RSS
 

Notki z tagiem ‘kobieta’

Zdechłe motyle

12 lip

- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam… raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem… wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie… szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Obrazki

 

Gody słodko-gorzkie

23 gru

Papieros dziewczyny w scenicu żarzył się od kilku minut. Sylwia nienawidziła palenia w samochodzie, zwyczaj drażnił ją nawet w obcych autach. Wyobrażała sobie duszący dym wewnątrz, z pewnością przyprawiał o mdłości i nagły ból głowy. Smród nie do wywietrzenia wbijał się stęchlizną w tapicerkę foteli, w plastik kokpitu i obicie sufitu. Czy tamta lubi aż tak  śmierdzieć? Może inaczej nie umie, gdy nerwowo czeka na mokre pocałunki, wykradane w pośpiechu z ciemności? Ciekawe, czy równie gorąco pragnie muskania językami, zapomnianego przez dziesięć, może dwadzieścia lat ślepej wierności? Zdecydowanie nie! Jest dużo młodsza i niewykluczone, że denerwuje się przed pierwszym razem. Czuje suchość w gardle, tak samo przerażona jak ciekawa i doczekać się nie może tego plasterka niedozwolonej namiętności, finału ze smakiem ananasów, całkiem jak Sylwia trzy tygodnie temu. A może jednak inaczej? Może w gęstym dymie papierosa zawiesza decyzję o rozstaniu, bo nadeszła pora, kiedy trzeba powiedzieć „dość” wirtualnym amorom? Położyć szlaban rozgrzewaniu na czacie, gierkom wstępnym w komunikatorze, które zaowocują następnym szaleństwem realności. Może też zapragnęła przerwać to pasmo uniesień, zanim przyjdzie gorycz winy?

Po co Sylwia projektowała aż tyle wątpliwości na przypadkową dziewczynę? Nie miała pojęcia, ale zdążyła przypisać wszelkie intencje obcej, zanim na parking wjechał inny renault, tym razem kangoo. Najwyraźniej należał do przedstawiciela handlowego, który zręcznie zaparkował pomiędzy kobietami. Wyskoczył z niego barczysty i nieco krępy mężczyzna i już siedział na tylnej kanapie scenica. Po chwili wysiadł i otworzył przednie drzwi po stronie pasażera. Roześmiana dziewczyna wysiadła i zostawiła otwarte drzwi od strony kierowcy. Przez chwilę obsypali się gorącymi pocałunkami za szybami tylnego siedzenia. Wiatr był zbyt silny, więc chłopak szybko wypiął tyłek i nie wychodząc z samochodu zatrzasnął przednie drzwi; lewe, potem prawe. Rzucili się na siebie przy ciągle włączonym silniku. On w pośpiechu zdejmował jej bluzkę, ona zdzierała z niego polar i koszulkę, a parkingowa latarnia oświetlała ich jak na proscenium. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że wylizuje podniebienie o aromacie popielniczki. Sylwii zrobiło się jakoś nieswojo. Zbyt długo czekała na Marcina w miejscu, które miało gwarantować odrobinę intymności.

Ledwie nadjechał i znalazł się wewnątrz jej astry, uruchomiła silnik. Mężczyzna zdziwił się nieco, bo żadnej podróży nie było w planach. Sylwia uśmiechnęła się do lusterka, gdy niepokój zaanektował całą jego twarz:

- Nie ufasz mi, kotku?

- Znamy się lekko ponad miesiąc, z czego połowę na żywo, więc chyba się nie dziwisz? Sama wiesz, ile ześwirowanych bab krąży wokół. A ty trochę mało mówisz o sobie, nieprawdaż? Niewykluczone, że jesteś namiętną psychopatką. Ciągle jakieś półsłówka, gdy tylko spytam o dom, o pracę, pasje, zaraz wyślizgujesz się i zadajesz pytania o mnie.

- Mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany, słodziutki! Poza tym faceci lubią mówić o sobie, być w centrum uwagi, nie? Twoje przeżycia, pasje, męskość, to wszystko buduje ego, więc o co ci chodzi?

- Pozwól, że jednak zapytam o nas. Dokąd jedziemy?

- W poszukiwaniu miejsc sprzyjających ucieczce od małżeńskiej rutyny. Nie po to przyjechałeś?

- Jeśli o to chodzi, poprzedni parking bardzo mi odpowiadał. Coś się stało? Znasz tamtych kochanków? Dziwnie się zachowujesz.

- Bo dziwnie się czuję. Byli tam przed nami, a ja myślałam, że czeka nas coś wyjątkowego.

            Sylwia ostro zahamowała i niespodziewanie dla siebie zjechała nagle z głównej ulicy. Marcin zobaczył długą uliczkę, prowadzącą do nowego osiedla. Wzdłuż jezdni stało kilka samochodów i dzieliła je spora odległość. Latarnie rzucały tu bardzo słabe światło. Zaparkowała i przesiadła się do tyłu. Rozpinała powoli kurtkę i rzuciła zdanie w tonie kobiety dominującej:

- Będziesz musiał trochę nade mną popracować, mój książę z odzysku. Jestem nieco zdenerwowana i chcę, żebyś mnie zrelaksował, wymyśl coś zmysłowego na początek. 

Ledwie to powiedziała, kątem oka zauważyła ruch w samochodzie stojącym dwa miejsca dalej. Rozsypane blond włosy zajaśniały w mroku i profil kobiecego ciała poruszał się jakby w rytmie kroków całkowicie opanowanego ogiera. Sylwia prawie krzyknęła:

- No ja pier…, jakbym uczestniczyła w jakimś „mam talent albo zajoba”! Co to jest?! Sobotnie zawody w dochodzeniu na czas?! Kto szybciej osiągnie zakazany orgazm, niezbędny składnik kwaszenia wigilijnego barszczu i wróci do skręcania uszek? Wszyscy muszę się parzyć akurat teraz? Złote gody słodko-gorzkie, czy rocznica małżeńskiej nudy?

- Proszę cię. Możesz tego nie zaczynać? Naprawdę musisz mieć pretensje do całego świata, że nie jesteś jedyna, że ratujesz się jak wielu? To nasze trzecie spotkanie i zawsze tak samo. W zasadzie myślałem, że sprawia ci to radość, że oboje tego pragniemy, że zatracasz się i zapominasz jak ja. Podnieca cię ujadanie w ramach gry wstępnej? To cię kręci? Zdecydowanie wolę cię w drugiej odsłonie, kiedy już miękniesz w ramionach, gdy już…

- Gdy ty dla odmiany twardniejesz, wiem. Wtedy muszę się zmagać, żebyś mi go w oko nie wetknął.

            Sylwia roześmiała się nerwowo, zanim odrzuciła jego ramiona. I już przesiadała się do przodu. Znowu uruchomiła silnik. Marcinowi wcale nie było do śmiechu. Nie minęło dziesięć minut, gdy krążyła po gigantycznym parkingu hipermarketu w poszukiwaniu najciemniejszego rogu, poza zasięgiem latarni i ludzkiego wzroku. Nie było łatwo, skoro przedświąteczne zakupy przygnały setki konsumentów, a ich auta szczelnie wypełniały plac. Gdzieś za kwadratem choinek Sylwia wypatrzyła wolne miejsca. Jedno z nich sąsiadowało z okolicznym laskiem. Jeszcze raz się przesiadła. Marcin spieszył się i nie zamierzał tracić więcej czasu. Natychmiast przylgnął wargami do jej szyi, muskał delikatnymi pocałunkami, ale reakcji nie było.

Pod przymkniętymi powiekami przewijała filmik z opuszczania domu, gdy szepcze teściowej, pochylonej nad grzybami do bigosu, że musi wyskoczyć po ostatnie prezenty, zanim Przemek wróci ze swoimi. Dzieci ubierały z dziadkiem choinkę zaaferowane tak mocno, że nie wymagały dodatkowych kłamstw. Filmik się urwał, bo wczuła się w pocałunki na szyi, a rozpięty stanik ułatwił swobodny, głęboki oddech. Dłoń Marcina masowała miło nagą pierś i kierowała sutek między gorące i wilgotne wargi. Jakoś boleśnie błysnął GPS obrączki na palcu Marcina i Sylwia przypomniała sobie chłodno, czemu tu jest. Sms-y z telefonu Przemka znowu stanęły jej przed oczami. Gdyby sam nie kazał jej szukać faktury w telefonie, nigdy nie dowiedziałaby się o G. Było kilkanaście wiadomości w ciągu miesiąca, wszystkie tęskne, jęczące o spotkanie i zawsze podpisane tak samo: G. Grażyna? Gabi? Gosia? Byle nie Grzegorz, tego by nie zniosła! Uśmiechnęła się błogo do swoich myśli, bo jednak starania Marcina robiły swoje i czuła jak wilgotnieje pod jego dłonią, pracującą teraz intensywnie przez grube rajstopy. Był niesamowity. Jednak bez większego trudu udało jej się wyłowić z sieci czatownika zaprawionego w boju. Trafiał centralnie i podniecenie rosło niezależnie od woli. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten moment, kiedy straci ostatni wyrzut sumienia. Poczuła gotowość Marcina, gdy sięgnęła do jego rozporka i wówczas poraziło ją światło reflektora z boku. Zsunęła się po oparciu i wyrwała dłoń Marcina ze swojego krocza. Zerknęła przez szybę i zobaczyła tył dobrze znanego, granatowego forda z pluszowym pieskiem przy szybie.

Wykrzyknęła tylko straszne słowo „mąż” i natychmiast zaczęła zapinać stanik, gdy osłupiony Marcin zastygł z karpikiem na ustach, oderwany niemal boleśnie od piersi. Sylwia spanikowała. Mąż za chwilę otworzy drzwi! Widocznie czekał przyczajony, aż zaczną figlować, by dopaść ją na gorącym uczynku. Jest bez szans na usprawiedliwienie, pozostanie najwyżej odwołać się do zemsty za sms-y, zgodnie z prawdą, ale co jej teraz po takiej prawdzie? Jednak wszystkie drzwi focusa pozostawały nadal zamknięte, mąż tylko światła wyłączył, ale silnik pracował. Skonsternowana kombinowała, jak przedostać się do kierownicy bez wychodzenia z kabiny. Marcin nie potrzebował instrukcji, leżał płasko na kanapie, byle nie rzucać się w oczy.

Sylwia wciskała się pomiędzy oparcia przednich foteli, gdy od tyłu kabinę rozjaśniły światła nadjeżdżającego samochodu. Z prawej strony forda zaparkowała kia oklejona reklamą. Po chwili wyszła z niej brunetka z rozpuszczonymi włosami, z twarzą ukrytą pod kapturem i szybciutko wskoczyła na tył rodzinnego samochodu Sylwii. Oniemiała kobieta opadła ponownie na kanapę i odruchowo chwyciła Marcina za dłoń, kurczowo ściskając palce. Z jednej strony poczuła ogromną ulgę, ale z drugiej? Marcin zaczął histerycznie chichotać. Sylwia uciszyła go jednym strzałem z oczu szybko wypełniających się łzami. Nic nie powiedział. Spoważniał i przytulił kobietę mocno, a prawą dłonią głaskał jej włosy, policzek, całując przyjaźnie czoło i mokre powieki. Odepchnęła go po chwili i patrzyła uważnie na zawieszenie forda. Była pewna, że karoseria porusza się równomiernie, choć ledwie dostrzegalnie. Tego było za wiele! Zaczęła nerwowo wkładać kurtkę i już otwierała drzwi, gdy Marcin próbował powstrzymać jej rękę, ale wyrwała dłoń. Jednym skokiem znalazła się przy sąsiednim samochodzie i szarpnęła klamkę forda. Ciemne kobiece włosy wysypały się przez próg samochodu. Przerażona twarz Przemka zastygła niemo nad nagim brzuchem kobiety. Żona, wskazując na swoje auto i Marcina w otwartych drzwiach, zasyczała przez zaciśnięte zęby:

- Byłam pierwsza! Tam jest mój świąteczny prezent kochanie, specjalnie dla ciebie! Już skonsumowany. A ty?! Co możesz jeszcze zrobić? Jak już do końca wyliżesz swoją lukrowaną Mikołajkę, nie zapomnij gdzie mieszkasz! Miłego wieczoru, łosiu!

            Siła uderzenia drzwi zwróciła uwagę najdalej stojących małżeństw, które pakowały zakupy do zwyczajnych, pustych i wystudzonych aut, ale Sylwia już tego nie widziała, przekręcała klucz w stacyjce. Marcin w ostatniej chwili uprosił, by usiadła po stronie pasażera, wolał bezpiecznie wrócić do żony. W końcu niewiele czasu pozostało do najbardziej rodzinnych ze świąt.

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Buntownik

15 paź

Obrazy za oknem przepływały wolniej niż myśli. Może nawet dużo wolniej niż pytania, które nie zagościłyby w głowie, gdyby autobus nie ślimaczył się w ulicznym korku. Wolałby już wracać. Tchórzył? Dziadek Franciszek mawiał: lepiej żałować tego, co się zrobiło niż tego, że się zmarnowało okazję. Zwłaszcza, że następna może się nie zdarzyć. Nie ten wiek, nie ten wdzięk, a brzuch jak bęben Rolling Stonesów.

Co było pierwsze? Fascynacja spotkaniami z Natalią czy narastająca frustracja żony? Przedszkolanka istniała od miesięcy, ilekroć odbierał bliźniaczki, nie odpuszczała. Zawsze miała dla niego czas, uśmiech, coś do opowiedzenia o postępach dziewczynek, o ich wspaniałym zachowaniu w grupie. Potem była kawa, przy której nie zamykała jej się buzia, a gdy mówił Tomasz, odnosił wrażenie, że szklą jej się oczy. Była pod wrażeniem jego nauczycielskiego powołania i męskiej dojrzałości, dzięki której nie podrywał bezczelnie. Potem poszli do kina, gdy teściowa bardzo chciała mieć wnuczki u siebie, a Julia dyżurowała w szpitalu. Po kinie była restauracja i pierwsze nieśmiałe, delikatne pocałunki, jakby mieli po siedemnaście lat. Nie zaznał w życiu innych kobiecych warg, więc to docenił. Po dwóch piwach zwariował. Obudził samca, który w przeciągu chwili był gotów gnać za Natalią do toalety i pewnie by to zrobił, gdyby nie kelnerka. Skorzystała z jej nieobecności i beztrosko podeszła do stolika, by zapytać, czy dla żony też jeszcze raz to samo? To go wróciło dyscyplinie. Ale na krótko, skoro dziś jechał do jej mieszkania.

Podły ton żony przeważył. Zbyt długo dowodził anielskiej cierpliwości przez ostatnie dwanaście lat. Przestał bywać na szachach u Daniela, zerwał piwne piątki z Jackiem, gdy otrzymał żółtą kartkę, że powtarzają się co tydzień, a miały być dwa razy w miesiącu. Nawet przestał chodzić na siłownię, żeby nie mijać się w drzwiach z żoną zmęczoną pracą w trzech przychodniach. Julia jednak nie widziała żadnego poświęcenia. Na bezwarunkową miłość reagowała cynizmem, rzucając uwagi do lustra, gdy Tomasz wychodził z wanny: „no cóż… każdy ptaszek ma swój daszek, ale twój koliberek ginie już całkiem bez światła”.

            Miał ochotę nienawidzić, nawet nie z powodu reakcji na goliznę, ale za ślepotę. Zrobił wszystko, żeby Julia nie zadręczała się obowiązkami wobec domu i dzieci. Należało wygarnąć, może nawet strzelić w papę, żeby się ocknęła, ale ilekroć próbował rozmawiać, okazywało się, że jest zbyt delikatny. Julia wykorzystywała to bezlitośnie: „Chciałeś mieć lekarza za żonę? To morda w kubeł! Feministki robią dla ciebie więcej niż Pan Jezus, one już cię zbawiły od męskości. Bez kobiety zdechłbyś z głodu, ostatni wypierdku patriarchatu! Gender to dla ciebie jedyne ocalenie, bo w wakacje jeździłbyś gołą dupą po nieheblowanej desce, za te swoje dwa brutto. Bajkę dziewczynkom lepiej poczytaj, do tego się nadasz! Kolorowanki z nimi trzaskaj, pozamiataj kuchnię, a potem możesz z psem wyjść i tam się wyhasać do woli. Jeśli w pogoni za piłeczką zdążysz przed Cziką. Nawet kosmata baba na czterech łapach jest lepsza od ciebie, troku zagubiony w poszukiwaniu kalesonów. Dżizas! Gdybym w liceum wiedziała, co się wylęgnie z jaja dziobaka, gdy z pyska już zejdzie drożdżówa z kruszonką, w życiu bym za to nie wyszła!”.

Nic nie stało na przeszkodzie, żeby zadzwonić do drzwi Natalii. Wczorajszy cynizm żony wybrzmiał jak wezwanie do buntu. Powoli kroczył zupełnie nieznanymi chodnikami, szukał bloku, ale wszystkie były jednakowe, łatwo nie było. W końcu dotarł przed domofon i już wiedział, że to ostatnia chwila. Jeszcze mógł ocalić przysięgę, której poświęcił wszystko. Gdy wybierze numer, nic już nie będzie takie samo. Zapach nowej kobiety, delikatność wąskich ust, miękki głos i ciepło smukłych palców, jej samotność i jego wyposzczona męskość, to mieszanka wybuchowa… zawrócić? W oczach jeszcze jednej kobiety zostać zerem? Wolał mieć problem z ciężarem winy niż zostać miękką fają.

Natalia wpiła się w jego wargi, zanim zdjął plecak. Cofała się, nie odrywała ust i holowała Tomasza do jedynego pokoju z aneksem kuchennym. Czuł pod palcami jej biodra, gumkę majtek pod śliską miętową sukienką w delikatną łączkę. Twarde piersi odciskały wyczuwalne piętno na jego klatce, bo nawet brzuch wciągnął pod wpływem namiętności. Poczuł jak rozjeżdża się suwak rozporka i ciepło delikatnej dłoni ujmowało jego męskość zbolałą z pragnienia. Teraz Natalia zjeżdżała w dół całym ciałem i już miętolił palcami gęstość jej kasztanowych włosów. Tego było za wiele, nie wytrzymał napięcia. Po chwili z ust kobiet padły słowa, które za nic nie chciały wybrzmieć komplementem: „żonaty facet ze stażem i tak namiętny? Nie przejmuj się”. Uśmiechnięta wstała i bez wyrzutu dodała delikatnie: „Przepraszam, może nie powinnam tak szybko, poczekaj, przebiorę się i usunę to z sukienki”. 

Klapnął ciężko w fotelu, ale zamiast poczucia winy, wypełniło go coś jak ulga w połączeniu ze znużeniem, które zaraz potem przeszło we wstyd wobec Natalii. Wytrysnął jak uczniak, a z pewnością nie tego spodziewała się namiętna kobieta. Już był gotów pokazać na co go stać, gdy na rogu kuchennej zabudowy, u góry, zobaczył niebieską papużkę, która przyglądała się kręcąc z ciekawości łebkiem. Ptaszek siedział wolny, bez klatki i rejestrował obecność intruza. Gdy Natalia pojawiła się w błękitnej sukience, nie pozwolił jej usiąść. Z uśmiechem, bez słowa, odwrócił ją plecami do siebie i podnosząc włosy obsypywał szyję delikatnymi pocałunkami.  Oparła dłonie o ścianę, gdy z głową pod sukienką całował jej uda. Końcem języka muskał pośladki częściowo ukryte w pastelowo różowych majteczkach. Prężyła się i wypinała zachęcająco, pomrukiwała cichutko i poruszała biodrami, więc po chwili wśliznął się w nią, tymczasem papuga głośno skrzeczała. Lekko się stropił, zwolnił, ale wówczas zadzwoniła komórka w plecaku. Odwrócił się niespokojny, bo o tej porze nikt do niego nie dzwoni. Na wyświetlaczu zobaczył źle brzmiący napis „kobra”, a po chwili rozbrzmiało pytanie teściowej, bardzo w tonie podobne do papuziego skrzeczenia: „Tomeczku, dziewczynki chcą na obiad kopytka, zrobić też dla was? Zjecie cieplutkie z sosikiem?”. Przytaknął, wydukał coś, że będzie koło siedemnastej i spojrzał na Natalię. Uśmiechnęła się dosyć boleśnie i powiedziała, że lepiej przygotuje coś do zjedzenia.

Odwrócona wrzucała masło na patelnię, wyjmowała jajka z lodówki, jakby nie chciała patrzeć w jego stronę. Zapytał o papugę, czemu tak darła dzioba, gdy zabierał się do jej pani? Natalia roześmiała się dosyć szczerze: wyposzczona samiczka, co się dziwisz? Widzi jak obracasz panią, to żałuje, że też nie może. Zazdrosna franca i tyle. Tomasz nie miał pomysłu na dalsze pytania, było mu głupio, a i głód robił swoje. Parujące talerze znalazły się na blacie, więc zasiedli na skórzanych hokerach. Tomasz przełknął i poczuł, że jaja są raczej zepsute. Spojrzał na Natalię i czekał na jej reakcję. Uśmiechnęła się: „No co? Zepsuty seks, zepsute jaja. Chłop z odzysku, jaja z Biedronki…. Takie moje szczęście, zbukiem ciągnie”. Tomasz uśmiechnął się gorzko i dojadł do końca, żeby nie pogrążać już gospodyni.

Nie dopił herbaty, gdy postanowił podjąć ostatnią próbę rehabilitacji. Wydobył z głębokiej przeszłości wspomnienie macho i oderwał Natalię od zlewozmywaka. Patrzył jej głęboko w oczy i bez gier wstępnych zadarł sukienkę . Pieścił dłonią przez majtki i czekał na błysk jej oczu. Przymknęła powieki, więc zaczął całować szyję, usta, podgryzał uszko i nie przestawał pieścić. Była prawie gotowa, już pojękiwała do ucha, gdy ponownie zadzwoniła komórka. Oderwał się i chwycił telefon. Tego tylko brakowało! Na wyświetlaczu pulsował groźny napis: Julia. Gdyby ktoś kazał mu powiedzieć, kiedy żona ostatnio do niego dzwoniła, większego wytężenia umysłu z pewnością wymagałoby jedynie wskazanie ostatniej daty małżeńskiego seksu. Zamarł. Rzucił się do okna i otworzył na oścież. Gwar ulicy wdarł się do środka. Wówczas odebrał. Pretensja odrzuciła go od słuchawki: „Ogłuchłeś capie! Ile mam czekać? Myślisz, że mam tyle czasu? Gdzie ty się szlajasz? Co to za hałas? Na jakim placu? Co ty pieprzysz, dzieciaki za palenie ganiasz? Przecież ciebie nikt się nie boi! Czekam za godzinę na osiedlu, pod sklepem, fotele trzeba wnieść”.

Natalii nie było w pokoju. Otwierała już drzwi wejściowe i stawiała za nimi plecak Tomasza. Powiedziała tylko jedno zdanie: „A ja głupia załatwiłam na dziś zwolnienie na badanie serca… powinnam na badanie głowy wziąć!”.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Postanowienie

21 wrz

To przyszło z ostatnim pociągnięciem tuszu do rzęs, jak poranne olśnienie. Postanowiła przestać nienawidzić przypadkowych ludzi, którzy nic nie zawinili, poza tym, że od wielu miesięcy byle gestem, słowem, gustem, nadmiernie demonstrowali przynależność plemienną ludu zamieszkującego kraj kwitnącej cebuli. Każdego dnia i o każdej porze, jakby na złość Matyldzie, z mrocznych głębi jestestwa wypuszczali na popas jaskiniowego Polaka-Cebulaka, prostaka i egoistę, w najlepszym razie totalnego gbura. Pół roku mijało, odkąd odzyskała kawałek wolności, a doświadczenia galernika pokryła mgła zapomnienia. Matylda ciągle nie mogła uzyskać wolności od nienawiści do przypadkowego przechodnia, który za nic ma elementarną kulturę osobistą i odrobinę przyzwoitości. Tymczasem los uśmiechnął się do niej po raz pierwszy, podarował radość zwykłej urzędowej pracy za biurkiem, a mimo tego nie mogła pokonać uprzedzeń. Co prawda nadal musiała mierzyć się z obcym człowiekiem, ale już tylko w roli petenta, osłabionego procedurami. Nie musiała znosić klientek butiku, z ich wieczną pogardą albo pretensją, które do schłodzenia pszenno-buraczanej gęby używają wachlarza z kart kredytowych, czemu więc tyle niechęci zaciemniało jej dobre serce? Matylda nie mogła złapać pionu i tego ranka, tuż przed wyjściem do pracy, postanowiła nic nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić, idąc za przykładem trzech małpek z komody. Naprawdę była zmęczona łapaniem przechodniów na każdej niestosowności zachowań, niedoskonałości stroju, podłości słów, co dotąd robiła automatycznie, niczym radar wirujący bez wytchnienia.

Najwyraźniej diabeł stróż nie lubił tak silnych jej postanowień, nagłych i w gruncie rzeczy nieprzewidzianych w skutkach, dlatego natychmiast postanowił je okpić. Ledwie Matylda stanęła na peronie kolejki miejskiej, obok pojawiła się słodka idiotka w lila róż kurteczce, z futerkiem kaptura i z fryzurą na cebulę. Uzbrojona w róż policzki i takiej barwy pazurki, kurczowo dzierżyła róż iphonik. Policzki zapiekły Matyldę, ale obróciła się plecami do wypłosza, by po chwili usłyszeć: „nie, myszko, ten słoiczek, myszko, ten różowy. Myszko, on stoi przy mikrofalówce, trzy łyżeczki z niego, myszko…”. Matylda złamała się i już wzięła głęboki wdech, chciała zrobić defiladowy zwrot przez lewe ramię i pojechać po bandzie, gdy usłyszała za sobą inny, dużo starszy kobiecy głos, należący jakby do ropuchy zrezygnowanej i zgorzkniałej od bezskutecznych prób zamiany w księżniczkę. Głos niemile zaskrzeczał: „nie myszko! Ten słoiczek różowy, myszko! Od różowej idiotki, myszko, co różową gębę, myszko, drze na wcale nieróżowym peronie i wcale nie różowiąc świata, bo to pusta jest szantrapa!”. Wypuszczając powietrze Matylda odwróciła się z ciekawości. Zobaczyła obok siebie panią pod siedemdziesiątkę, z plecakiem na ramionach, zaciskającą w dłoniach kijki do nordic walking, na widok których zaniemówiła różowa szantrapa. Inteligencji wystarczyło jej akurat, żeby pojąć, ile kosztować będzie słowo protestu. Kobieta z pewnością użyje kijków niezgodnie z ich przeznaczeniem. Dlatego przestała trajkotać do aparatu, z którego ciągle ktoś pragnął jej głosu. Pani z kijkami, postanowiła ją orzeźwić albo zakończyć łagodniej wystąpienie, bo zakomunikowała: „zrozumcie wreszcie, ludzie, że nawet największy zbrodzień nie zasługuje, żeby o siódmej rano słuchać waszego pitolenia w zasrane komórki!”.

Matylda, wdzięczna za gest wyręczenia ze zbawiania ludzkości, choćby na miarę absolwentki socjologii i resocjalizacji, na wszelki wypadek postanowiła nie jechać kolejką. Miała wystarczająco dużo czasu, żeby pójść na tramwaj linii 12. Ledwie jednak znalazła się na przystanku, diabeł stróż wysunął zza wiaty następnego łamistrajka. Dziewczynisko z zadem kasztanki marszałka, w dżinsach napiętych na pośladkach do granic gwarancji markowego producenta, przyczłapało do Matyldy. Telefonem, przyłożonym w miejscu, które u atrakcyjnych kobiet zwie się usteczkami w serduszko, mieliło do Jasia wyliczankę zakupów. Matylda nawet nie uległa napływającej fali złości, bo zdumienie osłabiło jej emocje. Uwagę przykuło obuwie, które miał na sobie ten rynkowy produkt kobietopodobny. Jej stopy, na oko rozmiar czterdzieści i jeden, pokrywało coś ni to gumowego, ni plastikowego, ale z pewnością palczastego i w kolorze khaki, z podbiciem w barwie zgniłej jesieni. Waran z Komodo, to było pierwsze skojarzenie, choć z pewnością w tym przypadku tkwiło pośród wyszukanych komplementów, zatrzymał się tuż przy niej, by głośno sepleniąc uzupełniać listę zakupów Jasia. Matylda oddaliła się o kilka kroków, ale gad przebrany za kobietę nie odpuszczał i jak cień znowu czaił się obok. Matylda postąpiła jeszcze dziesięć kroków wzdłuż krawężnika, ale i tym razem bez skutku, znowu seplenienie w telefon było przy niej, bo waran miał potrzebę gadać pełzając tuż za Matyldą. Zacisnęła zęby, żeby za wszelką ceną trzymać się porannego postanowienia i wówczas zza zakrętu wyłoniła się „dwunastka”.

Waran z Komodo został na przystanku, gdy Matylda z ulgą stała w przegubie tramwaju i była święcie przekonana, że tym razem dotrze do pracy bez konieczności łamania szlachetnego postanowienia, wolna od nienawiści. „Przepraszam” dotarło do jej uszu od siedzącej dziarskiej czterdziestki w jasnoniebieskiej garsonce, która moszcząc się na siedzeniu, nieznacznie trąciła butem kostkę Matyldy. Ta jednak bez urazy uśmiechnęła się na znak, że nic nie szkodzi, ale diabeł stróż był innego zdania. I skoro zaczepki było za mało, uruchomił telefon czterdziestki. Matylda odwróciła się twarzą do okna i za plecami rozległo się najgorsze: „nie, nie mogę teraz mówić, bo jestem w tramwaju, ale wiesz, zaprosił mnie do kina… no coś ty, do kina, a ja tam wiem na jaki film?! No przecież to nieistotne, ja z facetem nie byłam trzy miesiące, kobieto!… Nie mogę mówić, przecież tramwajem jadę, nie? Daj spokój, pewnie, że kolacja, no takie ciacho wypuścić po kinie?! Hi, hi, hi, no co ci będę opowiadać, nie mogę, bo ja w tramwaju jestem. Zgłupiałaś? Ledwie zdążyłam o czwartej do domu wrócić, taksówką. Jak weszłam do pokoju, to ja nie wiedziałam, czy ma się kłaść spać, czy tylko prysznic wziąć, ale tak nim pachniałam, tak nasiąkłam, że w głowie się kręciło, aż szkoda było to z siebie zmywać… no przecież nie mogę takich rzeczy ci mówić, bo ja w tramwaju jestem”.

Matylda patrzyła jeszcze przez chwilę za okno, po czym otworzyła je jednym zdecydowanym ruchem, mimo oporu materii, w czym niewątpliwie pomogła napływająca fala adrenaliny. Pochyliła się nad kobietą, uśmiechnęła się szeroko i wyszeptała teatralnie: „teraz ja przepraszam”, po czym wyjęła z dłoni siedzącej aparat i machnęła nim przez okno. Kobieta szybko się podniosła, nawet chciała wyrazić swoje oburzenie, ale oklaski pasażerów uniemożliwiły jej jakikolwiek protest.

Matylda wysiadła na najbliższym przystanku i choć pozostało jej niewiele czasu, postanowiła zaryzykować spóźnienie i pójść piechotą, byle już nie słyszeć żadnych rozmów, byle już nie robić głupich postanowień, przynajmniej nieprzemyślanych i nie z rana. Widocznie z nienawiścią do prostactwa było jej do twarzy.

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Gdzie te chłopy?

11 mar

Pani Joasia poprosiła o interwencję tuż przed południem. Wyjechała w połowie tygodnia i miała prawo martwić się o męża, który nie odbiera telefonów, choć umawiali się, gdy przyjęła zaproszenie siostry, że da mu spokój i pozwoli od siebie odpocząć. Po dwudziestu latach, nawet najlepszego związku, trzeba czasem zrobić coś dla jego higieny, dać sobie szansę na odrobinę samotności. Już trzeciego dnia nie zniosła milczenia komórki. Wolała jednak nie pokazywać mężowi, że się o niego troszczy, nie dawać pretekstu do kolejnych wyrzutów, że funduje mu dziecinnienie, ubezwłasnowolnia w każdym wymiarze i robi z niego totalnie bezradnego dziadygę, który zginie w trzy dni, gdy tylko żona nie zrobi zakupów, kanapeczki i nie wyda polecenia zmiany piżamki. W gwałtownym porywie bezradności wybrała telefon do przyjaciela. W jej mniemaniu byłem tym, który nie rzuci cienia podejrzeń, bo nie mam w sobie zadatków na sąsiedzką troskę, a już na pewno nie wyglądam na zaprzyjaźnionego z czyjąkolwiek żoną. W tym oparze komplementów jakiś czas dobierałem piwo w osiedlowym sklepie, a może tylko przeciągałem moment ryzykownego wtargnięcia do słomiano wdowiej twierdzy pana Krzysia.

Długo pukałem, w końcu zadzwoniłem dwa razy, ale wewnątrz nikt nie odpowiadał. Przeraziłem się nie na żarty, w głowie trzasnęło spięcie ryzykownych myśli, że milczenie Krzysia może mieć już wymiar eschatologiczny. Nacisnąłem nerwowo klamkę i wtargnąłem do mieszkania. Na szczęście gapił się przez okno kuchni, zajęty czymś tak dalece, że choć stałem za jego plecami nawet nie odwrócił głowy. Nie miałem pojęcia, co go tam zajęło w deszczowy dzień. Chrząknąłem znacząco aż odwrócił się, zatrzymał wzrok na butelkach i bez powitania zaczął jakoś tak, jakby przed chwilą sam mnie po to piwo wysłał:

Sąsiad, ty to za młody jesteś i pewnie nie pamiętasz tej piosenki, co? Wokalistka taka była, słusznych rozmiarów, super babka. Nie to co teraz! Wszędzie te wieszaki wypchane tamponem i tiktakiem. Lezie to takie po scenie i nie wiesz, kiedy się złamie wpół. Rozchwiane witkami zamiast rąk, z kapslami w miejscu, gdzie normalne kobiety staniki noszą, a te geje z główkami mniejszymi jak dupki, klepią im kreacje, w których twoja stara nie wyszłaby po ziemniaki. I nie dlatego bynajmniej, że się nie zmieści, tylko kobiecości się trzyma! No i ta śpiewająca babka, ciągnęła jakoś tak: gdzie ci mężczyźni… na miarę czasu, no gdzie te chłopy? Sąsiad wyjutubujesz sobie tę piosenkę i posłuchasz tekstu. Ale powiem ci, że widziałem kiedyś taką fraszkę do tej piosenki. Miała tytuł „Odpowiedź Danucie Rinn” i leciało: Gdzie są te chłopy? Orły i herosy? U fryzjera, tapirują włosy. I wiesz co sąsiad, jakieś proroctwo w tym było! Co spojrzę na tych młodych, dobre trzydzieści lat po fraszce, zamiast facetów widzę zbabiałych chłopców specjalnej troski! Patrzę i coś we mnie rewolucję szykuje, na barykady woła, ale z kim pójdę?! Ze stadem sfrustrowanych singielek? No kosę bym chwycił i jaja im upitolił, przy samej szyi chyba, znaczy tym transikom, żeby zakalca w męskości nie było!

No zobacz skurczybyka! Daj no ten browar i zerknij na tego mazgaja za oknem, tam przy odrapanym rowerku ze strychu dziadka Pankracego. Widzisz go? Pitoli przez pierwszy model motoroli, no może drugi, pierwszego by nie udźwignął, patyczak kompresorem w nogawki wbity! Golfik z darów dla powodzian, płaszczyk sznytem do lat pięćdziesiątych wzdycha, a lakierki od pradziadka Rycha, no i to ma być facet? Kilo żelu z grzyweczki makówkę ciśnie w chodnik i gdzie jest znak rozpoznawczy płci? Czego tu się przykleisz? W bicepsie ma tyle, co moja kotka w ogonie jak sroki z balkonu widzi! Taki nawet pedałkom od mody ubliża! I to ma dać kobiecie wsparcie? Jaka babka trzeźwo na to spojrzy? On na żadną też nie, bo przecież… no sąsiad sam zobacz, jakby nie ten płaszczyk, to on ma babski krok, tą dupką zarzuca jak lampucera lekko przechodzona i pewnie idzie na pierogi z jagodami, w barze Koktajl! Bo tam się zbierają takie hiper stresy. Dałbyś mu golonkę i piwo, to by się zawiesił i o reset wołał, płaczek w ligninę kichany!

To przez nich butów nie kupię , bo w męskich działach stoją tylko lakierki i cwelki zawijaski,  rozmiar najwyżej czterdzieści! Kurtki nie znajdę, marynarki nie dostanę, bo gdzie się nie ruszę to ciuch na pół mojej klaty oznaczają 3XL, a w ramionach wieszaka nie zmieścisz. To już nawet nie z Chińczyka miarę biorą pod te makarony w berecie. Zostanie nam chodzić do sklepów z odzieżą BHP, dla budowlańców i drwali. Wczoraj z nudów pilotem po kanałach latałem. Trafiłem na galę nowego zapachu bruna z bananami, czy innego smrodotłuka. Zatrzymałem się, bo pokazali takiego Pinokia, co do łazienki wchodzi między zawiasami, a na łbie miał żywcem Simpsa wyciętego. Podkręciłem głos z ciekawości i co słyszę: … jestem tu nie tylko jako dziennikarz, jestem jako mężczyzna, bo minęły czasy, gdy wystarczyło, że prawdziwy facet mniej śmierdzi od małpy! Dziś facet, żeby być sobą, musi zadbać o aromatyczną wstęgę uwodzącej barwy, która zatrzyma na ulicy kobietę, sprawi, że zapomni dokąd szła. A jak ona poczuje taki czar, to jeszcze na czymś wzrok musi zatrzymać. Można się ubrać w sieciówce, ale w co? W Bangladesz seryjny, a ja? Proszę spojrzeć, w moich dżinsach wykreowana na zamówienie dziura nad kolanem więcej kosztuje niż pięć par spodni w centrum handlowym!

Nie kręć kinola, sąsiad, no tak było! Wyłączyłem, żeby nie puścić talerza w telewizor, bo jeszcze niespłacony! I co powiesz na widok takiego mężczyzny z grzebieniem skacowanego koguta na łbie? Fryz modelowany z kłaków przez durszlak szarpanych, ale mężczyzna lajfstylowy! W dwa kolory pędzlem ciągnięty, ale pewnie farba na kłaki więcej warta niż moje auto. No i jaka za takiego wyjdzie? Chyba taka sama jak on. A w pół roku pokłócą się komu wolno dłużej przy umywalce oczka malować, żelem loki lepić albo kto komu kokos z tubki zachylił na maseczkę i rozwód gotowy. Przyczyna? O jedno lusterko nad kranem było za mało, czyli niezgodność charakterów!

A u nas co jest w odwodzie? No co?! Pytam się?! Synki siedzące u mamusi do pięćdziesiątki. Tłuką w klawisze kompa po blady świt, a kobieta bardziej ich przeraża niż wirus z sieci. Jak mamusia zejdzie z łez padołu, to synki do Mopsu pójdą i będziesz na nich dymał sąsiad i podatki płacił! Jak cię w międzyczasie inna odmiana męskości nie załatwi: osiedlowe żule, dresy i kibole po skutecznej lobotomii! Ja się już wcale nie dziwię tym feministkom. Jakie one mają wyjście? Głosić wyzwolenie od chłopa to nie moda, sąsiad, to konieczność!

Zawiesił głos nad garnkiem, w którym głośno buzowała woda. Osolił i wrzucał makaron do wrzątku. Po chwili podszedł do czajnika elektrycznego i włączył. Wydobył z szuflady pudełeczko z rosołem, położył na dnie głębokiej miski kostkę i rozgniótł łyżką. Zalał wodą i kuchnię wypełnił miły zapach cienkiego wywaru. Poprzedni gniew opuścił Krzysia i uśmiechnął się do mnie zwycięsko: Ale mojej starej sąsiad nie zdradzaj, że gotować umiem, bo się wyzwoli na stare lata i do garów mnie zapędzi.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Obrazki

 
 

  • RSS