RSS
 

Notki z tagiem ‘proza’

Zdechłe motyle

12 lip

- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam… raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem… wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie… szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Obrazki

 

„Las. I tak dalej…”

13 lis

4-ranoCzym i jak uwodzi czytelnika Jan Jakub Kolski? Pewnie nie każdego i nie w ten sam sposób, jeśli w ogóle uwodzi. Jednych może irytuje, innych nawet przeraża. Pisarz wytrąca nas z z orbity tyleż niezbędnych, co rytualnych czynności dnia i wrzuca do lasu, w którym będzie mało komfortowo, czasem podziemnie, nawet brudno, krwawo, trochę śmierdząco i nie zawsze w uniesieniu, mało swojsko, ale bardzo ludzko, choć pośród zwierząt . Gdy czytałem najnowszą powieść jednego z najoryginalniejszych i najciekawszych twórców naszego czasu, przekonałem się po raz kolejny, że nie ma Kolskiego – pisarza bez Kolskiego – reżysera. To jest jedna całość, którą czuje się w każdym dialogu, opisie postaci, miejsca, bo narracja literacka filmowca jest oszczędnym, niemal gotowym scenariuszem, a scenariusz głęboką opowieścią o trwałym smutku egzystencji, ulotnych uniesieniach i ogromie tęsknoty do bliskości tyleż głębokiej, co nieuchronnie zapowiadającej kres wszelkiego spełnienia, gdy to jest już niemal w zasięgu dłoni.

W powieści „Las, 4 rano” nie ma długich opisów, nie ma rozpływania się w charakterystyce bohaterów. Wszystko tu jest kreślone wyraźną i ascetyczną kreską, a jednak czytelnik dostaje obraz z poświatą tajemnicy w tle. Szybko wchodzi w wartką fabułę, dramatycznie odczuwa iskrzenie między wyrazistymi postaciami, ale zmaga się też z odmiennością ich egzystencjalnych doświadczeń. Przeczuwa, jak bardzo parze bohaterów do siebie blisko, ale nie może zapomnieć o dzielącej ich przepaści.

Co mogło połączyć leśnego dziada, bezdomnego faceta po sześćdziesiątce, który zakopał swoją walizkę z garniturem od Armaniego, i tanią prostytutkę, ustawioną przy drodze? Na pierwszy rzut oka chyba tylko plac z kilkoma kontenerami na śmieci. Z pozoru dzieli ich wszystko: wykształcenie, wiek, pokoleniowe doświadczenie, przeszłość przeżyta w różnych realiach, cele i powody pobytu w lesie, ale łączy potrzeba ocalenia obecności, czasem czułości i rozmowy, tego, co elementarne dla naszego człowieczeństwa, gdy już je odrzeć z ulotnych ambicji, woli posiadania, z pracy, z pogoni za czasem i pieniądzem, gdy pozbawić oddania korporacji i światu za nic mającemu podmiotowość.

Ona czasem przynosi mu pizzę, czasem niedopitego szampana, zbiera dla niego pluszaki po śmietnikach, których praniem i ocalaniem dziad spłaca dług wobec bolesnej straty. On nawet nie jest o nią zazdrosny, nie cierpi z powodu uprawianego przez nią procederu, ale chętnie prawi kazania, jak przegrany nauczyciel spóźnionej uczennicy. Zmusza Natę do lektury trudnych książek, o których potem próbuje rozmawiać, ale też mówi do niej pięknie i czule, umie poetycko komplementować jej urodę, przytula, przypomina o kobiecości, bo przecież nie dostanie tego od klientów, wśród których spotkamy przerażonych pantoflarzy, niespełnionych w miłości nieudaczników, czy pożałowania godnych kierowców i dostawców wszelkich towarów.

Łączy ich jeszcze coś, co kładzie się cieniem na tej relacji, co nakazuje łapczywie chwytać chwile spędzane razem. Ich spotkania mają w sobie gwałtowność zbliżeń zakazanych, a rozmowa sprowadza się do bardzo krótkiej wymiany prostych zdań, byle nie przekroczyć granicy wypowiedzenia prawdy i głębi uczucia, bo lepiej zaklinać niedopowiedziane. Ciągle spotykają się w pośpiechu i niedbale, jakby wynurzali się do zaczerpnięcia powietrza ze swoich odrębnych bagienek życia, by znowu tęsknić. Ale do czego? Do kolejnego spotkania? A może uczą się odchodzenia, zanim przyzwyczają się do miłości? Mogą jedynie marzyć o wspólnym domu, mogą bawić się w jego namiastkę w leśnej ziemiance, pomiędzy zwierzętami, szmatami, ciuchami, ale już nie mogą stworzyć domu na dobre. Obydwoje czują nieuchronność unicestwienia wszystkiego, łącznie z nadzieją, że może być inaczej, lepiej i do końca.

Pewnego dnia, z jakiegoś ważnego powodu, dziad  wyskoczył  z pociągu. Doszedł do granicy wytrzymałości, do ściany poprzedniego życia. Chciał odciąć się od pełnej przepychu i dramatu przeszłości, ale nie potrafił się zastrzelić. Nie mógł zdobyć się na śmierć, więc upodlił się życiem w lesie, na granicy, pomiędzy tym, co na powierzchni, a legowiskiem pod ziemią, z konieczności zabijając zwierzęta, które jednocześnie potrafi kochać swoją szorstką miłością. Bo jest w nim zbyt silna konieczność życia, afirmacji człowieczeństwa niejako za pokutę, ale też potrzeba dobra, trwania do końca częściej w starciu z własnym losem niż w pełnej nań zgodzie, bo wie, że „bycie sobą jest nieuniknione i wkurwiające, ale nie ma przed nim ucieczki”. Wie też doskonale, że „bycie”, to jednak nie „unicestwienie”. Nata z wielu powodów uciekała od swojej ubogiej i skazanej na nijakość egzystencji, by na skraju lasu wylądować z marzeniem o spokojnym życiu.  Przeczuwa swoją rychłą śmierć, bo ta w jej zawodzie grozi każdego dnia, a w końcu przecież nadciągnie jak rosomak, żądny krwi i zemsty.

Czy mogliby wspólnie zbliżyć się do starości? Nie ma na to warunków, więc zatracają się w zabijaniu lęków i namiętności do utraty tchu, choćby pod strzępami ogrodowej folii, w czasie burzy. Nie wiedzą, że zbliża się najsilniejszy grom z jasnego nieba, który skróci egzystencję Naty, a Firsta przyprawi o spadek, z którym nie będzie wiedział, co począć, ale też nie będzie potrafił go odrzucić. Nata, powierzając mu najcenniejszy skarb, doskonale wiedziała co robi, bo dostrzegła w osobie dziada dobroć ułomną, człowieka równie mocnego, co poharatanego i wulgarnego.

Pojawienie się nowej kobiety, w zasadzie dziewczynki, Jadzi, stało się dla Firsta przyczynkiem do narodzin nowego sensu, kolejnym przekleństwem miłości i nadziei. Stąd pewnie podtytuł powieści: „Historia o człowieku skazanym na miłość”. Miłość utracona zaznaczyła swój kres tam, gdzie zaczyna się nowa. Dziad już wie, że tym razem nie zmarnuje okazji. Najpierw rozprawi się ze złem symbolicznym w postaci drapieżnego i cwanego Rosomaka, obcego, który zagraża bezpośrednio życiu jego nowej miłości. Później rozprawi się z Borią, alfonsem, bo ten stanowi realne zło, zagrażające Jadzi, stającej u progu mądrej i pięknej kobiecości. Teraz First już nikogo nie zawiedzie, choć też nie wie, czy podoła, bo kto z nas to wie?

Nowa powieść Kolskiego ubiera się w szatki przypowieści, ale mądra to przypowieść o utracie i zmartwychwstaniu do tego, co najważniejsze. Pokazuje, że w trudnych momentach, równie tragicznie spotykamy miłość i śmierć, które chcąc nie chcąc, nieustannie ze sobą sąsiadują. Rozkwit i kres, to bliscy krewni zmienności naszych marzeń, pragnień i dążeń do spełnienia. Tracimy to, co najcenniejsze i z upadku, z bezradności, podnosimy się do czegoś podobnego, co może zdać się jeszcze cenniejsze, o ile znowu śmierć, w jednej ze swoich odmian, nam tego nie zabierze. Co zyskujemy? Banałem byłoby powiedzieć: hart ducha… patosem ciągnie stwierdzenie: mądrość i szlachetność, zatem zyskujemy to coś, co pozwoli odczuć lepiej, że bycie sobą jest jeszcze bardziej wkurwiające, bo pełniejsze.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Kultura

 

Zawiedziony anioł

22 cze

aniol_400x400Ruch dziewczęcej dłoni na blacie uspokajał i hipnotyzował od kilku minut. Przywracała stolikowi dobre wrażenie z obowiązku i zupełnie obojętna na efekt, ale myślami była raczej w wannie pełnej piany, z nogami ułożonymi powyżej jej wątłego ciałka. Znużona, a może znudzona, najchętniej poszłaby już do domu, gotowa zrezygnować z nowej Rexony. Karol bez żalu darował Eli, że odwołała spotkanie. W zasadzie było mu to na rękę. Nie miał siły ani ochoty słuchać jej kłapania o wyższości jednej polisy nad drugą. Teraz mógł do woli milczeć nad kawą i paschą, a może nawet zasponsorować kelnerce więcej niż cel jej dniówki? Uśmiechnął się do własnej myśli: „a jakbyś to zaproponował, stary durniu?”. Skarcił się jeszcze szybciej za pomysł niż dopuścił do siwizny, że zupełnie nie ma pojęcia, o czym może marzyć dziewczyna z pokolenia Y. i nawet nie wie, czy stać go na cokolwiek z jej listy. Nie potrafiłby wymienić dwóch znanych marek kosmetyków, jakich używają, bo nawet nie przeczuwał ich zastosowania.

Mężczyzna za plecami przerwał rozważanie. Nawet nie mówił tak głośno jak intensywnie pachniał jedną z tych drażniących wód Hugo Bossa czy innego Rabana z Pakiem, ale nawet nie to wzbudzało irytację. Było coś obrzydliwego w głośnym słodzeniu w telefon. Nieustający potok króliczków, perełek, mirabelek, pralinek, landrynek, przeplatanych aniołkami, gwiazdeczkami i pączusiami magnolii, bulgotał równie namiętnie jak zapomniana fasolka po bretońsku na jednopalnikowej kuchence. Nie bardzo było wiadomo, które wymioty czułości dotykały jeszcze powabu i uroku kobiety, a które już jej krocza. Zmiksowane w erotycznym koktajlu słodkości zmusiły Karola do odstawienia reszty paschy i wlania w siebie dużej dawki gorzkiej kawy dla przywrócenia równowagi zmysłów. Było coś bardzo żenującego w obecności dorosłego mężczyzny, obśliniającego telefon infantylnym słowotokiem, ale Karol powstrzymał się, nie wstał. Z ostatniego wyrzutu słodyczy wyniósł, że za chwilę ujrzy obiekt litanii ku czci.

Zagrała w nim dziwna ciekawość, nieco cyniczna, może odrobinę drobnomieszczańska, której nie mógł się oprzeć. Przesiadł się, zmienił krzesło, żeby zobaczyć facjatę romantyka, zanim przybędzie Brunhilda marzeń, adresatka treli. Terkoczące w słuchawkę pachnidło miało na oko lat czterdzieści, ale równie dobrze trzydzieści osiem jak czterdzieści pięć, bo sucharek – boy odwieczny – wyraźnie dbał o PR. Zapakowany w granatowy dżersej marynarki, z łatką na łokciu, w koszulkę z nadrukiem i nieodzowne trampki konwersy, zarzucił rurkę z łydką na suche kolano i wstukiwał delicje w słuchawkę, a robił to z delikatnością datownika na poczcie. Uśmiechał się przy tym równie naturalnie, jakby pozował do żurnala mód, wycelowanego w target początkującego próchniaka, który zapomniał, że skończył liceum. Generalnie wyglądał tak porywająco, że z zazdrości trzasnęłoby jego lustrzane odbicie.

Jakież było zdumienie Karola, gdy przed stolikiem tamtego zobaczył nagle dziewczynkę. W dżinsach, z przetarciami na chudych kolankach, w kusej kurteczce imitującej skórzaną, z torbą soho na tyle dużą, że optycznie czyniła z dziewczynki niemal dziecko. Wyglądała na wystraszoną, a jej ogromne oczy sugerowały małe przekonanie, że powinna pozostać tu dłużej. Miała czternaście, może piętnaście lat i raczej nie wyglądała na niedożywioną studentkę. Karol nie zdążył dobrze oszacować wieku, gdy sucharek wypuścił w jej kierunku jedno zdanie, w tonacji nastroszonego wróbla: „… to chodźmy kupić, co tam sobie wybrałaś, a potem szybciutko lećmy do hotelu, chyba, że wystarczy ci moja bryka?”.

Karol omal nie zakrztusił się kawą słysząc te słowa. Nie był zbawcą świata i miał swoje za uszami, ale zderzenie kreatury z propozycją szytą grubą chucią z pogardą, nie pozostawiły go obojętnym. Musiał coś z tym zrobić, nie mógł dopuścić, żeby jakiś palant ranił na całe życie to dziecko prawie. Ale co mógł? Krzyczeć na cały głos: „pedofil”? Pokazać go palcem? Wyprowadzić pajaca i ryj mu obić? Trącić gówno i siedzieć za człowieka? Bo niby jak miałby udowodnić, że stanął w obronie nastolatki? A może to jego bratanica? Może ona to lubi, może tak zarabia, żeby nie wysługiwać się jak tamta, myjąca stoliki z kółek po filiżankach? Głośna interwencja nie wchodziła w grę, ale cichą ułatwiła ofiara. Nachyliła się do sucharka i po chwili odeszła od stolika, by zniknąć w tłumie galeryjnych szwendaczy. Karol nie czekał dłużej i zanim pomyślał, co ostatecznie powie, siedział naprzeciwko tamtego i już usłyszał jego: co jest? Znamy się?”.

- A chcesz poznać koszmar twojego zasranego życia, wypierdku koguta? – Karol jeszcze wczoraj nie zniósłby siebie w roli Bogusia Lindy, ale teraz nie miał wyjścia, musiało tak zabrzmieć – Powiem krótko: wyrywaj stąd, zanim to dziecko wróci. Masz minutę i nie będę zważał na miejsce i czas, wyjadę ci taką fangą w ryj, że wyskoczysz z trampków, a żonka wygrzebie cię z liści za rok.

- A kto ty jesteś, co?! Wspomnienie Matki Teresy? Anioł stróż tej małej czy moherowy ninja? Chcesz, to zawołam ochronę i sprawdzimy jak sobie radzisz.

- Dla ciebie, skutku pękniętej gumy, mogę być tatuś tej małej i załóż się, że nie zdążysz spojrzeć w kierunku ochrony. Masz jeszcze pół minuty, a potem nie znajdziesz drogi do bryki albo zdechniesz z głodu w locie, wybieraj!

- Nie sraj ogniem, cieciu. Mała nie jest droga. Stać na nią nawet takiego ćwoka jak ty. Naprawdę nie musisz dymać swojego domowego kaszalota do końca świata. Nie ma czego zazdrościć.

            Karol wstał bez słowa i pokazał na zegarek. Tamten podniósł się niemal jednocześnie. Doskonale wiedział, że nie ma szans w starciu ze zbrojoną gdańską szafą, zwłaszcza, że determinacja w obronie czci wskazywała jednoznacznie na bliskie pokrewieństwo z niedoszłą ofiarą. Sucharek popukał się tylko w czoło i już znikał w odmętach galerii, z prędkością gwarantowaną przez firmę Converse. Nie minęło pięć minut, gdy do stolika przyszła mała z wyciągniętą komórką w dłoni:

- To ty jesteś ten mój tatuś wyzwoliciel?

- Nie, ja jestem twój anioł stróż, tatuś zrezygnował z wymiany prezentów.

- I co teraz?! Mam ci się rzucić na szyję?! Wiesz, ile spieprzyłeś?! Co ty sobie wyobrażasz? Z Oazy się urwałeś?! 

- Wystarczy. Nie mam ochoty tego słuchać. Nie liczyłem na łzy wzruszenia. I tak tego nie zrozumiesz. Powiedz lepiej, co miał ci za to kupić? Kupię to samo i pojadę sobie do domu.

- Nie stać cię. To ty nic nie rozumiesz, fanie Batmana. Cały miesiąc robiłam podchody pod tego dupka. Schrzaniłeś wszystko. Dziś miał ponieść karę. Trzy miesiące temu zbajerował moją przyjaciółkę, zaciągnął ją do hotelu i dziewczyna ma taką deprechę, że przypomina warzywo. Nie odróżnia własnego biurka od ścierki do kurzu, kumasz? Policja nawet nie wydusi tego, kto jej to zrobił, a ja wiedziałam, pokazywała mi jego fotki, zdradziła nick i mogłam wymierzyć sprawiedliwość.

- Co zamierzałaś? Mało masz kłopotów z przyjaciółką? Chciałaś się podłożyć? A jeśli ciebie by skrzywdził? A jeśli…

- Poczekaj, coś ci pokażę. Widzisz? To niewinne w słoiczku, to mocno i wystarczająco boleśnie żrąca substancja. Zwiędłym korniszonem nikogo już nie skrzywdzi. Do końca życia trzymałby plastikową rurkę w brudnych paluchach!

- A ty spaprałabyś sobie życie, kto wie, czy nie do końca, kumasz?

- Spokojna głowa, mój plan był pewny, ale zawiódł, bo nie przewidziałam, że trafię na własnego anioła stróża. Dzięki! Jeśli teraz ten gnój zrobi komuś krzywdę, to będzie twoja broszka, Złote Serce!  Zadowolony?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Łowcy miłosierdzia

20 lis

Dziewczynka nie miała siły albo ochoty. Przysiadała na piętach, przeciągnęła pod nosem pręgowanym, przydługim rękawem sweterka nie pierwszej czystości i po chwili przyglądała się małym ciemnym dłoniom. Nic nie budziło niepokoju, więc patrzyła w korony nagich drzew, byle dalej odwieść myśl od konieczności zawodzenia. Rozejrzała się bystro dookoła i jakiś delikatny szelmowski błysk rozjaśnił jej śniadą twarz. Wyraźnie ucieszyła się, że nikt nie nadchodzi, więc nie ma potrzeby odstawiania dramatu dziecka na skraju wyczerpania. Zmęczona brzmieniem frazy ze zdartej płyty: „daj pani złoty, daj dobra pani, daj na jedzenie, Bóg zapłać” albo zwyczajnie dziecięco znudzona, przez dłuższą chwilę nie wyłudzała grosza na lepsze samopoczucie tych, co na chodniku posadzili ją za karę, że nie urodziła się biała. Bardziej rozczochrana niż uczesana, niespokojnie poruszała resztką warkoczyka, odwracając głowę w lewo i w prawo. Co chwila odgarniała czerń nieposłusznych włosów, opadających wzdłuż policzków, aż w końcu znieruchomiała.

Zebrała siły, żeby i tej kobiecie nie odpuścić, nawet wciągnęła głęboko powietrze, ale oddech został wewnątrz. Babina szła zbyt wolno, poprawiała okulary z grubymi szkłami, lekko chwiała się na boki i ciągnęła za sobą kraciastą torbę na kółkach, jeszcze pustą, którą na rynku wypełni do granic wytrzymałości zieleniną, mięsem drobiowym, ziemniakami i jajami prosto od chłopa. Najdalej za czterdzieści minut, popiskując kółkami, przeciągnie ją na powrót obok romskiej dziewczynki. Mała już wie, że z lepszym skutkiem wyciągnie dłoń dopiero później. Ludzie są bardziej hojni, gdy zrealizują tygodniowe zapotrzebowanie na świeże i wiejskie. Wówczas widok dzieci boleśniej wchodzi drzazgą w dobre samopoczucie. Ale kobieta z pustą torbą sama zatrzymała się nad małą, spojrzała z bliska i odezwała się, mimo że dziewczynka o nic nie prosiła:

– A ty umiesz przeżegnać się, dziecko? Umiesz ojczenasz zmówić? Widzisz? Ty nic nie umiesz, to jak ty chcesz miłosierdzia ludzkiego prosić? My tu naród katolicki jesteśmy, wiesz? Ty nawet nie wiesz, co ja do ciebie mówię! Ale ja tobie dam złotówkę, nawet dwa złote tobie dam jak zobaczę, że ty tam do Biedronki pójdziesz i naprawdę bułkę sobie kupisz albo pączka, jak ty taka głodna jesteś. Zaraz będę wracać, to zobaczę czy ty jesz.

–  Gówno ona tam pójdzie, pani! – Odezwał się gość w kraciastej bluzie z polaru i w szarej czapce z daszkiem, którą zdobił napis „Love power”. Zwycięsko rozkraczony na ławce zaciągał się akurat papierosem. – Na drugie strone ona pójdzie, pani, a tam siedzi taka stara, czarna jak salceson, grubościo też taka będzie, matka może, nie wiem. Kudły ściągnięte na gumkie od weka, a morda rozlana jak zatoka, bo wypasiona na tych dzieciakach. Zagarnie małej cołaskie jak pani dała i jeszcze w morde trzaśnie, żeby ryczała. Jak się mała usmarka, to większy zarobek będzie, nie wiesz pani? Tfu z tym tałatajstwem, że to wpuszczajo nam do kraju? Toć une pani ani pesela nie majo, ani paszportu, a jak te szczury mnożo sie po kanałach! Dzieci narobio, żeby na ulicy zarabiać, zasiłki wyciągać, a jaki pożytek z tego? Sraki i na raki, tfu z takim porządkiem!

            Ale kobieta z wózkiem nie miała potrzeby dyskutować, grzecznie wysłuchała z rozchylonymi wargami i z okularami zsuniętymi na koniec nosa. Ledwie mężczyzna wstał z ławki już oddalała się w stronę targowiska, machała przy tym lekceważąco ręką, jakby odganiała niewidzialną choć upierdliwą muchę. Niewykluczone, że chciała odrzucić tym gestem akt miłosierdzia, który okazał się piętnem naiwności i coraz szybciej przeobrażał się w powód do wstydu.

Mężczyzna z ławki najwyraźniej wiedział o czym mówi, bo dziewczynka wstała z klęczek i oglądając monetę na przemian z obu stron, przeszła przez ulicę i ruszyła pod najbliższy sklep, gdzie podała ją rzeczywiście wielkiej babie i tak czarnej jak salceson.

Po tamtej stronie ulicy obserwację Romów przejął inwalida. Mężczyzna około pięćdziesięcioletni, często siedział na stopniu tamtejszego warzywniaka. Teraz także czujnie pilnował kartonika u nogi, z wpiętym weń obrazkiem Jezusa Miłosiernego z promieniami płynącymi wprost z serca. Na odgiętym fragmencie kartonu widniał napis świeżo odnowiony czarnym flamastrem: „Nie jestem oszustem, uczciwie przepracowałem 32 lata. Dziś nie mam środków do życia. Jestem rencistą. Proszę na czynsz i leki. Bóg zapłać”.

W sobotni poranek nikt nie miał czasu na czytanie próśb, a tym bardziej na czekanie, aż Bóg za coś zapłaci, więc kartonik świecił pustkami. Mężczyzna szeptał pod nosem coś, co wyglądało na pogróżki, bo nie spuszczał z oczu romskiej konkurencji, która jakiś czas temu wyszła z drugiej strony sklepu. Była to młoda matka z dwójką małych dzieci, z których jedno było blondynkiem z loczkami, tylko brudna odzież i wykrzywione buciki, niestosowne do pory roku, sugerowały jego przynależność etniczną. Około pięcioletnia dziewczynka natychmiast zaczęła biegać wzdłuż chodnika, już zaczepiała ludzi z wyciągniętą rączką, ale blondynek został przy kobiecie. Trzymał się jej spódnicy z miną bliską płaczu i wyraźnie kaprysił. To wystarczyło renciście, widocznie nie miał cierpliwości do dzieci. Gdy już opędziła się od malca i wygodnie rozsiadła się na chodniku, mężczyzna podszedł. Wyrwał ze złością obrazek Jezusa z kartonu, podsunął jej pod nos i zaczął krzyczeć:

- To jest nasz kraj, nasza bieda i nasze miłosierdzie, rozumiesz brudna wywłoko?! My tu ciężko pracujemy, żeby na koniec zdychać z głodu! Żeby nas choroba zjadła, a nie hołota cygańska zalała! Do siebie wypierdalaj żebrać! Niech tam ci dupę skopią lepsi od ciebie! Pracą się zajmij, dzieci wychowaj na ludzi, zobacz ile kosztuje krzyż pański bez twojego złodziejstwa i smrodu!

Kobieta nie odezwała się, patrzyła tylko zaciekawiona, bez większego zdumienia. Prawdopodobnie nie miała pojęcia o co napastnikowi chodzi albo zbyt często takich spotykała. Na blondynka tyrada zadziałała, rozpłakał się na dobre. To pozwoliło renciście na przejście do mowy ciała, zrozumiałej niezależnie od różnic kulturowych. Z wielkim wymachem wykopał na aut jej brudny styropianowy kubek, z którego posypały się dwudziestogroszówki. Wzmocnił gest słownym suplementem zachęty do opuszczenia ojczyzny i to dopiero uruchomiło głośny romski jazgot na tyle, że ludzie spieszący na targ zostali na moment wytrąceni z układania listy zakupów, naprędce sporządzanej w setkach egzemplarzy.

Ale rencista był już coraz dalej. Wściekłość niosła go energicznie w przeciwnym do rynku kierunku, ku nowym archipelagom miłosierdzia, z nadzieją, że znajdzie zdrowy stopień, zdrowych schodów, gdzie Polska jest Polską, a Polak Polakiem.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Buntownik

15 paź

Obrazy za oknem przepływały wolniej niż myśli. Może nawet dużo wolniej niż pytania, które nie zagościłyby w głowie, gdyby autobus nie ślimaczył się w ulicznym korku. Wolałby już wracać. Tchórzył? Dziadek Franciszek mawiał: lepiej żałować tego, co się zrobiło niż tego, że się zmarnowało okazję. Zwłaszcza, że następna może się nie zdarzyć. Nie ten wiek, nie ten wdzięk, a brzuch jak bęben Rolling Stonesów.

Co było pierwsze? Fascynacja spotkaniami z Natalią czy narastająca frustracja żony? Przedszkolanka istniała od miesięcy, ilekroć odbierał bliźniaczki, nie odpuszczała. Zawsze miała dla niego czas, uśmiech, coś do opowiedzenia o postępach dziewczynek, o ich wspaniałym zachowaniu w grupie. Potem była kawa, przy której nie zamykała jej się buzia, a gdy mówił Tomasz, odnosił wrażenie, że szklą jej się oczy. Była pod wrażeniem jego nauczycielskiego powołania i męskiej dojrzałości, dzięki której nie podrywał bezczelnie. Potem poszli do kina, gdy teściowa bardzo chciała mieć wnuczki u siebie, a Julia dyżurowała w szpitalu. Po kinie była restauracja i pierwsze nieśmiałe, delikatne pocałunki, jakby mieli po siedemnaście lat. Nie zaznał w życiu innych kobiecych warg, więc to docenił. Po dwóch piwach zwariował. Obudził samca, który w przeciągu chwili był gotów gnać za Natalią do toalety i pewnie by to zrobił, gdyby nie kelnerka. Skorzystała z jej nieobecności i beztrosko podeszła do stolika, by zapytać, czy dla żony też jeszcze raz to samo? To go wróciło dyscyplinie. Ale na krótko, skoro dziś jechał do jej mieszkania.

Podły ton żony przeważył. Zbyt długo dowodził anielskiej cierpliwości przez ostatnie dwanaście lat. Przestał bywać na szachach u Daniela, zerwał piwne piątki z Jackiem, gdy otrzymał żółtą kartkę, że powtarzają się co tydzień, a miały być dwa razy w miesiącu. Nawet przestał chodzić na siłownię, żeby nie mijać się w drzwiach z żoną zmęczoną pracą w trzech przychodniach. Julia jednak nie widziała żadnego poświęcenia. Na bezwarunkową miłość reagowała cynizmem, rzucając uwagi do lustra, gdy Tomasz wychodził z wanny: „no cóż… każdy ptaszek ma swój daszek, ale twój koliberek ginie już całkiem bez światła”.

            Miał ochotę nienawidzić, nawet nie z powodu reakcji na goliznę, ale za ślepotę. Zrobił wszystko, żeby Julia nie zadręczała się obowiązkami wobec domu i dzieci. Należało wygarnąć, może nawet strzelić w papę, żeby się ocknęła, ale ilekroć próbował rozmawiać, okazywało się, że jest zbyt delikatny. Julia wykorzystywała to bezlitośnie: „Chciałeś mieć lekarza za żonę? To morda w kubeł! Feministki robią dla ciebie więcej niż Pan Jezus, one już cię zbawiły od męskości. Bez kobiety zdechłbyś z głodu, ostatni wypierdku patriarchatu! Gender to dla ciebie jedyne ocalenie, bo w wakacje jeździłbyś gołą dupą po nieheblowanej desce, za te swoje dwa brutto. Bajkę dziewczynkom lepiej poczytaj, do tego się nadasz! Kolorowanki z nimi trzaskaj, pozamiataj kuchnię, a potem możesz z psem wyjść i tam się wyhasać do woli. Jeśli w pogoni za piłeczką zdążysz przed Cziką. Nawet kosmata baba na czterech łapach jest lepsza od ciebie, troku zagubiony w poszukiwaniu kalesonów. Dżizas! Gdybym w liceum wiedziała, co się wylęgnie z jaja dziobaka, gdy z pyska już zejdzie drożdżówa z kruszonką, w życiu bym za to nie wyszła!”.

Nic nie stało na przeszkodzie, żeby zadzwonić do drzwi Natalii. Wczorajszy cynizm żony wybrzmiał jak wezwanie do buntu. Powoli kroczył zupełnie nieznanymi chodnikami, szukał bloku, ale wszystkie były jednakowe, łatwo nie było. W końcu dotarł przed domofon i już wiedział, że to ostatnia chwila. Jeszcze mógł ocalić przysięgę, której poświęcił wszystko. Gdy wybierze numer, nic już nie będzie takie samo. Zapach nowej kobiety, delikatność wąskich ust, miękki głos i ciepło smukłych palców, jej samotność i jego wyposzczona męskość, to mieszanka wybuchowa… zawrócić? W oczach jeszcze jednej kobiety zostać zerem? Wolał mieć problem z ciężarem winy niż zostać miękką fają.

Natalia wpiła się w jego wargi, zanim zdjął plecak. Cofała się, nie odrywała ust i holowała Tomasza do jedynego pokoju z aneksem kuchennym. Czuł pod palcami jej biodra, gumkę majtek pod śliską miętową sukienką w delikatną łączkę. Twarde piersi odciskały wyczuwalne piętno na jego klatce, bo nawet brzuch wciągnął pod wpływem namiętności. Poczuł jak rozjeżdża się suwak rozporka i ciepło delikatnej dłoni ujmowało jego męskość zbolałą z pragnienia. Teraz Natalia zjeżdżała w dół całym ciałem i już miętolił palcami gęstość jej kasztanowych włosów. Tego było za wiele, nie wytrzymał napięcia. Po chwili z ust kobiet padły słowa, które za nic nie chciały wybrzmieć komplementem: „żonaty facet ze stażem i tak namiętny? Nie przejmuj się”. Uśmiechnięta wstała i bez wyrzutu dodała delikatnie: „Przepraszam, może nie powinnam tak szybko, poczekaj, przebiorę się i usunę to z sukienki”. 

Klapnął ciężko w fotelu, ale zamiast poczucia winy, wypełniło go coś jak ulga w połączeniu ze znużeniem, które zaraz potem przeszło we wstyd wobec Natalii. Wytrysnął jak uczniak, a z pewnością nie tego spodziewała się namiętna kobieta. Już był gotów pokazać na co go stać, gdy na rogu kuchennej zabudowy, u góry, zobaczył niebieską papużkę, która przyglądała się kręcąc z ciekawości łebkiem. Ptaszek siedział wolny, bez klatki i rejestrował obecność intruza. Gdy Natalia pojawiła się w błękitnej sukience, nie pozwolił jej usiąść. Z uśmiechem, bez słowa, odwrócił ją plecami do siebie i podnosząc włosy obsypywał szyję delikatnymi pocałunkami.  Oparła dłonie o ścianę, gdy z głową pod sukienką całował jej uda. Końcem języka muskał pośladki częściowo ukryte w pastelowo różowych majteczkach. Prężyła się i wypinała zachęcająco, pomrukiwała cichutko i poruszała biodrami, więc po chwili wśliznął się w nią, tymczasem papuga głośno skrzeczała. Lekko się stropił, zwolnił, ale wówczas zadzwoniła komórka w plecaku. Odwrócił się niespokojny, bo o tej porze nikt do niego nie dzwoni. Na wyświetlaczu zobaczył źle brzmiący napis „kobra”, a po chwili rozbrzmiało pytanie teściowej, bardzo w tonie podobne do papuziego skrzeczenia: „Tomeczku, dziewczynki chcą na obiad kopytka, zrobić też dla was? Zjecie cieplutkie z sosikiem?”. Przytaknął, wydukał coś, że będzie koło siedemnastej i spojrzał na Natalię. Uśmiechnęła się dosyć boleśnie i powiedziała, że lepiej przygotuje coś do zjedzenia.

Odwrócona wrzucała masło na patelnię, wyjmowała jajka z lodówki, jakby nie chciała patrzeć w jego stronę. Zapytał o papugę, czemu tak darła dzioba, gdy zabierał się do jej pani? Natalia roześmiała się dosyć szczerze: wyposzczona samiczka, co się dziwisz? Widzi jak obracasz panią, to żałuje, że też nie może. Zazdrosna franca i tyle. Tomasz nie miał pomysłu na dalsze pytania, było mu głupio, a i głód robił swoje. Parujące talerze znalazły się na blacie, więc zasiedli na skórzanych hokerach. Tomasz przełknął i poczuł, że jaja są raczej zepsute. Spojrzał na Natalię i czekał na jej reakcję. Uśmiechnęła się: „No co? Zepsuty seks, zepsute jaja. Chłop z odzysku, jaja z Biedronki…. Takie moje szczęście, zbukiem ciągnie”. Tomasz uśmiechnął się gorzko i dojadł do końca, żeby nie pogrążać już gospodyni.

Nie dopił herbaty, gdy postanowił podjąć ostatnią próbę rehabilitacji. Wydobył z głębokiej przeszłości wspomnienie macho i oderwał Natalię od zlewozmywaka. Patrzył jej głęboko w oczy i bez gier wstępnych zadarł sukienkę . Pieścił dłonią przez majtki i czekał na błysk jej oczu. Przymknęła powieki, więc zaczął całować szyję, usta, podgryzał uszko i nie przestawał pieścić. Była prawie gotowa, już pojękiwała do ucha, gdy ponownie zadzwoniła komórka. Oderwał się i chwycił telefon. Tego tylko brakowało! Na wyświetlaczu pulsował groźny napis: Julia. Gdyby ktoś kazał mu powiedzieć, kiedy żona ostatnio do niego dzwoniła, większego wytężenia umysłu z pewnością wymagałoby jedynie wskazanie ostatniej daty małżeńskiego seksu. Zamarł. Rzucił się do okna i otworzył na oścież. Gwar ulicy wdarł się do środka. Wówczas odebrał. Pretensja odrzuciła go od słuchawki: „Ogłuchłeś capie! Ile mam czekać? Myślisz, że mam tyle czasu? Gdzie ty się szlajasz? Co to za hałas? Na jakim placu? Co ty pieprzysz, dzieciaki za palenie ganiasz? Przecież ciebie nikt się nie boi! Czekam za godzinę na osiedlu, pod sklepem, fotele trzeba wnieść”.

Natalii nie było w pokoju. Otwierała już drzwi wejściowe i stawiała za nimi plecak Tomasza. Powiedziała tylko jedno zdanie: „A ja głupia załatwiłam na dziś zwolnienie na badanie serca… powinnam na badanie głowy wziąć!”.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Obrazki

 
 

  • RSS