RSS
 

Notki z tagiem ‘spoleczne’

Przezroczystość elity

01 mar


sad3Jakiś czas temu obejrzałem Wiśniowy sad Czechowa, klasyka, ale na nowo, w reżyserii Anny Augustynowicz i w wykonaniu aktorów Teatru Wybrzeże. Wędruje za mną ten spektakl i męczy. Reżyserka postawiła na minimalizm w formie, w
 scenografii niewiele elementów, uderzają tonacje czerni i drewniane krzesła, ustawione w różnych kierunkach, jest duży stół i kilka pomniejszych rekwizytów sugerujących zmianę miejsca akcji. Aktorzy raczej recytują kwestie niż grają role, bardziej do publiczności niż w relacji między postaciami dramatu, co wyraźnie utrudnia wejście w świat przedstawiony. Sztucznie, demonstracyjnie i płasko, chciałoby się powiedzieć, nawet nudno, ale pozostaje niepokojem.

Dzięki tym zabiegom dostrzegamy, że każda z postaci żyje w świecie własnych dramatów, fobii, dylematów lub wybiera skuteczną metodę izolacji, ucieczki od rzeczywistych problemów. Pozostaje nieprzystosowana do zmieniającego się świata, ale też niezdolna, by komunikować się z najbliższym otoczeniem, nawet z ludźmi swojego pokroju. Głos bohaterów niejako odbija się od pustki i wraca do nich samych. Jedyną osobą, która na tym korzysta jest Łopachin, syn niepiśmiennego chłopa, który ma pomysł na uratowanie dawnych mocodawców przed krachem, proponuje parcelację tytułowego sadu pod domki letniskowe. Właściciele majątku nie słuchają go, grzęzną w marazmie i sentymentach rodowych, które Łopachinowi są obce. Jest praktyczny, więc nie mnoży dylematów intelektualnych i duchowych. Ostatecznie kupi sad, zagra na nosie warstwie wycofanych i bezradnych, choć wykształconych, ale zupełnie pogubionych w świecie chama.


sad4 Gdy po zakończeniu sztuki przyglądałem się wychodzącym, szukałem pierwszych reakcji, ale nic z tego. Burzy braw nie było, raczej grzecznościowe oklaski za trud i aktorski wysiłek. Tymczasem na twarzach widzów swoboda soboty, uśmiechy i powroty do tematów przerwanych spektaklem lub do pomysłów na dobrze rozpoczęty wieczór. Skonsumowało się spektakl, więc czas na pizzę i piwo?

Lubię zerkać na twarze, gesty, miny ludzi, z którymi spędzam czas w jednej z kaplic sztuki. Próbuję szukać reakcji na dzieło, ale tu jej wypatrzeć nie mogłem. Obecni, których rozpiętość wieku wskazywała na przynajmniej trzy pokolenia, kim byli? Przyszli dla rozrywki? Kierowani głodem sztuki? Snobizmem? Potrzebą przeżycia czegoś głębszego w ramach ucieczki od świata polityki i konsumpcji? Chciałoby się w to wierzyć, ale łatwo nie jest. Czy to będzie nadużycie, jeśli uznam, że widzowie w teatrze, to jakaś próbka inteligencji naszych czasów? Elity? Nauczyciele, lekarze, urzędnicy, prawnicy, byli lub aktualni przedstawiciele świata nauki i sztuki? Niejeden freelancer, poeta, plastyk i copywriter? Czy, wyrwani na chwilę z matni swoich spraw i planów działania, poczuli się adresatami niezbyt optymistycznego przesłania?

Może należałoby przedtem zapytać, czy kiedyś poczuli się elitą? Zakładam, że znakomita większość, to ludzie wykształceni, oczytani, ciekawi świata…, ale o czym ja tu? To tylko teatr, instytucja dziś tak powszechna i demokratyczna, że być może obok profesora zasiada pani z osiedlowego sklepu, choć ona też po zarządzaniu. A tam pomiędzy dziennikarzem lokalnej gazety a grafikiem siedziała może pani ze stoiska z rajstopami w galerii handlowej, choć i ona zdaje się skończyła kiedyś socjologię.

Wieża Babel inteligencji rozmytej, przezroczystej i zbytecznej, która nie stworzy przekonującej elity, bo mówi językami odmiennych wartości, gustów, odrębnych profesji, na dziś użytecznych albo nie. Pesymizm wizji Wiśniowego sadu według Augustynowicz powrócił do mnie niepokojem pytania: czy istnieje jakaś odpowiedzialna warstwa elity naszych czasów? Nie mówię rzecz jasna o tej finansowej, która buduje rankingi najbogatszych i lobbuje w różnych dziedzinach, ale niewiele ma wspólnego z odpowiedzialnością społeczną czy jakością narodowej kultury. Gdzie szukać głosu warstwy, która poczuje odpowiedzialność za wyciąganie mas z dołka ignorancji, unaoczni i skutecznie napiętnuje powszechne ogłupienie? Czy ten głos jest potrzebny w tłumie, który lubi wymagać od innych, byle nie od siebie?

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że elity, którym dawniej przypisywano moc kształtowania wzorców życia społecznego i kulturalnego, wyginęły niczym mamuty na skutek naturalnego etapu ewolucji. Zmienił się klimat i przestały się wyróżniać, stopiły się z tłem, jako jeszcze jedna warstwa wyrobników kapitalizmu. Przestały być potrzebne, nie są już nośnikiem treści niezbędnych do dźwignięcia egzystencji na wyższy poziom. Ale może to złudzenie? Może są, tyle że niewidoczne, rozproszone, zamieszkujące z wyboru getta ludzi sobie podobnych, elitarni po godzinach, ale też wszystkożerni bez żenady. Dziś inteligent z taką samą przyjemnością idzie w sobotę do teatru na „trudną sztukę”, jak we wtorek cieszy oczy tasiemcem Barw szczęścia. Elita przestała dzielić kulturę na wysoką i niską, na tę, której warto się trzymać, bo podnosi poprzeczkę naszej wyobraźni albo zmusza do konfrontacji ze stereotypem i na tę, którą konsumuje się łatwo, gdy służy odmóżdżającej rozrywce. W tym miejscu ciśnie mi się fragment książki 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana. Zmarły niedawno profesor pisał w jednym z nich: Elita żyje i ma się dobrze, jest nawet bardziej ruchliwa i zalatana niż dawniej, choć równocześnie zbyt zaabsorbowana gorączkowym pochłanianiem wszelkich przejawów kultury, by zajmować się misją oświecania i nawracania maluczkich. Elita kulturalna w swoim najnowszym wcieleniu ma do przekazania masom znajdującym się niżej w kulturalnej hierarchii tylko dwie rady: „odpuście sobie, przestańcie wybrzydzać” i „zwiększcie konsumpcję”. W praktyce wyparła się swego powołania do nawracania, oświecania, uszlachetniania i „uwznioślania” zwykłych ludzi (przemianowanych dzisiaj na „masy”, a ściślej na „konsumentów kultury”).

Na skutek wyparcia powołania konsumenci już na dobre sobie odpuszczą wybrzydzanie, a tym bardziej podnoszenie sobie poprzeczki świadomości. Uwagę zaś bardzo chętnie kierują (jak to widać na polskim podwórku) na tych, którzy jasno im powiedzą kogo kochać, kogo nienawidzić. Gdy otumanione masy wynoszą do władzy kolejnego karła demagogii, elity zaczynają pękać z oburzenia i szukają grupy wsparcia. Skrzykują się i nucą jednym głosem, który ostatecznie przerodzi się w polifonię bezsilności. Tymczasem rodzimy karzeł Titelitury zaczyna po swojemu układać naszą dotąd bajkę. Zademonstruje arogancję, jaka elicie nie przyśni się nawet po zwiedzaniu Lichenia. I co wówczas może elita? Pomaszerować może ulicą? Wstawić komentarz oburzenia na fejsie? Może nie puścić dziecka do szkoły na znak protestu przeciw deformie oświaty albo zakleić sobie usteczka na scenie teatru, bo nie godzi się na dyrektora z nadania. Tyle może tym działaniem na własną miarę zrobić, że Titelitury silniej będzie trząść pańskim brzuszkiem samozadowolenia. Trząść ze śmiechu w rytm pohukiwań sfaszyzowanej gawiedzi, ślepo posłusznej i gotowej spalić do końca naszą bajkę w podzięce za bezkarność. A to raczej go wzmocni niż zabije, a wesołe memy elity zwisać mu będą kalafiorem.

 
 

Zawiedziony anioł

22 cze

aniol_400x400Ruch dziewczęcej dłoni na blacie uspokajał i hipnotyzował od kilku minut. Przywracała stolikowi dobre wrażenie z obowiązku i zupełnie obojętna na efekt, ale myślami była raczej w wannie pełnej piany, z nogami ułożonymi powyżej jej wątłego ciałka. Znużona, a może znudzona, najchętniej poszłaby już do domu, gotowa zrezygnować z nowej Rexony. Karol bez żalu darował Eli, że odwołała spotkanie. W zasadzie było mu to na rękę. Nie miał siły ani ochoty słuchać jej kłapania o wyższości jednej polisy nad drugą. Teraz mógł do woli milczeć nad kawą i paschą, a może nawet zasponsorować kelnerce więcej niż cel jej dniówki? Uśmiechnął się do własnej myśli: „a jakbyś to zaproponował, stary durniu?”. Skarcił się jeszcze szybciej za pomysł niż dopuścił do siwizny, że zupełnie nie ma pojęcia, o czym może marzyć dziewczyna z pokolenia Y. i nawet nie wie, czy stać go na cokolwiek z jej listy. Nie potrafiłby wymienić dwóch znanych marek kosmetyków, jakich używają, bo nawet nie przeczuwał ich zastosowania.

Mężczyzna za plecami przerwał rozważanie. Nawet nie mówił tak głośno jak intensywnie pachniał jedną z tych drażniących wód Hugo Bossa czy innego Rabana z Pakiem, ale nawet nie to wzbudzało irytację. Było coś obrzydliwego w głośnym słodzeniu w telefon. Nieustający potok króliczków, perełek, mirabelek, pralinek, landrynek, przeplatanych aniołkami, gwiazdeczkami i pączusiami magnolii, bulgotał równie namiętnie jak zapomniana fasolka po bretońsku na jednopalnikowej kuchence. Nie bardzo było wiadomo, które wymioty czułości dotykały jeszcze powabu i uroku kobiety, a które już jej krocza. Zmiksowane w erotycznym koktajlu słodkości zmusiły Karola do odstawienia reszty paschy i wlania w siebie dużej dawki gorzkiej kawy dla przywrócenia równowagi zmysłów. Było coś bardzo żenującego w obecności dorosłego mężczyzny, obśliniającego telefon infantylnym słowotokiem, ale Karol powstrzymał się, nie wstał. Z ostatniego wyrzutu słodyczy wyniósł, że za chwilę ujrzy obiekt litanii ku czci.

Zagrała w nim dziwna ciekawość, nieco cyniczna, może odrobinę drobnomieszczańska, której nie mógł się oprzeć. Przesiadł się, zmienił krzesło, żeby zobaczyć facjatę romantyka, zanim przybędzie Brunhilda marzeń, adresatka treli. Terkoczące w słuchawkę pachnidło miało na oko lat czterdzieści, ale równie dobrze trzydzieści osiem jak czterdzieści pięć, bo sucharek – boy odwieczny – wyraźnie dbał o PR. Zapakowany w granatowy dżersej marynarki, z łatką na łokciu, w koszulkę z nadrukiem i nieodzowne trampki konwersy, zarzucił rurkę z łydką na suche kolano i wstukiwał delicje w słuchawkę, a robił to z delikatnością datownika na poczcie. Uśmiechał się przy tym równie naturalnie, jakby pozował do żurnala mód, wycelowanego w target początkującego próchniaka, który zapomniał, że skończył liceum. Generalnie wyglądał tak porywająco, że z zazdrości trzasnęłoby jego lustrzane odbicie.

Jakież było zdumienie Karola, gdy przed stolikiem tamtego zobaczył nagle dziewczynkę. W dżinsach, z przetarciami na chudych kolankach, w kusej kurteczce imitującej skórzaną, z torbą soho na tyle dużą, że optycznie czyniła z dziewczynki niemal dziecko. Wyglądała na wystraszoną, a jej ogromne oczy sugerowały małe przekonanie, że powinna pozostać tu dłużej. Miała czternaście, może piętnaście lat i raczej nie wyglądała na niedożywioną studentkę. Karol nie zdążył dobrze oszacować wieku, gdy sucharek wypuścił w jej kierunku jedno zdanie, w tonacji nastroszonego wróbla: „… to chodźmy kupić, co tam sobie wybrałaś, a potem szybciutko lećmy do hotelu, chyba, że wystarczy ci moja bryka?”.

Karol omal nie zakrztusił się kawą słysząc te słowa. Nie był zbawcą świata i miał swoje za uszami, ale zderzenie kreatury z propozycją szytą grubą chucią z pogardą, nie pozostawiły go obojętnym. Musiał coś z tym zrobić, nie mógł dopuścić, żeby jakiś palant ranił na całe życie to dziecko prawie. Ale co mógł? Krzyczeć na cały głos: „pedofil”? Pokazać go palcem? Wyprowadzić pajaca i ryj mu obić? Trącić gówno i siedzieć za człowieka? Bo niby jak miałby udowodnić, że stanął w obronie nastolatki? A może to jego bratanica? Może ona to lubi, może tak zarabia, żeby nie wysługiwać się jak tamta, myjąca stoliki z kółek po filiżankach? Głośna interwencja nie wchodziła w grę, ale cichą ułatwiła ofiara. Nachyliła się do sucharka i po chwili odeszła od stolika, by zniknąć w tłumie galeryjnych szwendaczy. Karol nie czekał dłużej i zanim pomyślał, co ostatecznie powie, siedział naprzeciwko tamtego i już usłyszał jego: co jest? Znamy się?”.

- A chcesz poznać koszmar twojego zasranego życia, wypierdku koguta? – Karol jeszcze wczoraj nie zniósłby siebie w roli Bogusia Lindy, ale teraz nie miał wyjścia, musiało tak zabrzmieć – Powiem krótko: wyrywaj stąd, zanim to dziecko wróci. Masz minutę i nie będę zważał na miejsce i czas, wyjadę ci taką fangą w ryj, że wyskoczysz z trampków, a żonka wygrzebie cię z liści za rok.

- A kto ty jesteś, co?! Wspomnienie Matki Teresy? Anioł stróż tej małej czy moherowy ninja? Chcesz, to zawołam ochronę i sprawdzimy jak sobie radzisz.

- Dla ciebie, skutku pękniętej gumy, mogę być tatuś tej małej i załóż się, że nie zdążysz spojrzeć w kierunku ochrony. Masz jeszcze pół minuty, a potem nie znajdziesz drogi do bryki albo zdechniesz z głodu w locie, wybieraj!

- Nie sraj ogniem, cieciu. Mała nie jest droga. Stać na nią nawet takiego ćwoka jak ty. Naprawdę nie musisz dymać swojego domowego kaszalota do końca świata. Nie ma czego zazdrościć.

            Karol wstał bez słowa i pokazał na zegarek. Tamten podniósł się niemal jednocześnie. Doskonale wiedział, że nie ma szans w starciu ze zbrojoną gdańską szafą, zwłaszcza, że determinacja w obronie czci wskazywała jednoznacznie na bliskie pokrewieństwo z niedoszłą ofiarą. Sucharek popukał się tylko w czoło i już znikał w odmętach galerii, z prędkością gwarantowaną przez firmę Converse. Nie minęło pięć minut, gdy do stolika przyszła mała z wyciągniętą komórką w dłoni:

- To ty jesteś ten mój tatuś wyzwoliciel?

- Nie, ja jestem twój anioł stróż, tatuś zrezygnował z wymiany prezentów.

- I co teraz?! Mam ci się rzucić na szyję?! Wiesz, ile spieprzyłeś?! Co ty sobie wyobrażasz? Z Oazy się urwałeś?! 

- Wystarczy. Nie mam ochoty tego słuchać. Nie liczyłem na łzy wzruszenia. I tak tego nie zrozumiesz. Powiedz lepiej, co miał ci za to kupić? Kupię to samo i pojadę sobie do domu.

- Nie stać cię. To ty nic nie rozumiesz, fanie Batmana. Cały miesiąc robiłam podchody pod tego dupka. Schrzaniłeś wszystko. Dziś miał ponieść karę. Trzy miesiące temu zbajerował moją przyjaciółkę, zaciągnął ją do hotelu i dziewczyna ma taką deprechę, że przypomina warzywo. Nie odróżnia własnego biurka od ścierki do kurzu, kumasz? Policja nawet nie wydusi tego, kto jej to zrobił, a ja wiedziałam, pokazywała mi jego fotki, zdradziła nick i mogłam wymierzyć sprawiedliwość.

- Co zamierzałaś? Mało masz kłopotów z przyjaciółką? Chciałaś się podłożyć? A jeśli ciebie by skrzywdził? A jeśli…

- Poczekaj, coś ci pokażę. Widzisz? To niewinne w słoiczku, to mocno i wystarczająco boleśnie żrąca substancja. Zwiędłym korniszonem nikogo już nie skrzywdzi. Do końca życia trzymałby plastikową rurkę w brudnych paluchach!

- A ty spaprałabyś sobie życie, kto wie, czy nie do końca, kumasz?

- Spokojna głowa, mój plan był pewny, ale zawiódł, bo nie przewidziałam, że trafię na własnego anioła stróża. Dzięki! Jeśli teraz ten gnój zrobi komuś krzywdę, to będzie twoja broszka, Złote Serce!  Zadowolony?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Postanowienie

21 wrz

To przyszło z ostatnim pociągnięciem tuszu do rzęs, jak poranne olśnienie. Postanowiła przestać nienawidzić przypadkowych ludzi, którzy nic nie zawinili, poza tym, że od wielu miesięcy byle gestem, słowem, gustem, nadmiernie demonstrowali przynależność plemienną ludu zamieszkującego kraj kwitnącej cebuli. Każdego dnia i o każdej porze, jakby na złość Matyldzie, z mrocznych głębi jestestwa wypuszczali na popas jaskiniowego Polaka-Cebulaka, prostaka i egoistę, w najlepszym razie totalnego gbura. Pół roku mijało, odkąd odzyskała kawałek wolności, a doświadczenia galernika pokryła mgła zapomnienia. Matylda ciągle nie mogła uzyskać wolności od nienawiści do przypadkowego przechodnia, który za nic ma elementarną kulturę osobistą i odrobinę przyzwoitości. Tymczasem los uśmiechnął się do niej po raz pierwszy, podarował radość zwykłej urzędowej pracy za biurkiem, a mimo tego nie mogła pokonać uprzedzeń. Co prawda nadal musiała mierzyć się z obcym człowiekiem, ale już tylko w roli petenta, osłabionego procedurami. Nie musiała znosić klientek butiku, z ich wieczną pogardą albo pretensją, które do schłodzenia pszenno-buraczanej gęby używają wachlarza z kart kredytowych, czemu więc tyle niechęci zaciemniało jej dobre serce? Matylda nie mogła złapać pionu i tego ranka, tuż przed wyjściem do pracy, postanowiła nic nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić, idąc za przykładem trzech małpek z komody. Naprawdę była zmęczona łapaniem przechodniów na każdej niestosowności zachowań, niedoskonałości stroju, podłości słów, co dotąd robiła automatycznie, niczym radar wirujący bez wytchnienia.

Najwyraźniej diabeł stróż nie lubił tak silnych jej postanowień, nagłych i w gruncie rzeczy nieprzewidzianych w skutkach, dlatego natychmiast postanowił je okpić. Ledwie Matylda stanęła na peronie kolejki miejskiej, obok pojawiła się słodka idiotka w lila róż kurteczce, z futerkiem kaptura i z fryzurą na cebulę. Uzbrojona w róż policzki i takiej barwy pazurki, kurczowo dzierżyła róż iphonik. Policzki zapiekły Matyldę, ale obróciła się plecami do wypłosza, by po chwili usłyszeć: „nie, myszko, ten słoiczek, myszko, ten różowy. Myszko, on stoi przy mikrofalówce, trzy łyżeczki z niego, myszko…”. Matylda złamała się i już wzięła głęboki wdech, chciała zrobić defiladowy zwrot przez lewe ramię i pojechać po bandzie, gdy usłyszała za sobą inny, dużo starszy kobiecy głos, należący jakby do ropuchy zrezygnowanej i zgorzkniałej od bezskutecznych prób zamiany w księżniczkę. Głos niemile zaskrzeczał: „nie myszko! Ten słoiczek różowy, myszko! Od różowej idiotki, myszko, co różową gębę, myszko, drze na wcale nieróżowym peronie i wcale nie różowiąc świata, bo to pusta jest szantrapa!”. Wypuszczając powietrze Matylda odwróciła się z ciekawości. Zobaczyła obok siebie panią pod siedemdziesiątkę, z plecakiem na ramionach, zaciskającą w dłoniach kijki do nordic walking, na widok których zaniemówiła różowa szantrapa. Inteligencji wystarczyło jej akurat, żeby pojąć, ile kosztować będzie słowo protestu. Kobieta z pewnością użyje kijków niezgodnie z ich przeznaczeniem. Dlatego przestała trajkotać do aparatu, z którego ciągle ktoś pragnął jej głosu. Pani z kijkami, postanowiła ją orzeźwić albo zakończyć łagodniej wystąpienie, bo zakomunikowała: „zrozumcie wreszcie, ludzie, że nawet największy zbrodzień nie zasługuje, żeby o siódmej rano słuchać waszego pitolenia w zasrane komórki!”.

Matylda, wdzięczna za gest wyręczenia ze zbawiania ludzkości, choćby na miarę absolwentki socjologii i resocjalizacji, na wszelki wypadek postanowiła nie jechać kolejką. Miała wystarczająco dużo czasu, żeby pójść na tramwaj linii 12. Ledwie jednak znalazła się na przystanku, diabeł stróż wysunął zza wiaty następnego łamistrajka. Dziewczynisko z zadem kasztanki marszałka, w dżinsach napiętych na pośladkach do granic gwarancji markowego producenta, przyczłapało do Matyldy. Telefonem, przyłożonym w miejscu, które u atrakcyjnych kobiet zwie się usteczkami w serduszko, mieliło do Jasia wyliczankę zakupów. Matylda nawet nie uległa napływającej fali złości, bo zdumienie osłabiło jej emocje. Uwagę przykuło obuwie, które miał na sobie ten rynkowy produkt kobietopodobny. Jej stopy, na oko rozmiar czterdzieści i jeden, pokrywało coś ni to gumowego, ni plastikowego, ale z pewnością palczastego i w kolorze khaki, z podbiciem w barwie zgniłej jesieni. Waran z Komodo, to było pierwsze skojarzenie, choć z pewnością w tym przypadku tkwiło pośród wyszukanych komplementów, zatrzymał się tuż przy niej, by głośno sepleniąc uzupełniać listę zakupów Jasia. Matylda oddaliła się o kilka kroków, ale gad przebrany za kobietę nie odpuszczał i jak cień znowu czaił się obok. Matylda postąpiła jeszcze dziesięć kroków wzdłuż krawężnika, ale i tym razem bez skutku, znowu seplenienie w telefon było przy niej, bo waran miał potrzebę gadać pełzając tuż za Matyldą. Zacisnęła zęby, żeby za wszelką ceną trzymać się porannego postanowienia i wówczas zza zakrętu wyłoniła się „dwunastka”.

Waran z Komodo został na przystanku, gdy Matylda z ulgą stała w przegubie tramwaju i była święcie przekonana, że tym razem dotrze do pracy bez konieczności łamania szlachetnego postanowienia, wolna od nienawiści. „Przepraszam” dotarło do jej uszu od siedzącej dziarskiej czterdziestki w jasnoniebieskiej garsonce, która moszcząc się na siedzeniu, nieznacznie trąciła butem kostkę Matyldy. Ta jednak bez urazy uśmiechnęła się na znak, że nic nie szkodzi, ale diabeł stróż był innego zdania. I skoro zaczepki było za mało, uruchomił telefon czterdziestki. Matylda odwróciła się twarzą do okna i za plecami rozległo się najgorsze: „nie, nie mogę teraz mówić, bo jestem w tramwaju, ale wiesz, zaprosił mnie do kina… no coś ty, do kina, a ja tam wiem na jaki film?! No przecież to nieistotne, ja z facetem nie byłam trzy miesiące, kobieto!… Nie mogę mówić, przecież tramwajem jadę, nie? Daj spokój, pewnie, że kolacja, no takie ciacho wypuścić po kinie?! Hi, hi, hi, no co ci będę opowiadać, nie mogę, bo ja w tramwaju jestem. Zgłupiałaś? Ledwie zdążyłam o czwartej do domu wrócić, taksówką. Jak weszłam do pokoju, to ja nie wiedziałam, czy ma się kłaść spać, czy tylko prysznic wziąć, ale tak nim pachniałam, tak nasiąkłam, że w głowie się kręciło, aż szkoda było to z siebie zmywać… no przecież nie mogę takich rzeczy ci mówić, bo ja w tramwaju jestem”.

Matylda patrzyła jeszcze przez chwilę za okno, po czym otworzyła je jednym zdecydowanym ruchem, mimo oporu materii, w czym niewątpliwie pomogła napływająca fala adrenaliny. Pochyliła się nad kobietą, uśmiechnęła się szeroko i wyszeptała teatralnie: „teraz ja przepraszam”, po czym wyjęła z dłoni siedzącej aparat i machnęła nim przez okno. Kobieta szybko się podniosła, nawet chciała wyrazić swoje oburzenie, ale oklaski pasażerów uniemożliwiły jej jakikolwiek protest.

Matylda wysiadła na najbliższym przystanku i choć pozostało jej niewiele czasu, postanowiła zaryzykować spóźnienie i pójść piechotą, byle już nie słyszeć żadnych rozmów, byle już nie robić głupich postanowień, przynajmniej nieprzemyślanych i nie z rana. Widocznie z nienawiścią do prostactwa było jej do twarzy.

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Nieznośna lekkość bezwstydu

03 maj

Docierają do nas stonowane głosy ekspertów oceniających polskie dziesięciolecie w Unii Europejskiej. Nie ma w nich cienia rozpaczy, ale też nie widać powodu do euforii. Przybyło autostrad, poprawiła się infrastruktura, ale też wzrosło zadłużenie, bezrobocie ciągle jest wysokie, a dwa miliony rodaków wybrało wspieranie PKB krajów innych niż własny i większość nie zamierza wracać. Społeczeństwo starzeje się, system emerytalny grozi totalnym fiaskiem i tylko poziom klasy politycznej nie może spaść niżej, odkąd legł na dnie. Ekonomia góruje w ocenach, tymczasem nikt specjalnie nie przejmuje się mało widowiskowym, statystycznym Kowalskim i Nowakiem. Fachowcom wystarczy wspomnieć, że średnia krajowa podskoczyła do czterech tysięcy, a Polakowi żyje się lepiej.

Słucham głosów analityków i jakoś brakuje mi oceny tego, jak w dziesiątą rocznicę historycznego wydarzenia żyje się Polakowi obok Polaka. Przywykliśmy chyba do medialnych not gospodarczych, ekonomicznych, biznesowych, politycznych, problemy społeczne sprowadzając do widowiskowych zjawisk patologicznych. Te zaś rozciągają się pomiędzy widokiem mamusi wekującej w beczce zwłoki własnego dziecka i obrazem konkubenta katującego pięścią niemowlę. Pomiędzy obrazem czynszownika fundującego lokatorom robale lub wizyty terminatorów, a kolejną medialną akcją pijanego mordercy, zabijającego autem przypadkowych przechodniów, wobec którego prawo dalej tumanieje jak warchlak we mgle. Co z przyglądaniem się relacjom statystycznej normalności ulicy, kolejki do kasy w dyskoncie? Relacjom na spacerze, w szkole, w domu i w samochodzie? Znika w niemedialnych przestrzeniach obojętnych sobie przechodniów? Tymczasem zdaje się, że to jakość codziennych relacji wpływa najmocniej na nasze społeczne samopoczucie.

Tu, choćby dla klarowności dalszej myśli, wypada rzucić kilka obrazków zanotowanych w ostatnich dniach. Oto kobieta wyjeżdża z uliczki osiedlowej wprost pod koła jadącego samochodu, by wymusić pierwszeństwo, a po chwili jechać czterdzieści na godzinę i stworzyć korek. Dlaczego paraliżuje ruch? Bo przecież musi teraz pisać sms-a. Oto trzydziestolatek, wypachniony jak zakład fryzjerski, z okularami na czubku żelowego kosmyka, wykłada na taśmę butelkę whisky, szczypiorek i dwie czekolady. Kosz na kółkach pozostawił za sobą, w wąskim przejściu między kasami, a za nim siedem kolejnych osób uwięzionych w przestrzeni regałów, bo nie ma jak wyłożyć kupowanych przez siebie towarów na taśmę. Tymczasem nowobogacki młodzieniec wyraża kasjerce radość z powodu promocji alkoholu, nie dostrzegając blokującego wózka. Oto czterdziestolatek zastawia innemu wyjazd z parkingu, choć cztery metry dalej ma swobodne wolne miejsce, ale nie skorzysta, bo to cztery metry dalej od wejścia do sklepu. Oto mężczyzna w wagonie kolejki miejskiej, stoi przy drzwiach, z plecakiem u stóp, choć przez najbliższe pięć przystanków nie wysiada, skutecznie blokuje wejście wchodzącym i wychodzącym. Widzę go codziennie od miesiąca, robi tak samo głupie miny, ilekroć kolejny pasażer zwróci mu uwagę, że przeszkadza. Oto ojciec biznesmen, który nie zapłacił pięciu złotych miesięcznie za dodatkowe przedmaturalne lekcje syna w liceum, bo szkoła jest publiczna czyli bezpłatna. Tymczasem inni rodzice płacą, ale ojcu biznesmenowi to nie przeszkadza, że synek korzysta z lekcji, opłaconych przez uboższych rodziców. Oto samochód jadący na wysokości rezerwatu przyrody, otwiera się okno i na skraju lasu ląduje papierowa torba McDonalda, a wiatr i pęd wywiewają z niej pojemniki, opakowania i kubki. W tym samym rezerwacie przyrody, godzinę później nierozgarnięty tatuś zbiera wielkie konary i pokazuje synkowi radość napieprzania nimi w środek rzeki, która jest najważniejszym punktem tegoż rezerwatu, chroniącego faunę i florę wodną. I nie przejdzie mu przez zgrubienie karku w miejscu głowy myśl, by wyjaśnić synkowi, co to znaczy, że są w rezerwacie. Widać sam ma kłopot z czytaniem tablic informacyjnych, a może jest tylko żywą ilustracją anegdoty, że mężczyzna dojrzewa do piątego roku życia, a potem tylko rośnie? Oto w podobnym duchu migawka z wiadomości, w której dwunastoletni chłopcy w klatce kopią się po głowach bez kasków ochronnych, ku radości własnych rodziców, kibicujących zza siatki. Mają powód do dumy, bo to w ramach gali walk stylów dowolnych.

Po dziesięciu latach naszego pobytu w Unii ilość takich przykładów rośnie lawinowo, z miesiąca na miesiąc. Może tam teraz mieszkają rodacy lepiej rozwinięci społecznie? Czego dowodzą przedstawione obrazki? Chamienia społeczeństwa? Skrajnego egocentryzmu dzisiejszego, bez myśli o przyszłości? Powiększania przestrzeni bezmyślności? Zaniku wyobraźni? Bo myślenie wysrane za stodołą, a wstyd stał się kategorią dobrą dla nieudacznika? Po nic osobista kultura i troska o poziom, gdy ten brak przestał być powodem zażenowania? Dziwna to przemiana, gdy coraz większa ilość ludzi nie odczuwa wstydu naszego powszedniego z powodu prostactwa, bylejakości, a jeszcze dziwniej, gdy mało komu to przeszkadza. Nie żenuje bycie prymitywem, gdy podstawy człowieczeństwa i przestrzegania elementarnych norm współżycia, stają się synonimem frajerstwa.

Dziesięć lat po wstąpieniu do Unii, odstajemy mentalnie o kolejne dziesięć lat od średniego poziomu troski o jakość codziennego życia społecznego większości jej mieszkańców. Stan rozplenionego prostactwa najprościej medialnie przerzucić na pozbawienie głosu inteligencji i brak klasy średniej z prawdziwego zdarzenia. Te warstwy społeczne, od wieków w całym świecie cywilizowanym ciągną poprzeczkę zachowań społecznych, etycznych, artystycznych i rozrywkowych w górę. U nas pierwsza odeszła w zapomnienie, druga rodzi się w bólach. Ich miejsce zajmują średnio wyrafinowani biznesmeni (pośród których wciąż wielu krwiopijców cwaniaków i hurtowników buraków), lokalni politycy i tłumy zasilające korporacje, które wyższe wykształcenie często zdobyły bez lektury dziesięciu książek. Może dlatego jakiś czas temu Big Brother przekonał właścicieli wszelkich telewizji, że zarabiać należy na tanim prostactwie i braku wymagań. Na coraz większym ekranie nie wstyd być człowiekiem bez klasy i bez właściwości. Tam pokazanie biustu w odpowiednim momencie wystarczy, by być celebrytą skupiającym uwagę tłumu. Nie trzeba nic umieć i niewiele sobą reprezentować, by wirować w blasku reflektorów. Można pozostać niedouczonym w ortografii i gramatyce, ale promować się jako pisarz. Nie wstyd być pozbawionym głosu i słuchu, by występować na scenie piosenki i łokciami torować sobie drogę na ekran. Zaplątać się we własne nogi, by zostać gwiazdą tańca. Nie widzieć obciachu używając języka meliny w kulinarnym programie, podobnie jak nie wstyd być kabareciarzem wychodzącym na scenę z prostackim poczuciem humoru. A skoro takie wzorce na szklanym ekranie, jakich szukać na ulicy?

Człowiek bez właściwości i klasy, tandetny i wewnątrz wydrążony jest bezkrytyczny wobec siebie i świata, więc ucieszy reklamodawców i ich target. Nie ma co się przejmować, że radośnie przekłada się to na jakość relacji społecznych w codziennych sytuacjach. Nikt głośno tego nie zweryfikuje, nie osądzi i nie przywoła nikogo do porządku. Przykład idzie z góry, a górą „Kuchenne rewolucje” i po co to zmieniać? Łatwiej i przyjemniej egzystować nie przesłaniając sobie pola widzenia innymi ludźmi i ich obecnością. Unia tego nie zweryfikuje, a mocą przepisów, ekspertów i bankierów presji nie wyciśnie. Potrzebuje w nas, tu czy tam, głównie taniej siły roboczej, od której odpowiedzialności za jakość społecznego życia nikt nie wymaga.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Gdzie te chłopy?

11 mar

Pani Joasia poprosiła o interwencję tuż przed południem. Wyjechała w połowie tygodnia i miała prawo martwić się o męża, który nie odbiera telefonów, choć umawiali się, gdy przyjęła zaproszenie siostry, że da mu spokój i pozwoli od siebie odpocząć. Po dwudziestu latach, nawet najlepszego związku, trzeba czasem zrobić coś dla jego higieny, dać sobie szansę na odrobinę samotności. Już trzeciego dnia nie zniosła milczenia komórki. Wolała jednak nie pokazywać mężowi, że się o niego troszczy, nie dawać pretekstu do kolejnych wyrzutów, że funduje mu dziecinnienie, ubezwłasnowolnia w każdym wymiarze i robi z niego totalnie bezradnego dziadygę, który zginie w trzy dni, gdy tylko żona nie zrobi zakupów, kanapeczki i nie wyda polecenia zmiany piżamki. W gwałtownym porywie bezradności wybrała telefon do przyjaciela. W jej mniemaniu byłem tym, który nie rzuci cienia podejrzeń, bo nie mam w sobie zadatków na sąsiedzką troskę, a już na pewno nie wyglądam na zaprzyjaźnionego z czyjąkolwiek żoną. W tym oparze komplementów jakiś czas dobierałem piwo w osiedlowym sklepie, a może tylko przeciągałem moment ryzykownego wtargnięcia do słomiano wdowiej twierdzy pana Krzysia.

Długo pukałem, w końcu zadzwoniłem dwa razy, ale wewnątrz nikt nie odpowiadał. Przeraziłem się nie na żarty, w głowie trzasnęło spięcie ryzykownych myśli, że milczenie Krzysia może mieć już wymiar eschatologiczny. Nacisnąłem nerwowo klamkę i wtargnąłem do mieszkania. Na szczęście gapił się przez okno kuchni, zajęty czymś tak dalece, że choć stałem za jego plecami nawet nie odwrócił głowy. Nie miałem pojęcia, co go tam zajęło w deszczowy dzień. Chrząknąłem znacząco aż odwrócił się, zatrzymał wzrok na butelkach i bez powitania zaczął jakoś tak, jakby przed chwilą sam mnie po to piwo wysłał:

Sąsiad, ty to za młody jesteś i pewnie nie pamiętasz tej piosenki, co? Wokalistka taka była, słusznych rozmiarów, super babka. Nie to co teraz! Wszędzie te wieszaki wypchane tamponem i tiktakiem. Lezie to takie po scenie i nie wiesz, kiedy się złamie wpół. Rozchwiane witkami zamiast rąk, z kapslami w miejscu, gdzie normalne kobiety staniki noszą, a te geje z główkami mniejszymi jak dupki, klepią im kreacje, w których twoja stara nie wyszłaby po ziemniaki. I nie dlatego bynajmniej, że się nie zmieści, tylko kobiecości się trzyma! No i ta śpiewająca babka, ciągnęła jakoś tak: gdzie ci mężczyźni… na miarę czasu, no gdzie te chłopy? Sąsiad wyjutubujesz sobie tę piosenkę i posłuchasz tekstu. Ale powiem ci, że widziałem kiedyś taką fraszkę do tej piosenki. Miała tytuł „Odpowiedź Danucie Rinn” i leciało: Gdzie są te chłopy? Orły i herosy? U fryzjera, tapirują włosy. I wiesz co sąsiad, jakieś proroctwo w tym było! Co spojrzę na tych młodych, dobre trzydzieści lat po fraszce, zamiast facetów widzę zbabiałych chłopców specjalnej troski! Patrzę i coś we mnie rewolucję szykuje, na barykady woła, ale z kim pójdę?! Ze stadem sfrustrowanych singielek? No kosę bym chwycił i jaja im upitolił, przy samej szyi chyba, znaczy tym transikom, żeby zakalca w męskości nie było!

No zobacz skurczybyka! Daj no ten browar i zerknij na tego mazgaja za oknem, tam przy odrapanym rowerku ze strychu dziadka Pankracego. Widzisz go? Pitoli przez pierwszy model motoroli, no może drugi, pierwszego by nie udźwignął, patyczak kompresorem w nogawki wbity! Golfik z darów dla powodzian, płaszczyk sznytem do lat pięćdziesiątych wzdycha, a lakierki od pradziadka Rycha, no i to ma być facet? Kilo żelu z grzyweczki makówkę ciśnie w chodnik i gdzie jest znak rozpoznawczy płci? Czego tu się przykleisz? W bicepsie ma tyle, co moja kotka w ogonie jak sroki z balkonu widzi! Taki nawet pedałkom od mody ubliża! I to ma dać kobiecie wsparcie? Jaka babka trzeźwo na to spojrzy? On na żadną też nie, bo przecież… no sąsiad sam zobacz, jakby nie ten płaszczyk, to on ma babski krok, tą dupką zarzuca jak lampucera lekko przechodzona i pewnie idzie na pierogi z jagodami, w barze Koktajl! Bo tam się zbierają takie hiper stresy. Dałbyś mu golonkę i piwo, to by się zawiesił i o reset wołał, płaczek w ligninę kichany!

To przez nich butów nie kupię , bo w męskich działach stoją tylko lakierki i cwelki zawijaski,  rozmiar najwyżej czterdzieści! Kurtki nie znajdę, marynarki nie dostanę, bo gdzie się nie ruszę to ciuch na pół mojej klaty oznaczają 3XL, a w ramionach wieszaka nie zmieścisz. To już nawet nie z Chińczyka miarę biorą pod te makarony w berecie. Zostanie nam chodzić do sklepów z odzieżą BHP, dla budowlańców i drwali. Wczoraj z nudów pilotem po kanałach latałem. Trafiłem na galę nowego zapachu bruna z bananami, czy innego smrodotłuka. Zatrzymałem się, bo pokazali takiego Pinokia, co do łazienki wchodzi między zawiasami, a na łbie miał żywcem Simpsa wyciętego. Podkręciłem głos z ciekawości i co słyszę: … jestem tu nie tylko jako dziennikarz, jestem jako mężczyzna, bo minęły czasy, gdy wystarczyło, że prawdziwy facet mniej śmierdzi od małpy! Dziś facet, żeby być sobą, musi zadbać o aromatyczną wstęgę uwodzącej barwy, która zatrzyma na ulicy kobietę, sprawi, że zapomni dokąd szła. A jak ona poczuje taki czar, to jeszcze na czymś wzrok musi zatrzymać. Można się ubrać w sieciówce, ale w co? W Bangladesz seryjny, a ja? Proszę spojrzeć, w moich dżinsach wykreowana na zamówienie dziura nad kolanem więcej kosztuje niż pięć par spodni w centrum handlowym!

Nie kręć kinola, sąsiad, no tak było! Wyłączyłem, żeby nie puścić talerza w telewizor, bo jeszcze niespłacony! I co powiesz na widok takiego mężczyzny z grzebieniem skacowanego koguta na łbie? Fryz modelowany z kłaków przez durszlak szarpanych, ale mężczyzna lajfstylowy! W dwa kolory pędzlem ciągnięty, ale pewnie farba na kłaki więcej warta niż moje auto. No i jaka za takiego wyjdzie? Chyba taka sama jak on. A w pół roku pokłócą się komu wolno dłużej przy umywalce oczka malować, żelem loki lepić albo kto komu kokos z tubki zachylił na maseczkę i rozwód gotowy. Przyczyna? O jedno lusterko nad kranem było za mało, czyli niezgodność charakterów!

A u nas co jest w odwodzie? No co?! Pytam się?! Synki siedzące u mamusi do pięćdziesiątki. Tłuką w klawisze kompa po blady świt, a kobieta bardziej ich przeraża niż wirus z sieci. Jak mamusia zejdzie z łez padołu, to synki do Mopsu pójdą i będziesz na nich dymał sąsiad i podatki płacił! Jak cię w międzyczasie inna odmiana męskości nie załatwi: osiedlowe żule, dresy i kibole po skutecznej lobotomii! Ja się już wcale nie dziwię tym feministkom. Jakie one mają wyjście? Głosić wyzwolenie od chłopa to nie moda, sąsiad, to konieczność!

Zawiesił głos nad garnkiem, w którym głośno buzowała woda. Osolił i wrzucał makaron do wrzątku. Po chwili podszedł do czajnika elektrycznego i włączył. Wydobył z szuflady pudełeczko z rosołem, położył na dnie głębokiej miski kostkę i rozgniótł łyżką. Zalał wodą i kuchnię wypełnił miły zapach cienkiego wywaru. Poprzedni gniew opuścił Krzysia i uśmiechnął się do mnie zwycięsko: Ale mojej starej sąsiad nie zdradzaj, że gotować umiem, bo się wyzwoli na stare lata i do garów mnie zapędzi.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Obrazki

 
 

  • RSS