RSS
 

Notki z tagiem ‘opowiadania’

Zdechłe motyle

12 lip

- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam… raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem… wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie… szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Obrazki

 

Gody słodko-gorzkie

23 gru

Papieros dziewczyny w scenicu żarzył się od kilku minut. Sylwia nienawidziła palenia w samochodzie, zwyczaj drażnił ją nawet w obcych autach. Wyobrażała sobie duszący dym wewnątrz, z pewnością przyprawiał o mdłości i nagły ból głowy. Smród nie do wywietrzenia wbijał się stęchlizną w tapicerkę foteli, w plastik kokpitu i obicie sufitu. Czy tamta lubi aż tak  śmierdzieć? Może inaczej nie umie, gdy nerwowo czeka na mokre pocałunki, wykradane w pośpiechu z ciemności? Ciekawe, czy równie gorąco pragnie muskania językami, zapomnianego przez dziesięć, może dwadzieścia lat ślepej wierności? Zdecydowanie nie! Jest dużo młodsza i niewykluczone, że denerwuje się przed pierwszym razem. Czuje suchość w gardle, tak samo przerażona jak ciekawa i doczekać się nie może tego plasterka niedozwolonej namiętności, finału ze smakiem ananasów, całkiem jak Sylwia trzy tygodnie temu. A może jednak inaczej? Może w gęstym dymie papierosa zawiesza decyzję o rozstaniu, bo nadeszła pora, kiedy trzeba powiedzieć „dość” wirtualnym amorom? Położyć szlaban rozgrzewaniu na czacie, gierkom wstępnym w komunikatorze, które zaowocują następnym szaleństwem realności. Może też zapragnęła przerwać to pasmo uniesień, zanim przyjdzie gorycz winy?

Po co Sylwia projektowała aż tyle wątpliwości na przypadkową dziewczynę? Nie miała pojęcia, ale zdążyła przypisać wszelkie intencje obcej, zanim na parking wjechał inny renault, tym razem kangoo. Najwyraźniej należał do przedstawiciela handlowego, który zręcznie zaparkował pomiędzy kobietami. Wyskoczył z niego barczysty i nieco krępy mężczyzna i już siedział na tylnej kanapie scenica. Po chwili wysiadł i otworzył przednie drzwi po stronie pasażera. Roześmiana dziewczyna wysiadła i zostawiła otwarte drzwi od strony kierowcy. Przez chwilę obsypali się gorącymi pocałunkami za szybami tylnego siedzenia. Wiatr był zbyt silny, więc chłopak szybko wypiął tyłek i nie wychodząc z samochodu zatrzasnął przednie drzwi; lewe, potem prawe. Rzucili się na siebie przy ciągle włączonym silniku. On w pośpiechu zdejmował jej bluzkę, ona zdzierała z niego polar i koszulkę, a parkingowa latarnia oświetlała ich jak na proscenium. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że wylizuje podniebienie o aromacie popielniczki. Sylwii zrobiło się jakoś nieswojo. Zbyt długo czekała na Marcina w miejscu, które miało gwarantować odrobinę intymności.

Ledwie nadjechał i znalazł się wewnątrz jej astry, uruchomiła silnik. Mężczyzna zdziwił się nieco, bo żadnej podróży nie było w planach. Sylwia uśmiechnęła się do lusterka, gdy niepokój zaanektował całą jego twarz:

- Nie ufasz mi, kotku?

- Znamy się lekko ponad miesiąc, z czego połowę na żywo, więc chyba się nie dziwisz? Sama wiesz, ile ześwirowanych bab krąży wokół. A ty trochę mało mówisz o sobie, nieprawdaż? Niewykluczone, że jesteś namiętną psychopatką. Ciągle jakieś półsłówka, gdy tylko spytam o dom, o pracę, pasje, zaraz wyślizgujesz się i zadajesz pytania o mnie.

- Mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany, słodziutki! Poza tym faceci lubią mówić o sobie, być w centrum uwagi, nie? Twoje przeżycia, pasje, męskość, to wszystko buduje ego, więc o co ci chodzi?

- Pozwól, że jednak zapytam o nas. Dokąd jedziemy?

- W poszukiwaniu miejsc sprzyjających ucieczce od małżeńskiej rutyny. Nie po to przyjechałeś?

- Jeśli o to chodzi, poprzedni parking bardzo mi odpowiadał. Coś się stało? Znasz tamtych kochanków? Dziwnie się zachowujesz.

- Bo dziwnie się czuję. Byli tam przed nami, a ja myślałam, że czeka nas coś wyjątkowego.

            Sylwia ostro zahamowała i niespodziewanie dla siebie zjechała nagle z głównej ulicy. Marcin zobaczył długą uliczkę, prowadzącą do nowego osiedla. Wzdłuż jezdni stało kilka samochodów i dzieliła je spora odległość. Latarnie rzucały tu bardzo słabe światło. Zaparkowała i przesiadła się do tyłu. Rozpinała powoli kurtkę i rzuciła zdanie w tonie kobiety dominującej:

- Będziesz musiał trochę nade mną popracować, mój książę z odzysku. Jestem nieco zdenerwowana i chcę, żebyś mnie zrelaksował, wymyśl coś zmysłowego na początek. 

Ledwie to powiedziała, kątem oka zauważyła ruch w samochodzie stojącym dwa miejsca dalej. Rozsypane blond włosy zajaśniały w mroku i profil kobiecego ciała poruszał się jakby w rytmie kroków całkowicie opanowanego ogiera. Sylwia prawie krzyknęła:

- No ja pier…, jakbym uczestniczyła w jakimś „mam talent albo zajoba”! Co to jest?! Sobotnie zawody w dochodzeniu na czas?! Kto szybciej osiągnie zakazany orgazm, niezbędny składnik kwaszenia wigilijnego barszczu i wróci do skręcania uszek? Wszyscy muszę się parzyć akurat teraz? Złote gody słodko-gorzkie, czy rocznica małżeńskiej nudy?

- Proszę cię. Możesz tego nie zaczynać? Naprawdę musisz mieć pretensje do całego świata, że nie jesteś jedyna, że ratujesz się jak wielu? To nasze trzecie spotkanie i zawsze tak samo. W zasadzie myślałem, że sprawia ci to radość, że oboje tego pragniemy, że zatracasz się i zapominasz jak ja. Podnieca cię ujadanie w ramach gry wstępnej? To cię kręci? Zdecydowanie wolę cię w drugiej odsłonie, kiedy już miękniesz w ramionach, gdy już…

- Gdy ty dla odmiany twardniejesz, wiem. Wtedy muszę się zmagać, żebyś mi go w oko nie wetknął.

            Sylwia roześmiała się nerwowo, zanim odrzuciła jego ramiona. I już przesiadała się do przodu. Znowu uruchomiła silnik. Marcinowi wcale nie było do śmiechu. Nie minęło dziesięć minut, gdy krążyła po gigantycznym parkingu hipermarketu w poszukiwaniu najciemniejszego rogu, poza zasięgiem latarni i ludzkiego wzroku. Nie było łatwo, skoro przedświąteczne zakupy przygnały setki konsumentów, a ich auta szczelnie wypełniały plac. Gdzieś za kwadratem choinek Sylwia wypatrzyła wolne miejsca. Jedno z nich sąsiadowało z okolicznym laskiem. Jeszcze raz się przesiadła. Marcin spieszył się i nie zamierzał tracić więcej czasu. Natychmiast przylgnął wargami do jej szyi, muskał delikatnymi pocałunkami, ale reakcji nie było.

Pod przymkniętymi powiekami przewijała filmik z opuszczania domu, gdy szepcze teściowej, pochylonej nad grzybami do bigosu, że musi wyskoczyć po ostatnie prezenty, zanim Przemek wróci ze swoimi. Dzieci ubierały z dziadkiem choinkę zaaferowane tak mocno, że nie wymagały dodatkowych kłamstw. Filmik się urwał, bo wczuła się w pocałunki na szyi, a rozpięty stanik ułatwił swobodny, głęboki oddech. Dłoń Marcina masowała miło nagą pierś i kierowała sutek między gorące i wilgotne wargi. Jakoś boleśnie błysnął GPS obrączki na palcu Marcina i Sylwia przypomniała sobie chłodno, czemu tu jest. Sms-y z telefonu Przemka znowu stanęły jej przed oczami. Gdyby sam nie kazał jej szukać faktury w telefonie, nigdy nie dowiedziałaby się o G. Było kilkanaście wiadomości w ciągu miesiąca, wszystkie tęskne, jęczące o spotkanie i zawsze podpisane tak samo: G. Grażyna? Gabi? Gosia? Byle nie Grzegorz, tego by nie zniosła! Uśmiechnęła się błogo do swoich myśli, bo jednak starania Marcina robiły swoje i czuła jak wilgotnieje pod jego dłonią, pracującą teraz intensywnie przez grube rajstopy. Był niesamowity. Jednak bez większego trudu udało jej się wyłowić z sieci czatownika zaprawionego w boju. Trafiał centralnie i podniecenie rosło niezależnie od woli. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten moment, kiedy straci ostatni wyrzut sumienia. Poczuła gotowość Marcina, gdy sięgnęła do jego rozporka i wówczas poraziło ją światło reflektora z boku. Zsunęła się po oparciu i wyrwała dłoń Marcina ze swojego krocza. Zerknęła przez szybę i zobaczyła tył dobrze znanego, granatowego forda z pluszowym pieskiem przy szybie.

Wykrzyknęła tylko straszne słowo „mąż” i natychmiast zaczęła zapinać stanik, gdy osłupiony Marcin zastygł z karpikiem na ustach, oderwany niemal boleśnie od piersi. Sylwia spanikowała. Mąż za chwilę otworzy drzwi! Widocznie czekał przyczajony, aż zaczną figlować, by dopaść ją na gorącym uczynku. Jest bez szans na usprawiedliwienie, pozostanie najwyżej odwołać się do zemsty za sms-y, zgodnie z prawdą, ale co jej teraz po takiej prawdzie? Jednak wszystkie drzwi focusa pozostawały nadal zamknięte, mąż tylko światła wyłączył, ale silnik pracował. Skonsternowana kombinowała, jak przedostać się do kierownicy bez wychodzenia z kabiny. Marcin nie potrzebował instrukcji, leżał płasko na kanapie, byle nie rzucać się w oczy.

Sylwia wciskała się pomiędzy oparcia przednich foteli, gdy od tyłu kabinę rozjaśniły światła nadjeżdżającego samochodu. Z prawej strony forda zaparkowała kia oklejona reklamą. Po chwili wyszła z niej brunetka z rozpuszczonymi włosami, z twarzą ukrytą pod kapturem i szybciutko wskoczyła na tył rodzinnego samochodu Sylwii. Oniemiała kobieta opadła ponownie na kanapę i odruchowo chwyciła Marcina za dłoń, kurczowo ściskając palce. Z jednej strony poczuła ogromną ulgę, ale z drugiej? Marcin zaczął histerycznie chichotać. Sylwia uciszyła go jednym strzałem z oczu szybko wypełniających się łzami. Nic nie powiedział. Spoważniał i przytulił kobietę mocno, a prawą dłonią głaskał jej włosy, policzek, całując przyjaźnie czoło i mokre powieki. Odepchnęła go po chwili i patrzyła uważnie na zawieszenie forda. Była pewna, że karoseria porusza się równomiernie, choć ledwie dostrzegalnie. Tego było za wiele! Zaczęła nerwowo wkładać kurtkę i już otwierała drzwi, gdy Marcin próbował powstrzymać jej rękę, ale wyrwała dłoń. Jednym skokiem znalazła się przy sąsiednim samochodzie i szarpnęła klamkę forda. Ciemne kobiece włosy wysypały się przez próg samochodu. Przerażona twarz Przemka zastygła niemo nad nagim brzuchem kobiety. Żona, wskazując na swoje auto i Marcina w otwartych drzwiach, zasyczała przez zaciśnięte zęby:

- Byłam pierwsza! Tam jest mój świąteczny prezent kochanie, specjalnie dla ciebie! Już skonsumowany. A ty?! Co możesz jeszcze zrobić? Jak już do końca wyliżesz swoją lukrowaną Mikołajkę, nie zapomnij gdzie mieszkasz! Miłego wieczoru, łosiu!

            Siła uderzenia drzwi zwróciła uwagę najdalej stojących małżeństw, które pakowały zakupy do zwyczajnych, pustych i wystudzonych aut, ale Sylwia już tego nie widziała, przekręcała klucz w stacyjce. Marcin w ostatniej chwili uprosił, by usiadła po stronie pasażera, wolał bezpiecznie wrócić do żony. W końcu niewiele czasu pozostało do najbardziej rodzinnych ze świąt.

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Łowcy miłosierdzia

20 lis

Dziewczynka nie miała siły albo ochoty. Przysiadała na piętach, przeciągnęła pod nosem pręgowanym, przydługim rękawem sweterka nie pierwszej czystości i po chwili przyglądała się małym ciemnym dłoniom. Nic nie budziło niepokoju, więc patrzyła w korony nagich drzew, byle dalej odwieść myśl od konieczności zawodzenia. Rozejrzała się bystro dookoła i jakiś delikatny szelmowski błysk rozjaśnił jej śniadą twarz. Wyraźnie ucieszyła się, że nikt nie nadchodzi, więc nie ma potrzeby odstawiania dramatu dziecka na skraju wyczerpania. Zmęczona brzmieniem frazy ze zdartej płyty: „daj pani złoty, daj dobra pani, daj na jedzenie, Bóg zapłać” albo zwyczajnie dziecięco znudzona, przez dłuższą chwilę nie wyłudzała grosza na lepsze samopoczucie tych, co na chodniku posadzili ją za karę, że nie urodziła się biała. Bardziej rozczochrana niż uczesana, niespokojnie poruszała resztką warkoczyka, odwracając głowę w lewo i w prawo. Co chwila odgarniała czerń nieposłusznych włosów, opadających wzdłuż policzków, aż w końcu znieruchomiała.

Zebrała siły, żeby i tej kobiecie nie odpuścić, nawet wciągnęła głęboko powietrze, ale oddech został wewnątrz. Babina szła zbyt wolno, poprawiała okulary z grubymi szkłami, lekko chwiała się na boki i ciągnęła za sobą kraciastą torbę na kółkach, jeszcze pustą, którą na rynku wypełni do granic wytrzymałości zieleniną, mięsem drobiowym, ziemniakami i jajami prosto od chłopa. Najdalej za czterdzieści minut, popiskując kółkami, przeciągnie ją na powrót obok romskiej dziewczynki. Mała już wie, że z lepszym skutkiem wyciągnie dłoń dopiero później. Ludzie są bardziej hojni, gdy zrealizują tygodniowe zapotrzebowanie na świeże i wiejskie. Wówczas widok dzieci boleśniej wchodzi drzazgą w dobre samopoczucie. Ale kobieta z pustą torbą sama zatrzymała się nad małą, spojrzała z bliska i odezwała się, mimo że dziewczynka o nic nie prosiła:

– A ty umiesz przeżegnać się, dziecko? Umiesz ojczenasz zmówić? Widzisz? Ty nic nie umiesz, to jak ty chcesz miłosierdzia ludzkiego prosić? My tu naród katolicki jesteśmy, wiesz? Ty nawet nie wiesz, co ja do ciebie mówię! Ale ja tobie dam złotówkę, nawet dwa złote tobie dam jak zobaczę, że ty tam do Biedronki pójdziesz i naprawdę bułkę sobie kupisz albo pączka, jak ty taka głodna jesteś. Zaraz będę wracać, to zobaczę czy ty jesz.

–  Gówno ona tam pójdzie, pani! – Odezwał się gość w kraciastej bluzie z polaru i w szarej czapce z daszkiem, którą zdobił napis „Love power”. Zwycięsko rozkraczony na ławce zaciągał się akurat papierosem. – Na drugie strone ona pójdzie, pani, a tam siedzi taka stara, czarna jak salceson, grubościo też taka będzie, matka może, nie wiem. Kudły ściągnięte na gumkie od weka, a morda rozlana jak zatoka, bo wypasiona na tych dzieciakach. Zagarnie małej cołaskie jak pani dała i jeszcze w morde trzaśnie, żeby ryczała. Jak się mała usmarka, to większy zarobek będzie, nie wiesz pani? Tfu z tym tałatajstwem, że to wpuszczajo nam do kraju? Toć une pani ani pesela nie majo, ani paszportu, a jak te szczury mnożo sie po kanałach! Dzieci narobio, żeby na ulicy zarabiać, zasiłki wyciągać, a jaki pożytek z tego? Sraki i na raki, tfu z takim porządkiem!

            Ale kobieta z wózkiem nie miała potrzeby dyskutować, grzecznie wysłuchała z rozchylonymi wargami i z okularami zsuniętymi na koniec nosa. Ledwie mężczyzna wstał z ławki już oddalała się w stronę targowiska, machała przy tym lekceważąco ręką, jakby odganiała niewidzialną choć upierdliwą muchę. Niewykluczone, że chciała odrzucić tym gestem akt miłosierdzia, który okazał się piętnem naiwności i coraz szybciej przeobrażał się w powód do wstydu.

Mężczyzna z ławki najwyraźniej wiedział o czym mówi, bo dziewczynka wstała z klęczek i oglądając monetę na przemian z obu stron, przeszła przez ulicę i ruszyła pod najbliższy sklep, gdzie podała ją rzeczywiście wielkiej babie i tak czarnej jak salceson.

Po tamtej stronie ulicy obserwację Romów przejął inwalida. Mężczyzna około pięćdziesięcioletni, często siedział na stopniu tamtejszego warzywniaka. Teraz także czujnie pilnował kartonika u nogi, z wpiętym weń obrazkiem Jezusa Miłosiernego z promieniami płynącymi wprost z serca. Na odgiętym fragmencie kartonu widniał napis świeżo odnowiony czarnym flamastrem: „Nie jestem oszustem, uczciwie przepracowałem 32 lata. Dziś nie mam środków do życia. Jestem rencistą. Proszę na czynsz i leki. Bóg zapłać”.

W sobotni poranek nikt nie miał czasu na czytanie próśb, a tym bardziej na czekanie, aż Bóg za coś zapłaci, więc kartonik świecił pustkami. Mężczyzna szeptał pod nosem coś, co wyglądało na pogróżki, bo nie spuszczał z oczu romskiej konkurencji, która jakiś czas temu wyszła z drugiej strony sklepu. Była to młoda matka z dwójką małych dzieci, z których jedno było blondynkiem z loczkami, tylko brudna odzież i wykrzywione buciki, niestosowne do pory roku, sugerowały jego przynależność etniczną. Około pięcioletnia dziewczynka natychmiast zaczęła biegać wzdłuż chodnika, już zaczepiała ludzi z wyciągniętą rączką, ale blondynek został przy kobiecie. Trzymał się jej spódnicy z miną bliską płaczu i wyraźnie kaprysił. To wystarczyło renciście, widocznie nie miał cierpliwości do dzieci. Gdy już opędziła się od malca i wygodnie rozsiadła się na chodniku, mężczyzna podszedł. Wyrwał ze złością obrazek Jezusa z kartonu, podsunął jej pod nos i zaczął krzyczeć:

- To jest nasz kraj, nasza bieda i nasze miłosierdzie, rozumiesz brudna wywłoko?! My tu ciężko pracujemy, żeby na koniec zdychać z głodu! Żeby nas choroba zjadła, a nie hołota cygańska zalała! Do siebie wypierdalaj żebrać! Niech tam ci dupę skopią lepsi od ciebie! Pracą się zajmij, dzieci wychowaj na ludzi, zobacz ile kosztuje krzyż pański bez twojego złodziejstwa i smrodu!

Kobieta nie odezwała się, patrzyła tylko zaciekawiona, bez większego zdumienia. Prawdopodobnie nie miała pojęcia o co napastnikowi chodzi albo zbyt często takich spotykała. Na blondynka tyrada zadziałała, rozpłakał się na dobre. To pozwoliło renciście na przejście do mowy ciała, zrozumiałej niezależnie od różnic kulturowych. Z wielkim wymachem wykopał na aut jej brudny styropianowy kubek, z którego posypały się dwudziestogroszówki. Wzmocnił gest słownym suplementem zachęty do opuszczenia ojczyzny i to dopiero uruchomiło głośny romski jazgot na tyle, że ludzie spieszący na targ zostali na moment wytrąceni z układania listy zakupów, naprędce sporządzanej w setkach egzemplarzy.

Ale rencista był już coraz dalej. Wściekłość niosła go energicznie w przeciwnym do rynku kierunku, ku nowym archipelagom miłosierdzia, z nadzieją, że znajdzie zdrowy stopień, zdrowych schodów, gdzie Polska jest Polską, a Polak Polakiem.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Apostoł wycofania

05 maj

W niedojedzonej musztardzie rysował kreski plastikowym widelcem. Drugi szaszłyk leżał nietknięty, pomiędzy dwiema kromkami chleba i świeżą plamą ketchupu. Usiadłem naprzeciwko i prawie byłem pewny, że to kolega z roku, tyle że nie widziałem go dobre dwadzieścia lat. Wolałbym, żeby mnie rozpoznał, ale tylko raz podniósł wzrok, z tym samym grymasem na pograniczu uśmiechu i wyrazu cierpiącej ironii. Nic nie mówił, nie wyraził zdziwienia, zaskoczenia, radości, niczego co zdałoby się naturalną reakcją przy spotkaniu po latach. Jasne, mógł nie poznać, ludzi było tu stanowczo za dużo, a mnie przybyło zmarszczek, siwizna pokryła to, co dawniej było mocno ciemne. W zasadzie alternatywa była prosta: pić kawę w zapatrzeniu na rozsłonecznioną plażę i czekać aż skojarzy albo zapytać wprost, czy poznaje. Ryzykowałem najwyżej pomyłkę, może to ktoś inny? W końcu i on mocno wyłysiał, nie miał już wąsów i brody. O przeszłości przypominały zaledwie niespokojne dłonie i zimne niebieskie oczy. Wybrałem kawę, ale na krótko, bo przemówił:

- Nie zmieniłeś się prawie, dobrze wyglądasz. A wiersze ciągle piszesz?

- Nie, dałem sobie spokój. Od osiemnastu lat, odkąd padło nasze pismo. Czasy mocno niepoetyckie. Zdarza się, że prozę piszę, nawet wydaję. Trochę felietonów, w zasadzie już tylko siłą głupawej wierności sobie, bo złotówki z tego nie ma i zdaje się nikomu niepotrzebne. Z nawyku porządkuję myśli pisząc i tyle. Co porabiasz?

- Cudze dzieci uczę. Jakie uczę?! Co ja gadam? Przygotowuję do rozwiązywania coraz mocniej reformowanych testów. Ale ciągle wiersze piszę, na slamy jeżdżę i ciągle tak samo szukam sponsorów na kolejny tomik. Wydane rozdaję najpiękniejszym uczennicom. To bezpieczne, nie polecą na literaturę. Pielęgnuję swoją histerię, a one miewają ideały.

- Da się żyć z nauczycielstwa?

- I tak i nie. Mieszkanie mam po dziadkach, więc kredytów nie mam, a wiele nie potrzebuję. Do tego jakieś redakcje i korki, ale przecież nie o pracę przyszedłeś pytać? Dlaczego nie gadałeś na czacie, skoro już cię dołączyłem to swojego miliona znajomych?

- Starzeję się i grzebię w sentymentach, próbuję spotykać starych znajomych, spojrzeć  w oczy najdłużej niewidzianych.

- Rozliczenia okresu burzy i naporu czy błędów i wypaczeń? A może kryzys wieku średniego?

- Jeszcze nie latam za dziewczynami z liceum, więc chyba nie to. Raczej ciekawość. Chciałbym wiedzieć, czy tylko mnie dopada ta myśl, że w połowie drogi przestało pociągać życie i już nie jestem ciekaw co jutro, bo niesie co najwyżej nowe gadżety, one nie karmią starych głodów.

- No raczej, bo wszystko, co warte fascynacji, pisania, kłótni, dyskusji i przechlania już za nami. Nie ma dnia, żebym się z tym nie mierzył. Ale wiesz co? Paradoksalnie ma to swoje plusy. Łagodnieję z dnia na dzień. Przez obojętność pozbywam jednakowo gniewu i parcia na sukces. Idę bez zaangażowania w pracę u podstaw i wolny od agresji. Daję ludziom prawo do gównianego życia i niczego od nich nie oczekuję. Kłaniam się na ulicy i bywam wdzięczny, że w mordę za to nie leją. Nie wiem, czy to jeszcze tolerancja, ale uśmiecham się na każde kolejne kilo kitu, które zawiesza mi światek. Nie pluję jadem na widok dziewczyny, gdy zostawia łajno po psie na trawniku. Jednej powiedziałem, żeby sprzątnęła, to kazała wziąć to gówno do kieszeni, na pamiątkę, jeśli mi przeszkadza. I co? Miałem ją bić? Oznaczyć minę chorągiewką i czekać na patrol, czy łazić za laską aż zobaczę gdzie mieszka, żeby położyć batona na wycieraczkę? Od tego czasu skaczę przez kupy, byle butów nie paskudzić, bo tylko one są naprawdę moje i za nie odpowiadam. Albo siedzę ostatnio w teatrze, raz na rok bywam. Pierwszy raz nie było mi wstyd za innych. Roma Gąsiorowska mówi ze sceny do jakiejś baby z widowni, żeby odebrała ten dzwoniący telefon. Pojęcia nie mam co za baba, ale dzwoniło to pięć razy. Kiedyś na samo brzmienie komunikatu przypominającego o wyłączeniu telefonów i nierobieniu zdjęć w czasie spektaklu, płonąłem ze wstydu, że trzeba puszczać oczywistości kulturalnym ludziom. Teraz burak albo jego kalarepa udaje, że to nie im dzwoni, a ja się śmieję. Oswoiłem kraj mój prostacki i już wiem, że nie mam o co walczyć, dla kogo mam mieć ambicje? Nikt ich nie kupi. Niedługo na widowni będą chrupać kukurydzę i siorbać colę, tylko aktorzy dostaną silniejsze nagłośnienie, żeby dramat przebił się przez bekanie i pierdzenie klasy średniej, która ciągnie masy do pęta kiełbasy.

            Chciałem przerwać monolog kumpla, o coś zapytać, ale zakwitł nad nami drab zaczesany na żel, o twarzy dosyć nabrzmiałej, mocno przechodzonej i wyraźnie przesiąkniętej zawartością podksiężycowych butelek upartej zimy. Wycharczał, że chciałby dostać coś do jedzenia. I wówczas kolega podsunął tackę z wystudzonym szaszłykiem, który dotąd czekał obok. Musiał zobaczyć moje zdziwienie, bo roześmiał się i dodał:

- Co jest? Prawdziwa poezja, mięcho życia, nie żadne tam dyrdymały humanisty po czterdziestce. Miałeś ochotę? Kiepski ze mnie kumpel, ale nie wiedziałem czy jadasz mięcho z kotów i psów tłuczonych w pobliżu, nawet bez dodatku koniny. A ten beret ze złotym sygnetem, to chyba wodzu, bo ma tu jeszcze kilku kolesi. Jak tylko coś konsumuję, zlatują jak osy. Podsuwam gotowca i mam spokój, o kasę nie poproszą. O czym mówiliśmy? O kulturze? Wczoraj przeczytałem, że coraz więcej wydawców produkuje trajlery, takie obrazkowe klipy promujące książki. Produkują to w desperacji nawet autorzy. Kumasz absurd? Niecałe dwie dekady temu wyrywaliśmy sobie niewyraźne odbitki artykułów, polemiki, recenzje, omówienia, żeby coś ważnego przeczytać, pogadać o kierunkach, a teraz trzeba przebić się do czytelnika z obrazkiem, żeby łaskawie kupił literki. Musisz brnąć przez śmietnik linków, ikonek, brzdęków, jęków, ćwierkań we wszelkich ipodach, tabletach i pierdoletach z kagankiem swojego tekstu, w który włożyłeś setki zmarnowanych wieczorów jedynego życia jakie ci dano. A jak zrobisz chujowy obrazek, stracisz target. Stary, kiedyś bym od razu pisał jakiś protest song, a teraz mam wywalone, kupuję szaszłyka bezdomnemu cwaniakowi i jest uczynek wobec bliźniego. Dawniej napisałbym wiersz o tych, co pod linkiem wiadomości o śmierci kolegi klikają „lubię to”, a dziś patrzę w morze, w dal, która mnie nie ciągnie. Przypomina, że bez żalu umrę. Z uśmiechem, bo nie mam nic do stracenia pośród dziobiących placem w ekranik, klikających maniakalnie własną pustkę.

- Ale sam aktywnie działasz na FB, coś komentujesz, o czymś piszesz, udzielasz się, dyskutujesz, chodzisz na spotkania autorskie, widziałem.

- Jasne, kręcę ten sam schemat co wszyscy, bo czasem próbuję być wśród podobnych sobie, łudzić się, że spośród setek znajomych nieliczni zostali sobą. Zagłuszam nudę razem z nimi i czasem złośliwie przypominam, że sypiają z FB, bo to da się wyłączyć szybciej niż kochanka i łatwiej z niego wyjść niż od przyjaciół. Zbyt uciążliwe żony i kochanki, gdy naprawdę są obok, miewają pretensje, a w ich oczach można zobaczyć swoje wydrążenie. Ja ci mówię, ty lepiej zjedz szaszłyka, naprawdę dobre i mniej szkodzą niż twoje pytania.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Obrazki

 

Zawiedziony

22 maj

A czy ja im zabiorę tych chłopów? Pedał jakiś jestem, no sam zobacz, stary! Czy tak wygląda ciota, łaps babskich mężów? Ty, podnieś ten łeb nad pizzę, nikt ci jej nie wyrwie! Popatrz w oczy człowiekowi, nic nie wynajdziesz między pieczarką i szynką. Tu patrz, tak wygląda facet, co nie ma kumpli, bo uwierzył męskiej przyjaźni, widzisz?

Wszędzie razem, rozumiesz? Od drugiego roku studiów. Razem truskawki w Hiszpanii, tulipany w Holandii, razem lodowa w Norwegii albo odwrotnie i teraz sam przychodzę na piwo. Dogorywająca studentka z tacą trzy razy podchodziła, pytała czy coś do jedzenia, stawiała browar i znikała, a ja czekam jak ten kutas na weselu i za co? Za wiarę w męską przyjaźń, stary. Za obietnice, że przynajmniej raz w kwartale się napijemy, powspominamy, pośmiejemy się. Nic zobowiązującego, a ich nie ma.

Zlewasz mnie, wiem, twoje prawo! Nie prosiłeś do stolika, ale przynajmniej spierdalać nie każesz. Sam się lepiłem, mam za swoje. Jak wysłuchasz nie zbiedniejesz. Masz żonę? Masz, okej, dzieci masz? Szczęśliwy gość jesteś, choć pewnie w delegacji, że tak podle jesz. Też mam żonę. Cudowną żonę, najdroższą na świecie, a wiesz czemu? Bo ona mi telefonu nie przegląda, esemesów nie czyta, mejli nie sprawdza, a jak mówię, że idę z kumplami na piwo, ceni mnie za lojalność wobec tych śmierdzieli. Choć ich zna i wie, że każde pierdnięcie swojej baby wciągają jak maryśkę. Mojej nie przyjdzie do głowy posądzać o zdradę, a wiesz czemu? Bo ona zna swoją wartość i wie, że nie skalam tej miłości kiszeniem ogóra w byle beczce. Miłość, stary, to nie jest kwestia zaufania, to poczucie własnej wartości, pamiętaj. Jak ktoś się szanuje, trzyma pion, nie musi ufać,  bo wie ile znaczy dla drugiego.

Że oni nie znają miłości? Pewnie tak, poznali srakę ze strachu, że jakiś obszczymur w garniaku żonkę zwinie, bo lepszą furką zajedzie. Jak inaczej to tłumaczyć? Co dzisiaj mają? Co im przeszkodziło, że zostawili mnie samopas, choć obiecali? Odgrzewają kluski żonie? Podkładają książkę pod rozjechany stół? Ciągną wózek w Biedronce? Malują przedpokój? Zapylają z potomstwem na angielski, czy szyją córci falbanki na balet? Raz na kwartał nie mogą wyjść z domu? Sam w to nie wierzysz. Bo co? Feministyczne wypłosze patriarchat wyszyją im na śliniaku, co? Ten jeden nawet dzieci nie ma, to co on może robić? Rajstopy jej pierze? Kąpiel szykuje od piętnastej?

Ty, a wiesz, ten co ma dzieciaka i uwaga na dwoje mu się dzieli, bo co ci po imionach, to nawet w tamtym kwartale zaskoczył. Przyszedł, mówię ci, serio! I wiesz co? Przepraszał co dziesięć minut, bo musiał do niej zadzwonić. I po kolei, że teraz pije piwo, a teraz ma pół, ale już drugie zamówił, a frytków mu siedem zostało, a w kiblu lał dwa razy, a czy ona przełączyła na dwójkę, czy oglądała jeden z dziesięciu? A czytała ten artykuł o zdradzie w Wysokich Obcasach? Żeby pamiętała o filmie w Kulturze, a jeszcze może przeczyta ten wywiad z magazynu weekendowego. No jazda po całości, stary! Nie wiem do czego byłem mu potrzebny, pojęcia nie mam, inteligencji mi nie starcza, kumasz?. Wyszedł z domu na spotkanie, ale chyba do drugiego pokoju i mnie tam nie było. A ja, głupi, zastanawiałem się kto tu kogo pilnuje? Ona o nic nie pytała, sam z siebie meldował jak ten Jarząbek do szafy. Może jestem debil i on jednak ją kontrolował? Wiesz, odciągał do telefonu, bo nie miał pewności, czy nie korzysta z sieci, nie wali w gumę na sympatii albo nie ciągnie wirtualnie, cholera wie! Dlaczego moja nie dzwoni? Bo to jest przyjaźń w małżeństwie, stary, wymaga higieny. Nie można wdychać smrodu drugiego na okrągło, bo alergizuje, nie?

Powiedz, jak to jest? W przyrodzie wszystko ma swoją przyczynę i skutek, tak? To sobie, myślę, tak złośliwie, bo mnie wpieniają. Moich kumpli tak posrało, bo oni zwyczajnie nie testowali innych kobiet w życiu, wiesz? To może mieć sens. Na wszelki wypadek ożenić się z pierwszą kobietą w życiu i świata za jej plecami nie widać. A może one z premedytacją dopadają takich przyczłapów, co? Wykorzystują fakt nieśmiałości, wstawiają ich w grafik wyższej konieczności, choćby z lęku przed staropanieństwem i są ustawione. Bo te baby moich kolesiów, to koczkodany są jakieś. W życiu normalny by na takie nie poleciał. Harpie upatrują sobie takiego kolesia, chodzą, podglądają jak się zachowuje, a potem cap go na męża i po wypłacie chodzi na lince ściąganej. Jak chce krok w bok, żoncia kciukiem smyk guziczek i smycz ściąga delikwenta do nogi. Zaraz potem przekonuje, że dotąd tracił życie, że w zasadzie snuł się jak nastolatka po galerii i nic dobrego go nie spotkało, a teraz złapał kurs na szczęście. W dodatku uporządkowane od budzika po wieczorne siusiu, a że ciągle na oku? Zawsze podciągną pod miłość, troskę i zapotrzebowanie na czułość. A jakby co, ostatecznie wypiszą kwit na poczucie winy i gość ugotowany.

 Ty, a piwa się ze mną napijesz? Z serca stawiam, bo wpieprzasz na sucho, aż żal patrzeć. Spieszysz się? Czy tak młócisz, żeby sobie pójść i nie słuchać? Nie? Dobra, pani da dwa piwa. No. Widzisz, załapałeś się na gadki zawiedzionego, to przynajmniej piwem odpłacę. Musiałem, naprawdę, bo myślałem, że pęknę ze złości jak guma z wyprzedaży. Ale głupie one nie są, wiesz, te ich baby. Taki pasztet już wie, że nawet pantofla może stracić, kumasz? Przecież zdają sobie sprawę, że dokoła stada takich samotnych kaszalotów i każda wisi nad ich łosiem jak debet nad bankomatem. Tylko czekają aż smycz się zluzuje. Faceci jednak lepiej znoszą życie na trutnia. Baby zawsze mają te swoje ciotki, babcie, wszystkie inne wypłosze, które im wypomną babskie wady i chodzenie samopas. Jak taka dopadnie swojego smerfa, nie odpuści na krok! Bo znowu będzie tłumaczyć się z ułomnej kobiecości.

O, widzisz, jest, trzy godziny po czasie dzwoni, kutas roztrzęsiony! Jak sam napiłem się piwa za następny kwartał, to i kumpel się znalazł. Poczekaj, odbiorę… a nie, to żona. Tak? Jak dzwonił? Na stacjonarny?! Kiedy? Dwie godziny temu? Jak to byłaś ciekawa ile będę się szlajał? A gdzie mam łazić? Siedzę w tej knajpie, gdzie miałem się spotkać, ale nie  przyszedł. Jakie baby? No coś ty? Kochanie! To chyba ze stolika obok, jakieś kwoki blond siedzą i gdaczą. No jak w pół godziny? W domu? Kpisz sobie? Czym ja śmignę tak szybko? Wiesz, że nie mam klucza, nie wygłupiaj się! Już jadę, czekaj… spokojnie…

Ty, ale weź moje też dopij, co? Szkoda wylewać, zapłacone, a żonka mi się wściekła, czy jak?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Obrazki

 
 

  • RSS