczego miłość Sandowa i Muszelki jest możliwa? Bo mają tylko siebie. Cóż za banał, ale przecież ona przetestowała wielu facetów i żaden nie był wystarczająco dojrzały, wrażliwy, delikatny, choć czytelnik nieraz odniesie wrażenie, że specjalnie testowała uczuciowe możliwości w zderzeniu z prymitywami, prostakami, cwanymi sutenerami, z dziwkarzami. Udowadniała sobie coś, co udowodnione było na starcie. Dzięki Sandowowi odkrywa światy dotychczas niedostępne, poznaje ludzi fascynujących i drażniących jednocześnie. Odbywa podróże nie tylko w nieznane rejony Ziemi, ale także w rejony ludzkiego cierpienia i egzystencjalnego smutku. Towarzyszy kochankowi w rozliczaniu przeszłości, wynikającej nie tylko z metryki, ale także wędruje do jego prywatnego Hadesu, by napotkać niespokojne duchy przeszłości, powiązane z bliskimi, których zabrakło. Wędruje przez krainy geograficzne, ale także kulturowe, religijne, duchowe. Choć jest towarzyszką wulgarną, czasem ograniczoną intelektualnie i ułomną duchowo, choćby z racji metryki, jako dziecko czasu ubogiego nie tylko materialnie. W każdym momencie jest towarzyszką niestrudzoną, szorstko oddaną i znoszącą cierpliwie wszelkie burze i wichry, które popychają ukochanego w najmniej przewidywalne rejony zmagania z samym sobą. Sandow wierzy jej miłości bo nie ma wyjścia, podobnie daje się nieść jej młodości, po trosze z braku alternatywy, ale także dlatego, że Muszelka potrafi dodać lekkości jego egzystencji, pozbawić patosu, co czyni nieraz z pomocą ironii czy jadowitego cynizmu.  Przede wszystkim jest bardzo uparta w trwaniu przy nim. Daje mu energię i wsparcie w momentach, gdy wiele innych kobiet prawdopodobnie nie byłoby w stanie unieść jego chimer i zapatrzenia w swoje sprawy.

Egzamin z oddychania to powieść napisana z dużym rozmachem. Formalnie przypomina scenariusz, mało w niej epickich opisów, sporo scen rwanych na krótkie epizody, ale pełna jest detali budujących obrazy na trwałe wpisujące się w wyobraźnię odbiorcy. Doskonałym zabiegiem formalnym jest tu burzenie linearnego czasu akcji. Takie ujęcie chronologii pozwala czytelnikowi układać obraz całości z rozsypanych puzzli rozdziałów i rozbudza ciekawość następnej strony, a to z pewnością dodatkowy atut całości, wzbogaconej także o wątki sensacyjne. Z powieścią Kolskiego czytelnik wędruje przez rzeczywistość poza czasem w ciągłym trwaniu, wiecznym teraz. Choć realny czas akcji krąży wokół ostatnich dwóch lat, opowieść snuje się pomiędzy historiami wojny i holokaustu, zdarzeniami współczesnymi, rodzinnymi, pomiędzy sferą uczuć, emocji, rozczarowań i namiętności. Pomiędzy humorem i goryczą, przyprawiającymi mięso życia a metafizyką kultury żydowskiej, polskiej i wschodnioeuropejskiej. Słowem Kolski w najlepszej formie, któremu naprawdę posłużyło rozczarowanie kinem i przejście na stronę powieści, skoro w niedawno udzielonym wywiadzie wyznał:

Film się zdeprecjonował. Wrastając w popkulturę, stał się narzędziem jej ekspresji. Sam siebie odarł z tajemnicy. Do kina nie idzie się dziś po przeżycie, po poruszenie, tylko po chwilę przyjemności. Jak jej nie znajdziesz, wychodzisz. Dziś tylko słowo może uderzyć w wyobraźnię. Bo nawet jak przeczytamy, że Tom Mix podkręca wąsa, to zobaczymy go po swojemu, zupełnie inaczej niż na ekranie, na którym powiedzą nam: „to jest jedyny słuszny wąs Toma Mixa”. Wierzę, że nauczymy się wyłączać dźwięk w smartfonach po to, żeby usłyszeć co mówi do nas bliźni. Mam taką nadzieję, ale zobaczymy, czy i w tej sprawie nie jestem idiotą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Kultura

 
 

  • RSS