RSS
 

Notki z tagiem ‘mentalnosc’

Bezradność jak kij

17 maj

Okraglak_Przymorze1Są tacy, którzy uważają mnie za pyskacza. Są tacy, którzy mówią, że moim jęzorem można by nogi golić. I wówczas nie mam nic przeciwko, szczególnie gdy nogi kobiece i to w każdym tego słowa znaczeniu. Są jednak takie dni, gdy całe moje wygadanie, wyszczekanie, riposty, ironia i złośliwość wkopują się w piasek na wyścigi ze strusiem stereotypów, któremu wstydliwie ulegam szybciej niż myślę. Są takie dni, gdy wypracowana, a może i wrodzona, skłonność do polemiki oddaje pole. Zdaje się psu na buty i dopiero po czasie przychodzi owo słynne: mogłem mu powiedzieć… gdyby nie bezradność właśnie. Ale może najpierw scenka rodzajowa.

          Niedziela, gdańskie Przymorze, kościół w środku osiedla. Koniec Mszy, ludzie wylegają na plac i gromadnie przechodzą przez pobliską uliczkę, traktując jezdnię jak drogę z Kościoła po prostu. Każdy przechodzi gdzie mu bliżej, bez szukania przejścia, bo droga biegnie przez całe osiedle. Przejścia są, nawet dwa, o kilkanaście metrów od siebie, ułożone na wysokich progach zwalniających. Przed progiem z prawej strony zatrzymuje się samochód, przepuszcza nieznaczny tłumek. W tym samym momencie na próg z lewej strony wjeżdża samochód, którego kierowca za nic ma fakt, że na środku jezdni znajduje się starsza kobieta i kilka innych osób, jedzie. Byłem o trzy metry od maski tego samochodu, więc wyszedłem na jezdnię, żeby zmusić prowadzącego do zatrzymania, z wyrzutem patrząc mu w oczy. Zatrzymał samochód, otworzył okno i skierował do mnie typowe w takich sytuacjach słowa: „Ma pan jakiś problem?” Zerknąłem w twarz, na której znalazłem kiludniowy zarost i w wyrazie coś jak połączenie osiedlowego Seby z mieszkańcem strzeżonego osiedla. Zerknąłem na tablicę samochodu, a tam początek na W… i już zagrały stereotypy. Gdzieś pod czaszką jaskrawo pulsował neon: „gadaj z dupą, to cię osra”. Posłuszny ostrzeżeniu rzuciłem krótko: to jest droga wewnętrzna. Ruszyłem dalej nie szukając polemiki, ale dolałem tym oliwy do ognia. Krzyczał coś do mnie on i niewiasta jego, że żadna droga wewnętrzna, że się nie znam i słońce mi za mocno przygrzało i coś tam jeszcze obraźliwego. Nie dosłyszałem, bo w jego stronę odwróciła się kobieta idąca przede mną i z determinacją w głosie krzyczała: „no jaki cham! Nie dość, że na ludzi wjeżdża to jeszcze pyskuje, gdy mu grzecznie uwagę zwrócić! Wczoraj taki sam mało mnie tu nie przejechał! Bydlak!”.

          A mnie dopadła bezradność i zdzieliła w tył głowy. Bezradność jak kij twardy, co ma dwa końce i kij ten, co zawsze się znajdzie, gdy chcesz psa uderzyć. I kij samobij, którego razy najbardziej bolą. Najwyraźniej doszedłem do granicy, do momentu, gdy w zderzeniu z bliźnim bezradność jest silniejsza ode mnie. Ale czy na pewno z nim? Może dotarłem do granicy uległości wobec stereotypów kulturowych? Albo do granicy biegnącej pomiędzy postrzeganiem siebie jako lepiej wiedzącego a byciem zawalidrogą na ścieżce rodaków wyłącznie w siebie zapatrzonych? To jest ten rodzaj bezradności, która iskrzy na styku zewnętrznego polactwa z moim własnym brakiem pokory. Na linii życzliwości, empatii i dżungli polskiej, wymuszającej zasadę: maszeruj albo giń.

          W niedzielne popołudnie, przed kościołem, dałem sobie prawo być wściekłym bardziej na kierowcę czy na siebie? Poddałem się kijom samobijom, bo nie miałem racji w kwestii prawnej? To, że drogi poprzeczne od tej jednej oznaczono jako drogi wewnętrzne, nie musiało znaczyć, że ona również ma taki status. Prawo było po stronie kierowcy, który się na mnie wydarł. Zgodnie z prawem mógł winić stado pieszych i jechać im po piętach? Ale czy w związku z tym nie mogłem oczekiwać od niego zwykłej ludzkiej życzliwości wobec znajdujących się na jezdni? I co wówczas miałbym odpowiedzieć na jego pytanie: „Ma pan jakiś problem”? Z uśmiechem przemówić w duchu: „Mam problem natury empatycznej. Zastanawia mnie, dlaczego kierowcę z tamtej strony stać na zatrzymanie samochodu, a łaskawy pan jakoś się nie kwapi?”. Przecież w gruncie rzeczy o to mi chodziło, a nie o rozstrzyganie z jakiego rodzaju ulicą mamy do czynienia. Dlaczego zatem przed kulturę osobistą wychodzi kulturowa klisza i błyskawicznie łączy znaki: „wygląd Seby, tablica rejestracyjna na W… i agresja na drodze, więc nie ma z kim gadać, chama trzeba chamstwem, inaczej nie pojmie. No to buch mu pod maskę, niech stanie”.

               Jeśli tak, czemu pałuje kij samobij i okłada bezwzględnie: z kościoła wyszedłeś i już na progu zwalniającym zgubiłeś miłość bliźniego? Wystarczyło z uśmiechem poczekać aż przejedzie i dalej iść do własnego życia. Tymczasem postradałeś pokorę, stajesz się zaczepny i podążasz na sznurku stereotypu wprost do konfrontacji. Nie umiesz w tak banalnej sytuacji po prostu ustąpić, bo tu nawet nie trzeba było policzka nadstawiać. Ale czy pokora, uśmiech, miłość bliźniego w czasie marnym nie daje przyzwolenia tym wszystkim Sebom, Januszom, Grażynom? Czy nie zezwala być aspołecznym, coraz mocniej roszczeniowym? Skoro nikt im łokcia nie przetrąci, uprawomocnią na własne potrzeby przekonanie, że świat wokół to ich prywatny paśnik. I tu kij samobij odsłania drugi swój koniec, a tam wypisany jest również Ewangeliczny nakaz: gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go. Podejrzewam jednak, że aktualnie upomnienie takie wywołuje, co najwyżej, zajady od śmiechu, a bezradność pokojowego działania w miłości, rodzi tylko frustracje. Dlatego coraz trudniej kochać ludzi i w większości przypadków wcale nie ma do czego się spieszyć, nawet gdy zbyt szybko odchodzą. Coraz trudniej rozpoznać kto jest moim bliźnim, a dla kogo jestem tylko przeszkodą do marchewki, więc kijem mnie usuwa. 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Sranie w banie na nieczytanie

26 kwi

nieczytanieJako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.

 
 

Zamiast postanowień

10 sty

Od dawna dostaję do skrzynki propozycję zarobienia kasy bez wychodzenia z domu, na przemian z propozycją skorzystania z usług wróża Macieja, kimkolwiek on jest. I tak, między wersami, dociera do mnie boleśnie prosta prawda, że jednak jestem malkontentem. Kredyt niespłacony, ceny w górę, wciąż podnoszone opłaty, a ja nie chcę korzystać z gotowca i zostać milionerem bez wyskakiwania z  piżamy i zdeptanych laczków, więc może wypada jednak coś postanowić na nowy rok? A może malkontenctwem dać tylko uzasadnienie tonacji tego, co znajdzie się poniżej?

          Bo i cóż tu postanawiać, skoro wiadomo, że lepiej raczej nie będzie, a potwierdza to z jednej strony atak zimy, a z drugiej wojna polsko-polska, tyleż absurdalna, co groteskowa. W dodatku dostałem kolejną, jakże sympatyczną wiadomość, od uroczego automatu administratora bloga, że od dwóch miesięcy nie dałem nowego wpisu i automat uprzejmie przypomina, że automatycznie czeka i nawet mogę polecić nowy wpis redakcji. Pamiętać jednak muszę, że przydługi brak wpisów grozi usunięciem bloga. Zatem, Drodzy moi, zmuszony jestem pisać… tak na wszelki wypadek, bo żal minionych lat i Waszego tu cudownego towarzyszenia, które wiary w sens tego pisania dodaje.

          Gdy niemal dziesięć lat temu zaczynałem snuć refleksje, nie miałem żadnych wielkich ambicji, poza próbą ocalania szczątków rozumu i ducha w czasach pogodni za gadżetami. Pomysł był w zasadzie jeden, taki sam jak na pisanie prozy: być nieco krzywym lusterkiem, przechadzającym się po gościńcu naszego czasu. Nigdy nie miałem ambicji przemawiania w imieniu narodu, społeczeństwa czy grupy. Zawsze pisałem za sobie i z wiarą, że do sobie podobnych, z jakiegoś powodu wyrzuconych na taki czy inny margines, bo stamtąd człowiek więcej widzi i nie ulega presji wyścigu szczurów. Przeglądałem i opisywałem tu ciekawostki wyłowione ze społecznego pulsowania epoki, przepuszczone przez filtr ironii i sarkazmu, bo kiedyś usłyszałem, że to lepiej działa niż patetyczne kazania, za cel mające przerabianie ludzi w anioły.

Różne rzeczy mnie za to spotkały, wiadomo. Raz pochwała, to znów mocny hejt, jak to w sieci. Ale nie spodziewałem się, że doczekam czasu, gdy nie będę miał o czym napisać z sensem, tak, żeby nie było o polityce i nie straciło jutro znaczenia. Żyjemy w czasach silnie naznaczonych doraźnością i sekundowym czynem lub buntem, chwilowością podziałów, protestów, treści, które nie pozostawiają po sobie śladów następnego dnia w dziwnie płynnej nowoczesności.

          Polityki nienawidziłem szczerze od najmłodszych lat, odkąd pierwszy protest wobec jej prób zagarnięcia wolności zbiegał się z otwarciem sezonu połowu szczupaka. Zamiast na nakazany pochód pierwszomajowy, ruszałem z wędką nad rzekę. Oddawałem się świętowaniu na łonie natury, choć za cenę obniżonej oceny ze sprawowania. I tak mi zostało. Gdy w 1989r. z entuzjazmem orzełkowi przyklejano koronę, czekałem tylko, kiedy wbiją mu szpony w gumowe kalosze, wszak będzie musiał z całym państwem brnąć przez kolejne rzeki gówna po ekipach mianujących się wybranym rządem ludu, a ja będę oddawał głos w wyborach zawsze przeciw mniejszemu złu, nigdy z nadzieją dobra ogółu i sprawiedliwości społecznej. Często rezygnowałem z obywatelskiego prawa, bo ostatecznie było mi wszystko jedno, czy łajdactwo, arogancja, ustanawiany absurd prawa i okradanie obywatela przyjdzie z lewa czy z prawa, czy będzie to kolor czerwony, zielony, czarny czy sraczkowaty.

Odkąd pamiętam wierzyłem w człowieka, bezgranicznie nie ufając grupie, bez względu na jej liczebność i idee przewodnie. Stado nie ma rozumu, stado nie ma woli, dystansu, wolności wyboru, stado ma instynkt przetrwania albo partykularny interes i tratuje wszystko, co stanie mu na drodze. Tymczasem dziś mam coraz większy problem z wiarą w człowieka. Patrzę dookoła i niedowierzam nawet w sprawach zdałoby się banalnych, gdzie dobro, troska o otoczenie, ład i miłość bliźniego zupełnie nic nie kosztują. Klika prostych przykładów? Samochód zaparkowany maską do ulicznej latarni, kobieta usiłuje włączyć się do ruchu, ale za nią stoi inny samochód, w nim kierowca, który nie reaguje na żadną z próśb kobiety o zrobienie odrobiny miejsca i nie da się tego niczym uzasadnić. Ignoruje ją i widać jak sprawia mu radość jej bezradność. Inny samochód na światłach, uchyla się okienko, pani wyrzuca rozżarzonego peta na jezdnię, a na ironiczną uwagę innej kobiety – kierowcy: „coś pani wypadło”, odpowiada rozbrajająco z uśmiechem: „nie, ja to wyrzuciłam”. Wkładam złotówkę i wysuwam kosz w supermarkecie, ale żeby zrobić zakupy już po raz kolejny w miesiącu, muszę opróżnić kosz z pustych butelek, opakowań po chipsach, z papierków po batonikach, które zostawił mój poprzednik, żrąc przed zapłaceniem. Wychodzę na ulicę i czuję w powietrzu smród palonych tworzyw sztucznych i śmieci z kominów domków jednorodzinnych, których wszak nie zamieszkuje biedota. Ile takich przykładów braku szacunku do siebie i otoczenia każdy z nas codziennie może wyliczyć i zapytać: co się dzieje z człowiekiem? Jeśli nie wymaga przyzwoitości od siebie, czy będzie przyzwoity dla innych? Gdy zawodzi w rzeczach banalnych i małych, czego można od niego wymagać na pułapie postaw obywatelskich, w obszarze kultury, ładu i odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość kraju? Czy można uwierzyć, że spośród takich ludzi wyjdzie światła i mądra, sprawiedliwa elita władzy, opozycji, ruchu społecznego? Czy można uwierzyć, że w przyszłości tacy ludzie wybiorą lepszą zmianę, gdy dobra doprowadzi nas na skraj przepaści?

Jakiś czas temu zaprzyjaźniony pisarz obwieścił na FB, że pora uciekać, ruszyć na emigrację wewnętrzną, zamknąć się w wysokiej wieży, z klasyką literatury, muzyki, filmu i tam dotrwać do końca swojego lub Rzeczypospolitej. Nie przeczę, jest to metoda dla ludzi wysokiej kultury, dla wrażliwców żyjących duchem, ludzi z pasją, samodzielnie myślących i krytycznych, może też dla ostatnich humanistów z przekonaniem, a nie dyplomem. Sam czuję się do tej formy emigracji zmuszony. Obawiam się, że metoda przestaje być alternatywą, staje się koniecznością. Istniejemy coraz bardziej ściśnięci między dwiema ścianami nijakości: między polityką a komercją i kulturą masową. Z jednej strony prawo stanowione przez polityków rządzących coraz częściej zmusza do działania przeciw własnym przekonaniom, a z drugiej rankingi sprzedaży, reklamy, rozwój technologii, przymusza do zmiany stylu życia. Nawet, gdy nie mamy na to ochoty, pazerne korporacje wciągają nas w grę wtłaczania zbytecznych potrzeb, byle mogły więcej zarabiać na urobieniu mas. Czy w tej sytuacji mają sens jakieś postanowienia noworoczne? Jak najmniej dać sobą manipulować? Do tego nie wiedzie uczestnictwo w popkulturze oferowanej przez festiwale, telewizję i huczne koncerty. Tam urabia się ludzi głupich, małych, płaskich, rozrywkowych, a więc niewymagających przede wszystkim od siebie. Urabia się elektorat, by głośno krzyczał: „chleba i igrzysk”, a w stosownym momencie nadawał się do szczucia przeciw drugiemu, by bez oporu spijał hasła budzące najniższe instynkty, bo zjednoczonego narodu nie da się wodzić za nos. Dlatego nie mam życzeń, nie mam postanowień, bo coś mi mówi, że może musi to być ten kolejny rok, gdy jako społeczeństwo powinniśmy dobrze dostać w dupę od rządzących, od bliźniego, od sąsiada i od przypadkowego przechodnia strzelającego petem w plecy, żeby przebudzić się do życia, które zatęskni do sensu i rozumu.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

04 lis

student- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie zastępstwa i klasówki układa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze i grube słomki do szklanek, córka prosiła, daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O słomki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Odkurzyłem chałupę, kuchenkę umyłem, kuwetę ogarnąłem, koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać tekstów, znasz to!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! Wymagające hobby, na potrzeby pozornego rozwoju z dowartościowaniem banału życia w tle! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości. Tylko nie wiem, czy doda motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmienia ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru, żeby dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą, a nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Ty wiesz, jakie jest zatrzęsienie blogów w sieci? A nie masz zadatków na celebrytę modowego, ani tego od pieczenia buraka i szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi rodowa mądrość.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te słomki i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli te babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to ego zbutwiałe. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na kwartał za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko jest ważne godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj, tylko wstyd w ludziach zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka, twój ulubiony profesor i pisarz, Chwin Stefan, zdaje się jakoś tak mówił w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, to żeby pamiętali u progu jasności w tunelu! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u Chwina Stefana: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie chciałeś napisać, że statystyki kłamią, a w Krakowie ludzie sobie gnaty łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają i napawać się, by nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistycznie wiatr w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie, po części. Część, żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne, choćby spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… i w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

 

Na gorąco, bez entuzjazmu

02 sie

ŚDM3Odetchnąłem z ulgą. Już po… i wszystko wróci do normy. Pora zmienić azymut, odwrócić się od chrześcijańskiego podskakiwania w radości ku katolickiemu skakaniu do gardeł, opluwaniu i dzieleniu na patriotów i obywateli gorszego sortu. Wreszcie odleciał, dzieciaki wyjechały, przestanie się rozwadniać słusznie stężałe umysły. Za dzień, dwa kurz nowej walki pokryje pamięć Światowych Dni Młodzieży i zatrze w zbiorowym wspomnieniu obrazek Papieża jadącego przez Kraków tramwajem. Nim Jego samolot zniknął w powietrzu, wracamy na swoje miejsce. Z zaciśniętą w wargach złością, bezsilnością i pewnością swojej racji zakończymy festiwal młodości, entuzjazmu i ciekawości innego. Łapię ten polski kwaśny oddech z ulgą i jakby podwójnie. Z jednej strony minął czas udawania, że stać nas na więcej i nie czuję winy, że na starcie tego wydarzenia nie umiałem wzbudzić ani grama entuzjazmu i zainteresowania. Z drugiej: wolę jednak prawdę niezawoalowaną, nawet najsmutniejszą, ponurą, prawdę widoczną gołym okiem, pozbawioną złudzeń, że jako naród możemy być lepsi, bo chrześcijańscy.

Oczywiście, że nie mam nic przeciwko roześmianych młodym ludziom z całego świata. Chciałbym bardzo, żeby zachwyt moim krajem trwał w nich jak najdłużej, żeby zabrali w sercach dobroć, serdeczność, otwartość tych, których tu bezpośrednio spotkali, którzy otworzyli przed nimi serca i domy. Aż takim mizantropem nie jestem. Czyli o co chodzi? Skąd smutek? Może gorzknieję widząc pod przykrywką kilku dni bulgot lawy, w której czai się Mrożkowy Edek, gotowy do skoku i mnożony, mutowany w milionach przeobrażeń? A może po prostu starzeję się i nadmiernie irytuje mnie pusty jazgot mediów rywalizujących o to, kto lepiej odda gest i słowo Franciszka, by za tydzień poddać to zapomnieniu i z tym samym entuzjazmem jątrzyć nastroje i mieszać narodową kadź pod naporem kolejnych newsów nienawiści.

         SDM1Widać mam silną wadę genetyczną, alergię, która uruchamia wysypkę przygnębienia na widok tłumów. I nie ma większego znaczenia, czy to tłum pogrążony w złych emocjach, w proteście albo nienawiści, czy tłum w tańcu, radosny i świętości spragniony. Taka skaza, nie wierzę emocji zbiorowej. Nie dlatego, że kłamliwa, raczej dlatego, że tłum tak samo szybko zmienia błyskotki jak kierunek marszu i powód zachwytu. Bezrefleksyjnie i łatwo znajduje źródła nowych uniesień. Masa puszcza mnóstwo energii w skandowanie i zwykle nie wystarcza jej na wiarygodne indywidualne życie wyśpiewaną przed chwilą treścią, bo życie zostaje w domu, w pracy i w szkole. Tłum potrzebuje igrzysk, a nie pracy na sobą, bo nie ma osobowości. Zwłaszcza, że za rogiem zawsze znajdzie się nowa i powabna idea, która opęta rzeszę. Nie chcę nikogo oceniać, nie sposób z osobna wyliczać, na ile i kto potrafi żyć wartościami, które przeżywa w takie dni. Jak w każdej ogromnej zbiorowości, tak i tu pojawili się ludzie głęboko żyjący wiarą, idący obok odpustowych rytualistów, pobożnie rozmodlonych, ale niezdolnych do przełożenia wiary na codzienne uczynki, zarówno wobec sąsiada, pracodawcy, żony, teściowej, męża, psa i kota.

Gdy w minionych dniach kołatał się we mnie ten dziwny smutek, gdy nie potrafiłem dociec, skąd dystans zaprawiony goryczą, odkryłem na FB słowa zaprzyjaźnionego poety, publicysty i niezłomnego animatora kultury – Radka Wiśniewskiego. W jego poście padły słowa, które jakoś rozjaśniły ów brak entuzjazmu i sprawiły, że nie czułem się sam w tej kałuży wątpliwości pośród oceanów radości ŚDM. Radek ukierunkował mi nieco wątpliwości pisząc:

Pewnie w kontrze do klaskania, skakania, machania rękami, śpiewania „Barki”, której organicznie nie znoszę odkrywam z okazji Światowych Dni Młodzieży, że chyba staruch się ze mnie zrobił i jestem krańcowo mentalnie odległy od tej atmosfery. Wydaje mi się to wszystko szalenie zewnętrzne, odległe. Nie to, że moje lepsze, tamto gorsze. Po prostu nie umiem się tym ekscytować, przeżywać, zastanawiać jaki gest zrobi Papież, którego lubię, któremu życzę jak najlepiej i boję się, że narusza tyle strupieszałych struktur, że któraś z tych struktur go ukatrupi przed czasem.

SDM2Ukatrupi przed czasem! Może tu jest klucz do mojego dystansu. Dziś katrupi mentalnie: postawą, słowem, gestem, a może kiedyś także fizycznie i zupełnie mnie to nie zdziwi. Nie będę z pewnością odosobniony w stwierdzeniu, że od początku pontyfikatu Franciszek w swoim ubóstwie, skromności i wierności nauce Mistrza z Nazaretu jest z innej bajki. Nadmiernie gryzie w oczy wielu współbraci w kapłaństwie, otyłych fizycznie jak i umysłowo, siedzących zawsze wygodnie i centralnie przed głównym ołtarzem wielkich placów modlitwy, gdy lud stoi w tle. Jego postawa męczy zbyt wielu księży ograniczonych intelektualnie, biskupów leniwych duchem i skostniałych w pasterskich listach, których sztampy i patosu nikt nie słucha, odległych od zadeptanej rutyną Ewangelii. A teraz, w trakcie pielgrzymki do Polski, nietrudno było usłyszeć i przeczytać, że wiernością Chrystusowi drażni również szeregi twardogłowej prawicy, bo mówi o pokorze, łagodności, tolerancji i miłości. Słowem, gestem, czynem Franciszek głosi królestwo ubogich i naraża się tak samo mieszkańcom zakurzonych komnat wysokiej czarnej wieży, ciasno oblężonej obawą utraty rządu dusz, jak tym, co na bluzach noszą pozbawione logiki hasła w rodzaju: „cały nasz chuligański trud Tobie ukochana Ojczyzno”.

I to jest pierwszy powód, dla którego nie umiałem zdobyć się na entuzjazm jako katolik, który coraz częściej ma kłopot z odnalezieniem się we własnym Kościele. Nie podzieliłem zachwytu, bo widać jak grzeszny, tak pamiętliwy jestem. Za bardzo pamiętam skutki ŚDM, w których przez przypadek uczestniczyłem w Częstochowie w 1991r., gdy wtedy akurat kończyła się moja pielgrzymka na Jasną Górę. Zbyt dobrze pamiętam uniesienia zbiorowe, ekstazy religijne i ewangelizacyjne po śmierci JPII. Cała Polska jednała się, kochała i obiecywała wiele swojemu Papieżowi, wierząc, że coś w nas zostanie z Jego nauki, skoro nawet kibole zwaśnionych drużyn szli ramię w ramię jak kraj długi i szeroki. A dziś doskonale widać, ile z tego narodowego zasłuchania zostało w rodakach stoczonych mentalnym Alzheimerem i dzielonych apelem smoleńskim w miejsce jednoczącego apelu jasnogórskiego. O ile łatwiej oddaje się miejsce przynależne krasnalom ogrodowym, by wznosić karykaturalne i kiczowate pomniczki Ojca Świętego, gdy niepomiernie trudniej wciela w życie słowa o tolerancji, miłości i wzajemnym noszeniu brzemion, wielokrotnie przez JPII powtarzane.

Czy nie inaczej jest z zachwytem wobec słów i gestów Franciszka? Ile razy powtarzał, że najważniejsze jest bycie świadkiem, uczniem Chrystusa we własnej małości, powtarzalnej codzienności, pośród obowiązków, jakie każdemu z nas dano. Tu jest najtrudniej, bo najmniej medialnie, mniej malowniczo, spektakularnie, ale zawsze owocnie dla otoczenia. Jednak tam kończy się seans euforii, gdzie trzeba od nowa wstać i popracować nad sobą, choćby po siedemdziesiątym siódmym upadku. To zbyt trudne w kraju, gdzie nawet czytanie i myślenie boli, a człowiek boi się zostać sam ze sobą, w ciszy. Z tego nie ma materiału na słitfocię, nie da się błysnąć w sieci gifem ze spotkania Boga w ponurej komórce sumienia. Tu nie ma miejsca dla telewizji, tweetera i tablicy fejsboga. A mimo to wierzę, chcę wierzyć, że przynajmniej część tłumu rozśpiewanego wczoraj „Barką”, dziś rozczłonkuje się i ruszy na swoją pustynię, by spotkać Pana i nie wszyscy zwariują w nowej euforii, choćby przyszło szukać pokemonów.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiara i religia

 
 

  • RSS