RSS
 

Notki z tagiem ‘nowy-rok’

Zamiast postanowień

10 sty

Od dawna dostaję do skrzynki propozycję zarobienia kasy bez wychodzenia z domu, na przemian z propozycją skorzystania z usług wróża Macieja, kimkolwiek on jest. I tak, między wersami, dociera do mnie boleśnie prosta prawda, że jednak jestem malkontentem. Kredyt niespłacony, ceny w górę, wciąż podnoszone opłaty, a ja nie chcę korzystać z gotowca i zostać milionerem bez wyskakiwania z  piżamy i zdeptanych laczków, więc może wypada jednak coś postanowić na nowy rok? A może malkontenctwem dać tylko uzasadnienie tonacji tego, co znajdzie się poniżej?

          Bo i cóż tu postanawiać, skoro wiadomo, że lepiej raczej nie będzie, a potwierdza to z jednej strony atak zimy, a z drugiej wojna polsko-polska, tyleż absurdalna, co groteskowa. W dodatku dostałem kolejną, jakże sympatyczną wiadomość, od uroczego automatu administratora bloga, że od dwóch miesięcy nie dałem nowego wpisu i automat uprzejmie przypomina, że automatycznie czeka i nawet mogę polecić nowy wpis redakcji. Pamiętać jednak muszę, że przydługi brak wpisów grozi usunięciem bloga. Zatem, Drodzy moi, zmuszony jestem pisać… tak na wszelki wypadek, bo żal minionych lat i Waszego tu cudownego towarzyszenia, które wiary w sens tego pisania dodaje.

          Gdy niemal dziesięć lat temu zaczynałem snuć refleksje, nie miałem żadnych wielkich ambicji, poza próbą ocalania szczątków rozumu i ducha w czasach pogodni za gadżetami. Pomysł był w zasadzie jeden, taki sam jak na pisanie prozy: być nieco krzywym lusterkiem, przechadzającym się po gościńcu naszego czasu. Nigdy nie miałem ambicji przemawiania w imieniu narodu, społeczeństwa czy grupy. Zawsze pisałem za sobie i z wiarą, że do sobie podobnych, z jakiegoś powodu wyrzuconych na taki czy inny margines, bo stamtąd człowiek więcej widzi i nie ulega presji wyścigu szczurów. Przeglądałem i opisywałem tu ciekawostki wyłowione ze społecznego pulsowania epoki, przepuszczone przez filtr ironii i sarkazmu, bo kiedyś usłyszałem, że to lepiej działa niż patetyczne kazania, za cel mające przerabianie ludzi w anioły.

Różne rzeczy mnie za to spotkały, wiadomo. Raz pochwała, to znów mocny hejt, jak to w sieci. Ale nie spodziewałem się, że doczekam czasu, gdy nie będę miał o czym napisać z sensem, tak, żeby nie było o polityce i nie straciło jutro znaczenia. Żyjemy w czasach silnie naznaczonych doraźnością i sekundowym czynem lub buntem, chwilowością podziałów, protestów, treści, które nie pozostawiają po sobie śladów następnego dnia w dziwnie płynnej nowoczesności.

          Polityki nienawidziłem szczerze od najmłodszych lat, odkąd pierwszy protest wobec jej prób zagarnięcia wolności zbiegał się z otwarciem sezonu połowu szczupaka. Zamiast na nakazany pochód pierwszomajowy, ruszałem z wędką nad rzekę. Oddawałem się świętowaniu na łonie natury, choć za cenę obniżonej oceny ze sprawowania. I tak mi zostało. Gdy w 1989r. z entuzjazmem orzełkowi przyklejano koronę, czekałem tylko, kiedy wbiją mu szpony w gumowe kalosze, wszak będzie musiał z całym państwem brnąć przez kolejne rzeki gówna po ekipach mianujących się wybranym rządem ludu, a ja będę oddawał głos w wyborach zawsze przeciw mniejszemu złu, nigdy z nadzieją dobra ogółu i sprawiedliwości społecznej. Często rezygnowałem z obywatelskiego prawa, bo ostatecznie było mi wszystko jedno, czy łajdactwo, arogancja, ustanawiany absurd prawa i okradanie obywatela przyjdzie z lewa czy z prawa, czy będzie to kolor czerwony, zielony, czarny czy sraczkowaty.

Odkąd pamiętam wierzyłem w człowieka, bezgranicznie nie ufając grupie, bez względu na jej liczebność i idee przewodnie. Stado nie ma rozumu, stado nie ma woli, dystansu, wolności wyboru, stado ma instynkt przetrwania albo partykularny interes i tratuje wszystko, co stanie mu na drodze. Tymczasem dziś mam coraz większy problem z wiarą w człowieka. Patrzę dookoła i niedowierzam nawet w sprawach zdałoby się banalnych, gdzie dobro, troska o otoczenie, ład i miłość bliźniego zupełnie nic nie kosztują. Klika prostych przykładów? Samochód zaparkowany maską do ulicznej latarni, kobieta usiłuje włączyć się do ruchu, ale za nią stoi inny samochód, w nim kierowca, który nie reaguje na żadną z próśb kobiety o zrobienie odrobiny miejsca i nie da się tego niczym uzasadnić. Ignoruje ją i widać jak sprawia mu radość jej bezradność. Inny samochód na światłach, uchyla się okienko, pani wyrzuca rozżarzonego peta na jezdnię, a na ironiczną uwagę innej kobiety – kierowcy: „coś pani wypadło”, odpowiada rozbrajająco z uśmiechem: „nie, ja to wyrzuciłam”. Wkładam złotówkę i wysuwam kosz w supermarkecie, ale żeby zrobić zakupy już po raz kolejny w miesiącu, muszę opróżnić kosz z pustych butelek, opakowań po chipsach, z papierków po batonikach, które zostawił mój poprzednik, żrąc przed zapłaceniem. Wychodzę na ulicę i czuję w powietrzu smród palonych tworzyw sztucznych i śmieci z kominów domków jednorodzinnych, których wszak nie zamieszkuje biedota. Ile takich przykładów braku szacunku do siebie i otoczenia każdy z nas codziennie może wyliczyć i zapytać: co się dzieje z człowiekiem? Jeśli nie wymaga przyzwoitości od siebie, czy będzie przyzwoity dla innych? Gdy zawodzi w rzeczach banalnych i małych, czego można od niego wymagać na pułapie postaw obywatelskich, w obszarze kultury, ładu i odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość kraju? Czy można uwierzyć, że spośród takich ludzi wyjdzie światła i mądra, sprawiedliwa elita władzy, opozycji, ruchu społecznego? Czy można uwierzyć, że w przyszłości tacy ludzie wybiorą lepszą zmianę, gdy dobra doprowadzi nas na skraj przepaści?

Jakiś czas temu zaprzyjaźniony pisarz obwieścił na FB, że pora uciekać, ruszyć na emigrację wewnętrzną, zamknąć się w wysokiej wieży, z klasyką literatury, muzyki, filmu i tam dotrwać do końca swojego lub Rzeczypospolitej. Nie przeczę, jest to metoda dla ludzi wysokiej kultury, dla wrażliwców żyjących duchem, ludzi z pasją, samodzielnie myślących i krytycznych, może też dla ostatnich humanistów z przekonaniem, a nie dyplomem. Sam czuję się do tej formy emigracji zmuszony. Obawiam się, że metoda przestaje być alternatywą, staje się koniecznością. Istniejemy coraz bardziej ściśnięci między dwiema ścianami nijakości: między polityką a komercją i kulturą masową. Z jednej strony prawo stanowione przez polityków rządzących coraz częściej zmusza do działania przeciw własnym przekonaniom, a z drugiej rankingi sprzedaży, reklamy, rozwój technologii, przymusza do zmiany stylu życia. Nawet, gdy nie mamy na to ochoty, pazerne korporacje wciągają nas w grę wtłaczania zbytecznych potrzeb, byle mogły więcej zarabiać na urobieniu mas. Czy w tej sytuacji mają sens jakieś postanowienia noworoczne? Jak najmniej dać sobą manipulować? Do tego nie wiedzie uczestnictwo w popkulturze oferowanej przez festiwale, telewizję i huczne koncerty. Tam urabia się ludzi głupich, małych, płaskich, rozrywkowych, a więc niewymagających przede wszystkim od siebie. Urabia się elektorat, by głośno krzyczał: „chleba i igrzysk”, a w stosownym momencie nadawał się do szczucia przeciw drugiemu, by bez oporu spijał hasła budzące najniższe instynkty, bo zjednoczonego narodu nie da się wodzić za nos. Dlatego nie mam życzeń, nie mam postanowień, bo coś mi mówi, że może musi to być ten kolejny rok, gdy jako społeczeństwo powinniśmy dobrze dostać w dupę od rządzących, od bliźniego, od sąsiada i od przypadkowego przechodnia strzelającego petem w plecy, żeby przebudzić się do życia, które zatęskni do sensu i rozumu.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Postanowienia do zgolenia

04 sty

   Ostrze pozostawiło pierwszy jasny pasek skóry bez zarostu. Oczy błysnęły radośnie, gdy Roman uśmiechnął się do myśli, że w tym roku ogoli się o jeden raz więcej niż w ubiegłym. A może nawet nie? Przecież w weekendy zdarza mu się wyłamać z rytmu szarpania twarzy co drugi dzień. „Nawet ze stałej gładkości nie mogę zrobić noworocznego postanowienia”, pomyślał, bo żaden inny pomysł nie przychodził do głowy. Nie pierwszy raz zaczynał golenie od dorocznej myśli: co z nim nie tak, że niczego nie może postanowić na kolejny rok życia? 
   Samochód ma, małe mieszkanie też, pracę, nawet jeśli nie najlepszą, dziękuje za nią Bogu, skoro tylu ludzi wokół nie ma jej wcale, pracują na czarno albo na śmieciowe umowy. Nie ma też żony, która gderałaby nad głową i wiecznie rościła pretensje, że za mało daje z siebie, że ją zaniedbuje. Właśnie. A może postanowieniem na nowy rok da się uczynić próbę znalezienia dziewczyny? Może niegłupiej, porządnej, cichej, czystej, żyjącej duchem i … roześmiał się, bo z pola postanowień wkroczył nieopatrznie na pole działania złotej rybki. Skoro nie udało mu się do trzydziestego ósmego roku życia, to i w trzydziestym dziewiątym cud się nie zdarzy i nie znajdzie kobiety życia. Tym bardziej, że każda złowiona rybka jest dla niego od lat złota. Każdą złowioną tak samo wypuszcza do wody, zanim ta przemówi do Romanowego miłosierdzia ludzkim głosem. Znają go, więc nie fatygują się i też dobrze. 
   Przeniósł ostrze maszynki na brodę. Ale o co chodzi? Dlaczego ludzie z nowym rokiem muszą koniecznie coś postanowić? Skąd w nich ta potrzeba zaczynania od nowa? Z niezadowolenia. Na pewno. Z poczucia, że coś dotąd przeoczyli? Że pobiegli nie za tym zajączkiem? Czy rzeczywiście tak skupiają się na celach końcowych, że nie zdążą zaczerpnąć radości z drogi do jakiegokolwiek celu? A może zwyczajnie boją się śmierci? Ciągle im się wydaje, że postanawiając coś na nowym starcie, zatrzymają nieuchronność końca? Absurd. 
   Śmierć oswojona, śmierć – wierna towarzyszka przemijania, idąca obok jak cień,  śmierć – drzwi zamykające wypełnienie czasu, z jakiego pozostanie tylko to, co dobre, to przecież nie straszy. Ale tylko wówczas, gdy ma się poczucie, że czemuś to rzeczywiście służyło, dodało pozytywnej energii. A jeśli nie? Jeśli życie było gonitwą kolekcjonera błyskotek? Czym da się zagłuszyć stratę czasu? Tym, że kupię lepszy samochód niż kolega? Że przelecę czternaście kochanek? Że położę nową glazurę w łazience? Że pojadę na Seszele? Że zjem czekoladę tylko w poniedziałek i środę, a w pozostałe dni wyląduję w fitnessie? Że kupię działkę budowlaną, bo ma ją  Zosia, Andrzej i Mietek? Że pojadę w góry cztery razy? Czy to wszystko zmieni ich w szczęśliwych? Przecież już w zamierzeniu jest spełnienie i brak dalszej perspektywy. Nawet najdłuższa lista zrealizowanych postanowień jest zamknięta już na starcie. Daje namacalny kres i przyniesie nowe głody, których nasycenie też będzie chwilowe. W następnym roku znowu będą snuć plany i pomyślą, że realizując postanowienia będą szczęśliwi. I tak ciągle, niczym rozbawiony piesek, będą gonić ogonek do zawrotu głowy. Ani lepsi, ani mądrzejsi, ani szczęśliwsi. Absurd. 
   Roman golił już drugi policzek i poczuł ukłucie. Na skórze pojawiła się kropla krwi. „Tyle lat się golę i ciągle to samo”, pomyślał w tym samym momencie, gdy przez głowę mknęła inna myśl, że może jednak zbyt dobre samopoczucie powoduje, że nie umie niczego postanowić na nowy rok. Może nie ma dystansu do siebie? Może nie potrafi znaleźć słabych punków osobowości? Może to skutek nieczytania mądrych amerykańskich poradników i przewodników, niezawodnych drogowskazów do spełnionego życia? Bez nich trudno przypominać sobie codziennie: jestem dobry, ale muszę postawić sobie nowy cel, muszę popracować nad nowym wizerunkiem, panuję nad swoim życiem, ale poprawię sylwetkę, jestem asertywny, ale nie wobec wszystkich, więc powinienem… Nic nie muszę, dużo mogę, przekroczę siebie, pod warunkiem, że… Tyle że i bez tego Roman jest panem swojego życia, bo niczego nie oczekuje ponad normalność. Ale czym ona jest? Słuchaniem własnego wnętrza? Odwagą pójścia za swoim głosem? 
   Przypomniał sobie ulubioną mądrość, dawno zasłyszaną: „prawdziwe powołanie człowieka jest proste: budować świat przeciw światu”. Jak dziś to robić? Może wystarczy nie biec za stadem? Zwolnić na własnej drodze i nie dostrzegać wyprzedzających? W końcu każdy z nas jest inny z jakiegoś powodu. Roman dawno nie biegnie, nie szuka okazji, nie ulega modom na te wszystkie aj (pody, pady, srady), nie wie nawet czym się różnią, ale wie, że nie zaśmieca głowy nadmiarem zbytecznych informacji. Nie korzysta z nowych ofert cyfry plus czy minus, czy zero, nie biega z obłędem w oczach za promocjami, nie jeździ na narty do Włoch, ani do Szwajcarii, nawet na Słowację, nie ma konta na fejsie i naszej klasie, nie zapisał się na portal randkowy i nie zamierza. Roman  nie ma nawet telewizora, więc co jeszcze mógłby zbudować przeciw światu? 
   Czy działanie przez opór wobec przymusu czasów i ludzi, wobec presji marketingu, jest jeszcze budowaniem przeciw światu? Może to tylko uciekanie w ciszę, daleko od szumów i nacisków? Ale przecież Roman ma coś jeszcze. Uwielbia włóczyć się po lesie i robić zdjęcia, których nawet nie publikuje i nie drukuje, bo nie aplauz jest ich celem. Zbiera dzwonki z całego świata, choć nikt nie ogląda kolekcji, bo nie potrzebuje cmokania zachwytów. Od dwóch lat ciągnie forum dla samotnych, skopanych przez los i zagubionych, na którym aktywnie udziela się, choć żaden z niego terapeuta, ale człowiek, który towarzyszy, jest i wspiera, więc nie musi robić postanowień noworocznych. 
   Uśmiechnął się do odbicia w lustrze, bo dziś nawet woda po goleniu nie paliła skóry, nic go nie paliło, a rozpoczęty dzień wystarczał za zaczynanie całego roku. W końcu jest tak samo nieodgadniony i tak samo nie wywiera presji jak pozostałe trzysta dni z dużym hakiem. Z każdym przyjdzie się spotkać, od nowa każdego ranka, jakby nowy rok przychodził po każdej nocy, bez kartek i cyferek z kalendarza. A z każdym z nich wcale nie trzeba się mierzyć, wystarczy przeżyć tak, by z uśmiechem dało się zerknąć w lustro przy kolejnym goleniu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Życzenia

02 sty

   Fajerwerki, petardy, mniej lub bardziej zimne ognie ucichły i dały odetchnąć przerażonym psom, pochowanym po szafach kotom, a i nam jakoś brak wybuchów pozwala od nowa składać myśli i wracać do pionu po sylwestrowym szaleństwie. Szaleństwie? Czasem można odnieść wrażenie, że szaleństwo takiej nocy w roku, bardziej stało się szaleństwem medialnym niż rzeczywistym. Ekrany telewizorów pokazują tysiące uśmiechniętych twarzy, miliony kolorowych eksplozji z całego świata, a w naszym otoczeniu? Często docierają głosy, że to przecież  taka sama noc jak każda. Nie można dać się zwariować, tylko dlatego, że data się przesuwa, bo czyż daty nie przesuwają się każdej doby? Nawet jeśli przebija jakiś smutek i zmęczenie przez słowa tych, co pozostali w domu, przed telewizorem, tych, którzy poszli spać przed północą, to dobrze, że ten głos jest i jednak się przebija. Mówi ważną rzecz: dajemy sobie prawo do witania nowego roku po swojemu, podług własnych potrzeb i nastroju, nie musimy przed sobą udawać jak świetnie się bawimy, gdy na zabawę nie mamy ochoty. 
   Patrzę za okno dziś, gdy styczniowe ciemne chmury niosą zapowiedź nowego śniegu. Z tego, który spadł ostatnio sterczą jeszcze patyki po fajerwerkach, a puste butelki po szampanie wyglądają szyjkami w niebo, jakby chciały jeszcze raz posłać tam barwne światła. Spoglądam na nieruchome drzewa po wietrznej nocy. Cisza. Czy coś niesie? Coś wróży? Błoto pośniegowe, rozdeptane na ścieżkach, takie samo jak w ostatni wieczór starego roku. Mewy wypatrują parapetów zdobnych w kawałki chleba, w resztki mięsne ze stołu ludzkiego, kołują przy tym przyczajone w locie, zawisają na chwilę, żeby zdobyć kąsek wypełniający brzuch, one też jak w starym roku. Dla nich to ciągle ta sama, uciążliwa, zima. Taka sama jak dla wiecznie ruchliwych i ciekawych srok, nad którymi stoicko nieruchome gawrony siedzą na drzewach. I tylko gołębie w swoim rytmie odważnie drepczą chodnikiem w oczekiwaniu na dar ludzkiego serca, którego posiadacz rozsypie pod krzaki trochę ziaren i okruchów. 
   Po co o tym piszę? Bo jakiś świeży ten rok i jednocześnie znany. Z jednej strony niesie ciekawość nowego, innego, może lepszego czasu. Z drugiej? Czai się ta sama myśl, że niewiele nas zaskoczy. Galop dni jest tak poukładany pośród rodzin, domów, pracy, tych samych znajomych, że rewolucji nie będzie i może nawet lepiej, żeby jej nie było. Wielu z nas doskonale wie, że nie warto postanawiać zbyt wiele, bo te postanowienia już miały swój czas i spełzły na niczym. Łatwiej mówimy sobie: nie zapiszę się na kurs angielskiego, bo już mi się nie chce. I znowu nie pójdę na siłownię, choć przydałoby się zrzucić dziesięć kilo, ale zdrowsze samopoczucie to za mała motywacja. Zapewne nie zmienię pracy, bo kryzys na rynku ma się dobrze i niczego nie znajdę. Pewnie nie wyjadę na Maderę i inną Ibizę, bo kredyty znowu przewyższą marzenia, a ceny pójdą w górę i jeszcze ten wyższy VAT! Nie wydam książki, bo już tyle ludzi pisze, co czyta, więc nie ma dla kogo i z kim zabijać się o jej wydanie. Nie namaluję obrazów, których nikt nie ogląda, nie skomponuję ambitnego utworu, bo to czas Dody i Lady Gagi, nie pojadę na narty, bo  nie dadzą mi urlopu zimą, nie kupię nowego samochodu, bo trzeba oszczędzać na emeryturę. I tak moglibyśmy w każdym domu, przy każdym pubowym stoliku, przy wielu rodzinnych obiadach, a i w gronie przyjaciół na spacerze wymieniać wszelkie prawdopodobne postanowienia „na nie”, których z różnych powodów nie da się zrealizować. Więc co pozostaje w noworocznych życzeniach? Obyśmy tylko zdrowi byli, a ten nowy niech przynajmniej gorszy nie będzie od starego. 
 Można się zżymać, że to polskie marudzenie, skrajny minimalizm nastawiony na przetrwanie, że brak entuzjazmu i wiary w przyszłość, że narzekanie i brak radości życia. Można też się cieszyć, że jednak mądry mamy naród, rozsądny, który umie liczyć na siebie, nie popada w hurraoptymizm i skrajności, bo mierzy zamiar podług sił, czyta prawidłowo znaki czasu w życiu społecznych, politycznym i gospodarczym i nie daje się zwariować modom i reklamie bardziej niż to koniecznie. Można też powiedzieć, że skoro od lat postanawiamy to, z czego realizacją mamy kłopot, to może postanowienia dotyczą spraw nieistotnych? Ponieważ mowa o rzeczach i sprawach drugoplanowych, życie weryfikuje postanowienia, stawiając przed nami wybór naprawdę ważnych aspektów.
 Czego dziś zatem życzę swoim bliskim, krewnym sąsiadom, Polakom, czytelnikom tego bloga (mniej lub bardziej znajomym)? W dobrze rozpoczętym 2011 roku życzę przede wszystkim pokoju i względnego spokoju. Bezpieczeństwa i wolności od wszelkich kataklizmów, które niesie przyroda, polityka i gospodarka. Byśmy potrafili odróżniać pożytki od ułudy. Byśmy nie tyle budowali teoretyczne piramidy życzeń i marzeń, co umieli spontanicznie tworzyć i odkrywać niespodzianki codzienności, które cieszą i pozostają w pamięci na długo. By było nas stać na nagłe i niezaplanowane przyjemności spotkań z naturą i drugim człowiekiem. Abyśmy potrafili nie tyle liczyć się z czasem, co z pożytkiem go wypełniać. Byśmy umieli ze sobą rozmawiać, nawet gdy pojawiają się różnice zdań, poglądów i przekonań, a po odrzuceniu emocji, byśmy z każdego spotkania z bliźnim wychodzili mądrzejsi, bogatsi i lepsi. Oby nie zabrakło w tym roku ciekawych społecznych tematów, ponadczasowych, które ten blog pomieści nie po to by dzielić i jątrzyć, ale po to, by prowokacją zachęcać do przemyślenia spraw ważnych i zdawałoby by się od dawna ułożonych. Byśmy umieli budować w sobie ciekawość nowego człowieka, uciekającego rutynie i stereotypom.
   Wszystkim którzy regularnie tu wpadają i przez przypadek zajrzą, życzę tak jak sobie samemu: samodzielności  w myśleniu i patrzeniu na świat, ale przede wszystkim bogatego życia wewnętrznego, gdy nie zawsze i nie do końca zdołamy podołać zewnętrznemu. Życzę także – i to na każdy dzień nowego roku – sukcesów  w najtrudniejszej ze sztuk: codziennego kochania bliźniego, szczególnie tego, który wcale nie rwie się z miłością do nas.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS