RSS
 

Notki z tagiem ‘telewizja’

Niedziele spisuję na straty

19 mar

IMG_9842Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną… Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

 

Smutni pasterze dusz

29 gru

Mielenie tych samych filmów, w różnych kanałach o każdej porze, ma swoje plusy. Pozwala ułożyć puzzle fabuły w całość. Za którymś z kolei razem można wyłapać sensy dotąd przepuszczone mimo oczu i uszu. Taki mechanizm dobrze sprawdza się w serialach komediowych. Pewnie niejedna rodzina z przyjemnością nurza się w kolejnych powtórkach serialu Ranczo, którego ostatnio wszędzie pełno. Nie zważamy już specjalnie, która to akurat seria leci, ani jaki odcinek, bo z każdego dialogu da się wyłapać mądrość ludową albo rubaszny humor, a jeszcze bardziej cieszy ironiczne ujęcie w nawias polskiej mentalności.

Tym razem trafiłem na scenę, w której serialowy ksiądz proboszcz, świetnie grany przez Cezarego Żaka, usiłuje modlić się w pokoju, ale skutecznie przeszkadza mu w tym gospodyni. Michałowa wjeżdża z odkurzaczem, a gdy ksiądz zwraca jej uwagę, że się modli, słyszy, że taka jest rola księdza, ma się modlić! Niech sobie to robi i innym nie przeszkadza w pracy. Bo przecież ona musi sprzątać, gotować, zakupy robić, koszule poprasować, żeby ten mógł być w spokoju księdzem. Gdy proboszcz ustępuje i idzie modlić się do kościoła, tam przeszkadza mu kościelny, który akurat głośno myje podłogę, przestawia ławki, a po chwili jakieś kobiety trują głowę, że dostarczono zwiędłe kwiaty na ołtarz. Zrozpaczony ksiądz postanawia wreszcie uciec na modlitwę do lasu, gdzie oczywiście przeszkadzają mu mrówki, szyszki, komary i gałęzie. Cały świat jest przeciw jego świętemu powołaniu.

Dlaczego ten obraz został mi w głowie? Pięknie pokazuje postawę wielu księży, którym dobrzy ludzie z ich wielkim zaangażowaniem w codzienne funkcjonowanie parafii, przesłaniają bycie księdzem. Rozliczni duszpasterze już nie pytają człowieka o jego zaangażowanie, troski i problemy, nie pochylają się nad nędzą nawet w konfesjonale, gdzie wypuszczają jak z kałasznikowa formułkę pokuty i odpuszczenia grzechów. W najbliższym otoczeniu nie widzą ludzi dobrej i nieprzymuszonej woli, którzy pracują na ich codzienną wygodę bycia duchownym, bo ludzie są tam od zawsze, więc nic w tym szczególnego. Na dobre usankcjonowali wygodnictwo roszczeniowe, w którym brak miejsca na realną jego ocenę w odniesieniu do życia toczącego wody poza duszpasterstwem, parafią, diecezją.

Jakby na poparcie tych słów, właśnie przy wigilijnym stole, przy którym po raz kolejny zasiadła z nami samotna starsza kobieta, usłyszałem, że nawiedził ją znajomy ksiądz. Nie wiedział, co jej przynieść w wigilię, więc przyniósł siatkę ziemniaków. A trzeba dodać, że jego wizyty są rzadkością. I śmieszne to i straszne jakoś, bo ziemniaków kobiecie nigdy nie brakowało. Czyż nie jest to wymowny znak duszpasterskiego odklejenia od rzeczywistości? Pewnie niejeden wierzący wolałby raczej przełamać się w tym dniu z kapłanem opłatkiem niż rozważać, czy ma strugać z nim kartofla. Ten sam duszpasterz, młodszy od gospodyni o dobre trzydzieści lat, przy poprzedniej wizycie, poczęstowany przez nią posiłkiem, zwrócił uwagę, że powinna przysunąć mu bliżej ławę, na której stał talerz. I to ostatecznie spuentowało kapłańską postawę wobec Chrystusowego: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich (Mk 9,35). Rzeczy, które zdawałoby się są najprostsze do wcielenia w życie, stają się kpiną z naśladowania Mistrza, ironią wcieloną przez tych, którzy mienią się być przez Niego powołanymi . Oczywiście można by mnożyć przykłady tego typu, każdy z nas ma swoje obrazki z księgi duszpasterskiej niechęci do bezinteresownej służby podczas chrztu, ślubu czy pochówku. Każdy może odnieść się do wszechobecnego życzenia przewiezienia księdza samochodem na uroczystości pogrzebowe, bo przecież swojego nie użyje. Można cytować wiele historii, które zaprzeczą nauce Ewangelii. Nie chodzi tu jednak o akcenty antyklerykalne. Rzecz dotyczy raczej wiarygodności pasterskiego powołania.

W tym duchu pozwolę sobie zacytować felieton Andrzeja Stasiuka z listopadowego „Tygodnika Powszechnego”: Czasami wyobrażam sobie różne rzeczy. Na przykład wczoraj przyszło mi do głowy, że z gazet, z telewizji, z internetu znikają starzy mężczyźni. Konkretnie chodziło mi o biskupów Kościoła katolickiego, których wyraźną nadobecność medialną da się ostatnio zauważyć. Wszyscy są starzy i zazwyczaj miny mają  poważne, czyli w gruncie rzeczy ponure. Przemawiają dostojnie i nudno. Zazwyczaj mają do kogoś pretensję. Zazwyczaj do innych, nigdy do siebie. Rzadko w ich słowach można znaleźć afirmację: życia, świata, uczuć, człowieczeństwa, no w ogóle Bożego stworzenia. Są skwaszeni. Są zgorzkniali. Starzy mężczyźni, których opuszczają siły.

Gdy czytam powyższe słowa, próbuję wyobrazić sobie, czy i jaką stratę odniósłby Kościół katolicki, gdyby tych starych mężczyzn raz a dobrze opuściła siła i wola wystąpień medialnych. Może wówczas przestaliby przesłaniać Ewangelię? Może jednak byłby w tym wyłącznie zysk Kościoła, może wówczas dostrzeglibyśmy jeszcze kilkunastu duchownych młodszego pokolenia? Sprawnych, pogodnych, oddanych służbie Bogu i człowiekowi na wielu frontach codziennego życia, bo dotąd chyba nadmiernie przesłaniają ich bardzo ponurzy hierarchowie z krzyżami ze złota .

Pewnego dnia, tak się akurat złożyło, zobaczyłem kilku z nich na stronie jednej z gazet, gdy obok było zdjęcie afgańskich talibów. W mgnieniu oka zanikły różnice kulturowe i religijne, nie było miejsca na dogmaty, bo o wszystkim przemówiły zgorzkniałe miny jednych i drugich. Twarze zaciśnięte, zastygłe w wyrazie lęku przed innością, w zatwardziałości pychy i poczucia zagrożenia. Miny bez szansy na uśmiech pokoju, miłości i ludzkiej radości życia. W takim kontekście nie pozostaje nic innego, jak po raz drugi oddać głos Stasiukowi: Czy stary samotny mężczyzna zamknięty w pustym pałacu jest w stanie tchnąć życie w kogokolwiek, o wspólnocie wiernych nawet nie wspominając. Słuchając przemów hierarchów, słowa „miłość”, „życie”, „duch” raczej nie przychodzą nam do głowy. Po prawdzie, gdy ich słuchamy, do głowy nie przychodzi nam nic poza pragnieniem, by już skończyli i przestali się zmagać z językiem polskim.

Czasem odnoszę wrażenie, że choć ustami głoszą Jezusa w tymże języku, zupełnie wyrzucili z pamięci obraz Zbawiciela szukającego z miłością ludzi zastygłych w rytuałach, w prawach tradycji, pogubionych i ułomnych, Jezusa przebaczającego jawnogrzesznicy. W głowach hierarchów nie zatrzyma się na moment postać Mistrza zasiadającego do stołu z celnikami, a ostatecznie z Judaszem, który za chwilę ma go zdradzić. Gdy już wystarczająco wstyd mi za zadufanie polskich biskupów, za ich wyręczanie Pana Boga w łatwym dzieleniu bliźnich na swoich i wrogów, gdy wystarczająco zaczerwienię się z zażenowania ich bogactwem materialnym i poczuciem wyższości, dociera do mnie po raz kolejny, że to nie gender zniszczy Kościół, nie rozpad rodziny i tradycyjnych wartości, nie zagrożą mu nawet parady równości, ani chora prawica z lewicą. To hierarchowie i ich postawa są największym zagrożeniem, także dla ożywczej idei materialnego ubóstwa duchownych, jaką usiłuje wprowadzić papież Franciszek. Wypasieni w wygodzie i przepychu, stoczeni żądzą uległości wiernych i ślepego ich posłuszeństwa już niedługo zniechęcą do własnej instytucji najwierniejszych z wiernych, a wówczas chętnie odstąpią kościoły pod galerie handlowe i restauracje, byle nie zejść z wygodnej i dożywotniej grzędy.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

Dodatek do reklamy

22 paź

W dzienniku Jerzego Stuhra Tak sobie myślę, czytam zapis z 15 lutego tego roku: Nagle pojawiła się reklama środka, który w cudowny sposób wpływa na prostatę, likwiduje problemy moczowe, a nawet zwiększa zdolność potencji. Tajemniczo uśmiechnięty mężczyzna w naszym, oglądających, wieku kładzie się obok rozmarzonej pani. I gdy tylko filmik się pojawił, w szpitalnej świetlicy rozległ się gromki śmiech męskiego dojrzałego towarzystwa. Widać, że ci widzowie są znakomicie obznajomieni z produktem, mają doświadczenie i tą reakcją dali najkrótszą dosadną recenzję. Jeżeli odpowiednio zainteresowani widzowie tak samo reagują na pasty do zębów, kostki bulionowe, klej do szczęki, i niskie ceny, to telewizja daje całej Polsce wielką dozę spontanicznego śmiechu i niezamierzonej rozrywki. […] Agencje, produkcje, kreatywni, przyjęcie produktu, wielkie narady pseudosuperhollywoodzkich produkcji, castingerzy, tłum aktorów, operatorzy, dźwiękowcy, montażyści, catering, transport, reżyser. Wszyscy to przecież przeważnie młodzi ludzie, kwiat wydolności produkcyjnej naszego kraju – pracują na tę salwę sarkastycznego śmiechu w naszej świetlicy

            Obawiam się, Panie Profesorze, że w przypadku reklamy ten sarkastyczny śmiech pojawia się tylko przy zbiorowym oglądaniu, w gronie adresatów spotu. W polskich domach, gdzie żona w kuchni, a przed ekranem mąż w kapciach i fotel z gazetą, absurd płynący z przekazu reklamy wywołuje głównie bezsilną irytację, jaka prawdopodobnie towarzyszy robieniu idioty z porządnego człowieka i to w żywe oczy. Reklama boli tym bardziej, gdy nie ma na nią siły, nie ma rady, nie ma od niej ucieczki innej niż wyłączenie odbiornika, ale jakże wygasić, skoro jednak czeka się na normalny program i to z nadzieją godną lepszej sprawy. Na domiar złego ta sama reklama pojawia się nieustannie w każdym programie, całą dobę, w ramach nieustającej długo kampanii i bombarduje widza jednakowym obrazkiem i tekstem z dowolnie wybranego kanału komercyjnego lub publicznego. W efekcie nie można uciec nawet przy nerwowym użyciu pilota, co do niedawna było jeszcze całkiem możliwe. Kolejny przycisk i lada moment będzie ta sama kostka bulionowa, ten sam środek na przeczyszczenie i ten sam klej do protez, podobnie jak smarowidło na trzeszczące stawy albo fałszująca obsługa ze sklepu sieciowego od podłóg, śpiewająca kretyńską piosenkę o panelach i innych wykładzinach.      

Unikam telewizji już nie tylko w ramach buntu przeciw bylejakości i masowemu ogłupianiu społeczeństwa. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że nie potrzebuję idei, żeby jej unikać. Ona sama przegania widza pustką, powtórką, idiotycznym turniejem na patelnie i gotowanie, gdzie do potrawki z kawałka kalmara dorabia się napięcie i dramaturgię godne „Milczenia owiec”, niekoniecznie na ekranie zarzynanych. Ilekroć jednak – mając zajętą uwagę choćby posiłkiem – próbuję włączyć coś, co być może zdoła potowarzyszyć mi sensownie przez kwadrans, mam wrażenie, że zawsze trafiam na nieprzerwany niczym blok reklamowy, z jednakowym nasileniem wpisany naraz w ramówki wszystkich stacji. I jak w kalejdoskopie uporczywie powracającego snu, migają animacje żołądków, wątroby, serca, rzepki kolanowej i skóry. Szare stada bakterii w muszli albo zielone watahy bakterii w przełyku. Nad nimi górują wiecznie uśmiechnięte twarze, które z rozkoszą unikają możliwych schorzeń albo cieszą się czystością, a wszystko osiągnięte dzięki cudownemu środkowi zapobiegającemu tak samo chorobie jak bałaganowi w życiu. Szczęśliwe postaci wreszcie wykaszlały dzięki syropowi wstrętną wydzielinę, która zalegała ich wnętrza i teraz mogą szczerzyć się do kamery, oczyma duszy widząc saldo własnych ROR-ów, gdyż dobiegł kresu ostatni z przewidzianych dubli.

Tymczasem wnętrza widzów zalega coraz gęstsza maź absurdów wyprodukowanych przez korporacyjnie kreatywne demony intelektu, wciskające swoją chałę widzom, których najwyraźniej mają za głupszych od siebie. W końcu jednak i w inteligencie – misyjnie oburzonym jakością telewizji – opadnie pierwsza złość i całkiem niespodzianie przychodzi swobodna refleksja. Przecież ten stan rzeczy nie bierze się znikąd. W końcu na każdą taką produkcję idą niepojęte kwoty, więc ktoś bada potencjalny target do którego trafia przekaz (uwielbiam to określenie pozbawiające człowieka wszelkiej podmiotowości). W końcu ktoś dobiera treść do formy przekazu, a może formę do treści i wierzy w jej skuteczność. Ktoś buduje scenariusz, prowadzi świadomie dobranego aktora, pisze wygłaszany tekst, a więc czy wszystko da się podciągnąć pod ignorowanie i łatwe odrzucanie zdrowego rozsądku? Dlaczego zatem w każdej dziedzinie, niezależnie od tego, czy reklama dotyczy proszków do prania, samochodów, telefonów komórkowych, kont bankowych, leków czy środka do mycia toalet, obraża ona inteligencję i smak średnio wyrobionej małpy? Może zatem rzeczywiście chodzi wyłącznie o umowność i prześciganie się w pustej kreatywności budowania zakończenia reklamy? Skoro za chińskiego boga nie wierzymy w jakość produktu, to przynajmniej siedząc przed telewizorem mamy radość punktowania kolejnych kretynizmów? A producent nieustannie puszcza do nas oko w duchu: wiemy, że nie wierzycie przekazowi, ale przynajmniej pośmiejmy się wspólnie z mało skutecznych sposobów robienia wody z mózgu. Wiemy, że znacie produkt, zatem reklama może was tylko zdrowo rozbawić. Przynajmniej taką korzyść wynieście, skoro jakiś głupek zapłacił nam za produkcję, dał zarobić na chleb masie ludzi, w ramach solidarności pośmiejcie się z tego. Szczególnie teraz, gdy polskie komedie wprost z kinowej sali wiodą was na dno rozpaczy. Tylko reklama wybawi wasze poczucie humoru i wywlecze z hadesu beznadziei na światło dnia.  Wasze życie jest smutne, szare i ponure, skazane na niedostatek i tęsknotę do barw szczęścia, zatem zapraszamy do baśniowej krainy, gdzie wszyscy się uśmiechają, opłacone małpy skaczą i fruwają, kolana nie skrzypią, a wzdęcia nie dokuczają, bo śmiech to zdrowie, a telewizja? Misja? To tylko uboczny produkt, dodatek do głośnych spotów, na dźwięk  których nawet kot wyłazi ze skrzyni kanapy. Rewolucja medialna już była, skoro programy telewizyjne stały się dodatkami do bloków reklamowych. Nic tego nie zmieni, innego przewrotu nie będzie, żadnej wiosny widzów ani lata Muminków, wszystko target hamuje.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Zakładnik wolności

24 wrz

 

„Świat zmusza mnie do wolności, pomyślałeś kiedyś, że tego doczekamy?”. Stawiał przed sobą podwójną czarną amerikanę, a przy tym uśmiechał się na tyle szelmowsko, że tak mógł zaczynać tylko dawno przemyślany, przewrotny monolog, którym zamierzał błysnąć albo wyrzucić z siebie bezradność. Niby czekał na moje pytanie zaczepne, może na protest, ale nie następowały. Wolałem słuchać i gapić się bezmyślnie dookoła. Nie potrzebował mojego udziału i tak nie wytrzyma. Przypadkowa wspólna kawa, w środku galerii handlowej, zupełnie nie nastrajała mnie do rozmowy. W porę zwietrzyłem podstęp oratorski, bo kochał to mocniej niż własną żonę. Tym razem byłem mu nawet wdzięczny, nie miałem nic przeciw wygadaniu bólu, bo raczej szczęściem nie lubił się dzielić, wolał je przeżywać.

„Zaskoczyłem cię?”. Ten chwyt retoryczny także nie wywołał żadnej reakcji, więc Zbyszek nie myślał prosić dalej o najmniejszą formę przyzwolenia, po prostu eksplodował.
Najpierw była telewizja, stary. Za komuny człowiek miał dwa programy, nie? I jeszcze miewał dylemat  – obejrzeć Kobrę, a może western w dwójce. No dobra, może dylemat: Sondę, Wakacje z duchami czy Czarne chmury. Miał alternatywę, nawet jeśli idzie o Wielką grę czy Teleecho. Teraz ma osiemdziesiąt programów albo sto osiemdziesiąt i nie ma szans na wahania! Ale to nawet nie o mądrość idzie, chciałby czegoś zwyczajnie ciekawego, interesującego, wkurzającego nawet. Latem myślałem, że nie mają kasy i czekają do września, na nową ramówkę. Mamy wrzesień i dupa, nic. Wszędzie reklamy i powtórki seriali, a jak są nowe seriale, jeszcze głupsze niż stare, przerywane gwiazdami gotującymi i kochającymi Polskę. To ja wymiękam, stary, rozwiązuję umowę z UPC. Przecież na darmo płacę za gówno, którego nie włączam. Telewizja podarowała mi wolność od telewizji, chwała jej za to, sam miałbym opory.

Albo polityka. Zobacz, ścierają się dwa fronty, od ilu lat? Te same gęby boksują się jak nie na wysokie podatki, to na aborcję i in vitro jakieś, Pana Boga wyręczają w przyznawaniu człowiekowi wolnej woli. Jedni drugich od złodziei wyzywają i wszyscy jednakowo kraj okradają. No to jak jest? Politycy darowali mi wolność od polityki, bo z szamba wypełzam, na suchy ląd. Sam wiesz, na wybory nie chodzę od lat i nic mnie nie przekona do postawy obywatelskiej. Nawet tej lokalnej, stary. Bo zobacz, co my tu mamy? Tak, mówię o trójmiejskim grajdole. Zero przemysłu, my już nic nie produkujemy poza benzyną w Lotosie. Żadnych dużych pracodawców. Dziewięćdziesiąt procent firm zatrudnia do dwudziestu osób, czyli biura rachunkowe, ośrodki szkoleniowe, hurtownie, oddziały banków i trochę usług, a co robią nasze lokalne władze? Sprzedają grunt pod zasrane biurowce! Kto będzie w nich pracował i co robił? Ile trzeba papierów, rachunków, faktur, analiz, raportów, gdy nic się nie wytwarza? Oliwa w biurowcach, Wrzeszcz w betonie, szkle banków i powierzchni pod biura, do tego jeszcze kawał Przymorza pod inkubator przedsiębiorczości, z którego wyklują się co najwyżej wszy na karki podatników. W Gdańsku powstaje Centrum Solidarności, czyli następny bunkier po nic. Dla wizerunku władze pierdykną sobie jeszcze ze trzy muzea powstania głupoty i będziemy na to wszystko bulić w czynszach i opłatach za wszystko! Pracę stworzyć ludziom w przemyśle, to blady wizerunek i słabe medialnie, ale mauzoleum kombatanctwa odwiecznej bezradności rypnąć, do jest dopiero świetny PR! I tak władze lokalne dają mi wolność od poczucia lokalnego patriotyzmu i zastępują bezradnością leszcza, który wybuli na ich dobre samopoczucie. I już czuję się zwolniony z lojalności wobec wszystkiego co tutejsze, żeby wybronić twarz przed frajerstwem, którym inni portfele sobie wypychają.

Idę do Kościoła, bo jestem katolik, nie żaden oszołom polityczny z Krakowskiego Przedmieścia, nie żaden fan prezesa i ojca dyrektora, jeden z ostatnich normalnych, który musi duchowo się pokrzepić, Słowa Bożego posłuchać, wejść w inny wymiar i wrócić do siebie, żeby gromadzić skarb, gdzie mól i rdza go nie dostaną. I tu też problem, bo Kościół robi wszystko, żebym się od niego uwolnił. Ty wiesz, że on nie potrzebuje masonów, ateistów i liberałów, żeby ostatecznie polec? Do autodestrukcji wystarczą mu własne dzieci. Katecheci, tłumiący w zarodku każde życiowe i niewygodne pytanie, ale przejęci misją nakazowo-roszczeniową podpisaną przez proboszcza. Wylęknieni i zakompleksieni księża, ubodzy intelektualnie jak polityk prawicy, zupełnie nie rozumiejący świata i w przerażeniu międlący bez sensu puste frazesy. To przecież musi doprowadzić do pustych ławek, w których nie siada miłość, ale strach przed światem. Zmuszają mnie do męczeństwa w wierze, bo chcąc żyć sakramentalnie i modlić się wspólnotowo, muszę słuchać wywodów ze schyłku średniowiecza. Fundują rozdarcie między rozumem i wiarą, choć Pan Bóg jednego i drugiego nam nie szczędził. Żyjemy w czasie, gdy wiarę na próbę wystawia własny proboszcz, a nie pokusy wolności i ateizmu. Dzieci wychowuję w wierze od chrztu, bo sam zostałem wychowany nie w odpustowych gestach, tylko w słowie wcielonym w czyn. Staram się rozmawiać, przykład dawać, a potem wychodzi taki ćwierć inteligentny klecha na katechezę, zada dziecku trzy kretyńskie lektury, każe kupić zeszyt do ćwiczeń, bo sam nie ma nic do powiedzenia. Na koniec semestru rozliczy udział w nabożeństwach. Na kazaniu razem słuchamy farmazonów o tym, kto jest w telewizorze zły albo dobry, wypowiadanych głosem obrażonego kastrata duchowego, moralnego i męskiego. Jak mam własnemu dziecku odpowiedzieć na pytanie: czemu nie może chodzić na etykę zamiast na kretyńską katechezę nakazów i zakazów dogmatycznych, których nikt nie tłumaczy? Ten sam ksiądz czyta z Ewangelii: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!”. Potem wychodzi z kościoła i wsiada do auteczka za dobre sto pięćdziesiąt tysięcy i jedzie dwieście metrów dalej, bo musi kupić lakierki w tutejszym salonie Clarks za cztery stówy albo sześć. Tymczasem moje dziecko widzi go i sumuje: „skoro tyle dzieci nie ma posiłku ciepłego w szkole, to jak on służy wszystkim?”. Co mi zostaje? Morda w kubeł i zero recepty jak nie wyjść na fanatyka albo kretyna, który dziecku żałuje sto pięćdziesiąt złotych na buty, ale nakazuje iść do kościoła i słuchać obłudnika. Co jest lepiej stracić? Taki kościół, postawiony na infantylizmie i obłudzie czy autorytet ojcowski? Mam je karmić frazesem jak czarny zza pulpitu? I tak, stary, kościół daje mi natrętnie mandat wolności od kościoła. Kiedyś zmusi do wykorzystania daru.

Służba zdrowia daje wolność od troski o zdrowie, bo się nie dopcham. Kino daje wolność od kultury, bo film o hip hopie nazywa kulturą wysoką, a wszechogarniające chamstwo polskie daje mi wolność od miłości bliźniego, bo widzi we mnie wroga zanim dziób otworzę. Internet daje wolność od aktywności od kiedy piszą do mnie tylko agenci ubezpieczeniowi z tanią ofertą OC i banki z tańszym kredytem hipotecznym, choć mam gdzie mieszkać i nie mam czym jeździć. Chcę czy nie, muszę zamknąć się w wieży. Mam tam kilka tysięcy książek, jak wiesz, mam kilkaset płyt, kilkadziesiąt filmów, wystarczy jeszcze kilka butelek alkoholu i to jest wolność z rezygnacją z praw publicznych. Świat zniewala mnie wolnością bezwzględną, przynajmniej dopóki mieszkam po stronie rozumu.

 Wstał. Jednym łykiem machnął całą kawę, jakby dotąd nie pamiętał, że stoi na stoliku. Spojrzał na zegarek i rozejrzał się wokół. Dodał coś, że dziecko chyba znalazło trzewiki w CCC, bo matka już płaci i wyciągnął dłoń na pożegnanie. Dał mi wolność od siebie, w zasadzie dorzucił do mojego koszyka obywatelskich wolności. W końcu od dłuższego czasu żyłem w tym samym kraju swobody.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Obrazki

 

Numer jeden

19 sty

   Jednak jestem patriotą. Przynajmniej na poziomie nieświadomości. Gdy po raz pierwszy usłyszałem w radiu niemiecki, czeski i francuski głos zdziwienia w sprawie polskiego numeru jeden w Europie, byłem święcie przekonany, że chodzi o zauroczenie końcem naszej prezydencji w Unii. Czyż trzeba większego znaku patriotyzmu podświadomego, gdy ten świadomy rysuje wyłącznie niezmienny obraz prezesa, wieszczącego nieuchronną zagładę polskości? 
   Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tym razem numer jeden, to jednak nie kwestia truskawek ani oscypka na europejskim stole, a rzecz dotyczy tylko niepłacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Zdziwienie nie oznacza wszakże rozczarowania. W końcu jest tu powód do radości. Istnieje chociaż jedna dziedzina, w której nie ciągniemy się w kontynentalnym ogonie. Tyle że Europa prawdopodobnie ma to w nosie i słusznie, bo o rywalizacji na tym polu nie może być mowy. 
   Nawet jeśli jesteśmy rzeczywiście tym numerem jeden w niepłaceniu abonamentu, to co nam po tym? Całkiem niedawno byłem naiwnie przekonany, że płacąc go robimy narodową zrzutkę na produkcję programów radiowych i telewizyjnych, choć oczywiście nie byłem aż tak naiwny, żeby wierzyć w misyjną moc tych produkcji. Wszak każdego dnia widać jej poziom, nawet przy najbardziej przypadkowym kliknięciu pilota. Jednak coś mnie pokusiło, żeby przeczytać komunikat o aktualnych cenach abonamentu i nagle doznałem oświecenia. Oto przypomniałem sobie, że płacąc abonament nie tylko nie wspieram misji mediów publicznych, nie tylko nie będę wiedział na co krwawica ma pójdzie i jakim błockiem debat politycznych oczy widza umorusa, jakim serialem rozum społeczny zamuli, ale pojąłem wręcz od nowa, że zapłacę po raz któryś tam z rzędu li tylko za posiadanie wciąż tego samego od dekady odbiornika radiowego i niewiele młodszego telewizora. 
   Łatwo pojąć dlaczego Niemiec, Francuz i Czech rzeczywiście mogą być zdziwieni naszym pierwszeństwem, jeśli tkwią w naiwnym przekonaniu, jakoby abonament wzniośle wspierał produkcję programów służących rozwojowi ducha i umysłu przeciętnego mieszkańca nadwiślańskiego kraju. Gdyby jednak wiedzieli, że to tylko haracz państwowy, narzucony co roku na obywatela, za posiadanie sprzętu, prawdopodobnie podtrzymywaliby jeszcze w Polakach wolę pozostania w unijnym pierwszeństwie. W końcu nawet najdłuższy kredyt komercyjny, w najbardziej lichwiarskim banku i przy najmniej przyjaznym sklepie AGD, spłaca się szybciej i taniej, a przede wszystkim z nadzieją realnego końca, którego przy tej formie pobierania abonamentu nie uświadczysz, przynajmniej dopóki odbiornik zakupiony nawet w poprzednich realiach polityczno-gospodarczych ciągle jest sprawny. 
   Ciekawi mnie jednak na co liczyli twórcy tego spotu? Jaki w ogóle to rodzaj? Przecież nie reklama tego, że jesteśmy numer jeden w niepłaceniu. Społeczna kampania na rzecz poprawy ściągalności abonamentu? Średnio w to wierzę, skoro lubimy odruchy stadne, tym bardziej nikt nie wysunie się przed szereg, żeby nie wyjść na zawstydzonego frajera. Wszak Polak potrafi! To zaradny cwaniak, z pewnością bardziej rozgarnięty niż przedstawiciel innej nacji, przekorny i zawsze ma swoje zdanie. Zatem kolejne gigantyczne pieniądze podatnika wywalone po nic? Może trzeba było je przerzucić na konto do wpłaty abonamentu, zamiast tracić czas i siły na coś, co w niejednym podtrzyma opór płatniczy? 
   A gdyby tak zacząć z drugiej strony? Dlaczego w PRL-u i pierwszych latach wolności ludzie płacili abonament i nagle przestali? Wzrósł poziom skąpstwa? Przestali bać się sankcji systemowych? Pogorszyła się oferta programowa? Byli bardziej zdyscyplinowani i poczuwali się do odpowiedzialności za misję mediów publicznych? Wszystkiego pewnie po trosze, choć zawsze tak samo nie było skutecznego systemu kontroli rzetelności opłat. Poza tym na dzisiejsze zaprzestanie wpłynęła przede wszystkim różnorodność propozycji innych mediów. Dziś widz doskonale obejdzie się bez państwowych, bo jest przekonany, że komercyjne wypełnią każdą lukę jego oczekiwań. Nawet jeśli publiczne radio zniknie, a z nim telewizja, nie odczuje tego nie tylko z powodu mnogiej ilości stacji internetowych, kablówek i telewizji satelitarnych, ale też z powodu zabiegania i zwykłego braku czasu na siedzenie przed telewizorem. Komputer z siecią skutecznie zaś wypełni ostatnie wolne chwile zbyt krótkiej doby. 
   Widzimy już teraz, że pogoń za wskaźnikami oglądalności, czyli ukierunkowanie na pozyskanie reklamodawców, skazała – przede wszystkim telewizję – na totalną rezygnację z misji społeczno-kulturalnej, z kreowania dobrego smaku i poziomu widza, a przez to w ramówce mamy dźwięczący jarmark i barwną hucpę pustych obrazków. Tym bardziej wskazuje to na usilną potrzebę kreowania upodobań bardziej wysublimowanych, jeśli jako naród nie chcemy wracać do jaskini. Skoro dziś bez abonamentu, utrzymując najczęściej oglądane kanały z reklam, da się zarabiać niemal wyłącznie na odmóżdżeniu społeczeństwa, nie najlepszą przyszłość wróży to temu krajowi. 
   Może zatem zamiast wywalać kaskę na kampanię zawstydzania, warto zbadać za co chciałby jeszcze zapłacić widz czy radiosłuchacz? Niewykluczone, że wolałby właśnie za to, do czego konkretnie i najczęściej sięga. Z jednej strony wybrana stacja radiowa, której od lat z przekonaniem słucha, a z drugiej wybrany kanał tematyczny w telewizorze, jeden lub dwa, może trzy, w którym znajdzie coś dla siebie, ilekroć zaznaczy coś pisakiem w programie z gazety i przysiądzie na moment przed ekranem. Wówczas naturalna selekcja zadecydowałaby, które programy mają rację bytu, a które muszą zmienić charakter lub zwyczajnie odejść do krainy wiecznego archiwum. Chyba to byłby lepszy pomysł na rzecz przekonania rodaków do płacenia na konkret. Dosyć głupawa kampania na rzecz zawstydzania Polaka wobec obywateli Europy wzbudza jedynie uśmiech politowania. Gdyby bowiem jej mieszkańcy wiedzieli, że nad Wisłą nie płaci się za jakość propozycji programowej, a jedynie wybulić trzeba haracz za posiadanie odbiornika, który przeważnie faszeruje nas popeliną i gotowaniem na ekranie, zrozumieliby, że długo jeszcze nie będziemy płacić abonamentu i to bynajmniej nie z powodu megalomanii i pragnienia bycia numer jeden na liście czarnego PR-u.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS