RSS
 

Notki z tagiem ‘zycie’

Zdechłe motyle

12 lip

- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam… raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem… wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie… szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Obrazki

 

Na gorąco, bez entuzjazmu

02 sie

ŚDM3Odetchnąłem z ulgą. Już po… i wszystko wróci do normy. Pora zmienić azymut, odwrócić się od chrześcijańskiego podskakiwania w radości ku katolickiemu skakaniu do gardeł, opluwaniu i dzieleniu na patriotów i obywateli gorszego sortu. Wreszcie odleciał, dzieciaki wyjechały, przestanie się rozwadniać słusznie stężałe umysły. Za dzień, dwa kurz nowej walki pokryje pamięć Światowych Dni Młodzieży i zatrze w zbiorowym wspomnieniu obrazek Papieża jadącego przez Kraków tramwajem. Nim Jego samolot zniknął w powietrzu, wracamy na swoje miejsce. Z zaciśniętą w wargach złością, bezsilnością i pewnością swojej racji zakończymy festiwal młodości, entuzjazmu i ciekawości innego. Łapię ten polski kwaśny oddech z ulgą i jakby podwójnie. Z jednej strony minął czas udawania, że stać nas na więcej i nie czuję winy, że na starcie tego wydarzenia nie umiałem wzbudzić ani grama entuzjazmu i zainteresowania. Z drugiej: wolę jednak prawdę niezawoalowaną, nawet najsmutniejszą, ponurą, prawdę widoczną gołym okiem, pozbawioną złudzeń, że jako naród możemy być lepsi, bo chrześcijańscy.

Oczywiście, że nie mam nic przeciwko roześmianych młodym ludziom z całego świata. Chciałbym bardzo, żeby zachwyt moim krajem trwał w nich jak najdłużej, żeby zabrali w sercach dobroć, serdeczność, otwartość tych, których tu bezpośrednio spotkali, którzy otworzyli przed nimi serca i domy. Aż takim mizantropem nie jestem. Czyli o co chodzi? Skąd smutek? Może gorzknieję widząc pod przykrywką kilku dni bulgot lawy, w której czai się Mrożkowy Edek, gotowy do skoku i mnożony, mutowany w milionach przeobrażeń? A może po prostu starzeję się i nadmiernie irytuje mnie pusty jazgot mediów rywalizujących o to, kto lepiej odda gest i słowo Franciszka, by za tydzień poddać to zapomnieniu i z tym samym entuzjazmem jątrzyć nastroje i mieszać narodową kadź pod naporem kolejnych newsów nienawiści.

         SDM1Widać mam silną wadę genetyczną, alergię, która uruchamia wysypkę przygnębienia na widok tłumów. I nie ma większego znaczenia, czy to tłum pogrążony w złych emocjach, w proteście albo nienawiści, czy tłum w tańcu, radosny i świętości spragniony. Taka skaza, nie wierzę emocji zbiorowej. Nie dlatego, że kłamliwa, raczej dlatego, że tłum tak samo szybko zmienia błyskotki jak kierunek marszu i powód zachwytu. Bezrefleksyjnie i łatwo znajduje źródła nowych uniesień. Masa puszcza mnóstwo energii w skandowanie i zwykle nie wystarcza jej na wiarygodne indywidualne życie wyśpiewaną przed chwilą treścią, bo życie zostaje w domu, w pracy i w szkole. Tłum potrzebuje igrzysk, a nie pracy na sobą, bo nie ma osobowości. Zwłaszcza, że za rogiem zawsze znajdzie się nowa i powabna idea, która opęta rzeszę. Nie chcę nikogo oceniać, nie sposób z osobna wyliczać, na ile i kto potrafi żyć wartościami, które przeżywa w takie dni. Jak w każdej ogromnej zbiorowości, tak i tu pojawili się ludzie głęboko żyjący wiarą, idący obok odpustowych rytualistów, pobożnie rozmodlonych, ale niezdolnych do przełożenia wiary na codzienne uczynki, zarówno wobec sąsiada, pracodawcy, żony, teściowej, męża, psa i kota.

Gdy w minionych dniach kołatał się we mnie ten dziwny smutek, gdy nie potrafiłem dociec, skąd dystans zaprawiony goryczą, odkryłem na FB słowa zaprzyjaźnionego poety, publicysty i niezłomnego animatora kultury – Radka Wiśniewskiego. W jego poście padły słowa, które jakoś rozjaśniły ów brak entuzjazmu i sprawiły, że nie czułem się sam w tej kałuży wątpliwości pośród oceanów radości ŚDM. Radek ukierunkował mi nieco wątpliwości pisząc:

Pewnie w kontrze do klaskania, skakania, machania rękami, śpiewania „Barki”, której organicznie nie znoszę odkrywam z okazji Światowych Dni Młodzieży, że chyba staruch się ze mnie zrobił i jestem krańcowo mentalnie odległy od tej atmosfery. Wydaje mi się to wszystko szalenie zewnętrzne, odległe. Nie to, że moje lepsze, tamto gorsze. Po prostu nie umiem się tym ekscytować, przeżywać, zastanawiać jaki gest zrobi Papież, którego lubię, któremu życzę jak najlepiej i boję się, że narusza tyle strupieszałych struktur, że któraś z tych struktur go ukatrupi przed czasem.

SDM2Ukatrupi przed czasem! Może tu jest klucz do mojego dystansu. Dziś katrupi mentalnie: postawą, słowem, gestem, a może kiedyś także fizycznie i zupełnie mnie to nie zdziwi. Nie będę z pewnością odosobniony w stwierdzeniu, że od początku pontyfikatu Franciszek w swoim ubóstwie, skromności i wierności nauce Mistrza z Nazaretu jest z innej bajki. Nadmiernie gryzie w oczy wielu współbraci w kapłaństwie, otyłych fizycznie jak i umysłowo, siedzących zawsze wygodnie i centralnie przed głównym ołtarzem wielkich placów modlitwy, gdy lud stoi w tle. Jego postawa męczy zbyt wielu księży ograniczonych intelektualnie, biskupów leniwych duchem i skostniałych w pasterskich listach, których sztampy i patosu nikt nie słucha, odległych od zadeptanej rutyną Ewangelii. A teraz, w trakcie pielgrzymki do Polski, nietrudno było usłyszeć i przeczytać, że wiernością Chrystusowi drażni również szeregi twardogłowej prawicy, bo mówi o pokorze, łagodności, tolerancji i miłości. Słowem, gestem, czynem Franciszek głosi królestwo ubogich i naraża się tak samo mieszkańcom zakurzonych komnat wysokiej czarnej wieży, ciasno oblężonej obawą utraty rządu dusz, jak tym, co na bluzach noszą pozbawione logiki hasła w rodzaju: „cały nasz chuligański trud Tobie ukochana Ojczyzno”.

I to jest pierwszy powód, dla którego nie umiałem zdobyć się na entuzjazm jako katolik, który coraz częściej ma kłopot z odnalezieniem się we własnym Kościele. Nie podzieliłem zachwytu, bo widać jak grzeszny, tak pamiętliwy jestem. Za bardzo pamiętam skutki ŚDM, w których przez przypadek uczestniczyłem w Częstochowie w 1991r., gdy wtedy akurat kończyła się moja pielgrzymka na Jasną Górę. Zbyt dobrze pamiętam uniesienia zbiorowe, ekstazy religijne i ewangelizacyjne po śmierci JPII. Cała Polska jednała się, kochała i obiecywała wiele swojemu Papieżowi, wierząc, że coś w nas zostanie z Jego nauki, skoro nawet kibole zwaśnionych drużyn szli ramię w ramię jak kraj długi i szeroki. A dziś doskonale widać, ile z tego narodowego zasłuchania zostało w rodakach stoczonych mentalnym Alzheimerem i dzielonych apelem smoleńskim w miejsce jednoczącego apelu jasnogórskiego. O ile łatwiej oddaje się miejsce przynależne krasnalom ogrodowym, by wznosić karykaturalne i kiczowate pomniczki Ojca Świętego, gdy niepomiernie trudniej wciela w życie słowa o tolerancji, miłości i wzajemnym noszeniu brzemion, wielokrotnie przez JPII powtarzane.

Czy nie inaczej jest z zachwytem wobec słów i gestów Franciszka? Ile razy powtarzał, że najważniejsze jest bycie świadkiem, uczniem Chrystusa we własnej małości, powtarzalnej codzienności, pośród obowiązków, jakie każdemu z nas dano. Tu jest najtrudniej, bo najmniej medialnie, mniej malowniczo, spektakularnie, ale zawsze owocnie dla otoczenia. Jednak tam kończy się seans euforii, gdzie trzeba od nowa wstać i popracować nad sobą, choćby po siedemdziesiątym siódmym upadku. To zbyt trudne w kraju, gdzie nawet czytanie i myślenie boli, a człowiek boi się zostać sam ze sobą, w ciszy. Z tego nie ma materiału na słitfocię, nie da się błysnąć w sieci gifem ze spotkania Boga w ponurej komórce sumienia. Tu nie ma miejsca dla telewizji, tweetera i tablicy fejsboga. A mimo to wierzę, chcę wierzyć, że przynajmniej część tłumu rozśpiewanego wczoraj „Barką”, dziś rozczłonkuje się i ruszy na swoją pustynię, by spotkać Pana i nie wszyscy zwariują w nowej euforii, choćby przyszło szukać pokemonów.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wiara i religia

 

Pan D. czyli jak zostałem humanistą

16 sie

W trakcie lektury książki „Chłopaki niech płaczą” moją uwagę przykuł zupełnie niepozorny fragment, który ożywił inspirujące wspomnienie. Olaf Lubaszenko, zapytany o najbardziej nielubiany przedmiot, odpowiada bez wahania: Matematyka. Przez nauczycielkę z podstawówki. Uczyła, ale miała niemiły zwyczaj: jedną ręką ciągnęła za ucho, a drugą, na której znajdował się duży sygnet, uderzała uczniów w głowę. W ten niezwykle bolesny sposób wbijała nam do głowy różne reguły matematyczne. […] Przy dzisiejszym uwrażliwieniu na przemoc ta kobieta nie przepracowałaby nawet dnia. Co więcej, miała w zębach półprotezę. Gdy się zdenerwowała, stukała nas tym sygnetem po łbach, a proteza się poruszała. Upiorny widok, jak z horroru.

Może lato nie jest najlepszym czasem, do snucia refleksji o nauczycielach, którzy nieświadomie wpływali na nasze życiowe predyspozycje i wybory, ale zaryzykuję. W każdym razie wczesne doświadczenia szkolne mamy z panem Olafem podobne, co może mało dziwić, skoro należymy do tego samego pokolenia, dla którego przemoc nauczycieli była na porządku dziennym. Prawdopodobnie większości z nich określenie „przemoc” nie postałoby w głowie, korzystali jedynie z łatwo dostępnego dydaktycznego wsparcia, podług reguł którego niewinna linijka tak samo użytecznie służyła wykresom funkcji liniowej jak utrwalaniu w pamięci zależności między bólem a prawem Pitagorasa.

Mój horror matematyczny był płci męskiej. Fantazja nauczyciela z podstawówki była znacznie dalej posunięta, choć nie dysponował żadną półprotezą. Budował jednak napięcie i wywoływał przerażenie zanim doszedł do klasy. Jako zastępca dyrektora szkoły był nie do ruszenia i zwykle spóźniał się na lekcję, co wzmagało grozę oczekiwania. Uczniowie innych klas byli już w ławkach, za zamkniętymi drzwiami, a my czekaliśmy w parach na korytarzu, patrząc w lewo, na koniec holu, z nadzieją, że drzwi dyrektorskiego gabinetu jakimś cudem dziś się nie otworzą i czyste zło tego dnia się nie zmaterializuje. Ale on zawsze wychodził. W ciemnym garniturze, świecącym wytarciem i brudem na łokciach, pochylony nieco w lewo, machający dla równowagi prawą ręką, w której klucze dzwoniły niczym kości kostuchy, naciągającej po swoje żniwo. Pewnie jak wielu moich kolegów do końca życia będę pamiętał wredny pysk z wąsikiem wodza III Rzeszy, który czasem jeszcze powraca w koszmarach.

Oprócz przemocy fizycznej, pan D.  był zwolennikiem dyskryminacji płciowej.  Ból fizyczny, jako główny motywator do nauki, przeznaczony był dla chłopców. Dziewczynki były czulej traktowane. Do wysiłku intelektualnego przekonywała je dłoń wędrującą wśród pączkujących piersi. Często też zwijały się z obrzydzenia, przytulane przy tablicy na różne sposoby. Do ulubionych praktyk dydaktycznych pana D. należało wyłuskiwanie ucznia z ławki za baczki lub za włosy, mocno uchwycone w pedagogiczne palce tuż nad karkiem. Błędy w zeszycie i przy tablicy odczuwaliśmy na uchu, zbierając bolesne pstryknięcia w małżowinę z małej odległości. Pan D. miał też sposób na dyscyplinowanie nas do noszenia pełnego zestawu przyrządów geometrycznych. Szuflada jego biurka pełna była cyrkli, kątomierzy, ekierek i linijek. Bardzo chętnie użyczał uczniowi dowolny przyrząd za opłatą. Nie, żadnych tam pieniędzy, opłatę stanowiło uderzenie w dłoń wypożyczanym przyrządem. Najmniej bolała zapomniana ekierka czy linijka, choć jej krawędź, wymierzona w kostki zaciśniętej dłoni, dawała się na długo odczuć. Gorzej mieli zapominający o konieczności posiadania cyrkla. Musieli przyjąć stoicko nauczycielską satysfakcję pojedynczego dziabnięcia ostrzem, poprzedzającego wypożyczenie niepozornej szkolnej pomocy.

Teraz uświadomiłem sobie, że pan D. musiał najbardziej lubić geometrię i szczególnie trygonometrię, bo to dawało mu najwięcej pomysłów na egzekwowanie bólu naszej edukacji. Pamiętacie drewniane kątomierze, metrowe linijki i ogromne ekierki, wiszące w klasach całego kraju przy tablicy? Pan D. brał taką ekierkę i chodził z nią po klasie. Zatrzymywał się przy wybranej ofierze, obracał ekierkę na różne strony i zatrzymywał, a ściskając w dłoni jeden z kątów, rzucał krótkie polecenie: „tangiens” i uczeń musiał wskazać palcem ułożenie ramion trójkąta, które odwzorowywały tangens, sinus, cosinus tego kąta. Prawidłowa odpowiedź zwalniała z wyroku, ale za kiepską trzeba było ponieść cenę uderzenia krawędzią tejże ekierki w dłoń, nadgarstek, tam gdzie nauczyciel akurat trafił.

W przeciwieństwie do pani, której Olaf Lubaszenko zawdzięcza niechęć do matematyki, nasz nauczyciel na szczęście nie dysponował sygnetem, bo i ten środek dydaktyczny musielibyśmy odczuć na własnej głowie. Ale już pani od muzyki w naszej podstawówce dysponowała pierścieniem ogromnych rozmiarów, z wklejonym weń gigantycznym bursztynem. Czasem wbijała nam w głowę nutki i gamy, częściej jej uzbrojenie odgrywało rolę środka bezpośredniego przymusu wobec niezainteresowanych wyśpiewywaniem fraz o kokoszce, co będzie się niosła jak tylko „przyńdzie ziosna”. Kiedyś jednak, pośród gromkiego fałszowania kolejnej ludowej pieśni, tak dalece słuch ją zawiódł a fantazja poniosła, że zapukała pierścionkiem w niewłaściwą głowę. Skutkiem tego najsilniejszy kolega w klasie nie zniósł upokorzenia, wyskoczył z ławki, złapał nauczycielkę za nadgarstek, przytrzymał i z dużego rozmachu wymierzył jej zasłużoną karę w postaci kilku kopniaków w tyłek, aż długa spódnica rytmicznie podskakiwała. Spontaniczny gest rewanżu spowodował, że nasz dzielny mściciel na wszelki wypadek uciekł z zamarłej klasy. Nie pamiętam, czym to się skończyło dla kolegi, ale też nie pamiętam, by pani O. użyła jeszcze kiedykolwiek tego samego oręża na froncie naszej muzycznej edukacji.

Można by w tym miejscu zapytać, czemu pozwalaliśmy na takie formy belferskiej przemocy. Tak naprawdę nie przyszło nam do głowy protestować. Trudno to zrozumieć w czasach, gdy każdy uczeń dysponuje komórką i przemoc może udowodnić lub spreparować. W tamtym czasie technicznie było to niemożliwe, ale też nauczyciel posiadał autorytet, a rodzic z pewnością bardziej podejrzliwie zerkał na poczynania potomka niż nauczyciela. W efekcie uczniowi zwykle nie przysługiwało prawo do racji, za to rodzic z większą pokorą słuchał nauczyciela. Czy nam to zaszkodziło? Myślę, że na pewno ukierunkowało nasze wybory życiowe. Pewnie dlatego piszę dziś teksty literackie, a nie programy komputerowe. Może dlatego czytam wywiady z aktorami i reżyserami, choć mógłbym pochylać się nad planem budowy kolejnej galerii handlowej. Cóż począć, gdy matematyka od podstawówki kojarzyła mi się z lękiem, upokorzeniem i perspektywą przetrwania czterdziestu pięciu minut, choćby za trzy z dwoma i święty spokój. Czyli dziś ponoszę straty głównie ekonomiczne, bo humaniści nie są i pewnie nie będą w cenie. Zbyt wielu nieukom wydaje się, że są humanistami, tylko dlatego, że nigdy nie nauczyli się matematyki. To na pewno zamknęło drogę do wielu świetnych i dobrze płatnych zawodów. Nigdy nie czułem specjalnej niechęci do nauczycieli tego przedmiotu. Moja wychowawczyni w technikum też nie nauczyła mnie matematyki, a uważam, że jest jedną z najmądrzejszych, najbardziej sprawiedliwych, rozsądnych i wrażliwych kobiet na drodze życia, a system wartości, jaki w sobie noszę, to owoc także jej humanistycznej w gruncie rzeczy pracy. I tylko jeden dziś mam dylemat: czy to, że poślubiłem inną rozsądną, mądrą, empatyczną oraz wrażliwą matematyczkę, to hołd złożony wychowawczyni, czy jednak syndrom ofiary, jaki zawdzięczam zmaganiom z panem D. w podstawówce? Wszak żona jest bardzo rygorystyczna, nieugięta i … ale nic z tych rzeczy, nie tłucze mnie nigdzie i za nic drewnianą ekierką, nawet o „tangiens” nigdy nie zapyta.

 
Komentarze (73)

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Zawiedziony anioł

22 cze

aniol_400x400Ruch dziewczęcej dłoni na blacie uspokajał i hipnotyzował od kilku minut. Przywracała stolikowi dobre wrażenie z obowiązku i zupełnie obojętna na efekt, ale myślami była raczej w wannie pełnej piany, z nogami ułożonymi powyżej jej wątłego ciałka. Znużona, a może znudzona, najchętniej poszłaby już do domu, gotowa zrezygnować z nowej Rexony. Karol bez żalu darował Eli, że odwołała spotkanie. W zasadzie było mu to na rękę. Nie miał siły ani ochoty słuchać jej kłapania o wyższości jednej polisy nad drugą. Teraz mógł do woli milczeć nad kawą i paschą, a może nawet zasponsorować kelnerce więcej niż cel jej dniówki? Uśmiechnął się do własnej myśli: „a jakbyś to zaproponował, stary durniu?”. Skarcił się jeszcze szybciej za pomysł niż dopuścił do siwizny, że zupełnie nie ma pojęcia, o czym może marzyć dziewczyna z pokolenia Y. i nawet nie wie, czy stać go na cokolwiek z jej listy. Nie potrafiłby wymienić dwóch znanych marek kosmetyków, jakich używają, bo nawet nie przeczuwał ich zastosowania.

Mężczyzna za plecami przerwał rozważanie. Nawet nie mówił tak głośno jak intensywnie pachniał jedną z tych drażniących wód Hugo Bossa czy innego Rabana z Pakiem, ale nawet nie to wzbudzało irytację. Było coś obrzydliwego w głośnym słodzeniu w telefon. Nieustający potok króliczków, perełek, mirabelek, pralinek, landrynek, przeplatanych aniołkami, gwiazdeczkami i pączusiami magnolii, bulgotał równie namiętnie jak zapomniana fasolka po bretońsku na jednopalnikowej kuchence. Nie bardzo było wiadomo, które wymioty czułości dotykały jeszcze powabu i uroku kobiety, a które już jej krocza. Zmiksowane w erotycznym koktajlu słodkości zmusiły Karola do odstawienia reszty paschy i wlania w siebie dużej dawki gorzkiej kawy dla przywrócenia równowagi zmysłów. Było coś bardzo żenującego w obecności dorosłego mężczyzny, obśliniającego telefon infantylnym słowotokiem, ale Karol powstrzymał się, nie wstał. Z ostatniego wyrzutu słodyczy wyniósł, że za chwilę ujrzy obiekt litanii ku czci.

Zagrała w nim dziwna ciekawość, nieco cyniczna, może odrobinę drobnomieszczańska, której nie mógł się oprzeć. Przesiadł się, zmienił krzesło, żeby zobaczyć facjatę romantyka, zanim przybędzie Brunhilda marzeń, adresatka treli. Terkoczące w słuchawkę pachnidło miało na oko lat czterdzieści, ale równie dobrze trzydzieści osiem jak czterdzieści pięć, bo sucharek – boy odwieczny – wyraźnie dbał o PR. Zapakowany w granatowy dżersej marynarki, z łatką na łokciu, w koszulkę z nadrukiem i nieodzowne trampki konwersy, zarzucił rurkę z łydką na suche kolano i wstukiwał delicje w słuchawkę, a robił to z delikatnością datownika na poczcie. Uśmiechał się przy tym równie naturalnie, jakby pozował do żurnala mód, wycelowanego w target początkującego próchniaka, który zapomniał, że skończył liceum. Generalnie wyglądał tak porywająco, że z zazdrości trzasnęłoby jego lustrzane odbicie.

Jakież było zdumienie Karola, gdy przed stolikiem tamtego zobaczył nagle dziewczynkę. W dżinsach, z przetarciami na chudych kolankach, w kusej kurteczce imitującej skórzaną, z torbą soho na tyle dużą, że optycznie czyniła z dziewczynki niemal dziecko. Wyglądała na wystraszoną, a jej ogromne oczy sugerowały małe przekonanie, że powinna pozostać tu dłużej. Miała czternaście, może piętnaście lat i raczej nie wyglądała na niedożywioną studentkę. Karol nie zdążył dobrze oszacować wieku, gdy sucharek wypuścił w jej kierunku jedno zdanie, w tonacji nastroszonego wróbla: „… to chodźmy kupić, co tam sobie wybrałaś, a potem szybciutko lećmy do hotelu, chyba, że wystarczy ci moja bryka?”.

Karol omal nie zakrztusił się kawą słysząc te słowa. Nie był zbawcą świata i miał swoje za uszami, ale zderzenie kreatury z propozycją szytą grubą chucią z pogardą, nie pozostawiły go obojętnym. Musiał coś z tym zrobić, nie mógł dopuścić, żeby jakiś palant ranił na całe życie to dziecko prawie. Ale co mógł? Krzyczeć na cały głos: „pedofil”? Pokazać go palcem? Wyprowadzić pajaca i ryj mu obić? Trącić gówno i siedzieć za człowieka? Bo niby jak miałby udowodnić, że stanął w obronie nastolatki? A może to jego bratanica? Może ona to lubi, może tak zarabia, żeby nie wysługiwać się jak tamta, myjąca stoliki z kółek po filiżankach? Głośna interwencja nie wchodziła w grę, ale cichą ułatwiła ofiara. Nachyliła się do sucharka i po chwili odeszła od stolika, by zniknąć w tłumie galeryjnych szwendaczy. Karol nie czekał dłużej i zanim pomyślał, co ostatecznie powie, siedział naprzeciwko tamtego i już usłyszał jego: co jest? Znamy się?”.

- A chcesz poznać koszmar twojego zasranego życia, wypierdku koguta? – Karol jeszcze wczoraj nie zniósłby siebie w roli Bogusia Lindy, ale teraz nie miał wyjścia, musiało tak zabrzmieć – Powiem krótko: wyrywaj stąd, zanim to dziecko wróci. Masz minutę i nie będę zważał na miejsce i czas, wyjadę ci taką fangą w ryj, że wyskoczysz z trampków, a żonka wygrzebie cię z liści za rok.

- A kto ty jesteś, co?! Wspomnienie Matki Teresy? Anioł stróż tej małej czy moherowy ninja? Chcesz, to zawołam ochronę i sprawdzimy jak sobie radzisz.

- Dla ciebie, skutku pękniętej gumy, mogę być tatuś tej małej i załóż się, że nie zdążysz spojrzeć w kierunku ochrony. Masz jeszcze pół minuty, a potem nie znajdziesz drogi do bryki albo zdechniesz z głodu w locie, wybieraj!

- Nie sraj ogniem, cieciu. Mała nie jest droga. Stać na nią nawet takiego ćwoka jak ty. Naprawdę nie musisz dymać swojego domowego kaszalota do końca świata. Nie ma czego zazdrościć.

            Karol wstał bez słowa i pokazał na zegarek. Tamten podniósł się niemal jednocześnie. Doskonale wiedział, że nie ma szans w starciu ze zbrojoną gdańską szafą, zwłaszcza, że determinacja w obronie czci wskazywała jednoznacznie na bliskie pokrewieństwo z niedoszłą ofiarą. Sucharek popukał się tylko w czoło i już znikał w odmętach galerii, z prędkością gwarantowaną przez firmę Converse. Nie minęło pięć minut, gdy do stolika przyszła mała z wyciągniętą komórką w dłoni:

- To ty jesteś ten mój tatuś wyzwoliciel?

- Nie, ja jestem twój anioł stróż, tatuś zrezygnował z wymiany prezentów.

- I co teraz?! Mam ci się rzucić na szyję?! Wiesz, ile spieprzyłeś?! Co ty sobie wyobrażasz? Z Oazy się urwałeś?! 

- Wystarczy. Nie mam ochoty tego słuchać. Nie liczyłem na łzy wzruszenia. I tak tego nie zrozumiesz. Powiedz lepiej, co miał ci za to kupić? Kupię to samo i pojadę sobie do domu.

- Nie stać cię. To ty nic nie rozumiesz, fanie Batmana. Cały miesiąc robiłam podchody pod tego dupka. Schrzaniłeś wszystko. Dziś miał ponieść karę. Trzy miesiące temu zbajerował moją przyjaciółkę, zaciągnął ją do hotelu i dziewczyna ma taką deprechę, że przypomina warzywo. Nie odróżnia własnego biurka od ścierki do kurzu, kumasz? Policja nawet nie wydusi tego, kto jej to zrobił, a ja wiedziałam, pokazywała mi jego fotki, zdradziła nick i mogłam wymierzyć sprawiedliwość.

- Co zamierzałaś? Mało masz kłopotów z przyjaciółką? Chciałaś się podłożyć? A jeśli ciebie by skrzywdził? A jeśli…

- Poczekaj, coś ci pokażę. Widzisz? To niewinne w słoiczku, to mocno i wystarczająco boleśnie żrąca substancja. Zwiędłym korniszonem nikogo już nie skrzywdzi. Do końca życia trzymałby plastikową rurkę w brudnych paluchach!

- A ty spaprałabyś sobie życie, kto wie, czy nie do końca, kumasz?

- Spokojna głowa, mój plan był pewny, ale zawiódł, bo nie przewidziałam, że trafię na własnego anioła stróża. Dzięki! Jeśli teraz ten gnój zrobi komuś krzywdę, to będzie twoja broszka, Złote Serce!  Zadowolony?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Obrazki

 

Gody słodko-gorzkie

23 gru

Papieros dziewczyny w scenicu żarzył się od kilku minut. Sylwia nienawidziła palenia w samochodzie, zwyczaj drażnił ją nawet w obcych autach. Wyobrażała sobie duszący dym wewnątrz, z pewnością przyprawiał o mdłości i nagły ból głowy. Smród nie do wywietrzenia wbijał się stęchlizną w tapicerkę foteli, w plastik kokpitu i obicie sufitu. Czy tamta lubi aż tak  śmierdzieć? Może inaczej nie umie, gdy nerwowo czeka na mokre pocałunki, wykradane w pośpiechu z ciemności? Ciekawe, czy równie gorąco pragnie muskania językami, zapomnianego przez dziesięć, może dwadzieścia lat ślepej wierności? Zdecydowanie nie! Jest dużo młodsza i niewykluczone, że denerwuje się przed pierwszym razem. Czuje suchość w gardle, tak samo przerażona jak ciekawa i doczekać się nie może tego plasterka niedozwolonej namiętności, finału ze smakiem ananasów, całkiem jak Sylwia trzy tygodnie temu. A może jednak inaczej? Może w gęstym dymie papierosa zawiesza decyzję o rozstaniu, bo nadeszła pora, kiedy trzeba powiedzieć „dość” wirtualnym amorom? Położyć szlaban rozgrzewaniu na czacie, gierkom wstępnym w komunikatorze, które zaowocują następnym szaleństwem realności. Może też zapragnęła przerwać to pasmo uniesień, zanim przyjdzie gorycz winy?

Po co Sylwia projektowała aż tyle wątpliwości na przypadkową dziewczynę? Nie miała pojęcia, ale zdążyła przypisać wszelkie intencje obcej, zanim na parking wjechał inny renault, tym razem kangoo. Najwyraźniej należał do przedstawiciela handlowego, który zręcznie zaparkował pomiędzy kobietami. Wyskoczył z niego barczysty i nieco krępy mężczyzna i już siedział na tylnej kanapie scenica. Po chwili wysiadł i otworzył przednie drzwi po stronie pasażera. Roześmiana dziewczyna wysiadła i zostawiła otwarte drzwi od strony kierowcy. Przez chwilę obsypali się gorącymi pocałunkami za szybami tylnego siedzenia. Wiatr był zbyt silny, więc chłopak szybko wypiął tyłek i nie wychodząc z samochodu zatrzasnął przednie drzwi; lewe, potem prawe. Rzucili się na siebie przy ciągle włączonym silniku. On w pośpiechu zdejmował jej bluzkę, ona zdzierała z niego polar i koszulkę, a parkingowa latarnia oświetlała ich jak na proscenium. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że wylizuje podniebienie o aromacie popielniczki. Sylwii zrobiło się jakoś nieswojo. Zbyt długo czekała na Marcina w miejscu, które miało gwarantować odrobinę intymności.

Ledwie nadjechał i znalazł się wewnątrz jej astry, uruchomiła silnik. Mężczyzna zdziwił się nieco, bo żadnej podróży nie było w planach. Sylwia uśmiechnęła się do lusterka, gdy niepokój zaanektował całą jego twarz:

- Nie ufasz mi, kotku?

- Znamy się lekko ponad miesiąc, z czego połowę na żywo, więc chyba się nie dziwisz? Sama wiesz, ile ześwirowanych bab krąży wokół. A ty trochę mało mówisz o sobie, nieprawdaż? Niewykluczone, że jesteś namiętną psychopatką. Ciągle jakieś półsłówka, gdy tylko spytam o dom, o pracę, pasje, zaraz wyślizgujesz się i zadajesz pytania o mnie.

- Mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany, słodziutki! Poza tym faceci lubią mówić o sobie, być w centrum uwagi, nie? Twoje przeżycia, pasje, męskość, to wszystko buduje ego, więc o co ci chodzi?

- Pozwól, że jednak zapytam o nas. Dokąd jedziemy?

- W poszukiwaniu miejsc sprzyjających ucieczce od małżeńskiej rutyny. Nie po to przyjechałeś?

- Jeśli o to chodzi, poprzedni parking bardzo mi odpowiadał. Coś się stało? Znasz tamtych kochanków? Dziwnie się zachowujesz.

- Bo dziwnie się czuję. Byli tam przed nami, a ja myślałam, że czeka nas coś wyjątkowego.

            Sylwia ostro zahamowała i niespodziewanie dla siebie zjechała nagle z głównej ulicy. Marcin zobaczył długą uliczkę, prowadzącą do nowego osiedla. Wzdłuż jezdni stało kilka samochodów i dzieliła je spora odległość. Latarnie rzucały tu bardzo słabe światło. Zaparkowała i przesiadła się do tyłu. Rozpinała powoli kurtkę i rzuciła zdanie w tonie kobiety dominującej:

- Będziesz musiał trochę nade mną popracować, mój książę z odzysku. Jestem nieco zdenerwowana i chcę, żebyś mnie zrelaksował, wymyśl coś zmysłowego na początek. 

Ledwie to powiedziała, kątem oka zauważyła ruch w samochodzie stojącym dwa miejsca dalej. Rozsypane blond włosy zajaśniały w mroku i profil kobiecego ciała poruszał się jakby w rytmie kroków całkowicie opanowanego ogiera. Sylwia prawie krzyknęła:

- No ja pier…, jakbym uczestniczyła w jakimś „mam talent albo zajoba”! Co to jest?! Sobotnie zawody w dochodzeniu na czas?! Kto szybciej osiągnie zakazany orgazm, niezbędny składnik kwaszenia wigilijnego barszczu i wróci do skręcania uszek? Wszyscy muszę się parzyć akurat teraz? Złote gody słodko-gorzkie, czy rocznica małżeńskiej nudy?

- Proszę cię. Możesz tego nie zaczynać? Naprawdę musisz mieć pretensje do całego świata, że nie jesteś jedyna, że ratujesz się jak wielu? To nasze trzecie spotkanie i zawsze tak samo. W zasadzie myślałem, że sprawia ci to radość, że oboje tego pragniemy, że zatracasz się i zapominasz jak ja. Podnieca cię ujadanie w ramach gry wstępnej? To cię kręci? Zdecydowanie wolę cię w drugiej odsłonie, kiedy już miękniesz w ramionach, gdy już…

- Gdy ty dla odmiany twardniejesz, wiem. Wtedy muszę się zmagać, żebyś mi go w oko nie wetknął.

            Sylwia roześmiała się nerwowo, zanim odrzuciła jego ramiona. I już przesiadała się do przodu. Znowu uruchomiła silnik. Marcinowi wcale nie było do śmiechu. Nie minęło dziesięć minut, gdy krążyła po gigantycznym parkingu hipermarketu w poszukiwaniu najciemniejszego rogu, poza zasięgiem latarni i ludzkiego wzroku. Nie było łatwo, skoro przedświąteczne zakupy przygnały setki konsumentów, a ich auta szczelnie wypełniały plac. Gdzieś za kwadratem choinek Sylwia wypatrzyła wolne miejsca. Jedno z nich sąsiadowało z okolicznym laskiem. Jeszcze raz się przesiadła. Marcin spieszył się i nie zamierzał tracić więcej czasu. Natychmiast przylgnął wargami do jej szyi, muskał delikatnymi pocałunkami, ale reakcji nie było.

Pod przymkniętymi powiekami przewijała filmik z opuszczania domu, gdy szepcze teściowej, pochylonej nad grzybami do bigosu, że musi wyskoczyć po ostatnie prezenty, zanim Przemek wróci ze swoimi. Dzieci ubierały z dziadkiem choinkę zaaferowane tak mocno, że nie wymagały dodatkowych kłamstw. Filmik się urwał, bo wczuła się w pocałunki na szyi, a rozpięty stanik ułatwił swobodny, głęboki oddech. Dłoń Marcina masowała miło nagą pierś i kierowała sutek między gorące i wilgotne wargi. Jakoś boleśnie błysnął GPS obrączki na palcu Marcina i Sylwia przypomniała sobie chłodno, czemu tu jest. Sms-y z telefonu Przemka znowu stanęły jej przed oczami. Gdyby sam nie kazał jej szukać faktury w telefonie, nigdy nie dowiedziałaby się o G. Było kilkanaście wiadomości w ciągu miesiąca, wszystkie tęskne, jęczące o spotkanie i zawsze podpisane tak samo: G. Grażyna? Gabi? Gosia? Byle nie Grzegorz, tego by nie zniosła! Uśmiechnęła się błogo do swoich myśli, bo jednak starania Marcina robiły swoje i czuła jak wilgotnieje pod jego dłonią, pracującą teraz intensywnie przez grube rajstopy. Był niesamowity. Jednak bez większego trudu udało jej się wyłowić z sieci czatownika zaprawionego w boju. Trafiał centralnie i podniecenie rosło niezależnie od woli. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten moment, kiedy straci ostatni wyrzut sumienia. Poczuła gotowość Marcina, gdy sięgnęła do jego rozporka i wówczas poraziło ją światło reflektora z boku. Zsunęła się po oparciu i wyrwała dłoń Marcina ze swojego krocza. Zerknęła przez szybę i zobaczyła tył dobrze znanego, granatowego forda z pluszowym pieskiem przy szybie.

Wykrzyknęła tylko straszne słowo „mąż” i natychmiast zaczęła zapinać stanik, gdy osłupiony Marcin zastygł z karpikiem na ustach, oderwany niemal boleśnie od piersi. Sylwia spanikowała. Mąż za chwilę otworzy drzwi! Widocznie czekał przyczajony, aż zaczną figlować, by dopaść ją na gorącym uczynku. Jest bez szans na usprawiedliwienie, pozostanie najwyżej odwołać się do zemsty za sms-y, zgodnie z prawdą, ale co jej teraz po takiej prawdzie? Jednak wszystkie drzwi focusa pozostawały nadal zamknięte, mąż tylko światła wyłączył, ale silnik pracował. Skonsternowana kombinowała, jak przedostać się do kierownicy bez wychodzenia z kabiny. Marcin nie potrzebował instrukcji, leżał płasko na kanapie, byle nie rzucać się w oczy.

Sylwia wciskała się pomiędzy oparcia przednich foteli, gdy od tyłu kabinę rozjaśniły światła nadjeżdżającego samochodu. Z prawej strony forda zaparkowała kia oklejona reklamą. Po chwili wyszła z niej brunetka z rozpuszczonymi włosami, z twarzą ukrytą pod kapturem i szybciutko wskoczyła na tył rodzinnego samochodu Sylwii. Oniemiała kobieta opadła ponownie na kanapę i odruchowo chwyciła Marcina za dłoń, kurczowo ściskając palce. Z jednej strony poczuła ogromną ulgę, ale z drugiej? Marcin zaczął histerycznie chichotać. Sylwia uciszyła go jednym strzałem z oczu szybko wypełniających się łzami. Nic nie powiedział. Spoważniał i przytulił kobietę mocno, a prawą dłonią głaskał jej włosy, policzek, całując przyjaźnie czoło i mokre powieki. Odepchnęła go po chwili i patrzyła uważnie na zawieszenie forda. Była pewna, że karoseria porusza się równomiernie, choć ledwie dostrzegalnie. Tego było za wiele! Zaczęła nerwowo wkładać kurtkę i już otwierała drzwi, gdy Marcin próbował powstrzymać jej rękę, ale wyrwała dłoń. Jednym skokiem znalazła się przy sąsiednim samochodzie i szarpnęła klamkę forda. Ciemne kobiece włosy wysypały się przez próg samochodu. Przerażona twarz Przemka zastygła niemo nad nagim brzuchem kobiety. Żona, wskazując na swoje auto i Marcina w otwartych drzwiach, zasyczała przez zaciśnięte zęby:

- Byłam pierwsza! Tam jest mój świąteczny prezent kochanie, specjalnie dla ciebie! Już skonsumowany. A ty?! Co możesz jeszcze zrobić? Jak już do końca wyliżesz swoją lukrowaną Mikołajkę, nie zapomnij gdzie mieszkasz! Miłego wieczoru, łosiu!

            Siła uderzenia drzwi zwróciła uwagę najdalej stojących małżeństw, które pakowały zakupy do zwyczajnych, pustych i wystudzonych aut, ale Sylwia już tego nie widziała, przekręcała klucz w stacyjce. Marcin w ostatniej chwili uprosił, by usiadła po stronie pasażera, wolał bezpiecznie wrócić do żony. W końcu niewiele czasu pozostało do najbardziej rodzinnych ze świąt.

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Obrazki

 
 

  • RSS