RSS
 

Notki z tagiem ‘kultura’

Sranie w banie na nieczytanie

26 kwi

nieczytanieJako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.

 
 

Niedziele spisuję na straty

19 mar

IMG_9842Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną… Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

 

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

04 lis

student- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie zastępstwa i klasówki układa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze i grube słomki do szklanek, córka prosiła, daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O słomki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Odkurzyłem chałupę, kuchenkę umyłem, kuwetę ogarnąłem, koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać tekstów, znasz to!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! Wymagające hobby, na potrzeby pozornego rozwoju z dowartościowaniem banału życia w tle! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości. Tylko nie wiem, czy doda motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmienia ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru, żeby dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą, a nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Ty wiesz, jakie jest zatrzęsienie blogów w sieci? A nie masz zadatków na celebrytę modowego, ani tego od pieczenia buraka i szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi rodowa mądrość.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te słomki i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli te babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to ego zbutwiałe. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na kwartał za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko jest ważne godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj, tylko wstyd w ludziach zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka, twój ulubiony profesor i pisarz, Chwin Stefan, zdaje się jakoś tak mówił w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, to żeby pamiętali u progu jasności w tunelu! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u Chwina Stefana: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie chciałeś napisać, że statystyki kłamią, a w Krakowie ludzie sobie gnaty łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają i napawać się, by nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistycznie wiatr w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie, po części. Część, żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne, choćby spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… i w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

 

Homar w sosie onirycznym

15 mar

Kiedy David (Colin Farrel) musi zdecydować w jakie zwierzę chce być zamieniony, mówi bez wahania: Lobster, stąd tytuł tego filmu. Zaraz potem słyszy, że dziwny to pomysł, bowiem ludzie, którzy nie znajdą sobie pary w ciągu kilkudziesięciu dni, najczęściej chcą zostać psem lub kotem, dlaczego zatem on zamierza być skorupiakiem? David uzasadnia to zaskakująco szybko: homar długo żyje, ma błękitną krew, arystokratyczną, a poza tym zachowuje zdolności rozrodcze do końca życia. Po co mężczyźnie takie atrybuty w świecie pozbawionym nadziei na spełnienie? Tego się nie dowiemy, choć do końca będziemy kroczyć za nim po labiryncie absurdalnych powinności i przymusów.

roomYorgos Lanthimos, wprowadza widza w metaforyczny i groteskowy świat. Recenzenci chcą koniecznie widzieć tu świat bliżej nieokreślonej przyszłości, ale to rzecz dyskusyjna, skoro scenografia, stroje bohaterów, wyposażenie wnętrz, całkowicie odpowiadają naszym czasom. Hotel, na który zostają skazani ludzie nieużyteczni społecznie, też wydaje się całkiem realny. Grozę może budzić ukryty przed widzem pokój transformacji, w którym nieszczęśnicy staną niżej w hierarchii stworzeń, jeśli nie uda im się znaleźć pary w przewidzianym terminie.

W hotelu panują żelazne zasady. Mieszkańcy pozbawieni są rzeczy prywatnych, muszą jasno wybrać orientację seksualną, nie wolno im być biseksualnymi. Otrzymują wszystko, co niezbędne do życia, także garderobę oraz zabawy przy muzyce i inne formy rekreacji, służące zbliżeniom. Mieszkańcy mają też broń na strzałki usypiające, zawieszoną w centralnym miejscu pokoju. Przymusowo uczestniczą w polowaniach na singli rebeliantów, którzy skryli się w pobliskim lesie, by pielęgnować w podziemiu, skrajny jak się okazuje, indywidualizm. Nagrodą za ustrzelenie singla jest przedłużenie o jeden dzień hotelowego czasu na znalezienie pary i tym samym ocalenie nadziei na dalsze pozostawanie człowiekiem. Im więcej trafień, tym dłuższy czas poszukiwań. Ta zależność skutecznie przymusza myśliwych.

Bardziej jednak niż streszczanie czy recenzowanie najnowszego dzieła autora „Kła”, interesuje mnie dyskurs, jaki reżyser wprowadza lawirując pomiędzy udziwnionymi scenami. Gdy widz porusza się wraz z Davidem po nieco klaustrofobicznej rzeczywistości, spotykają go absurdy rodem z  rzeczywistości totalitarnej. Pensjonariusze traktowani są tu nie tyle jak więźniowie, co raczej jak ubezwłasnowolnieni albo upośledzeni. Widz również może poczuć się jak niepełnosprawny umysłowo, gdy kobiecy głos z offu opowiada to, co ten widzi na ekranie. David odczuje to samo już pierwszego wieczoru, gdy przykuto mu jedną rękę do paska, by pojął jak trudno żyć bez pary rąk podczas podstawowych czynnościach dnia. Publicznie dokonana egzekucja (przypalanie dłoni pensjonariusza w tosterze, jako kara za onanizm) ma przypominać o konieczności dokonania jedynie słusznego wyboru życia w związku. Groteskowa agitacja w postaci scenek, odgrywanych mechanicznie przez personel, do bólu uświadamia jak bardzo pojedynczy człowiek skazany jest na porażkę. Karykaturalność przekazu stanowi o bezdusznym dyktacie, który z pewnością nie zachęca do autentycznego budowania relacji, każe raczej myśleć o uwolnieniu się za wszelką cenę z tego domu wariatów.

 Ucieczka wiedzie jednak tylko w drugą skrajność. Przeciwwagą przymusu posiadania partnera, jest inny przymus, realizowany w lesie pełnym rebeliantów i zwierząt bez pary. Tu zbuntowani bezwzględnie ulegają dyktatowi indywidualizmu. A co z człowiekiem i wolnością? Z jego wolą obdarowania uczuciem w sposób naturalny? Co z samostanowieniem i potrzebą podejmowania ryzyka wyboru na własny rachunek? Odpowiedź pozostawiam tym, którzy postanowią zanurzyć się w tej wersji świata.

Lobster3W obrazie Lanthimosa ludzie są jak marionetki wyprane z woli działania, funkcjonują w dziwnym letargu, zdominowani przez irracjonalny nakaz. Poruszają się jak zahipnotyzowani, sprowadzeni do określonej cechy charakterystycznej. Trudno nie zauważyć, że to jednak kobiety są tu silniejsze, a przynajmniej one pełnią rolę dominujące. Kierowniczka ośrodka, Samotna liderka indywidualistów, Nieczuła kobieta, wymuszają swoimi postawami uległość przedstawicieli obojga płci. Jeśli mężczyzn coś motywuje do działania w narzuconej formule, to tylko instynktowny strach przed zamianą w zwierzę, nawet jeśli obecna forma egzystencji daleka jest od spełnienia w podmiotowości. Nie wiem, czy ten szczegół ma znaczenie, ale w obsadzie filmu obok nazwisk aktorów umieszczono cechy postaci, zamiast imion bohaterów: Sepleniący mężczyzna, Kobieta z krwotokiem z nosa, Ojciec samotnej liderki, Kobieta z ciastkami, Krótkowzroczna kobieta, Kulejący mężczyzna. Dlaczego ich imiona, podobnie jak dotychczasowe życie filmowych postaci i dramaty, które ich tu przywiodły, są aż tak pozbawione znaczenia? Oto mają nową szansę. Teraz są tylko bezwolną grupą jednostek do urobienia podług naddanego sensu. W zasadzie nie pada tu jednak żadna podpowiedź, jakiej wyższej idei ma służyć trwanie w parze, skoro nawet o prokreacji nie ma mowy. Można pójść na skróty, uznać, że metafora twórców prowadzi do ukazania skutków konfrontacji, że przeciwstawiono skrajną prawicową ideologię skrajnie liberalnej, a tarcie między dwiema siłami czyni bohaterów ludźmi bez właściwości, jeśli nie przyłączą się do żadnej ze stron. Tymczasem nawet liderzy są tu podejrzani w swojej autentyczności, bo toczy ich rak lękowego udawania przekonań, co zostaje w filmie świetnie obnażone.

Lobster4Świat w filmie „Lobster” jawi się jednocześnie jako groteskowy i bezwzględny, w jakiś sposób oniryczny. Gorzki humor graniczy tu z okrucieństwem, cynizm z delikatnością rodzącego się uczucia, skazanego na zagładę. Z pewnością nie jest to arcydzieło, ale pozostawia w widzu pewien rodzaj egzystencjalnego niepokoju, zrodzonego z towarzyszenia wykastrowanej podmiotowości. Ten niepokój przypomina też, że w każdej formie życia społecznego jesteśmy formowani pod wymiar, pod kontur oczekiwań grupy. Klasa w szkole, zespól w pracy, koledzy w biurze, na uczelni, wspólnota w kościele, funpage, partia polityczna, forum, każdy rodzaj zbiorowości przycina podmiotowość do przewidzianej ramki. Przypomnienie o tym, to jeden z głównych atutów tego obrazu.

Film ma swoje dłużyzny, bywa męczący, ale mimo mielizn fascynuje oryginalnością fabuły. Wyraźnie wyłamuje się z określonych konwencji i nie daje się przyciąć do żadnego wymiaru gatunkowego i za to także chwała reżyserowi. Tego oczekujemy od kina artystycznego, które nie jest li tylko zmaganiem z formą i estetyką. Widziałem różne określenia: sf, thriller, dramat, film psychologiczny, czarna komedia, niekonwencjonalne love story, jednak żadne z nich nie oddaje w pełni charakteru opowieści Lanthimosa, której z pewnością warto oddać dwie godziny życia, choćby po to, by uciec rutynie i wyrwać się ze schematów myślowych.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Kultura

 

Między krowami a słoneczną stroną ulicy

20 sty

Tak się złożyło, że sylwestrowy wieczór spędziliśmy w kinie Helios. Stary rok pożegnaliśmy filmem „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej, nowy zaś witaliśmy obrazem Janusza Majewskiego „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Minęło wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć o sylwestrze, ale jakoś nie potrafię ani puścić w niepamięć, ani dojść do ładu z odbiorem obu obrazów. Rzecz doskwiera szczególnie teraz, gdy na dobre rozkręcono medialną machinę promocyjną. Gdy w radiu, telewizji, w czasopismach i portalach społecznościowych filmy przedstawia się jako wydarzenie kulturalne początku roku, nie sposób nie ulec nachalności reklamy. Tymczasem zamiast wspomnienia smaku dobrego kina mam raczej powracający refluks niewystarczalności. Nie jest dokuczliwa niestrawność, ale w miejsce uniesień towarzyszy dysonans poznawczy. To coś jak bolesny skutek zderzenia nadziei wartościowego obrazu z pędzącą lokomotywą promocji, która miażdży przyganą, że nie odkryłem zawartości dzieła w dziele. Zatem możliwości są dwie: widz malkontent, któremu nowe za mało dobre albo jeszcze raz w trailerach sprzedają nam więcej niż w kinie. Zacznę jednak w porządku oglądanych filmów.

krowyPrzyznam szczerze: o filmie Kingi Dębskiej z premedytacją nic nie czytałem aż do seansu. Nie chciałem nastawiać się z góry, więc nie miałem nawet pojęcia, o czym film traktuje, do kogo jest kierowany, jakiej problematyki dotyczy. Z fragmentu wywiadu z reżyserką, emitowanego w radiowej „Trójce”, usłyszałem, że to komediodramat, który miał już świetne przyjęcie w USA, co w moim odczuciu wielkiej chwały filmowi przysparzać nie musi. Tymczasem o głębokie poruszenie było jakoś trudno podczas sylwestrowej projekcji filmu „Moje córki krowy”. Od początku coś przeszkadzało wejść w świat przedstawiony. Może cisza tego filmu? Porażający brak muzyki, która bardzo by się przydała, choćby ze względu na sąsiedztwo kobiety obrzydliwie chrupiącej nachosy. Przeszkadzała też ciężka atmosfera na starcie, niemal od razu szpital, nagła choroba matki bohaterek, gdy na pierwszy rzut oka z ojcem też nie wszystko w porządku. Zatem bez owijania w bawełnę fabuły określone zadania: rodzice chorzy, córki choć różne, emocjonalnie od siebie odległe, będą zmagać się z mocno zakorzenionymi konfliktami w obliczu wspólnego nieszczęścia. Czyli pozamiatane przed wejściem, na starcie wiadomo i do końca niewiele się zmieni, co najwyżej falowanie emocji da o sobie znać. W tym momencie można zamknąć główną oś dramatyczną. Czy zatem trzeba nam w kinie kolejnego obrazu o zmaganiu z miłością, z relacjami rodzinnymi wobec śmiertelnej choroby, choćby po „33 scenach z życia” Szumowskiej? Czy też ostatnio po „Chemii” Prokopowicza?

Różnie można na to patrzeć, ale na rzecz obrazu Dębskiej przemawia z pewnością łagodzący traumę humor. Komizmem sytuacyjnym rozładowuje dramat bezradności córek i zmaganie z odchodzeniem rodziców. Ciepła ironia oddziela grubą kreską temperament, mentalność, intelekt sióstr, ich tak odmienne osobowości na tle despotyzmu ojca, który swoją postawą wpłynął na różne formy wypaczenia życia obu. Marta (Agata Kulesza) to kobieta mocna, zorganizowana, podchodzi do problemów zadaniowo, ale też zachowuje czułość wobec ojca i matki. Wychowuje dorosłą córkę, radzi sobie z życiem, jest serialową aktorką, której nie doskwierają braki materialne, ale niewykluczone, że dokucza jej samotność, bo nie potrafiła zbudować trwałej relacji z żadnym mężczyzną. Przyczyna? Być może ta, że żaden facet nie był wystarczająco dobry, by zadowolić ojca (świetny jak zawsze Marian Dziędziel w tej roli), który mimo raka mózgu do końca pozostaje cyniczny, z ciepłą, ale jednak ironią nazywający córki krowami, nawet w obliczu własnej niepełnosprawności. Despotyczny i nieznoszący kwestionowania własnych potrzeb, ale też niejednoznacznie uległy i kochający miłością chłodną, egzekwującą prawo ostatniego słowa, choćby na drodze krętactwa. Kasia (bardzo dobra Gabriela Muskała w roli rozchwianej emocjonalnie, infantylnej i sięgającej do kieliszka nauczycielki), nie najlepiej radzi sobie z życiem. Z jednej strony syn, młodociany diler narkotyków, z drugiej mąż nieudacznik, który wiecznie szuka pracy tak, by jej przypadkiem nie znaleźć (Marcin Dorociński inny niż zwykle i przekonujący na dalekim planie, gdzie jego miejsce). Kasia w tej sytuacji nie ma wyjścia, mieszka z rodzicami i raczej na koszt rodziców, bo trudno, żeby nauczanie początkowe dawało środki na wycieczki do Egiptu z takim mężem i synem. Ma jednak głębsze powody, żeby sięgać po alkohol, bo na tle siostry od zawsze wypada blado, jako ta głupsza, nieudana. Kasia jest niestabilna, toteż w obliczu choroby matki bezrefleksyjnie sięga po wszystko, co jest w zasięgu, by pomóc (wymowne sceny na przemian z szamanką i księdzem, bo dla niej rodzaj wiary nie ma znaczenia, byle była skuteczna). Ta siostra reprezentuje inną stronę życiowej porażki, ale też wywołuje żal u Marty, że choć ona jest samodzielna, silna, jednak większym kosztem daje radę, skoro nie może polegać na Kasi, rozbitej i niedojrzałej, i to na Marcie spoczywa ostatecznie odpowiedzialność za jakość i komfort odchodzenia rodziców.

Mam problem z tym filmem, bo nie wiem, o czym mocniej traktuje? Czy o odchodzeniu rodziców, z którym każdy musi się zmierzyć, zawieszając na kołku swoje życie, problemy, ale też animozje, pretensje i żale pielęgnowane od dzieciństwa? Czy raczej o relacjach z bliskimi, bo zawsze na jakimś etapie dorosłości są formą zbierania plonu, spłacania ostatnich rat za wzajemne zranienia, roszczenia i brak porozumienia z rodzeństwem, ale jednak w obliczu miłości, która choć była bolesna przez całe życie, najsilniej daje o sobie znać dopiero, gdy najbliższych tracimy? Myślę, że na te pytania każdy musi sam odpowiedzieć, gdy już zdecyduje się pójść do kina. „Moje córki krowy” to nie jest dzieło, które przewróci nam świat do góry nogami, ale z pewnością wchodzi drzazgą niepokoju pod skórę i uwiera, więc jest filmem ważnym, prawdziwym i bardzo ludzkim.

excentrycyJeśli życzyłbym sobie, żeby cały nowy rok był dla Was i dla mnie taki, jak jego początek w kinie, po spotkaniu z najnowszym filmem Janusza Majewskiego, to chyba wyłącznie w kontekście swingowego rytmu i wspaniałej muzyki, która poniesie nas przez najbliższe trzysta dni z okładem. Powiem otwarcie: po wiekopomnych dokonaniach reżysera („Zazdrość i medycyna”, „Zaklęte rewiry”, „Lekcja martwego języka”, „CK Dezerterzy), „Excentrykom” bardzo trudno będzie doskoczyć do miana dzieła. Lubię kino Majewskiego, cenię prozę Kowalewskiego, ale w przypadku „Excentryków” wróżę raczej sukces jednego sezonu i to zimowego. Przyczyn upatruję w pierwowzorze, czyli powieści olsztyńskiego pisarza. Na ile broni się jej literacki wymiar, na tyle nie ma w tym utworze materiału na film fabularny. Historia miłości do jazzu w mrocznym PRL-u wcale nie musi być filmowa, nawet jeśli jest literacka. Owszem, udaje się przemycić smak fascynacji, prawdę o tym, że prawdziwa pasja chroni przed każdą formą zniewolenia, pozostawia ogromny margines wolności wewnętrznej. Jednak film, przy tej obsadzie, i dosyć płaskiej warstwie fabularnej czy dramatycznej, staje się miksem teledysków z papierową historią w tle. Ale historią czego? Życia muzyką, która chroni przez ponurością czasów? Miłości ulotnej i skazanej na porażkę bez względu, czy jej obiektem jest muzyka czy piękna i niejednoznaczna Modesta? Czy może to historia sentymentalna o tym, że swing porywa i jednoczy wszystkich i obok siebie mogą grać reżimowy milicjant z rodakiem powracającym z Anglii w czasie nienajlepszym z możliwych? W każdym razie film jest mało dramatyczny, ale mocno wodewilowy i jeśli o to szło, zamierzenie z pewnością się udało, ale czy przekonuje poza warstwą muzyczną?

Nie sposób jednak odmówić mocnych i świetnych akcentów komediowych, wspaniałych kreacji aktorskich drugoplanowych. Tutaj bez wątpienia króluje Anna Dymna w roli Bayerowej, kobiety zgorzkniałej, przerażonej nowym światem, który pozbawił ją wszystkiego i zniszczył smak dotychczasowego życia. Bayerowa siedzi we własnym łóżku brudna, zapijaczona, rozczochrana i przerażona. Przeklina, nienawidzi, ma ochotę wbić się pod kołdrę, przeczekać wariactwo komunizmu do końca jej lub systemu. Jest w tym tak samo malownicza i wiarygodna jak wówczas, gdy znienawidzony system przywraca jej człowieczeństwo i resocjalizuje, czyniąc z niej cudownie cyniczną babcię klozetową, wykreowaną nieco surrealistycznie i prowokacyjnie na relikt minionej epoki, gdy sięga po Bayerowamakijaż, woalkę i długą lufkę z papierosem, by robić za damę pośród kabin i pisuarów, w zbieraninie ludzi pędzących za potrzebą. Smaczku komediowego dodaje filmowi z pewnością także Wojciech Pszoniak w roli stroiciela fortepianów i muzyka Felicjana Zuppe, który wietrzy wszechobecny spisek homoseksualistów w historii literatury polskiej i jak się okazuje ma ku temu osobiste powody. Jeśli mowa o kreacjach i odtwórcach, największym rozczarowaniem jest wybór Macieja Stuhra do głównej roli męskiej. Gdy czytałem powieść  Kowalewskiego, trudno było oprzeć się wrażeniu, że Fabian, to mężczyzna postawny, w średnim wieku, szarmancki i z klasą. Wizerunkiem przypominał raczej nieodżałowanego Jana Machulskiego z czasu, gdy grał kasiarza Kwintę w „Vabanku”. Trudno było uwiarygodnić w tej roli wciąż młodego Stuhra o chłopięcej urodzie. Ale takie prawo reżysera, że może widzieć postaci jak chce. A nasze prawo widzieć w tych filmach plusy i minusy, najmniej ufając trailerom i uniesieniom dziennikarzy sławiących nowe szaty króla.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Kultura

 
 

  • RSS