RSS
 

Wspomnienia z wytchnienia

03 wrz

IMG_0203Rok w rok, z takim samym niepokojem, czekam na pytanie: gdzie spędzasz urlop? Jest równie dokuczliwe jak opryszczka przed randką albo afty tuż po niej, a przy tym niestosowne jak to o rodzaj skutecznych czopków na hemoroidy, zadane w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Wszak nie wypada mówić o czopkach z CV kandydata w dłoni, jak nie wypada nie pojechać na Rodos, Kretę, do Chorwacji i na Cypr, zwłaszcza, gdy dotarł tam już schabowy z kapustą i disco polo, a ja ciągle w kraju. W ostatnich latach jakoś szczególnie bolą mnie plany urlopowe. Z pewnością ma to związek z niechęcią do tłumów uprawiających parawaning na plażach Bałtyku, ale chyba też z brakiem potrzeby towarzyszenia pasjonatom rozdeptywania Tatr laczkami lub głośnego podrygiwania na wielkim bananie, łamiącym fale za motorówką. Ponadto należę do lobby głoszącego – na podstawie wieloletnich studiów nad poziomem mentalnym powracających rodaków – że podróże nijak nie kształcą, a jedynie stresuje konieczność powrotu do rytmu egzystencji nie najlepszej z możliwych.

          W tym oto duchu, z uporem godnym lepszej sprawy, utrudniam sobie wyjazdy wypoczynkowe. Na początek wyłażą demony towarzyskie i straszą koniecznością znalezienia się gdzieś tam, gdzie „polcy i polaki” wzajemnie się ignorują i szykanują swoją obecnością. Potem spuszczam owczarki lęku i osaczają pozostawioną nieruchomość w kredycie, a ja wątpię w stan techniczny pozostawionych baterii łazienkowych, zaworów gazu i gniazd elektrycznych, nawet w rok po generalnym remoncie. Dalej popadam w depresję przy pakowaniu torby, bo przecież na pewno czegoś zapomnę, a z pewnością wezmę za dużo pierdów zbytecznych. Ostatecznie demonizuję konieczność zaangażowania bliskich w opiekę nad kotem, po czym komplikuję instrukcję obsługi tegoż i panicznie chwytam się każdego pretekstu uzasadniającego pozostanie w domu. Choćby za cenę utraty wpłaconej zaliczki. Przecież urlop, to jedyny moment, żeby spokojnie napisać nową książkę, do której wcale mi nie bliżej niż do rzeczonej Grecji z Lidlem i swojskim oscypkiem. I tak za każdym razem, przynajmniej do momentu opuszczania M4.

          Gdy żona zaciska żelazo presji letniego wypoczynku wokół szyi, skamlę przynajmniej o miejsca zapomniane przez ludzi. Takie, w których Bóg w swoim dziele nie dał się przesłonić milionem bilbordów z kosiarką i proszkiem do prania, promowanym przez ogrodniczki zawieszone na cyckach. Jako odwieczny minimalista, a przy tym dziecko Warmii i Mazur, nie mam większych priorytetów niż połysk jeziora, zieleń łąk, zapadających o zmroku w kolory rdzy, może jeszcze sporo lasu i więcej ciszy. O ironio! Czyż nie brzmi to jak maksymalizm w dobie łupanek na plażach, pokrytych smrodem odmrożonego dorsza na frytkach, ale w sąsiedztwie gofra z Nutellą?          

IMG_0210Tego roku jednak miłosierdzie żony pokryło się z Bożym. Zgodziła się na Mazury, a Pan nasz uśmiechnął się i skierował na sieciowe łącza wrażliwą kobietę, która zdążyła poznać wszelkie moje szajby domatora i napisała krótko: wydaje mi się, że jest miejsce, w którym się odnajdziesz. Miejsce, skąd trudniej będzie wrócić niż tam pojechać. Gdy zaraz potem przesłała link z napisem Siedlisko Szwałk, ujrzałem brak popularnych miejsc w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a potem spory dom z czerwonej cegły, z zielonymi drzwiami. Ściany uśmiechały się obiecująco kwiatami na leciwych drewnianych półkach z łańcuchem, a jakaś nutka ulgi zagrała w głowie potrzebą znalezienia się tam i to zaraz. Potem dołączyła migawka z zapomnianego serialowego Siedliska Majewskiego, z Anną Dymną w planie głównym, i wszystko to wyrysowało uśmiech zgody. Gdy miejsce urlopu pokazałem żonie, wykazała ciekawość, ale też ulgę, że jakby coś jednak w Szwałku szwankowało, zawsze wybór może zwalić na moje dziwaczne pomysły.        

IMG_0186 I już za Giżyckiem, gdy minęliśmy Wydminy i kolejne mazurskie zakręty prowadziły wśród rozjaśnionych słońcem pól, łąk, nieużytków, bez drogowskazów, byłem gotów docenić nawigację. Tuż przed samym Szwałkiem, jako kompletny idiota kartograficzny, zrozumiałem, że bez głosu mówiącego, gdzie mam skręcić i za ile, zwyczajnie nie miałbym szans na odnalezienie zagubionego siedliska. Im bliżej celu, tym węższa i bardziej kręta droga przez las z balsamicznym cieniem, choć z gładkim asfaltem, który nagle się skończył, tuż przed bramą wjazdową na niewidoczną z dróg posesję. Tam zaś powietrze zatrzymane w czasie i przestrzeni, rozpromienione słońcem późnego popołudnia, a wzmocnione serdecznym uśmiechem Agnieszki, gospodyni witającej z tak bezpretensjonalnym urokiem, że natychmiast znika obawa i podejrzenie, czy i w tym miejscu aby na wyrost nie działa sieciowy marketing, a oferowane usługi raz jeszcze nie dorosną do obietnic strony internetowej.         

IMG_0182 Zapach domowego obiadu i radosne rozmowy gości, które pobrzmiewały gdzieś za rogiem, pomiędzy psami równie przyjaznymi jak ludzie, upewniał powoli, że nie ma pomyłki. A mimo to nie umiałem wyłączyć czujności, przynajmniej do końca dnia, w którym ujrzeliśmy Siedlisko Szwałk. Nie jest łatwo uwierzyć, że ludzie, którzy wysiedli ze swoich aut przed nami, rzeczywiście są z różnych stron kraju, nie tworzą tu wspólnoty od lat hermetycznej dla obcych, skoro zwracają się do siebie po imieniu. Czy w kraju konfrontacji suwerena z mordą zdradziecką, możliwa jest wspólnota urlopu bez podziału? Dla zdrowia psychicznego od dawna nie oglądam telewizji, nie czytam gazet, ale przyjąć za naturalny uśmiech siedzących obok i nie doszukiwać się wymuszonej grzeczności, to sztuka, do której Szwałk mnie wyzwolił i przypomniał smak życzliwości bezinteresownej i zjednoczonej w jednym celu: wspólnego odpoczynku, nawet gdybyśmy mieli więcej się nie spotkać.

IMG_0188  Dzięki domowej atmosferze, wyczarowanej przez gospodarzy, spadło na nas wiele nagłości wytchnienia. Nagle okazało się, że są miejsca, w systematycznie wyludnianej Polce B, a może i C, gdzie pływanie kajakiem to coś więcej niż machanie wiosłem, a mieszanie wody w jeziorze, to nie tylko kraul i żabka między trzcinami, w których swoje szlaki przemierza zaskroniec. Gdzie w łowieniu płotek z pomostu, koniecznie w towarzystwie wiecznie sennego kota – nomen omen – Rudego, wędkowanie niewiele ma sensu bez mruczenia tegoż, bez orła nad głową i głosu żurawi w tle. Nagle wszystko to jakoś bliżej nieba i ziemi się zrobiło z całkowitym wyłączeniem pędu współczesności, jakby ktoś na niej zasłonę zaciągnął. Nagle cisza wydobyła swój dźwięk, dawno zagłuszony pędem spraw, powinności, terminów niekoniecznie najważniejszych. Nagle ukazały się miliony gwiazd na nocnym niebie, do którego bliżej, gdy za horyzontem zostały światła miast i ich mrowienie, a ciemność zagęszcza mrok pozbawiony wątpliwego blasku cywilizacji. Nagle stopniały i spłynęły zegary jak w obrazie Salvadora Dali, gdy spokój rozwlekł godziny między lekturę, rozmowy, przyjemność wspólnych posiłków ze smakiem zapiekanej owsianki, domowych ciast i powideł, sera i kakao jak z dzieciństwa. Nagle wieczorne dźwięki gitary, zapach ogniska, śpiew i rozmowy polewane miejscowym trunkiem z czajniczka, pokazały, że istnieje Polska bez podziałów, w której nikogo nie interesuje politykowanie.               

IMG_0245W głowie wirowało nie tylko od tych nagłości przyrody i mocy lokalnego alkoholu, ale też od radości wtrącenia między ludzi tak samo spragnionych ciszy i wolności od nieustannego napinania karku i łokci, tu, gdzie jezioro pachnie jeziorem, rozmowa staje się przyjemnością, a uśmiech nie kryje nic pod uśmiechem.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Obrazki, Społeczeństwo

 

Ostatni bastion zdziwienia

13 sie

wrozka2Jednym z nielicznych przywilejów nadciągającego wieku średniego jest brak zdziwienia. Każdego dnia rozglądam się czujnie i stwierdzam, że coraz mniej spraw mnie zaskakuje. W sumie to miłe uczucie. W miejsce kryzysu późnego chłopięctwa pojawia się coś w rodzaju wzruszenia ramion i zaniku buntu wobec świata i jego wysiłków na rzecz kwestionowania kultury i rozumu. Coraz częściej odkrywam niedobory w kwestii zaskoczenia, choć zostało trochę miejsca na ironię losu. Ta zaś czasem wydłubuje mnie z wysokiej wieży i sporadycznie nakazuje popatrzeć, by zabrać głos. Wieża zaś, umocniona murem mniej lub bardziej rozumnych filmów i książek, chroni przed zgorzknieniem, choćby na skutek nostalgii i wspomnienia ideałów młodego humanisty. Ale ratuje też przed klasycznym syndromem wieku męskiego, czyli wdziewaniem trampek i rurek w pogoni za dwudziestolatkami.

          Wyzwolony z nakazu zdziwienia łagodnieję i mniej dyskutuję z telewizorem, gdy wmawia, że erekcja pozostawia wiele do życzenia. Przerzucam kanały w poszukiwaniu serialu „Ranczo”, zanim dowiem się, że coś leży mi kłopotem równie wstydliwym jak brak magnezu w podrygiwaniu nie tego akurat, co jest na topie. Mimo wrzasku siebie wartych mediów „za” i mediów „przeciw”, nie dziwi też rząd, demontujący kraj równie żałosny jak elektorat tegoż. Wzruszam ramionami, gdy traktuje pospolitą rzecz jak padlinę, którą wyczyści do białej kości.

          Coraz częściej udaje mi się nawet nie dziwić śmietnikowi w marketowym wózku, przypiętym przez Sebę i dawcę żucia jego, gdy napasieni przed otrzymaniem paragonu, poszli puszczać bąki. Z pokorą wrzucam do kosza folie po chipsach i nie przeklinam już grzybni, z której powstali. Zaraz potem nie dziwi mnie, że w pojemniku na plastik leżą szklane butelki i wysuszone kwiaty wraz z ziemią. Wszak trzy pojemniki to labirynt nie do przejścia dla suwerena zagubionego w w drodze do ekologii. Tu nie pomoże rysunek na burcie, a napis za długi. Powiem więcej: brak oczekiwania normalności wyzwala nie tylko z bezradnego zdziwienia, ale jest bardzo skutecznym antidotum na dolegliwości patriotyzmu. Coraz częściej przychodzą takie chwile, gdy poetą jestem i wiersz sobie piszę: a jechał pies Janusza i Grażynę jego, niech sczeźnie kraj ćwoka osranego.

          Gdy tak truchtem dobiegam pięćdziesiątki, widzę, że wokół mniej powodów do żalu, jeśli przyszłoby to życie zakończyć, by przejść przez opary absurdu ku wiadomemu światełku jasności. Na taką myśl przychodzi nawet błogość z odblaskiem ironii, która składa się na dosyć przyjemny dystans o smaku tequili i późnego lata. Czasem jednak to samopoczucie coś jeszcze nieoczekiwanie zburzy.

          Przyzwyczaiłem się do bycia podglądanym w sieci i od dawna akceptuję fakt, że po znalezieniu męskich butów sportowych, zaczynam dostawać propozycje zakupu leginsów dla biegaczek. Wciąż jednak napawa mnie małym zdziwieniem wysyp damskich sukienek letnich w proponowanych postach i stronach, które – jak mniemam – stają się skutkiem zamówienia kociej karmy. Choć koleżanka zza biurka ma inne zdanie. Widzi w tym skutek reklamy podprogowej. Od dawna twierdzi, że wieczory spędzam w peruce z warkoczami blond, a przed komputerem zasiadam w podomce i jasnoniebieskich figach w różowe chmurki oraz w cielistych podkolanówkach damskich. Sam sobie zatem jestem winien, wszak sieć widzi więcej i sugeruje pójście krok dalej. Zastanawia mnie, czy przypadkiem wielki brat nie zagląda w jej potrzeby postrzegania mojej osoby, a ja ponoszę tego konsekwencje w proponowanych postach. Przeglądając kosmate łydki w rzeczonych nylonach, z pewnością nie dziwiłbym się nawałowi sukienek w rozlicznych okienkach coraz większego brata Fejsbunia.

          Inny wielki brat sieci sprawił, że wreszcie zdziwiłem się poziomem własnej ignorancji. Robi wszystko, żeby uczynić moje życie znośnym, a ja pozostaje niewdzięcznikiem. Najpierw nasyłał na mój adres banki i kasy pożyczkowe, a nawet chyba dobroczynne, skoro oferowały pieniądze za nic. Nie pomogło, pozostałem nędznym synem marnotrawnym. Teraz nasyła na mnie wróżki, które w kolejnych mejlach chcą uczynić mnie szczęśliwym i spełnionym, bo nadszedł dla mnie okres czerwonej sfery. Nie wiem, co to znaczy, ale dawniej niejednokrotnie cieszyło mnie, gdy piękne dziewczyny, taki okres oznajmiały, czyniąc oddech stabilnym. Dziś, na podobną wieść od wróżki znajduję przycisk „usuń”. Jedna jest nawet uparta w temacie uszczęśliwienia. Diana przekonuje mnie po raz enty: Jacku, mam Ci do przekazania wspaniałe i miłe wieści… spełnienie w miłości, w rodzinie i w pracy; dobrobyt, szczęście, wygrane w lotto i w każdej innej grze, lecz nade wszystko prawdziwe szczęście, które nareszcie zagości w Twoim życiu. […] Dzięki temu, co mam zamiar Ci wyjawić, nareszcie dowiesz się jak odnieść sukces we wszystkich dziedzinach życia i stać się osobą powszechnie podziwianą: przez przyjaciół, znajomych i krewnych. 

           Sami rozumiecie, że to już są ciężkie działa przeciw ignorancji, nawet dla takiego gamonia minimalizmu jak ja, totalnie obojętnego na podobny wykrój szczęścia. Oto mam w zasięgu prawdziwą wróżkę z bajki – Dianę, gotową z niejednej dyni wyczarować audi Q7, a ja dalej swoje „nie”. Z uporem godnym ministra obrony, szoruję rondel w kuchni i nic, ani kroku ku prawdziwemu szczęściu. Medium Diana chce do tego audika dorzucić dużą bańkę albo trzy i to w jakiejkolwiek grze, a mi to lotto. Siedzę w tych nylonach, podomce, peruce blond i nic. Mógłbym za wygrane wynająć przynajmniej niedrogą obywatelkę Ukrainy, która uczyni mnie ciut szczęśliwszym, może nawet wybawiając od szorowania patelni, a dalej olewam kapitał Diany.

          Obawiam się, że moja ignorancja nie dorosła do miary czasów i jej niebosiężnego daru. Chyba, że przez resentymenty wolę swoje zadłużone M3 z PRL-u niż uczciwe dwieście pięćdziesiąt metrów w nowobogackich zasiekach. Czy rzeczywiście, z pasją godną lepszej sprawy, wolę dygać na czwarte z siatami niż mieszkać na tropikalnej wyspie, gdzie jawą stają się drinki z palemką, ustawione na ciemnych pośladkach miejscowej Lukrecji? A może ja jestem jednak tutejszy masochista polski i w samoudręczeniu z tytułu posiadania normalnej rodziny i godziwej pracy spełniam się bardziej niż w wizji cudowności z pakietu korpo Diany? Spokojnie, to tylko ostrożność. Dobrze wiem, że w jej zapowiedzi szczęścia osoby powszechnie podziwianej przez przyjaciół, znajomych i krewnych… kryje się palenie żywcem na stosie zazdrości, łamanie kołem zawiści i krzyżowanie na wzgórzu hejtu!

               Tylko dlaczego jasnowidząca nie widzi jasno – jeśli już używa mojego imienia – że należę do gorszego sortu i nie zasługuję. Mordę mam zdradziecką i z tej prostej przyczyny nie mogę robić za muchę na lep. Po co wymusza poziom mojej kompatybilności z czterdziestoprocentowym fanpejdżem podeściku lub drabinki, któremu da się wcisnąć każdy skecz? Jeśli Diana łapie moje IP z portali dla używających rozumu, powinna widzieć jasno, że nie znajdzie tu materiału na robienie megagłupa. Wiem, wiem, jestem adresem IP nie tyle myślącym, co nieobwarowanym milionem zapór ciasteczkowych. Przeszkodą na drodze do zdobycia danych, ale może to i lepiej, bo skąd mam wziąć inny bastion zdziwienia wobec banalnej przyczepności szczęścia w tej fortyfikacji rodzimego absurdu?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Zdechłe motyle

12 lip

love_marriage_hand- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam… raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem… wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie… szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Bezradność jak kij

17 maj

Okraglak_Przymorze1Są tacy, którzy uważają mnie za pyskacza. Są tacy, którzy mówią, że moim jęzorem można by nogi golić. I wówczas nie mam nic przeciwko, szczególnie gdy nogi kobiece i to w każdym tego słowa znaczeniu. Są jednak takie dni, gdy całe moje wygadanie, wyszczekanie, riposty, ironia i złośliwość wkopują się w piasek na wyścigi ze strusiem stereotypów, któremu wstydliwie ulegam szybciej niż myślę. Są takie dni, gdy wypracowana, a może i wrodzona, skłonność do polemiki oddaje pole. Zdaje się psu na buty i dopiero po czasie przychodzi owo słynne: mogłem mu powiedzieć… gdyby nie bezradność właśnie. Ale może najpierw scenka rodzajowa.

          Niedziela, gdańskie Przymorze, kościół w środku osiedla. Koniec Mszy, ludzie wylegają na plac i gromadnie przechodzą przez pobliską uliczkę, traktując jezdnię jak drogę z Kościoła po prostu. Każdy przechodzi gdzie mu bliżej, bez szukania przejścia, bo droga biegnie przez całe osiedle. Przejścia są, nawet dwa, o kilkanaście metrów od siebie, ułożone na wysokich progach zwalniających. Przed progiem z prawej strony zatrzymuje się samochód, przepuszcza nieznaczny tłumek. W tym samym momencie na próg z lewej strony wjeżdża samochód, którego kierowca za nic ma fakt, że na środku jezdni znajduje się starsza kobieta i kilka innych osób, jedzie. Byłem o trzy metry od maski tego samochodu, więc wyszedłem na jezdnię, żeby zmusić prowadzącego do zatrzymania, z wyrzutem patrząc mu w oczy. Zatrzymał samochód, otworzył okno i skierował do mnie typowe w takich sytuacjach słowa: „Ma pan jakiś problem?” Zerknąłem w twarz, na której znalazłem kiludniowy zarost i w wyrazie coś jak połączenie osiedlowego Seby z mieszkańcem strzeżonego osiedla. Zerknąłem na tablicę samochodu, a tam początek na W… i już zagrały stereotypy. Gdzieś pod czaszką jaskrawo pulsował neon: „gadaj z dupą, to cię osra”. Posłuszny ostrzeżeniu rzuciłem krótko: to jest droga wewnętrzna. Ruszyłem dalej nie szukając polemiki, ale dolałem tym oliwy do ognia. Krzyczał coś do mnie on i niewiasta jego, że żadna droga wewnętrzna, że się nie znam i słońce mi za mocno przygrzało i coś tam jeszcze obraźliwego. Nie dosłyszałem, bo w jego stronę odwróciła się kobieta idąca przede mną i z determinacją w głosie krzyczała: „no jaki cham! Nie dość, że na ludzi wjeżdża to jeszcze pyskuje, gdy mu grzecznie uwagę zwrócić! Wczoraj taki sam mało mnie tu nie przejechał! Bydlak!”.

          A mnie dopadła bezradność i zdzieliła w tył głowy. Bezradność jak kij twardy, co ma dwa końce i kij ten, co zawsze się znajdzie, gdy chcesz psa uderzyć. I kij samobij, którego razy najbardziej bolą. Najwyraźniej doszedłem do granicy, do momentu, gdy w zderzeniu z bliźnim bezradność jest silniejsza ode mnie. Ale czy na pewno z nim? Może dotarłem do granicy uległości wobec stereotypów kulturowych? Albo do granicy biegnącej pomiędzy postrzeganiem siebie jako lepiej wiedzącego a byciem zawalidrogą na ścieżce rodaków wyłącznie w siebie zapatrzonych? To jest ten rodzaj bezradności, która iskrzy na styku zewnętrznego polactwa z moim własnym brakiem pokory. Na linii życzliwości, empatii i dżungli polskiej, wymuszającej zasadę: maszeruj albo giń.

          W niedzielne popołudnie, przed kościołem, dałem sobie prawo być wściekłym bardziej na kierowcę czy na siebie? Poddałem się kijom samobijom, bo nie miałem racji w kwestii prawnej? To, że drogi poprzeczne od tej jednej oznaczono jako drogi wewnętrzne, nie musiało znaczyć, że ona również ma taki status. Prawo było po stronie kierowcy, który się na mnie wydarł. Zgodnie z prawem mógł winić stado pieszych i jechać im po piętach? Ale czy w związku z tym nie mogłem oczekiwać od niego zwykłej ludzkiej życzliwości wobec znajdujących się na jezdni? I co wówczas miałbym odpowiedzieć na jego pytanie: „Ma pan jakiś problem”? Z uśmiechem przemówić w duchu: „Mam problem natury empatycznej. Zastanawia mnie, dlaczego kierowcę z tamtej strony stać na zatrzymanie samochodu, a łaskawy pan jakoś się nie kwapi?”. Przecież w gruncie rzeczy o to mi chodziło, a nie o rozstrzyganie z jakiego rodzaju ulicą mamy do czynienia. Dlaczego zatem przed kulturę osobistą wychodzi kulturowa klisza i błyskawicznie łączy znaki: „wygląd Seby, tablica rejestracyjna na W… i agresja na drodze, więc nie ma z kim gadać, chama trzeba chamstwem, inaczej nie pojmie. No to buch mu pod maskę, niech stanie”.

               Jeśli tak, czemu pałuje kij samobij i okłada bezwzględnie: z kościoła wyszedłeś i już na progu zwalniającym zgubiłeś miłość bliźniego? Wystarczyło z uśmiechem poczekać aż przejedzie i dalej iść do własnego życia. Tymczasem postradałeś pokorę, stajesz się zaczepny i podążasz na sznurku stereotypu wprost do konfrontacji. Nie umiesz w tak banalnej sytuacji po prostu ustąpić, bo tu nawet nie trzeba było policzka nadstawiać. Ale czy pokora, uśmiech, miłość bliźniego w czasie marnym nie daje przyzwolenia tym wszystkim Sebom, Januszom, Grażynom? Czy nie zezwala być aspołecznym, coraz mocniej roszczeniowym? Skoro nikt im łokcia nie przetrąci, uprawomocnią na własne potrzeby przekonanie, że świat wokół to ich prywatny paśnik. I tu kij samobij odsłania drugi swój koniec, a tam wypisany jest również Ewangeliczny nakaz: gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go. Podejrzewam jednak, że aktualnie upomnienie takie wywołuje, co najwyżej, zajady od śmiechu, a bezradność pokojowego działania w miłości, rodzi tylko frustracje. Dlatego coraz trudniej kochać ludzi i w większości przypadków wcale nie ma do czego się spieszyć, nawet gdy zbyt szybko odchodzą. Coraz trudniej rozpoznać kto jest moim bliźnim, a dla kogo jestem tylko przeszkodą do marchewki, więc kijem mnie usuwa. 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Sranie w banie na nieczytanie

26 kwi

nieczytanieJako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.

 
 
 

  • RSS