RSS
 

Notki z tagiem ‘rozmyslania’

Bezradność jak kij

17 maj

Okraglak_Przymorze1Są tacy, którzy uważają mnie za pyskacza. Są tacy, którzy mówią, że moim jęzorem można by nogi golić. I wówczas nie mam nic przeciwko, szczególnie gdy nogi kobiece i to w każdym tego słowa znaczeniu. Są jednak takie dni, gdy całe moje wygadanie, wyszczekanie, riposty, ironia i złośliwość wkopują się w piasek na wyścigi ze strusiem stereotypów, któremu wstydliwie ulegam szybciej niż myślę. Są takie dni, gdy wypracowana, a może i wrodzona, skłonność do polemiki oddaje pole. Zdaje się psu na buty i dopiero po czasie przychodzi owo słynne: mogłem mu powiedzieć… gdyby nie bezradność właśnie. Ale może najpierw scenka rodzajowa.

          Niedziela, gdańskie Przymorze, kościół w środku osiedla. Koniec Mszy, ludzie wylegają na plac i gromadnie przechodzą przez pobliską uliczkę, traktując jezdnię jak drogę z Kościoła po prostu. Każdy przechodzi gdzie mu bliżej, bez szukania przejścia, bo droga biegnie przez całe osiedle. Przejścia są, nawet dwa, o kilkanaście metrów od siebie, ułożone na wysokich progach zwalniających. Przed progiem z prawej strony zatrzymuje się samochód, przepuszcza nieznaczny tłumek. W tym samym momencie na próg z lewej strony wjeżdża samochód, którego kierowca za nic ma fakt, że na środku jezdni znajduje się starsza kobieta i kilka innych osób, jedzie. Byłem o trzy metry od maski tego samochodu, więc wyszedłem na jezdnię, żeby zmusić prowadzącego do zatrzymania, z wyrzutem patrząc mu w oczy. Zatrzymał samochód, otworzył okno i skierował do mnie typowe w takich sytuacjach słowa: „Ma pan jakiś problem?” Zerknąłem w twarz, na której znalazłem kiludniowy zarost i w wyrazie coś jak połączenie osiedlowego Seby z mieszkańcem strzeżonego osiedla. Zerknąłem na tablicę samochodu, a tam początek na W… i już zagrały stereotypy. Gdzieś pod czaszką jaskrawo pulsował neon: „gadaj z dupą, to cię osra”. Posłuszny ostrzeżeniu rzuciłem krótko: to jest droga wewnętrzna. Ruszyłem dalej nie szukając polemiki, ale dolałem tym oliwy do ognia. Krzyczał coś do mnie on i niewiasta jego, że żadna droga wewnętrzna, że się nie znam i słońce mi za mocno przygrzało i coś tam jeszcze obraźliwego. Nie dosłyszałem, bo w jego stronę odwróciła się kobieta idąca przede mną i z determinacją w głosie krzyczała: „no jaki cham! Nie dość, że na ludzi wjeżdża to jeszcze pyskuje, gdy mu grzecznie uwagę zwrócić! Wczoraj taki sam mało mnie tu nie przejechał! Bydlak!”.

          A mnie dopadła bezradność i zdzieliła w tył głowy. Bezradność jak kij twardy, co ma dwa końce i kij ten, co zawsze się znajdzie, gdy chcesz psa uderzyć. I kij samobij, którego razy najbardziej bolą. Najwyraźniej doszedłem do granicy, do momentu, gdy w zderzeniu z bliźnim bezradność jest silniejsza ode mnie. Ale czy na pewno z nim? Może dotarłem do granicy uległości wobec stereotypów kulturowych? Albo do granicy biegnącej pomiędzy postrzeganiem siebie jako lepiej wiedzącego a byciem zawalidrogą na ścieżce rodaków wyłącznie w siebie zapatrzonych? To jest ten rodzaj bezradności, która iskrzy na styku zewnętrznego polactwa z moim własnym brakiem pokory. Na linii życzliwości, empatii i dżungli polskiej, wymuszającej zasadę: maszeruj albo giń.

          W niedzielne popołudnie, przed kościołem, dałem sobie prawo być wściekłym bardziej na kierowcę czy na siebie? Poddałem się kijom samobijom, bo nie miałem racji w kwestii prawnej? To, że drogi poprzeczne od tej jednej oznaczono jako drogi wewnętrzne, nie musiało znaczyć, że ona również ma taki status. Prawo było po stronie kierowcy, który się na mnie wydarł. Zgodnie z prawem mógł winić stado pieszych i jechać im po piętach? Ale czy w związku z tym nie mogłem oczekiwać od niego zwykłej ludzkiej życzliwości wobec znajdujących się na jezdni? I co wówczas miałbym odpowiedzieć na jego pytanie: „Ma pan jakiś problem”? Z uśmiechem przemówić w duchu: „Mam problem natury empatycznej. Zastanawia mnie, dlaczego kierowcę z tamtej strony stać na zatrzymanie samochodu, a łaskawy pan jakoś się nie kwapi?”. Przecież w gruncie rzeczy o to mi chodziło, a nie o rozstrzyganie z jakiego rodzaju ulicą mamy do czynienia. Dlaczego zatem przed kulturę osobistą wychodzi kulturowa klisza i błyskawicznie łączy znaki: „wygląd Seby, tablica rejestracyjna na W… i agresja na drodze, więc nie ma z kim gadać, chama trzeba chamstwem, inaczej nie pojmie. No to buch mu pod maskę, niech stanie”.

               Jeśli tak, czemu pałuje kij samobij i okłada bezwzględnie: z kościoła wyszedłeś i już na progu zwalniającym zgubiłeś miłość bliźniego? Wystarczyło z uśmiechem poczekać aż przejedzie i dalej iść do własnego życia. Tymczasem postradałeś pokorę, stajesz się zaczepny i podążasz na sznurku stereotypu wprost do konfrontacji. Nie umiesz w tak banalnej sytuacji po prostu ustąpić, bo tu nawet nie trzeba było policzka nadstawiać. Ale czy pokora, uśmiech, miłość bliźniego w czasie marnym nie daje przyzwolenia tym wszystkim Sebom, Januszom, Grażynom? Czy nie zezwala być aspołecznym, coraz mocniej roszczeniowym? Skoro nikt im łokcia nie przetrąci, uprawomocnią na własne potrzeby przekonanie, że świat wokół to ich prywatny paśnik. I tu kij samobij odsłania drugi swój koniec, a tam wypisany jest również Ewangeliczny nakaz: gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go. Podejrzewam jednak, że aktualnie upomnienie takie wywołuje, co najwyżej, zajady od śmiechu, a bezradność pokojowego działania w miłości, rodzi tylko frustracje. Dlatego coraz trudniej kochać ludzi i w większości przypadków wcale nie ma do czego się spieszyć, nawet gdy zbyt szybko odchodzą. Coraz trudniej rozpoznać kto jest moim bliźnim, a dla kogo jestem tylko przeszkodą do marchewki, więc kijem mnie usuwa. 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Niedziele spisuję na straty

19 mar

IMG_9842Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną… Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

 

Przezroczystość elity

01 mar


sad3Jakiś czas temu obejrzałem Wiśniowy sad Czechowa, klasyka, ale na nowo, w reżyserii Anny Augustynowicz i w wykonaniu aktorów Teatru Wybrzeże. Wędruje za mną ten spektakl i męczy. Reżyserka postawiła na minimalizm w formie, w
 scenografii niewiele elementów, uderzają tonacje czerni i drewniane krzesła, ustawione w różnych kierunkach, jest duży stół i kilka pomniejszych rekwizytów sugerujących zmianę miejsca akcji. Aktorzy raczej recytują kwestie niż grają role, bardziej do publiczności niż w relacji między postaciami dramatu, co wyraźnie utrudnia wejście w świat przedstawiony. Sztucznie, demonstracyjnie i płasko, chciałoby się powiedzieć, nawet nudno, ale pozostaje niepokojem.

Dzięki tym zabiegom dostrzegamy, że każda z postaci żyje w świecie własnych dramatów, fobii, dylematów lub wybiera skuteczną metodę izolacji, ucieczki od rzeczywistych problemów. Pozostaje nieprzystosowana do zmieniającego się świata, ale też niezdolna, by komunikować się z najbliższym otoczeniem, nawet z ludźmi swojego pokroju. Głos bohaterów niejako odbija się od pustki i wraca do nich samych. Jedyną osobą, która na tym korzysta jest Łopachin, syn niepiśmiennego chłopa, który ma pomysł na uratowanie dawnych mocodawców przed krachem, proponuje parcelację tytułowego sadu pod domki letniskowe. Właściciele majątku nie słuchają go, grzęzną w marazmie i sentymentach rodowych, które Łopachinowi są obce. Jest praktyczny, więc nie mnoży dylematów intelektualnych i duchowych. Ostatecznie kupi sad, zagra na nosie warstwie wycofanych i bezradnych, choć wykształconych, ale zupełnie pogubionych w świecie chama.


sad4 Gdy po zakończeniu sztuki przyglądałem się wychodzącym, szukałem pierwszych reakcji, ale nic z tego. Burzy braw nie było, raczej grzecznościowe oklaski za trud i aktorski wysiłek. Tymczasem na twarzach widzów swoboda soboty, uśmiechy i powroty do tematów przerwanych spektaklem lub do pomysłów na dobrze rozpoczęty wieczór. Skonsumowało się spektakl, więc czas na pizzę i piwo?

Lubię zerkać na twarze, gesty, miny ludzi, z którymi spędzam czas w jednej z kaplic sztuki. Próbuję szukać reakcji na dzieło, ale tu jej wypatrzeć nie mogłem. Obecni, których rozpiętość wieku wskazywała na przynajmniej trzy pokolenia, kim byli? Przyszli dla rozrywki? Kierowani głodem sztuki? Snobizmem? Potrzebą przeżycia czegoś głębszego w ramach ucieczki od świata polityki i konsumpcji? Chciałoby się w to wierzyć, ale łatwo nie jest. Czy to będzie nadużycie, jeśli uznam, że widzowie w teatrze, to jakaś próbka inteligencji naszych czasów? Elity? Nauczyciele, lekarze, urzędnicy, prawnicy, byli lub aktualni przedstawiciele świata nauki i sztuki? Niejeden freelancer, poeta, plastyk i copywriter? Czy, wyrwani na chwilę z matni swoich spraw i planów działania, poczuli się adresatami niezbyt optymistycznego przesłania?

Może należałoby przedtem zapytać, czy kiedyś poczuli się elitą? Zakładam, że znakomita większość, to ludzie wykształceni, oczytani, ciekawi świata…, ale o czym ja tu? To tylko teatr, instytucja dziś tak powszechna i demokratyczna, że być może obok profesora zasiada pani z osiedlowego sklepu, choć ona też po zarządzaniu. A tam pomiędzy dziennikarzem lokalnej gazety a grafikiem siedziała może pani ze stoiska z rajstopami w galerii handlowej, choć i ona zdaje się skończyła kiedyś socjologię.

Wieża Babel inteligencji rozmytej, przezroczystej i zbytecznej, która nie stworzy przekonującej elity, bo mówi językami odmiennych wartości, gustów, odrębnych profesji, na dziś użytecznych albo nie. Pesymizm wizji Wiśniowego sadu według Augustynowicz powrócił do mnie niepokojem pytania: czy istnieje jakaś odpowiedzialna warstwa elity naszych czasów? Nie mówię rzecz jasna o tej finansowej, która buduje rankingi najbogatszych i lobbuje w różnych dziedzinach, ale niewiele ma wspólnego z odpowiedzialnością społeczną czy jakością narodowej kultury. Gdzie szukać głosu warstwy, która poczuje odpowiedzialność za wyciąganie mas z dołka ignorancji, unaoczni i skutecznie napiętnuje powszechne ogłupienie? Czy ten głos jest potrzebny w tłumie, który lubi wymagać od innych, byle nie od siebie?

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że elity, którym dawniej przypisywano moc kształtowania wzorców życia społecznego i kulturalnego, wyginęły niczym mamuty na skutek naturalnego etapu ewolucji. Zmienił się klimat i przestały się wyróżniać, stopiły się z tłem, jako jeszcze jedna warstwa wyrobników kapitalizmu. Przestały być potrzebne, nie są już nośnikiem treści niezbędnych do dźwignięcia egzystencji na wyższy poziom. Ale może to złudzenie? Może są, tyle że niewidoczne, rozproszone, zamieszkujące z wyboru getta ludzi sobie podobnych, elitarni po godzinach, ale też wszystkożerni bez żenady. Dziś inteligent z taką samą przyjemnością idzie w sobotę do teatru na „trudną sztukę”, jak we wtorek cieszy oczy tasiemcem Barw szczęścia. Elita przestała dzielić kulturę na wysoką i niską, na tę, której warto się trzymać, bo podnosi poprzeczkę naszej wyobraźni albo zmusza do konfrontacji ze stereotypem i na tę, którą konsumuje się łatwo, gdy służy odmóżdżającej rozrywce. W tym miejscu ciśnie mi się fragment książki 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana. Zmarły niedawno profesor pisał w jednym z nich: Elita żyje i ma się dobrze, jest nawet bardziej ruchliwa i zalatana niż dawniej, choć równocześnie zbyt zaabsorbowana gorączkowym pochłanianiem wszelkich przejawów kultury, by zajmować się misją oświecania i nawracania maluczkich. Elita kulturalna w swoim najnowszym wcieleniu ma do przekazania masom znajdującym się niżej w kulturalnej hierarchii tylko dwie rady: „odpuście sobie, przestańcie wybrzydzać” i „zwiększcie konsumpcję”. W praktyce wyparła się swego powołania do nawracania, oświecania, uszlachetniania i „uwznioślania” zwykłych ludzi (przemianowanych dzisiaj na „masy”, a ściślej na „konsumentów kultury”).

Na skutek wyparcia powołania konsumenci już na dobre sobie odpuszczą wybrzydzanie, a tym bardziej podnoszenie sobie poprzeczki świadomości. Uwagę zaś bardzo chętnie kierują (jak to widać na polskim podwórku) na tych, którzy jasno im powiedzą kogo kochać, kogo nienawidzić. Gdy otumanione masy wynoszą do władzy kolejnego karła demagogii, elity zaczynają pękać z oburzenia i szukają grupy wsparcia. Skrzykują się i nucą jednym głosem, który ostatecznie przerodzi się w polifonię bezsilności. Tymczasem rodzimy karzeł Titelitury zaczyna po swojemu układać naszą dotąd bajkę. Zademonstruje arogancję, jaka elicie nie przyśni się nawet po zwiedzaniu Lichenia. I co wówczas może elita? Pomaszerować może ulicą? Wstawić komentarz oburzenia na fejsie? Może nie puścić dziecka do szkoły na znak protestu przeciw deformie oświaty albo zakleić sobie usteczka na scenie teatru, bo nie godzi się na dyrektora z nadania. Tyle może tym działaniem na własną miarę zrobić, że Titelitury silniej będzie trząść pańskim brzuszkiem samozadowolenia. Trząść ze śmiechu w rytm pohukiwań sfaszyzowanej gawiedzi, ślepo posłusznej i gotowej spalić do końca naszą bajkę w podzięce za bezkarność. A to raczej go wzmocni niż zabije, a wesołe memy elity zwisać mu będą kalafiorem.

 
 

Wybór obciachu albo obciach wyboru

07 wrz

Tak, nadszedł ten dzień. Wstałem z krzesła i nic już nie mogło mnie zatrzymać w drodze do lustra. Zobaczyłem to raz jeszcze, więc spokojnie mogłem ogolić twarz i głośno wyznać. Powiedzmy sobie jasno: przez całe życie byłem wyznawcą obciachu i żadnej idei nie byłem tak wierny. Początkowo i to przez dłuższy czas na skutek nędzy PRL-u, potem chyba z lenistwa, ale zawsze z lęku przed śmiesznością. Dlaczego nie miałem pojęcia o modach, trendach i zajobach stadnych? Przecież nie z wyboru, z pragnienia bycia ponad, wywyższania się i kroczenia własną drogą, ja tak zwyczajnie, bez politycznego nacisku i ideologii. Samo wyszło, bezrefleksyjnie i bez powodu do dumy, zwykle lecieć musiałem, czasu nie było.

Co stadu dziś miłe, za pół roku stado nazwie szczytem obciachu. Z tęsknoty do trwałości bezpieczniej sięgać po obciach jako niezmienny element trwania. W konsekwencji tego wyboru omijałem marki znane z tego, że stanowią markę, a sklepy z konfekcją odwiedzałem w sytuacjach kryzysowych, gdy krok spodni przypominał radziecką firankę po ewakuacji bazaru, a długość nogawki mylnie wskazywać mogła na pasję połowu planktonu w pobliskiej sadzawce. Obuwniczy? Nawiedzałem, a jakże, gdy podeszwy sugerowały już lekceważenie wizyt u ortopedy w dzieciństwie. Odkąd pamiętam zakupy motywowałem koniecznością nabycia tego, co optycznie pozwala zniknąć w tłumie, a krojem i kolorem nie wzbudza porannego wybuchu śmiechu w tramwaju i względnie pasuje do stosownej pory dnia, miejsca i okazji.

Niestety, nawet totalny modowy ignorant nie pozostaje wolny od zmagań z aktualnym trendem i inną drogą pozna, co aktualnie stadu miłe. Jeśli modne są spodnie z krokiem na wysokości kolan i tylną kieszenią uciskającą pięty, wyznawca trendu obciachowego (w pewnych intelektualnych kręgach zwanego klasycznym), ma kłopot z kupieniem czegoś niemodnego. Jeśli aktualna szajba urawniłowki mierzy w kurteczkę pikowaną w kołderkę, spróbuj dostać w sieciówce gładką bawełnianą kurtkę do dżinsów i na procesję. Gdy przyszło żyć w epoce ortalionowych rycerzy i zamyśliłeś kupić bluzę bez kultowego kapturka, chroniącego prywatność nosicieli kołczanu prawilności, czeka cię niemal mityczna wyprawa po złote runo. Najwyraźniej ignorancja, podobnie jak wierność sobie w czasie małpim, sporo zachodu musi kosztować.

Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przeróżne trendy działają chyba odwrotnie proporcjonalnie do postury nosicieli produktów mód wszelakich i wyzbywają oporu przed kompromitacją. Po raz pierwszy przyszło mi to do głowy podczas wszechogarniającej mody na leginsy, kiedy to niektóre panie wbijały tak intensywnie swoje nadwagi w modny ciuch, że nie tylko przypominały ciasno związany baleron przed wizytą w wędzarni, ale ich nieszczęsne leginsy nabierały przezroczystości rajstop 20 den i ujawniały publiczności dwuznaczną barwę nici w rzyci. Teraz jednak, gdy obserwuję z niepokojem, jak chwilowe mody dopadają facetów, mam inny dylemat: czy dzieje się tak dlatego, że panowie niewieścieją do tego stopnia, że byle głupota ma świadczyć o ich atrakcyjności, czy jednak są na tyle mizerni we własnych oczach, że muszą potwierdzać męskość w spojrzeniu swoich samiczek, nawet za cenę żenady? Czy chodzi o przypodobanie się wybrance, czy jednak o lęk przed piętnującym stadem? Chyba uciekam w pytania bez odpowiedzi, więc odwołam się do przykładu.

Jest upalny dzień, poniedziałek, popołudnie. Otwierają się drzwi szybkiej kolejki, a do wagonu z impetem wskakuje krasnolud nieuzbrojony. Wiek na oko: dwadzieścia lat z niewielkim okładem. Wzrost siedzącego owczarka, a w garści tekturowy kubełek od Chińczyka. Za syndrom męskości robią mu rude kłaki, pulsujące w rytm żującej szczęki. Broda z gatunku tych, co mojej mamie kojarzą się z mniej szlachetną częścią kozy, dorodna, sięga połowy klaty. Przy mikrym wzroście posiadacza zdaje się żadna to zasługa. Ale zamiast uroków drwala zachowana pamięć weekendowego menu. Z wyraźnym śladem porannej sałatki między kłakami i całkiem świeżym wspomnieniem azjatyckiego makaronu, a i tak całkiem sporo miejsca na deser zostało. Niektórzy wybierają jednak selfie na pamiątkę jadłodajni i może jest to nie tyle higieniczne, co bardziej przyswajalne dla otoczenia. Ten rodzaj krasnoluda tak dalece oddaje się konieczności posiadania brody, że na codzienną jej pielęgnację fantazji już nie wystarczy. Stado mówi, że brodę mieć trzeba, ale wyraźnie nie wspomina o jej estetyce. Ilu takich mijacie na co dzień?

Jednak ten troll wywołał we mnie refleksję nad przewrotnością mody i szlachetnością trwałego obciachu. Czasem jakoś tak się układa, że niemodne staje się modnym bez zaangażowania człowieka. Pomyślcie dziś, u schyłku mody na brody, czy drwal w głuchej puszczy analizuje w jakim stopniu jest modny? On jest brodaty z założenia, inaczej nie byłoby „mody na drwala”. Kto dałby jej miano i prapoczątek, gdyby nie mit chłopa na schwał, z ramieniem na miarę uda enerdowskiej pływaczki? Czy w zderzeniu z nagłym olśnieniem hipstersa, ten mityczny robotnik lasu powinien dziś z rozpaczy zgolić brodę, bo znalazł się pod presją stada zapuszczonych chłopców u boku żurnalowej dziewczynki? A może nie takie głupie te dziewczynki? Może chodzi o to, żeby na ulicy nie było wątpliwości, które w związku jest kobietą? Bo czyja to zasługa, że posłuszni chłopcy zatroszczyli się o wizerunek, który drwalom bynajmniej chluby nie przynosi?

Od jakiegoś czasu rozglądam się w tramwaju, pubie, w pociągu, na ulicy i mam wrażenie, że im więcej wokół „drwali”, tym dalej do lasu. Moda zadziałała wyraźnie na opak. Chyba, że mam wyjątkowego pecha, bo gdzie się nie ruszę, spotykam coś pomiędzy hipsterem, krasnalem ogrodowym a fanem Conchity Wurst. Gdzie się nie ruszę kroczy kpina zarośnięta, co z piły łańcuchowej uniosłaby najwyżej osłonę łańcucha, a i to z trudem i w znoju, prawdopodobnie łamiąc sobie przy tym najnowsze tipsy męskości.

Ale mimo wszystko rąk nie załamuję. Z nadzieją poczekam na kolejną zmianę mód, która dla odmiany, chłopca zbliży do kobiety. Może przemieni ulicznego drwala w peerelowską bufetową? Szkoda, że nie znam żadnego hiper stresa, podsunąłbym mu lansowanie trwałej ondulacji, koniecznie ukrytej pod czepkiem z plastikowej koronki i przy niezbędnym zaniechaniu depilacji nóg, obnoszonych w śnieżnobiałych rajstopach 20 den. Mam nadzieję, że panie z przyjemnością i ulgą przejmą modę, a ich skudlone łydki pod bladym nylonem, pomogą pokonać smutek poniedziałków, których i tak nie polubimy. Bez względu na nietrwałość mód.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Zmiany paradygmatu a dyktatura analfabety

04 lut

Dwa tygodnie temu, w weekendowej „Gazecie Wyborczej”, czytałem rozmowę z Olgą Tokarczuk. Zapytana, czy nasze czasy potrzebują mesjasza, pisarka odpowiedziała: Jeśli rozumieć przyjście mesjasza jako rodzaj zmiany paradygmatu, to jak najbardziej. Wszyscy mamy mniej lub bardziej uświadomione poczucie, że zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu, stare idee się wyczerpały, a nie powstała żadna nowa, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat. A on wydaje się coraz bardziej skomplikowany i coraz trudniej jest nam go pojąć i uznać za swój. Czasami mi się wydaje, i to mnie naprawdę przeraża, że z mieszaniną jakiegoś wielkiego lęku, ale i dziwnej satysfakcji świat czeka teraz na wojnę. W każdym razie na coś innego.”.

Zastanowiły mnie te słowa w kilku wymiarach. Po co komu mesjasz w czasach relatywizmu moralnego, wybujałego konsumpcjonizmu, egoizmu, galopującego sekularyzmu, braku tęsknot metafizycznych albo intelektualnych? I co miałby ów mesjasz ogłosić? Szczególnie w tym miejscu świata, gdzie każdy słucha głównie swojego głosu, no chyba że lepiej przebija się głos pani Gessler, pana Okrasy albo innej pani Foremniak z telewizora. Po co komu demolka i dramat wojenny, gdy o wiele bezpieczniej i bez ryzyka urwanych rączek i nóżek ogląda się dostarczanie przez Rosjan „pomocy humanitarnej” separatystom na Ukrainie albo ścinanie japońskiego dziennikarza przez islamistów, czy choćby szarpaninę rodzimych polityków w dowolnym studiu telewizyjnym. Ci ostatni przekroczyli tak dalece granice śmieszności i kompromitacji, że na wodzów rewolucji już nie urosną. Nie zachęcą do rebelii nawet osiedlowego Robina w kapturze, choćby dostrzegł dno w puszce z piwem. Nasi politycy nie podburzą nawet miejscowego orędownika onanizmu jako źródła zbawienia, równie bezsilni będą przy próbach pociągnięcia za sobą kolejnych budowniczych tęczy i fanów Korwina albo Mikkego. Bo w tak podzielonym społeczeństwie trudniej jest o rewolucję niż o mordobicie. Tutaj więcej ludzi myśli jak podpalić samochód sąsiada, bo lepszy, albo jak nie myśleć parkując, żeby mu życie utrudnić niż ruszyć w jedności na jakąkolwiek batalię, by dokonać przewrotu.

Czy zatem, po wyczerpaniu wszelkich idei i ideologii, zbliżamy się aż do tak krytycznego punktu, że trzeba zmiany paradygmatu? Konia z rzędem temu, kto w czasie wtórnego analfabetyzmu mas wie, co kryje się pod trudnym słowem „paradygmat”, prawie tak trudnym jak „mesjasz”. Zdaje się, że pisarka, której ostatnią książką okrzyknięto wydarzeniem roku, dużo lepiej czuje się w XVIII wieku niż w czasie danym jej do przeżycia. Odklejona od rzeczywistości zamieszkuje takie rejony abstrakcji, że dla przypomnienia obowiązującego paradygmatu z przyjemnością poleciłbym kilka wizyt w środkach komunikacji miejskiej, w pociągu, na koncertach, ale też w teatrze i kinie, gdzie mogłaby dostrzec, że może nie całemu społeczeństwu potrzeba wymiany idei, lecz znakomitej jego części wystarczy kilka zmian w zakresie elementarnego wychowania i przystosowania do życia w gromadzie. Nie mesjasza, a nauczyciela prostych zasad. Choćby tej, że wyłącza się telefon w kinie, na koncercie i w teatrze albo nie angażuje w telefoniczną relację o upojnym seksie wszystkich gości restauracji, w której się znajduje. Wówczas tolerancyjni goście darują nawet, jeśli on zje zupę widelcem, a ona nakarmi mlecznym cycem świeżo narodzonego troglodytę bez opuszczania sali.

Jeśli ktoś chciałby mi zarzucić, że jadę po bandzie, bo przecież do teatru cham nie chadza, polecam tekst w „Newsweeku” nr 06/2015. Mowa tam o kulturowym terrorze półanalfabetów, którzy narzucają reszcie swoje gusta. W części diagnozy społecznej, dotyczącej teatru właśnie, padają takie oto słowa: … ludzie najczęściej przychodzą do teatru, by zobaczyć na żywo aktora, którego znają z telenoweli. Nie do końca wiedzą, co obejrzeli, pytani o wrażenia mówią, że chcieliby, żeby fotele były bardziej wygodne. Albo że kolejka do bufetu za długa. Z opowieści pracowników teatrów prywatnych wyłania się obraz nowej publiczności – nienauczonej obcowania ze sztuką, lecz nieodczuwającej z tego powodu dyskomfortu. Śpiącej, wędrującej po sali, jedzącej bułki podczas przedstawienia, dogadującej aktorom, awanturującej się z obsługą. Bywa, że po pijanemu. Największym nieszczęściem nie jest jednak to, że ta nowa publiczność brzydko się zachowuje w teatrze. Gorzej, że obraża się, gdy nie rozumie kierowanego do niej kodu kulturowego. Zrywa przedstawienia, pikietuje pod teatrami czy galeriami sztuki, wzywa na pomoc prokuraturę”.

Dyktatura cebulaka dopada nieuchronnie ostatnich obywateli reprezentujących względny poziom. Robi im się coraz ciaśniej w świecie, w którym Edek z Tanga stał się przedstawicielem elity finansowej i kulturalnej. Ekspansja chama, o jakim ani Gombrowiczowi ani Mrożkowi się nie śniło, obejmuje wszystkie sfery życia i co ciekawsze, nawet te, które kiedyś wiały nudą w oczy prostaka. Nie ma to związku z poziomem wykształcenia, przynajmniej odkąd na uczelniach publicznych i prywatnych ukończenie studiów nie wymaga ani elementarnej erudycji, ani odrobiny znajomości zasad savoir vivre’u, a wystarczy opłata czesnego. Zmiana paradygmatu to taka, że prostak nie czuje zagrożenia, bo to ostatni inteligent, pogardliwie zwany wykształciuchem, staje się zakładnikiem własnego poziomu. To on jest frajerem, który obawia się żenady i śmieszności. Do analfabety kulturowego w żaden sposób nie przykleja się słowo kompromitacja wobec ogółu, bo sam jest ogółem. Czuje się wszędzie u siebie i dobrze, bo niby skąd popłynie przygana społeczna? Niezdolny do wstydu pleni się bez lęku i trwogi, więc i bez idei prościej mu się żyje, bo egzystuje bez balastu refleksji.

Zatem gdzie mieszka wspomniana przez Tokarczuk potrzeba idei, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat? Czy prostak potrzebuje tłumaczenia świata? Czy tylko jego konsumowania w każdym wymiarze wygody, lenistwa i braku poszanowania dla czegokolwiek poza tłustym kałdunem, iphonem i telewizorem? Ale widać lęk jest społecznie odczuwalny, skoro porusza pisarkę. Z tym, że jest to przedśmiertny lęk mamutów, ostatnich Mohikanów, rozrzuconych po blokowiskach, starych kamienicach naszych miast, zamkniętych w ostatnich kółkach wzajemnej adoracji, w przestrzeniach oswojonych. To gromadki zamieszkujące światy mniej lub bardziej wirtualne i niechętne do naruszania własnej bańki, do wystawiania się na strzał prostaka, choćby ten chodził na cienkich nóżkach i w hipsterskich porciętach.

W tej sytuacji cieszą takie artykuły jak ten w „Newsweeku”, które próbują wołać o zmianę paradygmatu właśnie. Niby jaskółka, co wiosnę chce oznajmiać, tygodnik nagłaśnia dyktat chama. Wzywa mniej lub bardziej wprost do opamiętania, do czytania książek, jako czynności ocalającej człowieczeństwo, budującej intelekt, wolność, jasność umysłu i ducha, ale zaraz potem sygnalizuje, że to tylko działanie pro forma, w którego skuteczność sama redakcja raczej nie wierzy i podcina gałąź, na której przysiadła. Od czasu do czasu wypada popsioczyć na upadek kultury, na zniżone intelektualne loty społeczeństwa, na zanik czytelnictwa, na prymitywizm telewizji bezwzględnie usuwającej z ramówki programy kulturalne, pozostającej na usługach bezrozumnej masy. Ale dla równowagi kilka stron dalej w tym samym numerze „Newsweeka”, czytelnik znajdzie reklamę tytułów książek z super oferty, sygnowanej rozpoznawalnym znakiem: Sylvia Day. Tytułów głośnych bestsellerów wymieniać nie muszę, każda pani domu, księgowa i kasjerka podaje je z rąk do rąk. Niekonsekwencja prasy powiecie? Hipokryzja? E tam, gdy misja wypełniona, pora na biznes i wybacz Winnetou.

 
 
 

  • RSS